Poprzednie częściPióra chwały - część pierwsza

Pióra chwały - część druga

– Nie mam zamiaru szorować kibla do usranej śmierci. – Szpila wychylił się zza rogu i przeczesał teren. Widział szefa wychodzącego z fury i tego nowego – podlotka z mlecznymi jajami.

– Przecież nie szorujesz – powiedział Felek i od razu został skarcony z to spojrzeniem naczelnego łobuza szkolnej dyskoteki.

– To przenośnia, pacanie. Po prostu mam dość. Jestem jebaną babcią klozetową w tej zgrai. Ty zresztą też.

– Ale ja nie psioczę na to codziennie. Dobrze mi tak. Mam za co żyć i pewność, że przeżyję. Nigdy nie ruszam na jakieś ryzykowne wypady. Skończ z tym.

Szpila poklepał przypiętą do pasa kaburę.

– Pusta – skwitował smutno. – Nie ufają mi. Ani tobie. Dlatego pora rozszerzyć zasięgi.

– Kompletnie padło ci na mózg? I tak nie jest specjalnie pojemny. A Czaple to jeszcze gorsze barachła od Żurawi.

– Rozkręcają się. Jeśli nasi odstrzelą kogoś od nich, mamy przerąbane.

Felek spuścił wzrok. Piaszczystą ścieżką, obok której stali szła mrówcza kompania. Była od nich sto razy bardziej zorganizowana i skuteczna. Wygrywała z każdym przeciwnikiem. Tymczasem oni grzęźli coraz głębiej w bagnie nieprzemyślanych działań.

– Co zamierzasz? – spytał.

– Odwiedzimy konkurencję i zaproponujemy nasze usługi. Infiltracja wewnętrzna. Nie za darmo. Będziemy dla nich jak pierdolony złoty deszcz z nieba. Wchodzisz w to?

– Nie ma czegoś takiego. Nawet w przenośni. I tak wchodzę. Ale wiesz, że jak nasi to odkryją…

– Wiem. Nie odkryją.

– Nie ufają ci.

Szpila docisnął pierś Felka do ściany budynku. Miał w oczach ogniki szaleństwa. Z dzioba straszyła zaawansowana halitoza.

– Ani tobie. Czyli mamy tyle samo do stracenia. Racja?

Felek pokiwał nerwowo głową. Nie było już odwrotu. To znaczy, był – mogli przecież zrezygnować choćby teraz. Jednak obydwaj podświadomie uznali, że klamka zapadła. Jeśli coś ma się zmienić, trzeba podjąć zdecydowane kroki.

****

W gabinecie dyrektora było gwarno i wesoło. Stukały kieliszki, rozbrzmiewały toasty, ktoś raz po raz wybuchał głośnym śmiechem. Przez te wszystkie hałasy z trudem przebijał się głos Benka. Szef relacjonował przebieg akcji.

– Mówię wam, młody spisał się świetnie, żebyście widzieli, jak załatwił tego fagasa! – rzekł przywódca gangu Żurawi i potrząsnął ramieniem Stefana. – Nawet nie mrugnął okiem, mimo że pierwszy raz wykonał taką egzekucję. Wiecie, z bliska, strzał w łeb. Bang!

Gangsterzy jak na hasło wznieśli kieliszki i głośno wyrażając aprobatę, skonsumowali przyjemnie palącą gardło zawartość.

– Pokazaliśmy im, kto trzęsie tym terenem! – zawołał Jurek zwany Blachą. – Teraz już nam nie podskoczą!

– O, co to, to nie! – zagrzmiał Benek, unosząc pióro w ostrzegawczym geście. Wszyscy zamarli w bezruchu, nad jednym z pustych szkieł zatrzymała się nawet flaszka. – Nie zostawimy tak tego, nie możemy dać im wylizać ran. Musimy iść za ciosem, uderzyć tak, żeby ich zabolało!

Zapanowała ożywiona atmosfera. Niektóre Żurawie kiwały głowami potakująco, niektórym jednak na dziobach pojawił się grymas wątpliwości. Widać to, przywódca ponownie zabrał głos.

– Słuchajcie, panowie, wiem, że niektórzy mieli nadzieję na zakończenie rozlewu krwi. Ale czy naprawdę myślicie, że likwidacja kilku płotek spowoduje u Czapli lęk i sprawi, że przestaną się panoszyć? Otóż mówię wam, że nie. Dobrze znam Mietka Rybojada, wiecie, że dorastaliśmy w jednej kamienicy. I wierzcie mi, to, co zrobiliśmy dziś, tylko go rozwścieczy.

– W takim razie, po co to było? – zapytał Felek, unosząc brew. Jego spojrzenie skrzyżowało się na chwilę ze spojrzeniem Szpili.

Benek spojrzał na podwładnego.

– A właśnie po to, Feluś, żeby ich sprowokować. Mietek zacznie się złościć, stanie się nerwowy, nieostrożny. Wtedy będziemy mogli dobić Czaple jednym, dobrze wymieszonym ciosem – rzekł szef i skrzyżował skrzydła na pierzastej piersi.

Felek i Szpila ponownie wymienili spojrzenia. Benek jednak tego nie zauważył. Zarządził toast i ponownie kieliszki podskoczyły do dziobów.

– Teraz tak, panowie – przemówił przywódca, gdy zaczerpnął powietrza po wychyleniu kolejnej porcji alkoholu – musimy przypuścić atak na biznes Czapli. Wszyscy wiemy, że w północnej dzielnicy niedaleko starej drukarni, w jednym z opuszczonych budynków, te dranie mają nielegalną bimbrownię i kiepskiej jakości kasyno. To główne źródło ich dochodu. Puścimy to miejsce z dymem – rzekł Benek i uśmiechnął się paskudnie. Tak paskudnie, że niektórym z chłopaków dreszcze przebiegły po grzbietach. – Taka akcja sprawi, że skurwysyny sami nadzieją się na rożen, który specjalnie dla nich naostrzymy. To będzie koniec Czapli. Żurawie odzyskają dawne wpływy! Ale o szczegółach jutro, dziś pijemy!

Podczas słuchania przemowy szefa, członkowie gangu wyglądali na coraz bardziej zdecydowanych. Gdy usłyszeli plan, jednogłośnie wznieśli toast za swojego wodza i jego chytry plan. W ruch poszły kolejne flaszki, puste szkła wylądowały w kącie. Tylko Felek i Szpila pili jakoś mniej, ostrożniej. Na to jednak nikt, nawet szef, nie zwrócił szczególnej uwagi.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania