Plejstoceńskie spotkania wysokiego stopnia cz.3
Wychodząc zza rogu Benek westchnął niezadowolony. Nieopodal miejsca ataku na dziewczynę stał jakiś młody policjant. Wyglądał na znudzonego. Za sobą miał ogrodzony taśmą policyjną wycinek ulicy i chodnika, na którym jeszcze niedawno pracowała grupa techników z komendy miejskiej oraz zapewne ci smutni panowie w garniturach, których każda matka, nie tylko na osiedlu Wapno, używała jako straszaków na niegrzeczne dzieci. Podobno zawsze byli niemowami, bardziej mrukami i kiwakami. Jarek i Benek słyszeli kilka historii o tych gościach. Większość krążyła na rejonie jako zlepek niepotwierdzonych plotek. Niektóre można było wsadzić między bajki, to na pewno. Ale nie te z wiedźmami. Bo przecież one akurat istniały.
– Tyle z naszego wypadu – powiedział zrezygnowany Jarek.
– Nie wpieniaj mnie, kołku – odparł Benek kucając pod płotem. Po chwili wpadł na genialny, według niego, pomysł. – Idziemy na rekonesans po magazynach.
Jarek w pierwszej chwili pomyślał, że się przesłyszał.
– Chyba ci reszta bezpieczników pod kopułą się sfajczyła.
– Nie peniaj, kołku. Robimy zwiad. Może ten potwór cały czas gdzieś tam jest.
Jarek na myśl o szukaniu jakiegoś mitycznego stwora w opuszczonych magazynach, po których lubili się szwędać też ludzie Nadzianego Gieroja, poczuł, jak serce zamienia się w młot pneumatyczny.
– Daj spokój. Chcę wrócić na kwadrat żywy.
Benek odpowiedział muką w prawy bark kumpla. Jarek zachwiał się lekko i spochmurniał.
– Serio mówię. Odpuść.
– Miętus z ciebie, kołku – powiedział Benek i pobiegł na drugą stronę ulicy. Potem wcisnął się w szczelinę pomiędzy dwoma częściami betonowego ogrodzenia, stojącego od lat na słowo honoru, i zniknął po drugiej stronie.
– Co za idiota – syknął do siebie Jarek. Miał wielką ochotę zostawić kumpla i wrócić do mieszkania. Jakaś gierka albo zwykłe leżenie na łóżku wydawały się idealną alternatywą. Po chwili jednak szedł z Benkiem ramię w ramię po pustym placu za ogrodzeniem.
– O ile zakład, że bestia śpi tam? – Benek wskazał blaszaną, przerdzewiałą wiatę, wysoką na jakieś cztery metry, z uchylonymi wrotami. Szczerzył się przy tym w swój niepowtarzalny sposób.
Jarek tylko przełknął nerwowo ślinę.
– Prędzej jakieś cholerne szczury.
– Nie ma wyjścia, trzeba to zbadać, mój Watsonie – odparł wesoło Benek, idąc przodem.
Kiedy stanęli wystarczająco blisko, zajrzał do środka. Przez moment zastygł w tej pozie, po czym z nagła cofnął głowę i jęknął z przesadzoną, teatralną manierą. Jarek poczuł, że serce zamieniło się miejscami z trzustką, a żołądek podszedł do gardła. Wielkim nakładem sił powstrzymał się od drgawek. Tymczasem Benek o mało nie udusił się śmiechem. Wyglądał jak po dawce gazu rozweselającego. Prawie leżał na spękanym, betonowym placu, zanosząc się histerycznym chichotem.
– Udało ci się, wariacie – skwitował Jarek ocierając skroń.
– Jak zawsze, kołku. Ale nic tam raczej nie ma – odparł Benek po chwili, kiedy uspokoił już atak śmiechawy. – Raczej bym słyszał jego tubalny oddech. Echo w takim miejscu jest, chłopie, do-je-ba-ne.
– Czyli co teraz? – zapytał Jarek, choć dobrze wiedział, czego się spodziewać.
– No jak, co? Zwiad, zwiad, zwiad. Dzielnica przemysłowa to jebitna blaszana trupiarnia. A my i tak nie mamy nic lepszego do roboty.
Mów za siebie, pomyślał Jarek.
***
Posterunkowy ziewnął. Chyba po raz trzeci w ciągu ostatniego kwadransa. Nie oczekiwał na początku swojej zawodowej drogi, że będzie z miejsca wycinał z obiegu ludzi Gieroja, ale do ciężkiej cholery! Kazali mu stać i pilnować kawałka chodnika. No dobra, miało tu miejsce zdarzenie o charakterze kryminalnym, ale mimo wszystko. Uważał, że to urąga jego godności. Cóż, pogadać sobie mógł do woli. Nawet pewnie i pokrzyczeć trochę, w końcu to dzielnica przemysłowa, naczelne zadupie miasta. Smutni panowie w garniturach tym razem się nie zjawili. Wysłali jakiegoś pomagiera, który miał się zjawić, zbadać miejsce, wziąć kilka próbek (nie wiadomo czego) i dać dyla z posępną miną, jak to oni wszyscy.
Czekał na niego i czekał, aż w końcu poczuł, że chętnie by się zdrzemnął. Ostatnio kiepsko sypiał, więc zaczął notorycznie ziewać. Przejechał dłonią po twarzy i westchnął ciężko. Miał zamiar przykucnąć pod płotem, ale wtedy usłyszał jakiś hałas za jednym z ogrodzeń. Pewnie lokalna szajka małodziaków szukała wrażeń. Postanowił odczekać, aby nie spłoszyć zwierzyny. W końcu sami się na niego nadzieją. Znowu coś łupnęło, a potem zachrobotało o blachę. Podszedł do ogrodzenia podobnego do wszystkich innych w całej dzielnicy – betonowego, czasami wzbogaconego przedłużeniem na wysokość o kilka przęseł drutu kolczastego. Przez szparę zerknął na teren za nim. W porę powstrzymał się od krzyku. Pracował w policji prawie pół roku, do tego należało doliczyć szkolenie, więc w sumie wychodził rok. Przez ten czas zdążył opanować jako tako sztukę powstrzymywania emocjonalnych reakcji. Czasami organizm i tak się buntował, jak wtedy, gdy posterunkowy zwrócił z nawiązką cały obiad, kiedy pierwszy raz ujrzał zwłoki ludzkie w stanie znacznego rozkładu. Poza takimi ekstremalnymi przypadkami dawał radę. Teraz też stanął na wysokości zadania, a umówmy się, misja była trudna. Bowiem wielka, włochata góra mięsa krocząca na równie włochatych czterech łapskach, zakończonych ostrymi, potężnymi pazurami, klasyfikowała się spokojnie w górnej stawce widoków. Policjant znieruchomiał. Stworzenie uniosło krótki, jakby niedźwiedzi pysk i zaczęło węszyć. Potem odwróciło się w stronę magazynu i zniknęło w jego ciemnych czeluściach. Po chwili z wnętrza zaczęły dobiegać kolejne odgłosy chrobotania, a po jakiejś minucie nastała kompletna cisza. Posterunkowy wrócił na miejsce, nieudolnie powstrzymując drżenie rąk.
– Gdzie ten kutas? – zapytał na głos, mając na myśli konowała od smutasów w garniturach. Nawet przez moment nie połączył stworzenia z atakiem na dziewczynę. Zbyt duża część umysłu zajęta była powstrzymywaniem paniki.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania