Pokaż listęUkryj listę

Plejstoceńskie spotkania wysokiego stopnia cz.2

– Kosmek, na litość boską! Masz siedemnaście lat – powiedziała matka, widząc jak Jarek przymierza się do wytarcia palca uwalonego masłem w obrus.

Nastolatek spojrzał na rodzicielkę przepraszającym wzrokiem. Nie miał pewności, czy dostał rumieńców wstydu na policzkach. Bardzo możliwe, bo matka pod koniec uśmiechnęła się lekko. Gest triumfu. Odłożył resztę kanapki na talerzyk i wziął w dłoń pilot od telewizora. Przełączył na NationalGeographic. Leciał akurat jakiś dokument o Amazonii. Ojciec jak to on, był na spacerze porannym, więc Jarek, którego wszyscy oprócz proboszcza i nauczycieli nazywali Kosmek, mógł być panem telewizora. Po kwadransie do mieszkania wrócił ojciec. Wyglądał jakby przyniósł ze sobą sensacyjne nowiny. Zawsze robił wtedy wielkie oczy.

– Nie uwierzycie – powiedział, zanim zdjął buty.

Kosmek odwrócił głowę.

– Kto umarł? – zapytał bez przekonania.

Ojciec pokręcił głową.

– Od razu umarł. Nikt, na szczęście. Ale jedna dziewczyna o mało nie zginęła na magazynach.

Jarek od razu skojarzył sytuację z karetką, którą słyszał rano.

– Skąd wiesz? – zapytała matka, wychylając się z kuchni.

– Od Edka. Wracał z nocki i widział jak karetka stała niedaleko dawnego Hortexu.

– Biedna dziewczyna. Pewnie jakiś gwałciciel. Dawno nie było ich słychać, sukinsynów.

Jarek rzadko słyszał takie słowa z ust matki. To znaczyło, że informacja bardzo ją poruszyła. Bardziej niż jego trzy jedynki w zeszłym roku z matematyki, kiedy wróciła z jednej z wywiadówek.

– Przeżyje, chyba – powiedział ojciec, kierując się do salonu. – Dobra, Kosmek, weź na dziennik przełącz.

Jarek oddał pilot bez słowa. Zabrał resztę kanapki i poszedł do pokoju. Odpalił komputer w nadziei na jakiś artykuł. Pojawiły się już dwa, lecz oba na wskroś lakoniczne.

– Tyle to i ja wiem – syknął.

Ostatnio w okolicy nic się nie działo. Żadnych awantur sąsiedzkich, zdrad, bójek przy śmietniku, przelotów czarownic na kolejny mini Sabat. Nawet Nadziany Gieroj jakoś przycichł. Nie porywał dla haraczu i nie amputował prawych dłoni fanom pączków bez nadzienia. Nuda. Jedynym ratunkiem był Benek.

***

Benek miał kilka zalet. Był wysokim brunetem, górującym na blond średniakiem Jarkiem i miał trochę nie po kolei pod kopułą. Umówili się tam gdzie zawsze – pod starą wierzbą rosnącą w rogu, przy płocie ogródków działkowych. Kiedy Jarek szedł w jej stronę wydeptaną ścieżką od osiedla Wapno, Benek już na niego czekał.

– No w końcu. Już miałem sobie iść – powiedział z szerokim uśmiechem.

– Słyszałeś o tej dziewczynie?

– No pewnie. I nawet wiem, co ją zaatakowało.

Jarek poczuł przyjemne ciepło buszujące w trzewiach. Potem jednak ochłodził z miejsca swój zapał. To Benek, pomyślał. Trzeba brać na to poprawkę.

– No, co?

– Nie bądź taki wyrywny. Idziemy na magazyny.

– A policja?

– Eee tam, jaka policja? Niedaleko mają dobrego kebsa, prawdziwego Turka. Taki wabik nigdy nie zawodzi.

Jarek przytaknął, choć z tyłu głowy miał trochę wątpliwości.

Szli wzdłuż ogródków działkowych, słysząc za żywopłotami i starymi drzewami owocowymi odgłosy kosiarek, rozmów o polityce i problemach z odtwarzaniem kanału TV Republika. Benek zasadził Jarkowi lekką kosę pod żebra, w swoim stylu.

– A u was, która wyrocznia rządzi? – zapytał rozbawiony.

– A bo ja wiem? Może polsat?

– Pseudocentrowcy na ciamajdy. A mój stary to nawet nie wie za bardzo, kto był premierem przed Tuskiem.

– A ty wiesz?

– A czy ja jestem swoim starym? Nie zmieniaj tematu.

– To lepiej powiedz, co wiesz o tym ataku na dziewczynę.

Benek milczał przez chwilę.

– Potwór! – warknął unosząc dłonie w groteskowym geście straszenia.

Jarek prychnął tylko.

– U nas w domu mówi się na takich psychole.

– To nie był człowiek.

– A kto? Absolwentka technikum krawieckiego?

– Co?

– Nieważne. Jak nie człowiek to…

– No mówię ci, że potwór.

Doszli do przejścia dla pieszych. Odczekali na zielone i przekroczyli szybkim marszem ulicę Trzydziestolecia PRL-u. Dzielnica przemysłowa była po ich lewej stronie. Skręcili w pierwszą możliwą uliczkę, prowadzącą pomiędzy w większości niezabudowanymi działkami porośniętymi chaszczami. Dalej zaczynały się magazyny i trochę nadal działających przedsiębiorstw.

– Potwór brzmi trochę zbyt bajkowo.

– Cholera, Kosmek, wiedźmy ci nad głową latają, a ty mi tu o potworze z bajki.

– To co innego.

Doszli do skrzyżowania.

– W prawo dojdziemy na miejsce.

Jarek poczuł dziwny dreszcz na plecach, jakby jakaś ciekawska para oczu przyglądała mu się z ukrycia.

– Idziemy? Ej, pobudka.

– Co, tak. Miałem lekko zawiechę.

Benek zaśmiał się chrapliwie.

– Nie cykaj się, to nie rura ściekowa. Damy radę.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • il cuore

    No teges; wgląd w inną kulturowść zawsze jest wporzo🐝

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania