Poprzednie częściPrzyjaciele Przyjaciele 2 Przyjaciele 3

Przyjaciele 14

Zapadła noc. Alfons, Serafin i Hilary siedzieli w sali z instrumentami i czekali na Donalda.

- A jeśli nie przyjdzie? – martwił się Hilary.

- Spokojnie, zjawi się – cicho powiedział Serafin. – Musimy jeszcze chwileczkę zaczekać. Tymczasem... Macie.

Lekarz wyjął z jednej z szuflad dobre, srebrne pistolety i wręczył je przyjaciołom.

- Skąd to masz? I po co nam to? – spytał zszokowany Hilary, biorąc broń do ręki. Była dość ciężka.

- Może się przydać. Nie musicie strzelać, wystarczy, że będziecie je mieć przy sobie. Donald poczuje, że mamy nad nim jakąś przewagę – wyjaśnił Serafin. – A umiecie w ogóle strzelać?

- Pewnie, że tak – uśmiechnął się Alfons. – Hilary?

- Nie jestem pewien, ale mam wrażenie, że tak... W każdym razie nie pamiętam. Być może nie strzelałem nigdy w życiu.

- Nie przejmuj się – pocieszył go psychiatra. – Trzymaj się blisko Alfonsa i absolutnie nigdzie się nie oddalaj!

- Rozumiem. Ci! Chyba ktoś idzie...

Alfons i Hilary stanęli za Serafinem z pistoletami w dłoniach. Do Sali wszedł Donald, oczywiście w swoich przeciwsłonecznych okularach. Zdjął je typowym dla siebie gestem i uśmiechnął się.

- No proszę, to chyba sen. Cirillo Sofii?

- Kto? – szepnął zdziwiony Hilary.

- To jego inny pseudonim – wyjaśnił Alfons.

- Donald Silfur? Miło mi cię znowu zobaczyć – lodowato uśmiechnął się Serafin.

- Wiesz, po co przyszedłem, prawda? – zagadnął zadowolony Donald.

- Wiem. Ale nie wrócę do was. Skończyłem z tym cyrkiem.

Silfur podszedł do niego i wyciągnął rękę. Chciał pogłaskać go po policzku, ale Serafin go odepchnął.

- Nie zbliżaj się, bo pożałujesz – syknął.

- Vipera – szarmancko uśmiechnął się Donald.

- No niesamowite – odezwał się Alfons, stając obok lekarza. – Włoskiego też się nauczyłeś?

- A żebyś wiedział, angelo. Znam włoski, francuski i inne języki... Nawet nie znacie moich prawdziwych możliwości.

- Ty też nie znasz możliwości – chłodno oświadczył Serafin. – Nie wrócę do tego, mało wam jeszcze kłopotów? Choćbyś mnie miał stąd wyciągnąć siłą – nie idę z tobą.

- Mylisz się, miele. Pójdziesz ze mną.

- Nie.

Lekarz mocno ścisnął pistolet. Miał ochotę wycelować w Donalda i posłać kulę między jego gangsterskie oczy.

- Cholerna żmija – z pewną odrazą powiedział Silfur. – Muszę uważać, bo twój velene mnie zabije – dodał ze śmiechem. – Jad jak u kobry...

- Wyjdź stąd. Nie pójdę z tobą. Musisz mnie posłuchać, bo tylko ja obecnie mogę wami dowodzić – Serafin przyłożył pistolet do piersi Donalda.

- U, spokojnie, pesciolino... Bo mnie zabijesz.

- Idź stąd, zanim pomyślę sobie, że tak byłoby dla wszystkich lepiej.

Donald dziwnie się uśmiechnął. Serafin wiedział, co to oznacza. Wróg miał asa w rękawie.

- Jeśli do nas nie wrócisz, będę musiał zdradzić wszystkim – twojej rodzinie, przyjaciołom, kolegom z pracy – twoje sekrety... A wiesz, ile ich było.

- Słucham? – spytał zdenerwowany Serafin. – Nie wyprowadzaj mnie z równowagi, bo tracę cierpliwość i zaraz możesz to boleśnie odczuć.

- Zależy ci na tym bambino? – Donald wskazał na Alfonsa. – Mam mu powiedzieć, czym się zajmowałeś swego czasu? Jak zarabiałeś pieniądze? Jak uzyskiwałeś wpływy bogatych i znanych ludzi? Wśród jakich osób stałeś się celebrytą?

Donald nie mógł powiedzieć więcej, bo Serafin uderzył go w twarz.

- Co ty możesz o tym wiedzieć? – syknął rozwścieczony lekarz.

- Ja...

- Co ty możesz wiedzieć o prawdziwej mafii? Co ty wiesz o życiu gangstera? Nic! Nic o mnie nie wiesz, nie masz pojęcia, jak wyglądało moje dzieciństwo. Nic nie wiesz, więc mnie nie szantażuj. Bardzo nie lubię szantażu.

- Tak? Niech ci będzie. Zacznijmy od tego, że mam dla ciebie wiadomość. Twój ukochany braciszek, Claudio, jest w hotelu. Niedaleko stąd. Miał zamiar cię odwiedzić.

- Skąd to wiesz?!

- To moja rola. Wiem więcej, niż ci się wydaje – Donald szeroko się uśmiechnął. – Twojego ojca to bym nie ruszył. Ale brata? W dodatku akceptującego twoje odejście z mafii? Czemu nie...

Serafin pobladł na twarzy. Zaraz potem w jego oczach zapłonął gniew.

- Nie waż się ruszyć mojego brata, wredna kanalio!

- Bo co mi zrobisz? Musisz do nas wrócić, potrzebujemy cię. Jeśli nas zdradzisz, ja odbiorę ci Claudia.

Donald wybiegł z sali. Rozwścieczony Serafin gwałtownie się odwrócił i spojrzał na Alfonsa i Hilarego.

- Kurwa! Idziemy, szybko!

Alfons po raz pierwszy w życiu zobaczył go tak wściekłego. I jeszcze nigdy nie słyszał z jego ust takiego słowa.

Pobiegli za Donaldem. Nawet nie starali się być cicho. Błyskawicznie przebiegli przez oddział i wypadli na zewnątrz.

- Gdzie ta cholera?! – zasyczał Serafin.

- Tam jest! – zawołał Hilary.

Pobiegli za gangsterem. Mężczyzna widocznie miał w swoim planie pewne niedociągnięcia. Gubił się, nie zapoznał się z planem szpitala i nie wiedział, gdzie biec. Wreszcie wpadł do windy i zjechał na sam dół.

Na jego nieszczęście winda nie tylko była bardzo wolna, ale jeszcze kilka razy się zatrzymała. Wsiadły tam dwie pielęgniarki, ale Donald okłamał je, mówiąc, że jest ochroniarzem. Jego ,, koledzy” wybrali schody i znaleźli się na samym dole jako pierwsi.

Czekali na gangstera przy zamkniętej już kawiarni.

- Dlaczego tak dziwnie się zachowywał? – spytał Hilary.

- Kto? – zagadnął Alfons.

- Ten pędrak nie sprawdził planu budynku – powiedział cicho Serafin, przyciskając broń do piersi. – Idiota... Popełnił największy błąd. Członek mafii, prawa ręka Ojca Chrzestnego – nie wie, jak wygląda budynek, w którym ma się odbyć jakaś akcja. Ale wstyd...

Donald wyszedł z windy. Stanął na baczność, kurczowo ściskając w dłoni pistolet. Zdjął okulary przeciwsłoneczne, żeby lepiej widzieć w ciemnościach, dzięki czemu Alfons, Hilary i Serafin widzieli, że w jego oczach niemal na pewno maluje się niepokój, ale i jednocześnie pewność siebie.

- Jestem na sto procent pewien, że w razie czego bez wahania strzeli – szepnął psychiatra. – Nic go nie powstrzyma...

Donald rozejrzał się dookoła. Sprawnie się obrócił i na palcach zaczął iść w kierunku wyjścia ze szpitala. Cały czas trzymał uniesiony pistolet, gotowy do strzału. Coś było jednak nie tak.

- Co za kretyn – powiedział zbulwersowany Serafin.

- Co się stało? – zapytał Hilary.

- Źle trzyma broń.

- Przecież to doświadczony gangster...

- Nigdy nie potrafił radzić sobie w ciemnościach. Za dnia owszem, jest nie do pokonania. Ale nocą? Zawsze, gdy jest ciemno, bardzo się denerwuje i popełnia podstawowe błędy. Na przykład źle trzyma pistolet. To dla gangstera bardzo niebezpieczne, członek mafii nie może być zdenerwowany, to dla niego pewna śmierć. Tu nie ma miejsca na najmniejsze błędy. Można to wykorzystać.

- Jak? – zamyślił się Alfons.

- To dziecinnie proste. Zostawcie to mnie. Idziemy!

Przyjaciele cichutko podążyli za Donaldem. Zdążył już dojść do drzwi wejściowych. Ciągle nerwowo się rozglądał.

- Kolejny błąd – szepnął Serafin. – Za dużo się ogląda, w dodatku nie patrzy za siebie. Wygląda podejrzanie i nie widzi wszystkiego.

Donald wyszedł ze szpitala. Mężczyźni pobiegli za nim.

Ma zewnątrz nie było aż tak ciemno. Ulice rozświetlone były setkami lamp, dzięki czemu mimo późnej pory była wystarczająca widoczność. Donald na dworze czuł się chyba znacznie swobodniej, bo szedł powoli i spokojnie, rozglądając się co jakiś czas.

- Kolejny błąd – powiedział Serafin.

- Co tym razem zrobił? – spytał coraz bardzie podniecony Hilary.

- Nie uważa. Na zewnątrz czuje się lepiej, to go zgubi. Traci czujność.

- Jak myślicie, gdzie pójdzie? – zastanawiał się Alfons.

- Prawdopodobnie prosto do hotelu, w którym jest mój brat.

Serafin się nie pomylił. Donald zmierzał w kierunku Hotelu Królewskiego. Ciągle się rozglądał, ale nie wyglądał na zbytnio wystraszonego.

- Skąd wiedziałeś? – spytał zachwycony Hilary.

- Bo Donald jest głupi. Co on robi? Doprowadził nas tu. Tak po prostu. W ogóle nie myśli. Nie powinien tu teraz iść... Zresztą jakie to ma znaczenie? Idziemy za nim!

Donald wszedł do hotelu. Było to dziwne. O tej godzinie?

Hilary już chciał wchodzić za nim, ale Serafin złapał go za ramię.

- Gdzie idziesz?

- Za Donaldem.

- To pułapka. Specjalnie wszedł do hotelu. Stoi w przedsionku i czeka na nas.

- Jak go stamtąd wywabimy? – spytał Alfons.

- Będę musiał zrobić trochę zamieszania... – szepnął Serafin. – Schowajcie się za tym – wskazał na kontenery na śmieci.

- Poważnie? – jęknął Hilary. – Musimy tam wchodzić?

- Stańcie za koszami, nie wchodźcie do środka. Chyba, że chcecie – zaśmiał się lekarz.

- Haha.

- Zabawne – dodał zniesmaczony Alfons. – No trudno, czasem trzeba się poświęcić. Chodź, Hiluś.

- I nie wychodzić mi stąd, zrozumiano? – psychiatra groźnie na nich popatrzył.

- Dla ciebie wszystko – uśmiechnął się Alfons.

Serafin stanął za jakimś budynkiem, to chyba był garaż. Ścisnął pistolet, ale w jego oczach nie było śladu strachu. Obudziła się w nim dawna dusza gangstera. Zimna, bezwzględna i odważna.

Serafin wycelował w drzwi wejściowe do hotelu i nacisnął spust. Potężny huk zmieszał się z brzękiem tłuczonego szkła. Alfons i Hilary aż podskoczyli.

Włączył się alarm, spanikowani ludzie zaczęli wyglądać z okien. W końcu pokazał się Donald. Wyglądał dziwnie, jakby zżerało go przerażenie i stres. Nie spodziewał się tego. Nie wierzył, że Serafin mógłby się na coś takiego odważyć.

Podszedł bliżej, ale nadal stał dość daleko.

- Tchórz – mruknął Serafin.

Wycelował w Donalda. Przerażony gangster najpierw stał jak posąg, sparaliżowany. Potem jednak się obudził i szybko wskoczył za samochód.

Zamieszanie rosło. Niezadowolony Serafin spojrzał na Fonda i Hilarego i kiwnął głową. Nie miał czasu, żeby się zastanawiać.

Strzelił bardzo blisko Donalda. Mężczyzna spanikował, ale szybko odzyskał zimną krew. Stres spowodował, że drżały mu dłonie, dlatego zamiast w psychiatrę, wycelował w drzwi garażu. Serafin nie chciał zniszczyć czyjegoś auta, dlatego posyłał kule w chodnik obok Donalda. Nagle przestał strzelać. Ku przerażeniu Alfonsa i Hilarego wyszedł zza garażu i stanął na środku ulicy.

Zbliżały się radiowozy policyjne. Donald oszalał. Nie był w stanie poradzić sobie ze stresem, więc zaczął strzelać w Serafina. Nie potrafił wycelował w niego i lekarz doskonale o tym wiedział, dlatego się nie bał. Pozwolił gangsterowi pozbyć się wszystkich naboi. Nie przewidział jednak tego, co stało się później.

Donald wyjął nóż. Zaczął szybko zbliżać się do Serafina. Nie zważał na to, że mężczyzna miał nabity pistolet. Szedł przed siebie z wyciągniętym nożem. Rozległy się piski i przerażone krzyki ludzi. Wszyscy wołali do Serafina, żeby uciekał. Lekarz nie miał jednak zamiaru się poddawać. Nawet nie próbował postraszyć swojego kolegi po fachu bronią.

Donald rzucił się na niego z nożem. Serafin zgrabnie kopnął go w najwrażliwsze dla mężczyzny miejsce. Z satysfakcją patrzył na ból, jaki malował się na twarzy gangstera.

- O ty cholero... – pisnął Donald.

Skoczył na Serafina. Lekarz bez problemu rzucił nim na ziemię jak szmacianą lalką. Donald pociągnął go za nogawkę spodni i ściągnął na ulicę. Obaj szarpali się i wzajemnie uderzali wszędzie, gdzie się dało. Potężne ciosy Serafina paraliżowały Silfura, zdołał jednak z całej siły ugryźć lekarza.

Pisk psychiatry obudził przerażonego dotąd Alfonsa. Mimo protestów Hilarego wyszedł zza kontenerów na śmieci.

- Ty cholero, bijesz mojego Serusia...

Odciągnął Donalda i z całej siły przywalił mu pięścią. Coś szczęknęło mu w dłoni, ale on na to nie zważał. Zadał mu jeszcze parę ciosów na oczach zdumionej policji. Na koniec wziął rozpęd i kopnął Donalda tak mocno, jak tylko potrafił. Przy okazji się przewrócił. Na szczęście złapał go jeden z funkcjonariuszy. Serafin był bardzo obity, ale zdołał się podnieść i złapać Alfonsa za rękę.

- On jest mój – wybełkotał do policjanta.

Alfons mocno go przytulił. Po chwili jednak Serafin zaczął kaszleć krwią.

- Dzwonię na pogotowie – powiedział policjant.

Donald też potrzebował pomocy. Nie był w stanie się ruszyć. Nie oznaczało to jednak, że ma poważniejsze obrażenia.

- Oszalałeś – szepnął Serafin, zanosząc się krwawym kaszlem. – Przepraszam...

- Kochanie...

Alfons chciał go pocałować, ale lekarz lekko go odepchnął.

- Nie teraz... – wykrztusił, wskazując na krew.

- Kocham cię.

- Ja ciebie też.

Chwilę później karetka zabrała Serafina do szpitala. Ponieważ Alfons nie mógł być w szpitalu o tej godzinie, obiecał lekarzowi, że z samego rana przyjedzie do niego.

Zamieszanie zostało częściowo opanowane. Alfons wyciągnął Hilarego zza kontenerów na śmieci. Dopiero teraz poczuł straszny ból w ręce.

- Nieźle mu przylałeś – zaśmiał się Hilary.

- Prawda. Chyba za mocno... Nieważne.

- Co z Serafinem?

- Obiecałem, że jutro z samego rana będę u niego... Tylko że... Musiałbym zostać pod szpitalem. Jak wrócę do naszego, będzie problem. Nie puszczą mnie.

- Idę z tobą. Jeśli nie będę przeszkadzał...

- Nie będziesz. A ja na pewno cię nigdzie samego nie wypuszczę! Idziemy.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (6)

  • Artur131313 7 miesięcy temu
    5 ;-)
  • Beatka 7 miesięcy temu
    Dziękuję :)
  • Dekaos Dondi 7 miesięcy temu
    Beatko→Mogłaś by pisać scenariusze do filmów. Tak zakręcasz w tym wszystkim. Chyba przeczytam jeszcze raz całość:))
    Wszystko tak naturalnie przedstawiasz. Mnie się nadal podoba. To rzecz jasna zdanie me. Inni mogę mieć inne.
    Pozdrawiam:)→5
    P.S→A może byś jeszcze bajkę napisała. Tak w ramach różnorodności?
  • Beatka 7 miesięcy temu
    Bajkę? Mówisz i masz. Jutro coś przygotuję :)
    Bardzo dziękuję, miałam obawy co do sceny ,,walki", ale chyba wyszło nieźle
  • Bajkopisarz 7 miesięcy temu
    „Do Sali wszedł Donald”
    Autokorekta, powinno być sali
    „To jego inny pseudonim – wyjaśnił Alfons.”
    Zamiast jego – napisz czyj
    „was. Skończyłem z tym cyrkiem.
    Silfur podszedł do niego i wyciągnął rękę. Chciał pogłaskać go po policzku, ale Serafin go”
    Was-tym-niego-go-go – zaimkoza trochę
    „Ty też nie znasz możliwości”
    Czyich? Czy tak ogólnie rzucił?
    „twoje sekrety... A wiesz, ile ich było.”
    Pewne sekrety (żeby nie powtarzać twoje)
    „z jego ust takiego słowa.”
    Przekleństwa – zamiast takiego słowa
    „nie zapoznał się z planem szpitala”
    Nie znał planu szpitala (znika się)
    „widzieć w ciemnościach, dzięki czemu Alfons, Hilary i Serafin widzieli”
    Widzieć – widzieli = powtórka
    „Ulice rozświetlone były setkami lamp”
    Ulice rozświetlały setki lamo (nie powtarzasz było)
    „Było to dziwne. O tej godzinie?”
    A co jest dziwnego we wchodzeniu do hotelu o różnych porach? Hotel to hotel, zwykle otwarty
    “W końcu pokazał się Donald.”
    Gdzie się pokazał? To ważne
    „Nie potrafił wycelował w niego”
    Wcelować

    Ładne. Każdy wciąż może być każdym 😉
  • Beatka 7 miesięcy temu
    Bardzo dziękuję, za zauważenie błędów i przeczytanie :)
    Miło mi i cieszę się, że dobrze wyszło (nie licząc pomyłek)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania