Plejstoceńskie spotkania wysokiego stopnia cz.4
– Ani, kurwa, drgnij.
Kosmek nie miał zamiaru poruszyć choćby małym palcem. Całe ciało mu zesztywniało, jakby w momencie zamienił się w sklepowego manekina z funkcją nerwowego oddechu.
Benek poprawił pozycję, po czym zastygł w podobny sposób, co Kosmek. Obaj przyglądali się włochatej kreaturze rozciągającej po chodniku i ulicy krwawe ochłapy policjanta. Stwór stworzył z rozerwanego ciała funkcjonariusza abstrakcyjną instalację, zajmującą sporą część jezdni. Jelita sunęły za częścią korpusu utkwioną w najeżonej zębiskami paszczy, zostawiając za sobą smugę, jakby chadzał tamtędy jakiś przerośnięty ślimak. Głowa i jedna z rąk leżały nieopodal na chodniku. Benek dziękował w duchu opatrzności, że łeb gliny jest zwrócony do nich tyłem. Tym razem trochę żałował swojej decyzji. Rzadko przyznawał, nawet przed samym sobą, kiedy dał dupy. Teraz nie było wyjścia. Krzyk sugerował ciekawe widowisko, ale Benek nie spodziewał się widoku rodem z filmów gore.
Kosmek szturchnął kumpla w bok. Wzrokiem wskazał mu dziurę w betonowym ogrodzeniu po drugiej stronie ulicy. Tę przez którą przeszli. Z innych opcji mogli podać się na tacy tej włochatej, monstrualnej poczwarze w nadziei, że rozerwie ich na strzępy wystarczająco szybko aby nie czuli bólu. Benek wolał jednak spróbować przeżyć.
– Dajesz – szepnął do Kosmka nie spuszczając stworzenia z oczu.
Niższy z nastolatków przytaknął i zaczął powoli stawiać tyłem kolejne, niepewne kroki. Cały czas czuł jak mięśnie napinają się, doprowadzając wręcz do drżenia niemal całego ciała. Był za to zaskoczony, że nie chce mu się sikać. Kiedyś, będąc na wakacjach u wujostwa ze wsi, przeskrobał coś na tyle, że wujo Darek – naczelny badass rodziny, postanowił sprać go na kwaśne jabłko. Widok nacierającego wuja, wraz z ogólnie rozpoznanym w sobie strachem sprawiły, iż Jarek Druciak zupełnie mimowolnie zeszczał się w gacie. Wujo Darek i tak go sprał, choć starał się omijać dłonią mokre miejsca.
Gdy dotarł do dziury, Benek był w połowie drogi. Obaj szli tyłem, ślimaczym tempem, w duchu błagając wszelkie moce niewidzialne aby stwór ich nie zauważył. Wyglądało jednak, że o wiele bardziej interesują go rozrzucone po ulicy szczątki policjanta.
Po drugiej stronie płotu odetchnęli z wyraźną ulgą. Kosmek zauważył, że drżenie rąk zaczyna mijać, choć nie całkowicie.
– To, kurwa, to – powiedział Benek, ocierając twarz. – Potwór. Mówiłem ci, łośku.
Kosmek prychnął pod nosem.
– Jaki potwór? Zwykły zwierz, tyle, że nie z naszej ery – odparł zerkając przez dziurę na stwora. – Szkoda gliny tylko. W sumie mogliśmy nie biec jak debile po tych krzykach.
– Mądrala z ciebie. Opowiesz mi wszystko jak wrócimy na osiedle.
***
– Niedźwiedź krótkopyski. – Słowa zawisły w powietrzu jak dym po ruskich petach. Kosmek siedział z Benkiem na ławce przed klatką swojego bloku. Życie wyglądało tu zupełnie frywolnie w porównaniu z widokami zastanymi na dzielnicy przemysłowej.
– Kubuś Puchatek z Czarnobyla raczej – odparł Benek, swoim zwyczajem uśmiechając się przekornie, choć z mniejszą werwą niż zazwyczaj. Wyglądało, że nie doszedł jeszcze do siebie. W drodze Kosmek miał wrażenie, że kumpel stał się cieniem samego siebie. – Pierwsze widzę takie dziwadło.
– Bo to wymarły gatunek. Wymarły cholernie dawno, jakieś dziesięć tysięcy lat temu, albo więcej.
Benek spojrzał w stronę dzielnicy przemysłowej. Na twarzy wykwitł mu znów wyraz, który nie gościł tam często – zamyślenie pomieszane z niepewnością.
– Skąd to draństwo się tu wzięło? Wiedźmy? One są zdolne do takich sztuczek. Chyba.
– Nie mam pojęcia i tak szczerze, nic nam do tego. Szkoda tylko gliny.
– Znałeś go?
– Ciężko rozpoznać kogoś po śledzionie i rozciągniętych na ulicy flakach. Ale raczej nie. Chodzi mi ogólnie o…
– Dobra, dobra. Lepiej odprowadź mnie do autobusu. Będę się zbierał.
Kosmek spojrzał na zegarek. Dochodziło południe. Benek zwykle o tej porze wpadał na najlepsze pomysły do spędzenia czasu na mieście.
– No skoro chcesz… – odparł wstając i ruszając w stronę przystanku.
Stary Jelcz zajechał pod blaszaną wiatę po kwadransie. Benek zbił z kumplem pionę i wsiadł do kopcącego diesla. Wracając na bloki Jarek nawet przez chwilę nie spoglądał za siebie, na magazyny. Starał się też nie nasłuchiwać, choć wydawało mu się ciągle, że nadal słyszy ten charakterystyczny pomruk.
***
– Chyba nic mu nie jest. – Po piątej pod rząd obdukcji Kosmek czuł, że traci cierpliwość. Matka sprawdzała mu nawet przestrzenie między włosami, jakby szukała łupieżu.
– A co ma niby być?
– Żadnego wychodzenia z mieszkania do odwołania – zarządził ojciec. – To jakiś psychol albo gorzej, naćpana kryształem wiedźma.
Plotka o rozczłonkowanych zwłokach rozniosła się szybko. Telefon Druciaków dzwonił co chwilę. Sąsiedzi powtarzali te same informacje z podobnym przejęciem. Kosmek w tym czasie zdążył nieco poczytać o niedźwiedziu krótkopyskim. Na grafikach zwierz wyglądał bardziej komicznie niż przerażająco. Brak rozerwanego korpusu człowieka też robił swoje. Kosmek wciąż miał przed oczami widok krwawej inscenizacji stworzonej przez pradawnego niedźwiedzia.
– Na pewno go złapią – stwierdził sucho Kosmek.
– Nie liczyłbym na to. Te konowały siedzą tylko w kebabach, sapiąc głośno. W każdym razie żadnego szwędania się z Benkiem. Do odwołania.
Kosmek wzruszył ramionami. Liczył, że starzy nie dowiedzą się, co tak naprawdę grasowało pomiędzy magazynami. Wtedy dostałby pewnie szlaban na cały rok.
***
Jelcz wlókł się ulicami miasta znacząc teren plamami oleju i oparami z wydechu. Ludzie wsiadali i wysiadali na kolejnych przystankach. Benek oparłszy głowę o szybę oglądał zza niej okolice przyprószoną brudem zalegającym po zewnętrznej stronie okna. Pysk, krew, flaki. Pysk, krew, flaki. Nie mógł się pozbyć tych obrazów. Wracały jak na karuzeli, z każdym cholernym kółkiem, non stop. Co chwilę wzdychał ciężko i ocierał twarz. Kobieta stojąca przy drzwiach patrzyła na niego nieufnie. Pewnie myślała, że się naćpał. Szkoda, że nie miała racji. Jedna, krótka kreska zdziałałby teraz cuda. Nigdy nie próbował, ale skoro tyle osób zachwalało…
W końcu pudrowany trup zatrzymał się na przystanku Benka. Nastolatek wysiadł i od razu ruszył szybkim krokiem w stronę swojego blokowiska. Od jakiegoś czasu, może niecałych dziesięciu minut, miał wrażenie, jakby ktoś go obserwował. Natrętna myśl i uczucie świdrowania wzrokiem na plecach. Skręcił w alejkę między drzewami, znany skrót przez sąsiednie osiedle. Jak na złość trawniki opustoszały. Podobnie plac zabaw i ławeczka przy osiedlowym sklepie. Wszyscy gdzieś wybyli, osiedle wyglądało jak martwe. Zdążył jeszcze omieść wzrokiem następny skręt w wąską, wydeptaną ścieżkę, skąd miał już prostą drogę na swoje bloki, kiedy w jednej chwili świat poczerniał.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania