Półżywolinia - #4
Piętnastolitrowy rzędowy diesel z sześcioma poziomo ułożonymi cylindrami zgrzytliwie terkocze pod podłogą i drży bez końca.
— Proszę się nią zająć.
— Dobrze. Jak tylko dojedziemy do Tepataru, do lekarza i kapłana.
Krystyna leży na cienkim pluszowym obiciu siedzenia. W jej półprzymkniętych oczach piękna ciemna elfka, poszukiwaczka przygód Kawalie Kjutars, dobywająca zweihändera, i konduktor Edward Kennedy ze sztucznie stworzonego ludu mroku, uformowany na młodego arystokratę, tworzą niespójny obraz. Kawalie powierza Krystynę konduktorowi, schodzi z powrotem na peron i idzie ku kontroli biletowej.
— Dziękujemy za korzystanie z Kolei Wschodniego Langu. Z toru trzynastego odjedzie wkrótce przyspieszony Szaron 4 do Sabarakki-Oiwake. Pociąg zestawiony z dwóch wagonów. Tylny wagon niedostępny dla podróżnych. Toaleta znajduje się w tylnym przedsionku.
Szablonowy komunikat wciska się w burczenie diesli na biegu jałowym. Edward wychodzi na peron, rozgląda się przed podaniem sygnału odjazdu. W tylnym przedsionku rozlega się tupot wbiegających stóp. Trzask klamki, łoskot: toporne przesuwne drzwi ktoś brutalnie otwiera. Na pierwszy rzut oka para o dużej różnicy wieku, spóźniona z modą o piętnaście lat. Kiedy jednak przy mijaniu spotykają się spojrzenia, tatuaż na policzku dziewczyny jasno mówi, że to świątynna kapłanka. A przede wszystkim starzejący się mężczyzna w białej kurtce narciarskiej i ciemnych okularach jest nazywany „arcykapłanem”. I ten arcykapłan szuka oparcia w siedemnastoletniej chyba kapłance.
— Oto magiczny wózek, który dociera na równinę Sabarakki. Byle przebyć tunel, potem niech pani spieszy do Gildii Poszukiwaczy Przygód w Tepatarze, po pomoc tych od zdejmowania klątw…
Zostawiwszy te groźne słowa, starszy mężczyzna wysiada. Świadomość Krystyny pozostaje zamglona. Na dźwięk służbowego gwizdka dziewczyna, dotąd zastygła, porzuca wahanie i przywiera do okna. Edward wychyla połowę ciała z tylnego przedziału służbowego, sprawdza, czy zgasła lampka kontrolna drzwi, i brzęczykiem nadaje sygnał odjazdu. Już po ruszeniu rozlega się niski tyfon KiHa 40. Fluorescencyjne sylwetki pracujących na stacji torowców pośpiesznie schodzą z drogi. Ciężkie, tylko ciężkie stalowe pudła; silniki pracują pełną mocą, napędzając skład. Przez kolejne rozjazdy, oświetlone lampami nawet w nocnej ciemności, przejeżdżają raz w poprzek torów, raz na wprost. Wreszcie jadą opustoszałym dwutorowym odcinkiem magistrali Sigan, w kierunku Sabarakki.
— Kapsa Port, przejazd, w porządku. Berło Port–Ibun, otwór w kształcie X.
Krążek odebrany z łapacza kołacze o ścianę ciemnozielonej, podwyższonej kabiny, gdzie rząd analogowych przyrządów drży i kołysze się. Agni o martwych oczach sprawdza wpuszczony w pulpit zegarek kieszonkowy, wodzi wzrokiem po karcie rozkładu służbowego zawieszonej na prawo od nastawnika jazdy i wywołuje potwierdzenia. Wzdłuż plaży z przełamanym, osiadłym promem gęsto padają wielkie mokre płaty. Mieszają się z zamiecią przy ziemi; słony śnieg oblepia podwójne szyby i grube poszycia obu KiHa 40 — jednego w pomarańczowoczerwonej barwie stołecznej, drugiego w dawnym kremowym malowaniu.
— Czwarty semafor odstępowy, w porządku.
A jednak ATS wrzeszczy, ignorując zezwalające wskazanie semafora. Agni, ocknąwszy się na przenikliwy dzwonek, mocno pociąga rękojeść hamulca, jednocześnie uruchamiając syrenę i gwizdek odstraszający jelenie. Dzwonek ATS przechodzi w dźwięczny sygnał, który wciąż brzmi w uszach. Pociąg awaryjnie zatrzymuje się przed galerią chroniącą tor przed spadającymi skałami, tuż przed tunelem.
— Panie Agni!!
Edward krzyczy od tyłu, przebiega przez przedział i wpada do kabiny. Radiotelefony alarmowe w obu przedziałach służbowych sygnalizują wypadek pośród przeciągłych tonów i trzasków. Nawet Edward, nie mówiąc o dźwigającej się z zamroczenia Krystynie, nie potrafi wychwycić, na którym odcinku do niego doszło. Krystyna odwraca się.
— Więc jednak nie można uciec.
Dziewczyna wstaje z poprzecznego siedzenia nieco z boku, dostrzega Krystynę i godzi się z losem. Zdejmuje dwurzędowy płaszcz marynarski, ukazując nieskalaną postać kapłanki. Bagaż zostaje na siatkowej półce. Za dziewczyną zamykają się wewnętrzne drzwi tylnego przedsionka. Syknęło — chyba użyła awaryjnego zaworu drzwi. Kapłanka ręcznie otwiera zacinające się drzwi automatyczne i zaraz je zamyka. Krystyna próbuje śledzić ją przez okno, lecz biel śniegu już ją pożarła.
Edward podłącza przewód z pobliskiego słupa telegraficznego do przenośnego telefonu awaryjnego i szarpanymi ruchami obraca korbę wywołania, zarazem wytwarzając prąd.
— Tu pociąg 1944. Odcinek Port–Ibun, czwarty odstęp w kierunku Sabarakki. Pomimo sygnału zezwalającego awaryjny postój z powodu zadziałania ATS. Radio alarmowe również nadaje, treść nie do rozpoznania. Proszę o sprawdzenie.
Agni też wysiada. Przez lornetkę uważnie ogląda tor przed i za pociągiem, niknący ponownie pod śniegiem, potem opukuje zamarznięte podwozie KiHa młotkiem kontrolnym. Stan silnika, prądnicy, oleju smarnego i akumulatora. Otwiera nawet pokrywy, sprawdzając również zapas piasku.
— Dyspozytura: „Nie stwierdzono wypadku. Wznowić jazdę według oceny maszynisty”.
— Przyjąłem.
Edward, prawie już śnieżny posąg, z oblodzonym karabinem automatycznym AR-180 na ramieniu, jakoś wdrapuje się do tylnego przedziału służbowego. Zauważa przestawiony awaryjny zawór drzwi.
— Ta kocia panienka…?
Otrzepuje płaszcz ze śniegu, przewiesza go przez dodatkowe siedzenie i rusza prosto do jedynej pasażerki, żeby ją pouczyć.
— Proszę pani, to niebezpieczne i robi nam pani kłopot. Tego zaworu używa się, kiedy pociąg płonie albo coś w tym rodzaju.
— Wiem. Też pracuję na kolei.
Już w pełni przytomna Krystyna wreszcie wydobywa identyfikator spod grubych warstw ubrania i pokazuje: „Biuro Audytu Centrali. Referentka audytu wewnętrznego Krystyna Tekni Pająkowska”.
— Dziewczyna w marynarskim płaszczu sama wyszła. Panie konduktorze, przede wszystkim: jakie środki bezpieczeństwa pan podjął?
Właśnie przy tych słowach Edward kończy skrupulatnie sprawdzać jej dokument. Natychmiast sztywnieje na baczność.
Agni siada z powrotem za pulpitem i naciska brzęczyk. Nie otrzymuje odpowiedzi na prośbę o sygnał odjazdu, więc raz po raz wzywa do rozmowy. Edward sprawdza i wydany przez kolej zegarek kieszonkowy, i własny zegarek na rękę.
— Dłużej już nie można.
Biegnie do tyłu. Wychylając się przez okno drzwi, pośpiesznie sprawdza przód, tył i obie strony, uderza w brzęczyk, po czym chwyta wiszącą obok słuchawkę.
— Co robiłeś z pasażerką?
— Przepraszam. Doszło do sprzeczki. Już daję sygnał.
Ponownie się wychyla, gwiżdże i nadaje długi sygnał brzęczykiem na odjazd.
— Pociąg 1944, odjazd, w porządku.
Niski ryk odbija się echem od klifów zamieconego śniegiem wybrzeża. Ociężały skład KiHa, głucho dudniąc, wreszcie wjeżdża do galerii przed tunelem Ibun i nabiera prędkości.
— W związku ze stwierdzoną przeszkodą przed pociągiem zatrzymaliśmy się awaryjnie dla bezpieczeństwa. Przepraszamy za opóźnienie spowodowane sprawdzaniem. Przy obecnym opóźnieniu Tepatar około 20.53, końcowa Sabarakki-Oiwake…
Czując na drobnych plecach niespokojne spojrzenie Edwarda i nieprzychylne spojrzenie Agniego, Krystyna wychodzi przez kontrolę biletów stacji Sabarakki-Oiwake. Wita ją audytor Dyrekcji Kolei w Fankrze.
— No, wybaczcie, u nas też roboty po uszy.
Krystyna mierzy go wzrokiem za tę wiejską arogancję, ospałą niczym krowa. Kolega audytor ze sztucznie stworzonego ludu mroku popycha ją, żeby się pospieszyła. Na złość temu ospalcowi trzykrotnie, ostentacyjnie klepie kaburę na udzie. Nie uspokaja się; ze złości wali w drzwi taksówki.
— Tego głupiego kota przynajmniej wytresujcie jak trzeba.
I jeszcze ten kierowca — przecież miał prawo się wściec, skoro uszkodzono mu samochód. Krystyna omal nie rzuciła się także na niego. Kolega spisał ją na straty. „Ochłoń” — rzucił i wykopał ją na zewnątrz. Zaraz kazał taksówkarzowi ruszać do hotelu wypoczynkowego na wzgórzu.
— Wszyscy, co do jednego…!!
Wlokąc bolącą kostkę i przeklinając każdego nieudacznika, Krystyna przeszła przez przejazd kolejowy, szukając ratunku w kwaterze, w której zatrzymała się na początku.
Tylko elfka z kwatery przyjęła ją łagodnie — całą w śniegu, czerwoną od odmrozin i wściekłości. Lecz ta sama elfka zagoniła ją do łazienki na porządnie ciepłą kąpiel, choć Krystyna przede wszystkim chciała krzyczeć.
— Najpierw się rozgrzej. Inaczej nie rozumiem, co chcesz powiedzieć.
Dopiero wtedy Krystyna doszła do siebie, zawstydzona przyznała jej rację i zanurzyła się w wannie. Elfka droczyła się z nią: skoro kotka, to i język ma koci, więc gorącego jedzenia nie zniesie. Ale akurat gorące kąpiele Krystyna lubiła. Gdy trochę odtajała, dostała lody w kubeczku. Elfka też szybko się wykąpała i usiadła.
— To właśnie najlepsze w zimie.
Stukała łyżeczką, wbijając ją w lody. Słodki mleczny smak sprawił, że z rozluźnionej, pozbawionej sił Krystyny łzy popłynęły już bez żadnych hamulców.
— Kapsa-Haweno, tak? Dawno nic stamtąd nie słyszałam. Wciąż takie hałaśliwe miasto?
Niby żartobliwie, a jednak pytała poważnie, pochylając się ku opuszczonej twarzy szlochającej Krystyny. Krystyna położyła na stole złote monety Świętego Króla, które kazano jej wymienić, i pokwitowanie wystawione przez Kawalie Kjutars. Zaczęła wyrzucać z siebie całą gorycz.
— Odkąd jeszcze w niewoli strasznie mnie wychłostano, za każdym razem, gdy niemal tracę przytomność, mam takie widzenie: ludzie przede mną są otoczeni niebieskim dymem.
— Niezwykłe. Elfka to co innego, ale żeby dziecko zwierzoludzi potrafiło coś takiego zobaczyć.
Elfka przytakiwała, pielęgnując paznokcie nad ulotką z przecenami.
— Ten niebieski dym… Zawsze mnie to zastanawia, ale nie zdążam zapytać. Co to jest?
— Niby jestem elfką, ale ze wschodnich barbarzyńskich ziem. Nie odebrałam nauk w głównym nurcie naszej tradycji, więc w rzeczywistości pewnie jest inaczej.
Łyk gorzkawej herbaty. Po chwili odpowiedziała:
— Według starej babki ten niebieski dym jest powidokiem „haku”.
— Haku?
Krystyna wychyliła się nad stół, lecz miękki opuszek giętkiego palca wskazującego trącił ją w nos i cofnęła się. Elfka mówiła dalej:
— „Haku” to coś w rodzaju naczynia, dzięki któremu „dusza” staje się sercem. Podobno dzień po dniu się rozpuszcza i ulatnia, dlatego tak przypomina snujący się dym.
Po lewej stronie zatroskanej Krystyny rozsunął się nożycowy mechanizm chwytaka, sięgając ku telewizorowi za jej plecami. Mechaniczna dłoń zręcznie zahaczyła o przełącznik dźwigienkowy. Odcięła zasilanie telewizora, urywając program poświęcony Frodoscie Fridzie, który przerodził się w zwyczajny festiwal oszczerstw.
— Więc co się stało w tym mieście?
Krystyna znów odwróciła się ku elfce i z oczami pełnymi łez zapytała o sedno:
— Co to znaczy, jeśli to „haku”, samo, chodzi pod postacią całkiem niebieskiej ludzkiej sylwetki?
— Właśnie pytam, co się stało w Kapsa-Haweno.
— Z wyglądu miasto było całe. Najnowocześniejsze, tak jak wtedy, kiedy udało mi się trafić do sierocińca. Pracownicy biurowi w garniturach z dziwnie sterczącymi poduszkami na ramionach, bezbarwna obsługa recepcji mimo krzykliwego makijażu. Nawet publiczne telefony ustawione rzędem w hali pozostały takie jak dawniej: nie przyjmowały nawet kart telefonicznych, nie mówiąc już o dostępie do internetu, który oferują dziś aparaty nawet na takiej prowincji.
Zakryła twarz, lecz sama ją odsłoniła, bo musiała powiedzieć to najważniejsze.
— Jeśli pomyśleć, już ten tłum w hali był dziwny. Tamta ciemna elfka, mówiła, że zdejmuje klątwy — miała rację.
— Ciemna elfka zdejmująca klątwy?
Elfce stężała twarz, lecz lawiny Krystyny nie dało się już zatrzymać.
— Wtedy, kiedy zakręciło mi się w głowie i świadomość się oddaliła, pośród przechodniów widziałam samo „haku”. I wszyscy, bez wyjątku, miejscowi czy podróżni, nieważne — tylko dym przybierający ludzką postać. Ten psi człowiek przed barem z makaronem soba, jego niebieski cień, który zobaczyłam tuż przed zniknięciem… To, co najważniejsze — wnętrze — było zupełnie puste!!
Kiedy sroga zima zaczyna puszczać. Nad kontrolą biletów stacji Oiwake rząd poplamionych tablic odjazdów rozświetla się, informując: przyspieszony Szaron 3 po tankowaniu i przeglądzie wjechał na tor zero. W przedniej części składu z dwóch sprzęgniętych KiHa 40 Edward jak zawsze sprawdza mocowanie ładowanych drewnianych skrzyń z artykułami codziennego użytku. W pozostałej połowie przedziału, na siedzeniach naprzeciw siebie, wyjątkowo siedzą podróżni. Kłania się dojrzałemu mężczyźnie ze sztucznie stworzonego ludu mroku, w miękkim kapeluszu i trenczu, oraz elfce. Lecz dalej, jak dziecko, które zabrali ze sobą, siedzi kocioucha Krystyna o psio wiernym spojrzeniu. Edward pospiesznie znika w przedziale służbowym.
— Ludzie z centrali — donosi półgłosem do słuchawki.
— I co z tego?
— Jak to co…
Agni nie drgnie. Z nawyku dwudziestu lat osadza rękojeść z ciężkim stuknięciem w wycięciu mechanizmu sterowania przekładnią, sprawdza działanie zaworu hamulca i wszystkich przyrządów.
— Bez prywatnych rozmów przez interkom. Czas. Sygnał odjazdu.
Gwizdek, potem beznamiętny długi ton brzęczyka. Edward zamyka drzwi służbowe i nadaje komunikat dla pasażerów:
— Dziękujemy za korzystanie z Kolei Wschodniego Langu. Pociąg przyspieszony Szaron 3 do Kapsa-Haweno przez magistralę Sigan odjeżdża. Pociąg zestawiony z dwóch wagonów. Tylny wagon niedostępny dla podróżnych. Toaleta znajduje się w przednim przedsionku. Pociąg przyspieszony. Postoje: Arisment o 14.41, Tepatar o 15.40, po pięćdziesięciu minutach oczekiwania dalsza jazda. Planowy przyjazd na końcową Kapsa-Haweno o 18.43.
Oba ociężałe KiHa 40, tym razem jednakowo pomarańczowoczerwone, dają sygnał. Zmieniają kierunek jazdy w stacyjnym zygzaku torowym, skręcają na północ i żwawo ruszają jednotorowym odcinkiem magistrali Sigan, którego szyny roztopy polerują jeszcze mocniej.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania