Poprzednie częściPióra chwały - część pierwsza

Pióra chwały - część piąta

Czerwona Łada i jadący w ślad za nią zgniłozielony Polonez skręciły w wąską uliczkę. Ta część przedmieść tonęła w ciszy, bladym świetle migających cyklicznie latarni i blasku księżyca. Samochody zatrzymały się po drugiej stronie dwupiętrowego, ceglanego budynku.

Stary magazyn robił z zewnątrz nieciekawe wrażenie. Wilgotne zacieki na zabazgranych sprayem ścianach, stare drzwi obłażące z brązowej farby, śmieci porozrzucane na chodniku – w skrócie mówiąc, było tu obskurnie i nieprzyjemnie. Tylko jedna rzecz nie pasowała do całości – szyby. Każdy spodziewałby się w takim miejscu powybijanych okien i strzaskanych okiennic. Jednak szyby, jak gdyby nigdy nic, tkwiły w ramach co więcej – znajdowały się tam w całości.

Drzwi Łady otworzyły się i jako pierwszy z pojazdu wysiadł Benek. Tuż za nim na ulicę wysypało się siedmiu gangsterów. Grupa stanęła na chodniku, wpatrując się w magazyn.

Szef Żurawi zaciągnął się głęboko wilgotnym nocnym powietrzem.

– Uwielbiam zapach płonącego bimbru o poranku – rzekł z uśmiechem, rozmarzonym wzrokiem wpatrując się w cegły.

– Szefie, przecież jest środek nocy – powiedział niepewnie Sylwek, Żuraw z paskudną blizną na dziobie, i od razu został dźgnięty łokciem w bok przez jednego z kompanów.

– Wiem, Sylwuś, wiem, nie jestem przecież głupi – odparł Benek, kręcąc głową z dezaprobatą. – Tak mi się tylko powiedziało. No już, chłopcy, do roboty, nie mamy całej nocy. Działamy i się zwijamy. Butelki są? Pukawki są? Świetnie. No to jazda.

Ekipa przekroczyła ulicę, a Kazek rozpoczął operację „Bimbrownia”. Podbiegł do okna i kijem baseballowym wytłukł szybę we frontowej ścianie. Przerzucił przez framugę zabrany z auta koc, a następnie, uważając pozostałe na odłamki szkła, przeniknął do środka. Po chwili dało się usłyszeć szczęk kilku zamków, a drzwi do magazynu stanęły otworem. Benek wraz z pięcioma ludźmi wszedł do budynku, dwa Żurawie zostały na ulicy – gangsterzy mieli stać na czujce i pilnować, czy na ulicy nie pojawią się nieproszeni goście.

We wnętrzu rozległa się kakofonia hałasów – brzęk tłuczonego szkła mieszał się z łoskotem przewracanych mebli. To intruzi buszowali po bimbrowni, szukając pospiesznie cennych przedmiotów i rozlewając dookoła wysokoprocentowy trunek. Kilka chwil później pomieszczenie wypełniło się oparami bimbru. Stężenie alkoholu w powietrzu osiągnęło taki poziom, że wystarczyłoby zaledwie kilka minut inhalacji, by poważnie podpaść drogówce podczas rutynowego badania alkomatem.

Nielegalne kasyno znajdowało się na piętrze. Mimo że żaden z Żurawi nie bywał tu wcześniej (a przynajmniej żaden się do tego oficjalnie nie przyznawał), nietrudno było odkryć rozwiązanie tej topograficznej zagadki – na ścianie przy schodach ktoś zawiesił zieloną tabliczkę z napisem „Club Casino”. Benek posłał tam jednego ze swoich ludzi, po cichu licząc na to, że może uda się skroić Czaple z pozostawionej forsy. Niestety – zgodnie z przypuszczeniami – całą kasę z hazardu przezornie zabrano lub głęboko ukryto. A nie było czasu na gruntowne przeszukanie – akcja miała być szybka i sprawna, bez niepotrzebnych pauz.

Kilka minut później lokal był już splądrowany, a woń alkoholu niemal oszałamiała. Żurawie opuściły bimbrownię, a Benek, któremu oczy błyszczały złowieszczo, dał krótki rozkaz:

– Palić.

Z wybitych okien buchnęły płomienie, gdy tylko do środka wleciało kilka butelek zapalających. Ogień szybko zaczął trawić przesiąknięte wódką wyposażenie. Szef gangu Żurawi, dumny z dokonanego dzieła, polecił swoim ludziom ładować się do aut. Jednak zanim ktokolwiek zdołał wsiąść do Łady lub chociaż Poloneza, zza rogu ulicy dało się słyszeć pisk opon, a zaraz po tym asfalt oświetliły reflektory. Z niepokojącą prędkością zbliżały się dwa auta. Co najgorsze, zbliżały się ze strony, która stanowiła dla Żurawi jedyną drogę ucieczki. Z drugiej ulica była ślepa.

– Kryć się, za samochody! – ryknął Benek tuż przed tym, jak echo strzałów odbiło się od okolicznych budynków. Rozkaz wykonali wszyscy z wyjątkiem Krzyśka, ksywka Szczerbaty, który wcześniej stał na czujce. Ptak nie zdążył w porę wskoczyć za Ładę. Kule przeszyły tułów, a Szczerbaty upadł niczym szmaciana lalka i, podobnie jak ona, zmienił status na „nieożywiony”.

– Szlag! – zaklął Benek, wyszarpując zza paska swoją osiemdziesiątkę trójkę. Odbezpieczył broń i zwrócił się do podkomendnych: – Chłopcy, na mój sygnał walimy do nich ze wszystkiego. Musimy się przebić!

– Ale szefie – krzyknął Kazek, przekrzykując rykoszetujące kule i drżącym skrzydłem sprawdzając magazynek AKMS-a – oni prowadzą zmasowany ostrzał! Skąd w ogóle wiedzieli…

– Weź się w garść, żołnierzu – ryknął Benek głosem nieznoszącym sprzeciwu i mocno szarpnął spanikowanego irokeza za ramię – trwa wojna z Czaplami! Albo my, albo oni! A teraz strzelaj i nie pudłuj, a przybliżysz nas do zwycięstwa! Musimy odpowiedzieć ogniem i poczekać na dogodny moment. Rysiek, Kosa, bądźcie w gotowości. Jak dam znak, wsiadacie do za kółka swoich fur i wynosimy się z tego miejsca! Na razie musimy wytrzymać.

Z płonącego magazynu dobiegał huk płomieni i trzask płonących mebli. Mimo sporych trudności główna część planu została wykonana. Pozostało tylko nie zginąć.

– Teraz, strzelać! – krzyknął szef Żurawi, słysząc chwilową przerwę w kanonadzie wroga.

Ptaki posłusznie otworzyły ogień i po chwili rozpoczęła się już regularna wymiana. W pewnej chwili bez życia padł kolejny Żuraw, na domiar złego jeden z kierowców, Rysiek. Benek zaklął szpetnie, ale zachował trzeźwość umysłu. Wyznaczył Kazka na nowego kierowcę i kontynuował ostrzał.

Szef Żurawi zaczynał się też martwić o stan samochodów. Modlił się w duchu, by pojazdy nie ucierpiały zbytnio w wyniku strzelaniny. Jeśli w którymś padnie chłodnica albo silnik, nie będzie mowy o powrocie do bazy w aktualnym składzie. Trzeba było podjąć decyzję.

– Stefan! – szepnął Benek wprost do ucha kompana. – Wdrażamy plan.

Stefan nie wyglądał na zachwyconego. Pióra na głowie lśniły od potu. Skinął jednak głową, po czym zgiął się w pół i upadł na asfalt. Jeden z Żurawi chciał sprawdzić co z kolegą, ale Benek go ubiegł.

– Nie żyje – wycedził. – Chłopcy, musimy się stąd wynosić. Kosa, Kazek, wsiadać do samochodów. Reszta, na siedzenia! I nie przerywać ostrzału!

– A Szczerbaty, Stefan i Rysiek? Tak ich zostawimy? – spytał rozpaczliwym głosem nowy kierowca Poloneza.

– Nie jesteśmy w stanie im już pomóc, oni nie żyją. Jeśli my chcemy jeszcze pożyć, musimy ich zostawić.

– Ale…

– Żadnych ale! – ryknął szef. – Najpierw musimy zadbać o żywych, potem pomyślimy o poległych! No już, jazda do aut!

Żurawie, strzelając, zapakowały się na siedzenia. Przestrzelone opony nie ułatwiały prowadzenia, ale kierowcy dzielnie czynili swoją powinność mimo sypiącego się na głowy szkła i wszechobecnego świstu kul. Pojazdy zwiększały tempo i zbliżały się do samochodowej blokady Czapli.

Polonez staranował podziurawione BMW i zahaczył o dymiącego Mercedesa, robiąc w ten sposób wystarczająco szeroki korytarz dla Łady. Żurawiom udało się uszczuplić wrogi gang o kilku osobników, dlatego Czaple nie stawiały już tak silnego oporu, jak na początku. Z tego powodu, a także dzięki szczęśliwej gwieździe, która tej nocy przyświecała Żurawiom, banda Benka zdołała wyrwać się z pułapki. Koła aut zamieliły na piachu, a chwile potem były już w drodze do bazy – opuszczonego budynku szkoły podstawowej.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania