Płonące Królestwo / The Kingdom Ablaze, cz. 1 (rozdział 8)
W pokoju 107 Nikk Pierr — czy raczej Stary Nikk, jak znała go ta część Urzędu, którą mogłoby to interesować — przeżywał po raz wtóry zasłyszane ostatnio (czyli przynajmniej dwudziesty raz tylko w tym tygodniu) określenie na samego siebie: „Pierrwotnikk".
„Te niewdzięczne szczeniaki spod 101", memłał bezgłośnie pod nosem. Przecież nie był aż tak BARDZO stary. W końcu Wielebny Emmatu — jego niegdysiejszy przełożony i przy okazji własny dziadek — nadal pracował w Urzędzie, choć fakt faktem odkąd został przeniesiony do skrzydła N, nie miał z nim kontaktu.
Właściwie kiedy to było? 5 lat temu? 15? Czy na pewno dziadzio przestał odpisywać na świąteczne kartki tylko z powodu demencji? Hmm...
„Nie mogę sobie pozwolić na takie słabostki" przemówił w końcu Rozsądek, którym zawsze się kierował. Te pijawki (jego podwładni) i inne hieny-pasożyty, tylko czyhają, aż mu się gdzieś noga powinie. Nawet sam Wyższy Mag wykpił niedawno jego rutynę basenikową. Czekaj, jak się ten pryncypał nazywał? „Żonypp, rodu Żeuo" podpowiedziała mu z kolei Pamięć (nieco ospała, ale nadal sprawna, jak się jej dało odpowiednio dużo czasu na reakcję).
„Żonypp. Cóż za prostackie imię", ciągnął dalej do siebie.
„Pewnie z Quessvin". Gniewna zmarszczka przeszyła mu czoło, kiedy tak gardłował zawzięcie do coraz to kolejnych części swojej jaźni.
„I taki się tutaj panoszy! Wielce Wyższy Mag, proszę ja ciebie. Może mi najwyżej, o! (tutaj należy wyobrazić sobie Nikka w niewybrednym geście wymachującego palcami) Naskoczyć. Hehe".
Uśmiechnął się wewnętrznie, ale na zewnątrz pojawiły się realne rumieńce, kiedy — jak zwykle zresztą — udało mu się w końcu wygrać kolejny wyimaginowany spór. Ze samym sobą w dużej mierze.
Następnie sięgnął do małej szuflady po prawej stronie swojego wysłużonego biurka i wyjął kilka wykałaczek, które starannie położył na spodku od filiżanki. Co prawda ani herbaty, ani tym bardziej kawy nie pijał, bo psuły jego nieskazitelnie biały uśmiech. A przynajmniej tak to sobie tłumaczył. Nigdy również nie palił, nawet jeśli nie było odgórnego zakazu palenia na terenie Urzędu i kopcił zawzięcie średnio co trzeci pracownik — głównie jako forma zabicia czasu między petentami, ale również jako substytut śniadania, snu, rozmowy ze współpracownikiem lub metoda zaczadzenia klienta, żeby w gryzącym dymie nie był w stanie doczytać wszystkich kruczków (bez)prawnych i nie wygłosić sprzeciwu z obawy przed uduszeniem.
Tuż poza zasięgiem kącika oka Nikka siedziała sztywno Nasta Rapan — jego osobista, naczelna i, przynajmniej nieoficjalnie, jedyna sekretarka, jak również zastępczyni, konferansjerka i kierowniczka zmiany (oraz PARĘ innych funkcji — jeśli wierzyć plotkom — których z uwagi na dobre imię pani Rapan nie przytoczę). Siedziała w absolutnej ciszy i bezruchu, i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że... spała.
Ale nie był to spokojny, głęboki sen urzędowego obiboka, co to to nie. Był to perfekcyjnie wypracowany system płytkich oddechów z zachowaniem idealnej równowagi i czujności na bardzo dyskretne wibracje i odgłosy wydawane przez Starego Nikka, by w razie potrzeby wybudzić się w ułamku sekundy i być w pełnej gotowości na każde skinienie. A nawet dosłownie chwilę przed tymże skinieniem. To właśnie ta nieprawdopodobna synchronizacja i reaktywność były powodem, dla którego szanowny Mag-asystent ds. Badania Tego, co Mogło Umknąć Magom-Rejestrantom nie potrzebował więcej niż jednej sekretarki do pomocy, a panna Rapan, z typową dla siebie uniżonością, chętnie wykonywała każdą przydzieloną jej funkcję, a jeszcze chętniej pobierała za każdą z nich odpowiednią sumę (zarobione pieniądze przeznaczała zwykle na wsparcie Domu Dzieci Niemagicznych, inwestowała na Giełdzie lub wydawała na drobne przyjemności, takie jak modne broszki lub klamry do włosów we wszelkich odcieniach beżu, którymi spinała swój ciasno upakowany kok).
Samemu Nikkowi też nie brakowało wyczucia na niuanse i dlatego zawsze doskonale wiedział, kiedy kolejny nieszczęśnik staje pod jego drzwiami i z narastającą frustracją usiłuje wystukać właściwy szyfr, pomimo że nieustępliwe drzwi już dawno temu zostały zaczarowane tak, żeby kompletnie tłumić coraz to rozpaczliwsze (i nieudane) próby.
To właściwie skąd Pierrnikk —przepraszam— pan Pierr wiedział, że akurat ktoś czatuje i marnuje czas pod jego drzwiami? Na początku zwyczajnie to obliczał: szacował ilość czasu potrzebną do przeprowadzenia rozmowy akceptacyjnej podzieloną przez liczbę okienek otwartych danego dnia (zawsze takiej samej zresztą) i wyciągał rachunek prawdopodobieństwa pojawienia się petenta u niego. Z biegiem lat uściślał swoje obliczenia o różne zmienne, takie jak wiek, szybkość chodu czy incydentalną-możliwość-powrotu-do- domu-skołowanego-jegomościa-do-którego-jeszcze-nie-dotarło-że-się-jednak-dostał; a w końcu doszedł do takiej perfekcji, że przestał robić to świadomie i każdy był święcie przekonany, że to CZARY. Tym bardziej, że się nigdy nie mylił. Ostatecznie sam też uwierzył w plotki o swojej niezwykłej magicznej wrażliwości, a prawda nigdy nie miała ujrzeć światła dziennego...
Powróćmy jednak do TERAZ.
Post scriptum auctoris
Mityczne Skrzydło N, wbrew rozsądkowi i jakimkolwiek prawidłom alfabetycznym, nie znajdowało się wcale między skrzydłami M i O, a nawet w pobliżu jakichkolwiek innych skrzydeł. Było de facto przybudówką do urzędowej kantyny, do której wchodziło się przez składzik na miotły. Wynikało to z rozbrajająco prostej przyczyny, że nikt nie pomyślał, że w pewnym momencie zbierze się już na tyle dużo nadal aktywnych zawodowo urzędników powyżej lat 200, a jednocześnie obecne skrzydła osiągną już swój limit pojemności, i trzeba będzie gdzieś tą wiekową hałastrę umieścić. Tym zabawniejszy jest fakt, że żaden z superstaruszków nawet nie zauważył jakiejkolwiek różnicy w codziennym funkcjonowaniu, skoro i tak od przynajmniej 50 lat byli prowadzeni jak dzieci we mgle przez swoich asystentów na trasie: wersalka w garderobie - kantyna - gabinet; co więcej nikogo nie zdziwiło, że skupisko mioteł mijanych dzień w dzień nigdy nie odpowiedziało na "dzień dobry, co słychać?"
PPS.
W kontekście Nikkowego gestu, nie chodzi, oczywiście, o typowo ziemskie pozdrowienie środkowym palcem, jako że Peddiezgiew ma swój własny odpowiednik. Mimo to bezczelne machanie komuś palcami przed twarzą byłoby uznane za co najmniej grubiańskie w każdej rzeczywistości
PPPS.
Jeśli chodzi zaś o zgubny nałóg urzędniczy, oczywiście zdarzają się też interesanci-palacze, ale! po pierwsze, są zazwyczaj zdecydowanie mniej obyci w długotrwałym przebywaniu w komorze dymowej ze względu na dużo mniejszy przydział papierosów dla nie-urzędników (czyli „pospólstwa"); i po drugie, nawet same papierosy Urzędnicze zdecydowanie różniły się zawartością czystego tytoniu od tzw. „trawiaków", którymi z braku laku musieli się raczyć pozostali.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania