Pióra chwały - część pierwsza
Piaszczysta droga ciągnęła się przez las, gwałtownie zataczała łuk i rozrywała się na dwie trasy, pomiędzy którymi stał drogowskaz pomalowany sprejami. Napisy były nieczytelne. Jedynymi zrozumiałymi komunikatami, jakie przedstawiał, były strzałki, wedle których obie ścieżki gdzieś prowadziły. Srebrne BMW E28 wybrało wariant po lewej stronie. To było gdzieś koło dwudziestej drugiej. Księżyc zasłaniały ciemne, październikowe chmury. Wiatr wył donośnie, zagłuszając wszelkie inne dźwięki nocnej fauny. Kiedy na zegarze obok prędkościomierza beemki wybiła dwudziesta druga dziesięć, auto już leżało na dachu wbite w wiekowy grab stojący obok drogi. Spod maski wydobywał się dym, a z wnętrza auta dochodziły ciche jęki poszkodowanych. W świetle reflektorów starej Łady niemiecka precyzja i niezawodność wyglądała jak samodział z materiałów odpadowych sklecony w szopie jakiegoś wiejskiego cwaniaka, w którego żyłach płynie bimber.
Z czerwonej gabloty wysiadło dwóch. Skierowali się do bagażnika, gdzie pod kilimem ukryte były cztery lśniące kałasznikowy.
— Po jednej dla każdego — polecił kierowca, ładując magazynek do swojego „akacza”.
Z dymiącej bawary słychać było coraz donioślejsze pojękiwania.
— Po jednej kulce czy po jednej serii? — upewnił się jego kompan.
— Kulce, Stefan, kulce. Nie ma co hałasować po nocy i tracić amunicji. Zapewniam, że jeszcze nam się pestki przydadzą. Chodź, koledzy czekają na ołowiane szoty, trzeba ich obsłużyć.
Podeszli powoli, niespiesznie, delektując się odgłosami cierpienia pasażerów BMW. Wysoko unosili nogi – nie żeby brodzili w sadzawce, po prostu taki mieli styl. Stanęli przy dymiącym wraku.
— Ta kolczatka, to był niezły pomysł – rzekł Stefan, przyglądając się podziurawionym oponom i kręcąc głową z uznaniem. — Skąd właściwie to wytrzasnąłeś?
— Zwinęliśmy je kiedyś psom razem z Czarkiem, dawne czasy — odrzekł Benek, wpatrując się w przestrzeń. Po chwili otrząsnął się jednak i wrócił do teraźniejszości. — Opowiem ci kiedyś. Teraz do roboty.
Zanim zdążyli cokolwiek przedsięwziąć, usłyszeli chrzęst szkła i jęk dobiegający z drugiej strony auta. Powoli obeszli pojazd i zobaczyli pasażera, który z ogromnym wysiłkiem usiłował wyczołgać się przez stłuczone okno. Dres nieszczęśnika, kiedyś zapewne śnieżnobiały, poznaczony był teraz plamami krwi.
— A dokąd to, kochaneczku? — zapytał kierowca słodkim głosem. — Jeszcze mamy do załatwienia.
Ranny podniósł przerażony wzrok na stojącego przed nim uzbrojonego gościa.
— Błagam, nie… Nie róbcie tego! Zapłacę wam, na pewno się…
Huk strzału zagłuszył wypowiedź, a w powietrze wzbiła się krwawa mgiełka i pióra. Wyglądało to tak, jakby ktoś zamordował poduszkę.
— Zapłata przyjęta — odpowiedział trupowi strzelec i splunął z pogardą na zwłoki. — Dobra, Stefan, ty zajmij się drugim.
Kierowca był w o wiele gorszym stanie. Nie ruszał się, oddychał płytko i z każdą kolejną sekundą tracił procenty życia. Pasek zdrowia migał na jaskrawoczerwony kolor podobny do barwy kałuży krwi, która utworzyła się obok ofiary. Stefan potarł dziób lewym skrzydłem. Pomagało to odegnać niepotrzebne myśli i skupić się na konkretnym zadaniu. Nie należał do orłów psychiki i raczej stronił od egzekucji bezpośrednich. Lubował się w rozjeżdżaniu dłużników radziecką limuzyną klasy średniej – Ładą 2107.
— Nie śpiesz się — polecił Benek, widząc, jak kierowca błagalnym wzrokiem patrzy na Stefana, prosząc go o zakończenie katorgi. — Lubią to oczekiwanie. Pierdoleni masochiści.
Zimna lufa dotknęła rozpalonego łba kierowcy tuż nad lewym okiem, gdzie upierzenie było wolne od powoli zasychającej krwi. Noc była cicha, spokojna. Las dumał w milczącym letargu, niosąc pomiędzy kniejami ledwo słyszalną melodię mroku. Stefan docisnął delikatnie spust, utrzymując go w połowie drogi. Kierowca ostatnimi siłami wychrypiał kilka niezrozumiałych głosek.
Czaple. Z nimi zawsze było coś nie tak. Jakby na siłę próbowały być trójwymiarowe w dwuwymiarowej hierarchii władzy. Strzał pobudził do życia okoliczną zwierzynę.
— Noc jak noc. Kurewsko ciemna — skwitował Benek i obaj wsiedli do auta.
— Na bazę?
— Musimy to opić. I omówić plan. Teraz już nam nie odpuszczą.
Benek przekręcił kluczyk w stacyjce. Silnik zarzęził dramatycznie, ale po chwili wziął się w garść i usłużnie przeszedł w tryb pomruku. Koła Łady zabuksowały na nawierzchni drogi, wyrzucając w tył kaskady piasku, a samochód skierował się na północ, ku opuszczonemu budynkowi szkoły podstawowej w Jelonkach.
Przez dłuższą chwilę jechali w milczeniu. Pierwszy ciszę przerwał Benek, który spostrzegł, że kompan jest jakiś niespokojny. Szczękał dziobem i płytko oddychał.
— Co jest z tobą, Stefan? Dobrze się czujesz? — zapytał, rzucając koledze szybkie spojrzenie.
— Tak, szefie, emocje ze mnie schodzą. Pierwsza taka akcja w terenie, te sprawy…
Kierowca pokiwał z namysłem głową.
— Racja, racja. Ale nie martw się — uśmiechnął się i trącił pasażera w skrzydło — otrzaskasz się. Mamy jeszcze paru w kolejce do odstrzału. Sezon na czaple uważam za oficjalnie otwarty!
Stefan przytaknął, a na jego dziób wypełzł nawet lekki uśmiech.
— Ale powiem ci — kontynuował Benek — że załatwiłeś tego skubańca jak stary wyjadacz. Bez mrugnięcia okiem. Zimny jak stal, pewny jak, jak… — kierowca pstrykał piórami, próbując znaleźć odpowiednie porównanie, ale w końcu dał za wygraną. — Jak jasna cholera! Prawdziwy killer, Stefan, rozumiesz? Miałem jednak co do ciebie dzioba. Wiedziałem, że mnie nie zawiedziesz.
— Dzięki, Benek, to dużo dla mnie znaczy — rzekł żuraw, a w jego głosie dało się usłyszeć większa pewność. — Rozwalmy te czaple, co do jednej!
Szef zaśmiał się serdecznie.
— No i to jest duch walki, brawo! — zawołał i dał kompanowi kolejnego życzliwego kuksańca. — Tak zrobimy, Stefek, o to się nie martw. Wszystko w swoim czasie. Trzeba zaplanować kolejne ruchy. Działamy metodycznie, nie chaotycznie, zapamiętaj to dobrze. Nie możemy dać się zaskoczyć. Jednak planujemy jutro, dziś opijamy.
Czerwona Łada po kilku kolejnych minutach jazdy wtoczyła się na zarośnięty dziedziniec przed szkołą podstawową w Jelonkach. Reflektory oświetliły przybrudzoną, poznaczoną sprejem i grzybem fasadę dwupiętrowego budynku. Samochód przejechał obok głównego wejścia i objechał szkołę od prawej. Benek zaparkował za krzakami porastającymi przestrzeń między bocznymi drzwiami a chodnikiem prowadzącym na boisko – albo bardziej na zdewastowany, zaśmiecony plac, który kiedyś, w dawnych czasach, pełnił rolę boiska. Szef zgasił silnik.
— No dobra, Stefan, czas świętować. Sześćdziesięcioprocentowy bimberek, którym opijemy nasz stuprocentowy sukces, chłodzi się w lodówce. Nie dajmy mu zbyt długo czekać! — zawołał Benek wesołym głosem, a współpasażer przytaknął ochoczo. — Chłopaków też już pewnie skrzydła świerzbią, żeby odkorkować flaszkę!
Dwuosobowa reprezentacja żurawiego gangu wysiadła z auta i raźnym krokiem skierowała się do wejścia.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania