Pióra chwały - część trzecia
– Wszystko stracone – jęknął Felek, gdy razem ze Szpilą siedzieli w jednej z klas na końcu korytarza. – Puszczą z dymem cały biznes Czapli, a my do końca życia będziemy robić za sprzątaczki.
Szpila wsadził w dziób ruskiego papierosa i zapalił. Zaciągnął się dwa razy. Przyjemny, choć niszczycielski dym wypełnił płuca, dając mu namiastkę kontroli sytuacji.
– Nie wszystko stracone – odparł, spoglądając przez okno na rozległy teren dawnego boiska, ze starymi bramkami pozbawionymi siatki. – Musimy powiadomić Mietka. Uzbroją się i przetrwają. Za taki cynk szybciej nam zaufa.
– Albo rozstrzela na miejscu. Jako zdrajców.
Szpila sprzedał Felkowi bolesnego kuksańca.
– O czym ty pieprzysz? Chcesz godnie się zestarzeć, czy do sześćdziesiątki pastować Benkowi buty? Wybieraj.
Felek spojrzał w stronę drzwi. Miał wrażenie, że usłyszał kroki.
– Nikogo nie ma – zapewnił Szpila, widząc minę kumpla. – Lepiej się określ, bo kiedy ruszymy, nie będzie odwrotu.
– Myślisz, że chcę do końca pieprzonego życia być pucybutem?!
– Nie wiem. Nie jestem twoją matką.
– Przyszedłem do gangu, żeby się dorobić i mieć wyjebane po czterdziestce na wszystkie niewygody życia w cywilu. A dostałem dożywotnią fuchę babci klozetowej.
– Pora to zmienić, przyjacielu.
Podali sobie skrzydła. Kiedy wychodzili z klasy, korytarz świecił pustkami. Tak jak wcześniej i później. Nikt nie słyszał ich rozmowy. Może los przystał na tę niespodziewaną zamianę ról? Czasami, kiedy ma dobry humor, dzieją się pieprzone cuda.
Szpila miał własne auto. Zielonego Wartburga sedana z końcówki lat osiemdziesiątych, kiedy Volkswagen maczał w nich swoje paluchy, dokładając wyposażenie między innymi z Golfa „dwójki”. Szpila lubił się tym chwalić, ale ostatnio bardziej niż na emanowaniu własnym dobrobytem, pochylał się nad swoją przyszłością. A kiedy wkręcił w to wszystko Felka, nie było już odwrotu.
Usiedli w aucie. Szpila spojrzał w lusterka boczne. Kilku znajomków stało przed wejściem do budynku. Benek nadal znajdował się w środku.
– Ruszamy – oznajmił.
– Co? Mieliśmy zebrać najpierw sprzęt.
– Niby po co? Jak nas mają rozwalić to i tak to zrobią, a jak będą robić rentgen po furze i odkryją spluwy to mamy po dziesięć kul w baniaki na bank. Pierwsza zasada – jedziesz goły, wracasz wesoły? Kumasz?
– Ten rym to specjalnie?
Szpila klepnął kumpla w kark i odpalił auto.
– Z tarczą albo na tarczy – powiedział i wrzucił bieg. Zegar zaczął tykać.
****
Żurawie buszowały po zbrojowni, której funkcję pełniła znajdująca się na poziomie piwnicy szatnia. Zdezelowane metalowe szafki wstawione tam przez członków gangu służyły z kolei za magazyny na broń. A asortyment, jaki zapewnił swoim ludziom Benek, był całkiem imponujący. Pistolety P-83 i Walther P-38, dwie sztuki pistoletu maszynowego Glauberyt, kilka karabinków AKMS, granaty ręczne oraz skrzynka własnoręcznie przyrządzonych koktajli Mołotowa. Takim uzbrojeniem – nie licząc kilku kijów baseballowych oraz przystosowanych do ptasich skrzydeł kastetów – dysponował gang Żurawi. I z tego właśnie uzbrojenia starali się teraz skompletować wyposażenie członkowie grupy przestępczej Benka.
– Chłopaki, spokojnie! – zawołał surowo szef, rozdzielając dwóch podopiecznych, wyrywających sobie wzajemnie pistolet maszynowy. Jeden z nich miał już karabinek przerzucony przez plecy. – Mówiłem przecież, że idziemy na lekko! Nie bierzcie tyle sprzętu.
Gangsterzy spojrzeli po sobie, a potem przenieśli wzrok na Benka.
– No ale… – odezwał się Kazek, żuraw z pierzastym irokezem na głowie, ale zwierzchnik nie dał mu dokończyć zdania.
– Co ale, co ale? Mówiłem wyraźnie, na-lek-ko – rzekł, akcentując każdą sylabę. – To bimbrownia, Kazek, znaczy, że będzie dużo bimbru. Wysokoprocentowy, łatwopalny alkohol. Nie trzeba wiele, żeby wszystko poszło z dymem. Spalimy im melinę razem z tym pożal-się-boże kasynem dla ubogich! Może nawet obejdzie się bez strzelaniny.
Benek zwrócił się teraz do wszystkich obecnych.
– Chłopcy! Postarajmy się, żeby akcja przebiegła możliwie jak najciszej. Do momentu rozpoczęcia – gangster przyłożył pióro do dzioba – ćśśś. Obrzucimy ich koktajlami, upewnimy się, że wszystko się pięknie zajęło i spadamy. Jasne? Bez brawury. A przynajmniej bez większej, niż trzeba – dodał.
Żurawie pokiwały głowami. Skrzynkę z ognistymi butelkami opróżniono w mgnieniu oka. Niecały kwadrans później oddział uderzeniowy był gotowy do drogi.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania