Pióra chwały - część czwarta
Wartburg stanął na poboczu. Silnik zarzęził lekko, po czym zgasł. Szpila spojrzał w lusterko boczne. Policyjna Kia kombi na włączonych światłach wynurzyła się z zarośli i podjechała bliżej.
– Tego brakowało – syknął Felek, sprawdzając nerwowo po aucie, czy nie ma tam nic, co mogłoby potencjalnie zwrócić uwagę glin.
– Uspokój się. Jak zobaczą, że się szamoczesz, to zaraz zrobią nam rentgen po aucie.
– Przecież i tak nie mamy broni.
– Ale dziury w podłodze bagażnika wielkości pięści już tak. Stul pysk, ja będę gadał.
Dwaj policjanci zbliżali się w stronę wartburga spokojnym, lekko mozolnym krokiem. Szpila chwycił za korbę i uchylił szybę. Mechanizm z trudem wykonał polecenie.
– Dzień dobry. Sierżant Trocina – przedstawił się funkcjonariusz. – A to starszy posterunkowy Flegma – dodał z opóźnieniem, jakby dopiero zdał sobie sprawę z istnienia partnera.
– W czym problem? – zapytał Szpila spokojnym głosem.
– Szczerze? W niczym. Piękny dzień. Może nawet za piękny. Rutynowa kontrola. Proszę przygotować odpowiednie dokumenty.
– Dowód osobisty będzie konieczny?
– Umówmy się, że uwierzę na słowo, jak zobaczę prawo jazdy. Poproszę też dowód rejestracyjny.
Drugi policjant stał w milczeniu. Wyglądał jak jedyny syn swojego ojca, zdominowany przez rodziciela w każdym aspekcie życia. Niezdolny do samodzielnego podejmowania decyzji, choć w oczach ojca, dzięki wiecznej kontroli, kształcony na wzór cnót wszelakich. Zbyt długa, blond grzywa zwisała na oczach, a kilka najdłuższych kosmków zahaczało o nos.
Szpila przygotował wszystkie potrzebne dokumenty. Podał je policjantowi. Sierżant przejrzał wszystko wnikliwie. Prawo jazdy obracał kilka razy, jakby zapominał po sekundzie, co przeczytał na odwrocie.
– Leon Krusnik. Polak?
– W trzech czwartych. Dziadek po mieczu był Ukraińcem – odpowiedział spokojnie Szpila.
– To sporo wyjaśnia. Emigrant?
– Nie wiem. Nie znałem ani dziadka, ani ojca. Długo by opowiadać.
– Ma się rozumieć. Ile ludzi tyle historii. A kolega co taki milczący? – Zwrócił się do Felka, który zgodnie z poleceniem kumpla siedział jak mysz pod miotłą.
– Nie mam rodziców – odpowiedział automatycznie, dopiero po chwili orientując się w sytuacji.
Policjant uśmiechnął się, wstrzymując dla pewności oddech, czując, jak fala głupawki dobija się do drzwi.
– Pierwsza kontrola drogowa?
– Tak – odpowiedział Felek.
– Widać. Nie mam zastrzeżeń. Jeszcze taki klasyk – obszedł auto dookoła, nie spuszczając z niego oczu – NRD-owskie cacko. Mam słabość do tych schyłkowych Wartburgów, choć to, bez obrazy, chłam na kołach.
– Ma swój urok – stwierdził bez zawahania się Szpila.
– Jeszcze jaki. Oddaję dokumenty i życzę spokojniej podróży. Okolica ostatnio zdradziecka.
Policjanci odeszli równie spokojnie, jak przyszli. Przez moment siedzieli w radiowozie, czekają,c aż Wartburg odjedzie. Potem wjechali z powrotem w dróżkę prowadzącą w zarośla i oczekiwali na kolejnych szczęśliwców.
Felek zapalił ruskiego papierosa. Do bazy Czapli mieli jeszcze spory kawałek drogi, ale czuł powoli narastający w myślach strach.
– Zawsze się zastanawiam – zaczął, trzymając w lewym skrzydle fajkę – jak to jest, że oni nas nie widzą? W sensie naszych prawdziwych oblicz. Jesteśmy dla nich tacy jak wszyscy ludzie.
Szpila dodał gazu i wrzucił czwórkę.
– Nie wiem. Ale też czasami o tym myślę. Zwykle po prostu uznaję, że świat nie mógł inaczej tego pogodzić. Jeśli mamy żyć z ludźmi, musimy być tacy jak oni.
– Gdyby można było odkryć prawdę i ujawnić tożsamość Czapli. Ludzie nasłaliby na nich wojsko, pieprzoną artylerię. Zrównaliby całą drukarnię z ziemią – rozmarzył się Felek.
– Wróć na ziemię. Nie możemy dopuścić, żeby ktokolwiek ich rozwalił. Od tego zależy nasza przyszłość. Bez Czapli nie ma dużej kasy, a bez tego zostaje fucha babci klozetowej u Benka.
– Odkryje zdradę. Wcześniej czy później.
– Wiem, ale mam to w dupie. Będziemy już wtedy daleko. Poza jego rezydenturą. Zaczniemy od nowa, jak w tych wszystkich pieprzonych filmach. Tylko wiesz, jaka będzie różnica? Nam się uda.
****
Stefan był jednym z tych, którzy mówią niewiele, ale kiedy w końcu się na to zdecydują, wychodzi jeszcze gorzej, niźliby zaplombowali dziób do emerytury. Benek pokładał w nim jednak nadzieję. W gościu, który wszelkie wygody konsumpcjonizmu widział zaledwie na ekranie starego kineskopowego telewizora. Tacy mieli w sobie ukryty jad, podskórny żal do świata za swój los. Nawet jeśli sami o tym nie wiedzieli. I ten jad chciał w nim obudzić.
– Dycha do odjazdu. Jakbym się spóźniał, ruszajcie i czekajcie na rozjazdach. Mam jeszcze sprawę – oznajmił Benek, wzrokiem zapraszając Stefana do środka. – Mam do pogadania.
Przez tonący w odcieniach czerni korytarz szli w milczeniu. Benek wyprzedził Stefana o jakieś dwa kroki, po czym gwałtownie skręcił w stronę kotłowni, gdzie w zasadzie nie było nic. Mieli pod dostatkiem innych, wygodniejszych pomieszczeń a większość i tak opalali starymi koksownikami, gdy nadeszła zima.
– Trzy masz się? – spytał, widząc, że Stefan nie wie, po co tu przyszli i co gorsza – nie spieszy mu się, by o to pytać.
– Jak wszyscy, szefie.
– Mają pełne gacie, młody. Jak jeden mąż. Co innego szmuglować bimberek i podpijać zacier w podróży, a co innego zbrojny wypad na małą pożogę konkurencji.
Stefan odruchowo dotknął kabury.
– Ale mam dobry plan. Więc pójdzie gładko, co nie?
Benek poszukał w kieszeni spodni ruskiego fajka, ale znalazł tylko resztki sproszkowanego tytoniu.
– Plan planem, a żyćko i tak ci da lekcję. Być może ostatnią. Dlatego tu jesteśmy.
Stefan poczuł, że zimny dreszcz biegnie mu po plecach i jest na dobrej drodze do nowego rekordu w sprincie.
– Co masz na myśli, szefie?
Benem położył lewe skrzydło na barku kompana. Zacisnął je w kleszcze i potrząsnął energicznie, jakby chciał docucić trupa.
– Zadanie specjalne.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania