Plejstoceńskie spotkania wysokiego stopnia cz.5
To zdecydowanie nie poduszka, pomyślał Benek, kiedy się ocknął a zimno metalowego stolika zaczęło mierzić receptory na policzku. Otworzył oczy, uniósł głowę i otarł usta ze śliny. Do tej pory czuł się jak w transie, jakimś półśnie albo czymś takim. Widział ściany, stolik i jarzeniówkę nad drzwiami – jedyne źródło światła w pomieszczeniu. Nie czuł jednak strachu. Ten przyszedł zaraz potem. Wtedy Benek zorientował się, że to nie jego pokój, a on siedzi na krześle związany, z coraz dotkliwszym bólem w okolicach potylicy.
– Co jest? – zapytał na głos.
Szarpanina nie przyniosła oczekiwanego rezultatu. W zasadzie o mało nie pogorszyła sytuacji. Związany i leżący, Benek byłby w jeszcze gorszej pozycji niż teraz. Dlatego niechętnie zaprzestał wierzgania, choć zamierzał wydrzeć mordę, jak tylko mocno potrafił. Kiedy nabierał powietrza w płuca drzwi pomieszczenia otworzyły się.
– A temu co? – zapytał jeden z nieznajomych garniaków, którzy weszli do środka. Wyglądali jak bliźniacy syjamscy z tak samo fatalnie zawiązanymi krawatami. Na tym Benek trochę się znał. Ojciec nauczył go co nieco, bo jak mawiał: prawdziwy mężczyzna umie wiązać krawat i coś tam jeszcze o kobietach i silnej ręce, ale Benek wolał dalszej części nie cytować. Trochę się wzdrygnął na samo wspomnienie.
Drugi z garniaków wzruszył ramionami i zostawił kompana sam na sam z osadzonym.
Facet usiadł naprzeciwko Benka, po czym bez ceregieli zdzielił go z liścia.
– Pogrzało was kompletnie! – warknął nastolatek.
– Mówiliśmy waszemu spasionemu szefuńciowi żeby nie pachał lukrowanych łap w nie swoje sprawy. Myślał, że jak się posłuży gówniarzem, to się damy zrobić w… – zawiesił głos, po czym nie dokończywszy myśli wstał od stolika i podszedł do Benka od prawej.
– O co wam chodzi?
– Nie ty zadajesz pytania.
– No tak. Zły garniak. A na dobrego was nie stać.
Kolejny liść był mocniejszy. Po nim Benek miał już solidnie czerwony polik.
– Nie kozacz, nic to nie da. Słuchaj uważnie. Gieroj to stare dzieje. Odpad. Już się dla nas nie liczy. Możesz mu przekazać, że stracił przemysłową dzielnicę na amen. I jeszcze jedno. Wiemy, że to kudłate coś, to jego sprawka.
Ostatnie słowa brzmiały dla Benka jakby dochodziły gdzieś z lądu a on był zanurzony w wodzie. Wcześniej poczuł dziwne swędzenie na szyi, ale nie wiedział, co to znaczy. Zresztą, zaraz potem spał twardo, tak samo obśliniony jak wcześniej.
***
Kosmek uznał, że Benek musiał mieć niezłego pietra, skoro nie odpisywał na wiadomości. Pewnie też było mu wstyd przed kumplem. W końcu nie co dzień okazywał strach. W zasadzie to prawie nigdy. Był tym szalonym, z masą odjechanych pomysłów i zerowym instynktem samozachowawczym. Kosmek uznał, że da przyjacielowi czas. Położył się wcześniej, krótko po zmierzchu. Dzień był intensywny, jak cholera. Nastolatek z trudem udawał przed starymi brak roztargnienia. Na kolacji ojciec przyglądał mu się badawczo, jak to miał w zwyczaju. Rzadko rzucał oskarżenia bez pokrycia. Najpierw cię śledził wzrokiem, próbował odczytać ruchy ciała, czy coś takiego. Tym razem nie doszedł do żadnego konkretnego wniosku, więc Kosmek był bezpieczny. Na razie.
Śnił o takiej Klaudii z równoległej klasy. Zawsze mu się trochę podobała, choć we śnie wyglądało, że więcej niż trochę. Była kompletnie naga i zapraszała go do siebie. Szybko przeszedł do meritum pchany wręcz zwierzęcym pożądaniem albo skumulowaną energią czającą się we wnętrzu nastolatków w jego wieku. Tuż przed finałem wszystko odeszło jednak w niebyt. Nagie piersi Klaudii drżące przy każdym kolejnym ruchu Kosmka, dziwnie kwiecista pościel na której leżeli, jakby pochodziła z domu babci Klementyny i wszystko inne, łącznie z zapachem – trudnym do opisania, ale doprowadzającym do szaleństwa. Otworzył oczy wyraźnie poirytowany. Półmrok pokoju przypomniał, gdzie wrócił – do szarości realnego życia, w którym Klaudia woziła się z jakimiś wydziaranymi matołami z technikum budowlanego na Jagiellońskiej. Przekręcił się na drugi bok i spróbował ponownie zasnąć. Wtedy usłyszał coś, co zjeżyło jego włosy, nawet te pojedyncze kępki na klatce piersiowej i plecach. Zrzucił kołdrę i podbiegł do okna. Uchylił jedno skrzydło. Dźwięk niósł się z magazynów. Jakby skrzek, warczenie i pojedyncze ryknięcia. Kosmek przełknął ślinę. Gdyby miał osiem lat i właśnie skończył kolejny już seans filmiku na YouTube o wdzięcznej nazwie “Cowiek Maupa” pewnie zsikał by się ze strachu i to nie raz. Wbił wzrok w ciemność, która okupowała dzielnicę przemysłową, czarną plamę na mapie miasta. Latarnie od lat stały tam tylko dla wrażenia, że cokolwiek mają do roboty. Ryk ponownie niósł się przez okolicę. Kosmek wzdrygnął się i zamknął okno. Odchodząc w stronę łóżka miał wrażenie, że para głodnych oczu spogląda na niego spomiędzy zardzewiałych blaszanych poszyć magazynu.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania