Półżywolinia - #1
Niniejszy utwór jest przekładem z języka japońskiego.
Oryginał w języku japońskim: https://ncode.syosetu.com/n1414ml/
Krystyna Tekni Pająkowska, 25 lat. Kobieta z kociego ludu. Referentka audytu wewnętrznego w centrali Kolei Wschodniego Langu S.A.
„To znaczy, że zarobienie jednego srebrnika Langu kosztuje dziesięć tysięcy srebrników”.
„W końcu rzeczywistość nie jest baśnią, więc pozostaje żyć nie na swoją miarę, odczuwając ból”.
„Dziękujemy za korzystanie z Kolei Wschodniego Langu. Pociąg przyspieszony Szaron 3 do Kapsa-Haweno przez magistralę Sigan odjeżdża”.
9 lutego 521 roku ery Niebiańskiego Świętego Króla — rok 1984 po raz trzydziesty.
Ze stacji Sabarakki-Oiwake, grzęznącej w nawałnicy śniegu, z toru trzeciego odjeżdża w stronę Fankry, gdzie panoszą się barbarzyńcy ze wschodu, sześciowagonowy skład podobny do srebrnej włóczni. Za nim, po służbowym okrzyku, rusza czekający przy torze czwartym podmiejski elektryczny pociąg osobowy; z samym maszynistą, bez konduktora, wlecze się jego śladem. Zaraz potem jaskrawoczerwona lokomotywa elektryczna serii ED75, pryskając iskrami, ciągnie ku stacji doszczętnie sterane wagony pasażerskie starego typu — niczym niebieski wąż. Stalowe koła wystukują na złączach krótkie, urywane uderzenia. Przedziwnie splątane tory trójszynowe w obrębie stacji. Przy poruszanych sprężonym powietrzem zwrotnicach pomarańczowe płomienie lamp do wytapiania śniegu migoczą niczym śnieżne latarnie, oświetlając głębokie zaspy w mroku nowiu.
Odłożywszy na chwilę zbyt wielki bagaż, Krystyna jakoś wydostała się przez bramkę kontroli biletów. Nie mogąc już wytrzymać zaduchu na głowie, zdjęła uszankę z rybiego futra. Nad puszystym rudym bobem drgały kocie uszy ostre jak groty. Spojrzała wzdłuż ścian prawie pustej poczekalni, oświetlonej używanymi świetlówkami, poczerniałymi choćby od jaj ciem; popękany beton podłogi był cały w błocie i resztkach śniegu.
— Nie ma.
Gdy się o tym przekonała, naparła całym ciałem na podwójne drzwi wiatrołapu. W nieskazitelnej bieli śniegu, tym jaskrawszej pod niebem bez księżyca, znalazła jasno oświetloną, przeszkloną budkę telefoniczną. Jeszcze bardziej uniosła zewnętrzne kąciki swoich psio wiernych oczu i ponownie zarzuciła bagaż na plecy swej nazbyt dziecinnej, mierzącej sto czterdzieści pięć centymetrów postaci, choć przed chwilą musiała go zrzucić. Próbowała pobiec, stawiając ciężkie, szerokie kroki w czerwonych butach. Za ciężki bagaż wbijał jej stopy jeszcze głębiej w udeptany śnieg. Buty tym dotkliwiej uwierały już obolałe kostki. Kiedy wreszcie dostała się do budki, zręcznie przytrzymała za dużą słuchawkę między ramieniem a brodą, wsunęła kartę telefoniczną i wystukała numer metalowymi przyciskami cyfrowego automatu. Bezosobowy sygnał ze słuchawki niedostosowanej do uszu zwierzoludzi zastąpiła beztroska odpowiedź szefa.
— No witaj, witaj, Krysiu. Jak się miewasz?
— Och, szefie, i humor, i samopoczucie mam kompletnie do bani.
Szef biura, Gentaro Ikegami, był jak zwykle bez wyczucia. Krystyna zmarszczyła brwi i wydęła usta, burcząc.
— Za to naburmuszona buzia w doskonałej formie. Tak, tak.
Była przyzwyczajona do jego talentu głaskania pod włos i puściła uwagę mimo uszu. Audytora Dalekowschodniej Dyrekcji Kolei, który miał odebrać ją jako pracownicę centrali, nie było ani na peronie, ani w poczekalni. Z tą skargą natarła na tego starego lekkoducha ze sztucznie stworzonego ludu mroku, który rozwalał się na kanapie biura audytu w centrali, przy klimatyzacji pracującej na pełnych obrotach, i raczył się, drań, zimną colą.
— Przecież uprzedziłem, że przyjedziesz. Gdybyśmy nawet tego nie potrafili, to po co w ogóle nasza praca?
— Niby tak, ale…
— A może po prostu chcą ci dokuczyć?
Chyba obcinał paznokcie. Pstryk, pstryk — docierało nawet do jej kocich uszu.
— U was i tak już siódma wieczorem, prawda? Skoro nikt nie przyjechał, znajdź coś na noc. A, Krysiu. Nie wolno ci nocować w hotelu dworcowym.
Tak od niechcenia ją przestrzegł.
— Choćbyś pozornie ukryła tożsamość, dyrekcja i rycerze pilnują przyjezdnych gości. A kartą kredytową, którą ci dałem, od razu zdradzisz, że jesteś z firmy. Skoro po ciebie nie przyjechali, są umoczeni po uszy. Miej to na uwadze.
— Wiem.
— Spodziewamy się całkiem sporej sprawy. Pilnuj, żeby jak kota nie przerobili cię na shamisen albo nie utopili w zbiorniku zużytego oleju w bazie obsługi pociągów. Nie zmarnuj spluwy i pieczęci, które dostałaś.
— Mówię, że wiem.
— I żadnego: zbędny bagaż fizycznie przeważył i nie mogłam się ruszyć. Firma oczywiście cię ubezpieczyła, ale ubezpieczyciel zaraz wykorzysta najmniejszą lukę, żeby się przyczepić.
— Ile można?! Wystarczy, żebym nie zginęła na służbie, tak?! Muszę szukać innego noclegu, rozłączam się! Doprawdy wzrusza mnie pańska troska, szefie!
Rąbnęła szarą słuchawką ciężką jak hantel w widełki, jeszcze nowe, a już jakby kruche. Potem, dając upust złości, szarpnęła składane drzwi budki, których śnieg nie chciał puścić.
Niepotrzebnie solidny, odporny na ciśnienie zegarek cyfrowy wskazywał już prawie dwudziestą. Biel śniegu i czerń nocy tylko podkreślały srogi mróz. Nawet bezosobowej pomarańczowej poświaty ulicznych lamp było tu, inaczej niż w Metropolis, rozpaczliwie mało.
Jeśli zaraz nie znajdę noclegu — śmierć.
Krystyna, o krok od zostania lodowym posągiem, znów naciągnęła uszankę na zamarznięte rude uszy. Z kieszeni narciarskiej kurtki pachnącej naftaliną wyjęła portmonetkę ze słodkim kocim bohaterem i sprawdziła, czy ma dziesięć świeżo wypłaconych banknotów w dużych srebrnikach. Na rondzie stała jedna jedyna taksówka. Zastukała w szybę; świetlny szyld nad dachem oblepiały sople. Dotykając za wielkiej czarnej nylonowej kabury przypiętej do prawego uda, starała się mówić łagodnie:
— Do jakiejś przyzwoicie taniej kwatery prywatnej, którą pan poleca.
Kierowca, przyjezdny robotnik z ludu Ora, miał ogorzałą od śniegu twarz, groźną posturę i więcej kudłów niż zwierzoczłowiek. Jej podróżnicza nieufność szczególnie go nie obeszła. Starannie wepchnął bagaż do kufra małego sedana, wsiadł po niej i opuścił dźwignię analogowego taksometru. W tanim samochodzie wrzucił drugi bieg lewarkiem przy kolumnie kierownicy. Auto cicho ruszyło, z lekką wonią ozonu właściwą starym wozom na gaz magiczny i z ciepłym nawiewem, który wreszcie raczył się pojawić. Cztery srebrniki za sam początek… O, już pięć. Wiejskie taksówki są odrobinę za drogie. Ślizga się po ubitym śniegu, więc nabija jeszcze więcej.
Zapisuje Krystyna Tekni Pająkowska, referentka audytu wewnętrznego Biura Audytu Centrali Kolei Wschodniego Langu S.A. Z dniem dzisiejszym, 9 lutego 521 roku ery Niebiańskiego Świętego Króla, rozpoczynam dochodzenie w poważnej sprawie dotyczącej Dalekowschodniej Dyrekcji Kolei. Wczoraj, 8 lutego o godzinie 18.00, przybyłam do Sabarakki-Oiwake, stacji odgałęzienia od Magistrali Wschodniej, celem oględzin magistrali Sigan, na której w tej sprawie skupiają się główne, uzasadnione podejrzenia. Audytor dyrekcji, który miał przyjechać wcześniej z Fankry, nie zjawił się na miejscu; dziś rano wciąż nie można nawiązać z nim kontaktu. Po konsultacji z Biurem Audytu Centrali przechodzę do dochodzenia pod przykryciem. Sprawą bazy obsługi pociągów zajmie się inny pracownik wysłany przez centralę. Moja tożsamość pozostanie niejawna do zakończenia dochodzenia. Przedłożony centrali przez Dalekowschodnią Dyrekcję Kolei pod koniec ubiegłego, 520 roku, obłąkańczy wskaźnik kosztów operacyjnych magistrali Sigan, przekraczający dziesięć tysięcy, oraz skumulowane w ciągu ostatnich pięciu lat sześćset dziesięć tysięcy złotych monet Świętego Króla — w przeliczeniu aż sto sześćdziesiąt milionów srebrników Langu. W celu ustalenia, co kryje się za tymi danymi, rozpocznę od ostrożnego wypytywania mieszkańców miasta Sabarakki-Oiwake i obserwacji.
Pod ciężką bawełnianą kołdrą rozmasowywała bolące kostki ze śladami kajdan, które w dzieciństwie zaciśnięto na niej bez litości. Rozczochrana Krystyna, otulona ręcznie uszytym z koca okryciem tanzen, odsunęła krzesło w jadalni.
— Dzień dobry, podróżniczko. Trochę już odżyłaś?
Jasnowłosa elfka przyniosła głodnej Krystynie prostą, ciepłą gryczankę i zimne mleko. Uśmiechnęła się łagodnie, starannie złożyła skromny fartuch i usiadła naprzeciwko.
— Do Sabarakki o tej porze roku? Przyjechałaś zarobić?
— Nie, wreszcie dostałam urlop, więc podróżuję.
Tak naprawdę i wolne na koniec roku, i poprzedni letni urlop zniszczył jej ten ospały, beztroski poganiacz z góry.
— Na podróż podobno dobre jest Spioner. Sucho i przyjemnie gorąco. Teraz pewnie pełno tam rodzin z Metropolis.
Gorące, rozklejone ziarna gryki pospiesznie uciekały z jej wrażliwego na gorąco kociego języka do gardła, osiadały w żołądku i stygły. Elfka przekręcała z klikaniem pokrętło kanałów telewizora na zgrabnej komódce.
„Jesteśmy przed prokuraturą w Metropolis. Podejrzany, były aktor Frodosta Frid, po przesłuchaniu wyjechał czarnym vanem. Właśnie wyjeżdża. Wyjechał”.
Ponad wczorajszym nagraniem z przejętym reporterem przekrzykiwali się amatorscy komentatorzy, komicy i podobni, usadzeni rzędami w studiu. Czynny udział wielkiego aktora w oszustwie na ogromną sumę stu osiemdziesięciu tysięcy dużych srebrników. Kiedyś występowali z nim w serialach i programach rozrywkowych, płaszczyli się przed nim. Żaden nie miał prawa otwierać ust, a teraz rozparci wygłaszali wzniosłe sądy. Elfka znudzona znów zmieniła kanał. Czerwony widok z powietrza na rozległą, jałową Ribalgentę. U podnóża gór ryczał olbrzymi srebrny smok; przykuł wielkie zielone oczy Krystyny. Choć też należała do Magokracji Lang, była zachodnim państwem lennym. Zupełnie inny świat. Nic dziwnego, że wydawał jej się nierzeczywisty. Elfka znów przełożyła fartuch przez szyję, białą i wdzięczną jak porcelana, zabrała swoją tacę i zniknęła za koralikową zasłoną kuchni. Zamiast medialnego zła podanego jako rozrywka — rzeczywistość powierzonej jej pracy. Krystyna wróciła do tej myśli i lekko słodkim mlekiem zneutralizowała słony smak gryczanki na kocim języku.
Sygnalizator przejazdowy, pomalowany jak odwłok pszczoły, hałasował prymitywnym elektronicznym dźwiękiem naśladującym bicie dzwonu. Dwa duże wagony spalinowe serii KiHa 40, sprzęgnięte i sterowane z jednej kabiny, całe pomarańczowoczerwone, terkotały piętnastolitrowymi rzędowymi sześciocylindrowymi dieslami: solidnymi i nic ponadto, za słabymi. Nad dachami snuły się cienkie smugi czarnego dymu. Zbliżając się do przejazdu, zagrzmiały niskim sygnałem w mroźne niebo i przecięły gniewne spojrzenie Krystyny, nadal opatulonej na grubo, choć bagaż ograniczyła do podręcznego. Stojący tuż obok autobus złapał ją w boczne lusterko. Gdy podniósł się sam kikut złamanego drąga rogatki, autobus, cały zżarty rdzą od chlorku potasu używanego do topienia śniegu, ruszył, chwiejąc się. Zarzucając tyłem na nierównej, ubitej śnieżnej jezdni, wsunął się na terminal stacji Oiwake. Wielka ciężarówka z długą maską, z Krainy Mroku, tania i tylko tania, rozsypywała na śnieg drobne, owalne brykiety węglowe z ładunku. Jadące za nią popularne hatchbacki producentów Langu miażdżyły je po kolei oponami, w które warsztaty powbijały kolce. Krystyna, jakoś przebijając się poboczem, obrzuciła spojrzeniem ten obraz odrętwiałego miasta i znów zwróciła oczy ku stacji. Nawet placu przed dworcem porządnie nie odśnieżono. Pod najbliższym okapem stare małżeństwo Langijczyków nader zręcznie topiło śnieg, wypuszczając ze swych różdżek ogień i magię wiatru. Przy wejściu do szpitala młody woźny ze sztucznie stworzonego ludu mroku ładował czubate porcje na szeroki zgarniacz, próbował nadążyć, lecz nie nadążał ani trochę.
Według broszury turystycznej prowincji Sigan Sabarakki kwitło jako wielka baza wielorybnicza od czasów cesarstwa sprzed pięciuset lat aż po epokę nowoczesną. Lecz z tej zgrzybiałości nie dało się odczytać dawnej świetności. Obok parterowego betonowego dworca, pozbawionego choćby śladu projektu, hotel dworcowy o pięciu kondygnacjach podtrzymywał pozory tanimi imitacjami dostojnych ozdób i obsługą, dla której liczyło się przede wszystkim, ile gość zapłaci. Przy takim otoczeniu — kogo to niby oszuka? Jej psio wierne oczy przeszyły dwóch odźwiernych w szkarłacie: Langijczyka i lalkowatego przedstawiciela sztucznie stworzonego ludu mroku. Tamci, rzecz jasna, niczego nie zauważyli.
Krystyna wcisnęła się w lukę w zatłoczonej poczekalni o popękanej betonowej posadzce. Tablice odjazdów ustawione obok siebie nad bramkami kontroli biletów, w niepotrzebnie wysokiej hali, właśnie przestawiały się na zapowiedź następnego pociągu po odjeździe do Rissy pociągu przyspieszonego Szaron 2 magistrali Sigan, który przed chwilą przeciął jej drogę. Za dziesięć minut miał wjechać superekspres z Fankry, więc we wszystkich przejściach stali kolejarze, pobrzękując szczypcami do biletów. Jej pierwotne zadanie wykona ktoś inny, z nakazem służbowym o większej mocy wiążącej. Sama Krystyna nie będzie więc wypytywać, co naprawdę kryło się za pozostawieniem jej bez odbioru. Tak sobie wyobrażała i, uznawszy całość za do cna podłą, rozgryzła gorycz ostrym kłem. Szaron 3, jadący ku północnemu krańcowi magistrali Sigan, rozpoczynał bieg w Oiwake i miał wjechać na tor przy peronie za czterdzieści minut. Odjazd o 12.13 z przeznaczonego dla niego toru zero. Po skomunikowaniu z pociągiem od strony Metropolis planowy przyjazd na stację końcową Kapsa-Haweno, terminal Kolei Północnego Langu, o 18.43. Czekając na otwarcie bramek biletowych Krystyna przysunęła się bliżej osłony pieca węglowego. Pod bezchmurnym niebem wypromieniowanie ciepła jeszcze pogłębiło mróz. Musiała go teraz roztopić i złuszczyć ze swego małego, opatulonego ciała.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania