Poprzednie częściOranżada

Oranżada V

- Proszę, już koniec! Wraca Pan do domu! - Ciężka, męska ręka szarpała jego ramieniem.

P. przebudził się z szokiem prawie równym temu, którego musi doświadczać nowo narodzone dziecko, wychodząc na świat. Był niesamowicie wyspany. Przez sen musiał wywrócić stojący obok kubek z wodą, lecz ktoś już zdążył po nim posprzątać.

-To faktycznie pomyłka - mężczyzna kontynuował - Jeszcze długa droga przed Panem, che, che… - tutaj poklepał P. po ramieniu.

Konduktorowi nie chciało się już wielce odzywać. Miał w głowie wiele pytań - “Po co to wszystko?”, “Dlaczego?”, “Dla kogo?”, “Gdzie?”, “Kiedy?”, kolejne pytajniki same napływały z eteru, fatyga umysłowa w której się jednak znalazł, zniechęcała mózg do jakichkolwiek nowych informacji. Bez słowa wyciągnął w górę pusty kubek, a mężczyzna znowu pół-wyszedł go napełnić i zwrócił mu go z powrotem do ręki.

P. siedział po turecku na podłodze, popijając świeżą, zimną wodę ze swojego kubeczka, martwiąc się o to, ile czasu musiało minąć w Krakowie.

- Jest Pan chyba najmniej rozmowną osobą, która nam się tutaj kiedykolwiek trafiła - Mężczyzna sam też wziął sobie kawę, i popijał ją razem z petentem. - Nie chce się Pan o coś zapytać? - dokończył.

- Długo jeszcze będę czekał? - prawie impertynencko rzucił P.

- No “Proces” to to nie będzie. - Mężczyzna lekko się uśmiechnął - Jeżeli Pan chce, możemy nawet i spróbować teraz.

Posadzka całkowicie zniknęła spod P., a on zaczął nadal w tureckiej pozycji spadać nie wiadomo gdzie, lecz najpewniej ku domowi. W tle jeszcze usłyszał poirytowany głos mężczyzny: “Woda!..”, po czym wpadł całkowicie w głębiny ciemności. Odplątał się do swobodnej pozycji, a tuż zaraz uszy z powrotem zaczął wypełniać szum atmosfery. Jakie błogie to było uczucie! Nadal bezwiednie spadał, a szarawy horyzont zaczął przed nim zamieniać się najpierw w zimno-niebieski krążek, a z czasem w okrągły widok kalejdoskopu, z niebieskimi, białymi, zielonymi i wszelkich pośrednich kolorów kształtami, z których wszystkie przechodziły nieprzerwanie w siebie nawzajem jak różnobarwne, nieposkromione płomienie. Kiedy kształty zaczęły nabierać konturów, poczuł nagłe szarpnięcie, to “trybik” - znana już konduktorowi elektryczna kula, złapał go za rękę, by sprowadzić go do lądowania. Póki co nie brał nawet tego pod uwagę.

Próba impresjonistycznego opisania tego, co dokonywał świat przed oczami konduktora złamałaby pióro niejednego pisarczyka, zmusimy się więc do pobieżności. W przeciwieństwie do lotu w górę, spadek pozwalał na o wiele bardziej komfortowe przyjrzenie się całemu spektaklowi. Ziemia na przemian się relaksowała i naprężała, wyciągając rzeki z koryt, prostując je i ściągając, aż fałdowały się w skurczonej przestrzeni, chmury przypominały siatkę narośniętej pleśni, szukającej sposobu na wyciągnięcie macek strug deszczu do owoców tropikalnych lasów. Nawet z tej odległości lądy i morza zdawały się brzemienne, gamy warzyw, ryb, zbóż ozdabiały widok aż do widnokręgu, jak zawieszone na noworocznej choince cukierki. Drzewa uginały się pod ciężarem świecących żółcią bananów, krwawych wiśni, czereśni, jarzębiny, mango, papaji, mirabelek, morza kipiały od przelotnych ławic sardynek, szprotów i śledzi, ptaki robiły przerwy w śpiewie na rozkładanie po drzewach i kątach murów, na słupach telefonicznych i trawach swoich białych i kruchych jajek. A wszystko to w niebiańskim rozgardiaszu, przypominało orgię całej materii zebranej z najbliższej okolicy wszechświata w ten jeden, mały, błękitny punkcik, popuszczenie wodzy fantazji zamkniętym w próżni atomom, nadal trzymającym w sobie owoce dawnych wybuchów supernowych. Hel tańczył z azotem, tlen odbijał się po atmosferze, i szukał jedynie pierwszej możliwości podżegnięcia jakiegoś ognia - spełnienia sado-masochistycznej fantazji węgla wypuszczającego swoje opary w atmosferę, spalenia go do szczętu, aż zostanie jedynie wywłoką pozbawioną szansy na poczucie dalszego szczęścia. Uran grzmiał wojskowymi bębnami spod ziemi, na co przestraszone dżdżownice wykopywały się na powierzchnię, nie zdając sobie sprawy, jak rychła czeka je śmierć. Błękit nieba i morza grały konduktorem w ping-ponga, czasami ledwo przerzucając go nad siatką, a czasami wystawiając go wysoko w górę, dając przeciwnikowi szansę na mocniejsze uderzenie go z powrotem na drugą stronę.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania