Plejstoceńskie spotkania wysokiego stopnia cz.1
Nad osiedlem Wapno wstawał leniwie kwietniowy świt. Niebo mieniło się odcieniami czerwieni i żółci, w powietrzu zastygł zapach wilgotnej ziemi z wyczuwalnym kwaśnym posmakiem, będącym pokłosiem wiatrów niosących ze sobą bagaż aromatów z miejskiego wysypiska śmieci. Julka widziała wyraźnie czubki bloków osiedlowych idąc jedną z opustoszałych ulica dzielnicy przemysłowej. Łatany żużlem betonowo-asfaltowy chodnik wił się razem z szosą między magazynami upadłych zakładów, straszącymi wybitymi szybami warsztatów samochodowych i wulkanizacyjnych. Poranek był rześki, wciąż bardziej marcowy, choć była to już końcówka kwietnia. Nastolatka wracała z piątkowej dyskoteki w klubie na drugim końcu miasta. Większość drogi przebyła zmodernizowanym miejskim Jelczem, dymiącym jak smok z dziurawej rury wydechowej. Przystanek znajdował się na granicy dzielnicy przemysłowej. Dziewczyna miała wybór, albo okrążyć skupisko blaszanych magazynów w kolorze rdzawej depresji albo przemknąć ulicami na skróty. Od skakania po parkiecie dyskoteki bolały ją pięty. Wybrała opcję skrócenia drogi. Zacisnęła pięści i ruszyła przed siebie. Od dwóch albo trzech lat w mieście nie odnotowano próby gwałtu na jakiejś młodej dziewczynie. Nie wiedziała, czy to dobrze czy źle. W sumie, po takim czasie głód w jakimś psycholu mógł urosnąć, jak pryszcz na nosie. A ona właśnie podała się na talerzu, idąc samiutka opuszczonymi ulicami, z dala od domów.
Skręciła z głównej, szerokiej szosy biegnącej przez całą dzielnicę, w prawo. Mijała kolejne place świecące pustkami, zarośnięte chwastami magazyny i, co jakiś czas, murowane budyneczki stróżówek przy wjazdach na tereny dawnych zakładów.
– Weź się w garść. Zrobiłaś loda jakiemuś Matiemu po dwóch drinkach, a boisz się wyimaginowanego gwałciciela za rogiem. Nikogo tam nie ma, nikogo tam nie ma – spróbowała dodać sobie otuchy. Jednocześnie podjęła ważną dyskusję w myślach, czy ta cała akcja z niejakim Matim robi z niej automatycznie łatwego szlaucha?
Mocne uderzenie o blaszaną ścianę jednego z magazynów wyrwało ją z zamyślenia. Napięła mięśnie i nerwowo przełknęła ślinę.
– Kurwa, przestań – powiedziała ruszając dalej.
Kolejne uderzenie było mocniejsze.
Przyspieszyła. Normalny krok zamienił się w szybki chód, a potem wręcz w trucht. Minąwszy skrzyżowanie kilku wąskich uliczek zaczęła już pełnoprawny bieg. Czubki osiedla Wapno na moment zniknęły za wysokimi budynkami po dawnej przetwórni owoców. Słyszała coraz więcej trzasków za plecami, jakby ktoś z rozmysłem i na złość jej uderzał czymś twardym w blachę. Łup, łup, łup! Słońce wisiało coraz wyżej, nieśmiało zerkając sponad dachów.
Odwróciła się na moment. Nic nie zobaczyła, bo obraz był rozmazany przez napływające do oczu łzy. W głowie miała tylko widok drzwi wejściowych do mieszkania. Chciała już tam być. Cholernie chciała. Lewa stopa natrafiła jednak na przeszkodę. Wybrzuszenie na chodniku okazało się wystarczające aby się o nie potknęła. Zaryła barkiem o chropowatą betonowo-asfaltową powierzchnię. Ból zaczął kąsać dotkliwie, najpierw blisko barku, potem na całym ramieniu.
– Kurwa! Nie powinnam, okej? Daj już spokój – powiedziała rozgoryczona.
Nim zdążyła obejrzeć ranę, rozległ się potężny huk. Jedna z bram prowadząca na plac nieomal wyleciała w powietrze lądując po drugiej stronie ulicy. Julka krzyknęła w strachu, ocierając z łez przekrwione oczy. Gdyby nie skorzystała z toalety przed wyjściem z klubu, pewnie by się zmoczyła. Potężna, zakończona wielkimi pazurami łapa pojawiła się na chodniku, a za nią kolejna i reszta nabrzmiałego wściekłością cielska.
***
Jarek Druciak obudził się kilka minut przed szóstą rano. Miał wątpliwości, czy to pęcherz domagał się opróżnienia, czy po prostu koszmar jaki śnił nastolatek miał aż takiego kopa. Na wszelki wypadek poszedł do łazienki i się wysikał. Kiedy wrócił, usiadł na łóżku i zamyślił się. Pokręcony sen. Cholernie realistyczny, ale pokręcony i straszny. Pod koniec, widząc do czego wszystko zmierza, Jarek po prostu zamknął oczy. To stary sprawdzony sposób. W życiu codziennym ludzie czasami używali go z nadzieją, że tutaj ma taką samą moc. Niestety, potem otwierali oczy a kredyty, rozpad małżeństwa i przeciekający dach w salonie nie znikały.
Spróbował jeszcze zasnąć. W końcu to sobotni poranek. Tylko debile i kujony nie korzystają z okazji. W klasie Jarka był taki Remek. Gadali o nim, że w soboty rano to on trygonometrię maltretuje, a ta po godzinie odklepuje zniszczona. Pocieszny typek, pomyślał Jarek, zamykając oczy. Nie zdążył dobrze zakonserwować myśli przed następnym epizodem snu, kiedy za oknem usłyszał dźwięk syreny ambulansu. Ewidentnie jechała ulicą Trzydziestolecia PRL-u, a potem skręciła w którąś z dochodzących do niej. Tak po słuchu Jarek obstawiał, że karetka pojechała do dzielnicy przemysłowej. Odczekał aż syreny ucichną, po czym odwrócił się do ściany i chwilę później zasnął.
Komentarze (1)
Nie jest zapisane perfekt
Zbyt mało akapitów
Ale dobrze jeśli chodzi o możliwość zdarzeń 🐸
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania