Saga Rodziny Jabłońskich: część I "Podchody", rozdział 5:7
Rozdział 5:7
Anatolia znała prawie na pamięć rozkład jazdy mężczyzny, który ulotnił się z jej ścieżki. Tak naprawdę była to jej posiadłość, ale – jakkolwiek głupio by to nie zabrzmiało – ścieżka należała do niego. Bez jego codziennych spacerów ziemia w gąszczu trawy nigdy nie ujrzałaby światła dziennego.
Anatolia uważała, że mężczyzna, mimo oznak wolniejszego kroku, prezentował się całkiem nieźle. Mogłaby się nawet założyć, że w przeszłości uprawiał jakiś sport, może nawet jej ulubiony z lat młodości – zapasy.
„A gdybym tak wyzwała go na pojedynek?” – pomyślała. „Ale za co?” – dopytała sama siebie. „Chociażby za to, że się tak pałęta po moim trawniku, na dodatek bez wyraźnego celu.” „Ale gdzie ja teraz znajdę kałużę czy piaskownicę?” – odpowiedziała sobie i to ją powstrzymało przed zaczepieniem faceta.
Była pewna, że zobaczy go jeszcze dzisiaj. „A jak mnie wpieni, to wyciągnę starą Rozalinkę i zobaczymy, czy wspólnymi siłami przyspieszymy mu kroku.”
Starała się przypomnieć, gdzie ją ostatnio widziała. Uznała, że jedynym rozsądnym miejscem była szafka na broń. „No nie, co ty gadasz, przecież ona wisi nad kominkiem” – przypomniała sobie.
Weszła do salonu i spojrzała na kominek. „Z pamięcią nie jest tak źle” – pomyślała.
Gdyby zadała sobie kolejne pytanie: kiedy ostatni raz ją stamtąd brała, odpowiedź mogłaby ją zaskoczyć. Dubeltówka Rozalinka zdobiła miejsce nad kominkiem już od dwudziestu lat – i może właśnie tej odpowiedzi bała się usłyszeć.
Nie wnikając w szczegóły, Anatolia sięgnęła po Rozalinkę i poczuła, jakby trzymała ją w rękach dosłownie parę dni temu. Leżała idealnie, jakby była zrobiona specjalnie dla niej. Przymierzyła i wycelowała w kryształowy żyrandol w salonie.
Pociągnęła za spust. Cyk.
„Działa” – pomyślała.
Zabezpieczyła Rozalinkę, złamała ją i wyszła na werandę. Ponownie usiadła w fotelu na biegunach, położyła dubeltówkę na kolanach i wypatrywała obiektu swoich zainteresowań. Według jej obliczeń lada chwila powinien zjawić się na ścieżce nad Urokliwym Jeziorkiem.
Oczekując na nadejście mężczyzny, zanurzyła się w myślach i wróciła do czasów, kiedy swojej drugiej połówce wymachiwała przed nosem właśnie Rozalinką.
– Oprócz rozpruwania trupów nie nadajesz się do niczego innego – powiedziała Tola z ogromnym żalem w głosie.
– Nie powiesz chyba, że przez ostatnie parę lat byłaś idealną żoną – bronił się Lolek.
– Ale nigdy cię nie zdradziłam.
– Ja ciebie też nie.
– A kto patrzył na tę szantrapę na ostatniej imprezie u Józka?
– Kochanie, ale ja nie byłem u Józka. Byłem w domu i przygotowywałem się do innej imprezy – spotkania z chłopakami z drużyny.
– Ty byś tylko imprezował.
– Ale ja ich nie widziałem piętnaście lat.
– Mniejsza o to. I co ta zdzira miała, czego ja nie mam?
– Chodzi ci o Leokadię, którą oboje poznaliśmy na urodzinach u Stefana?
– To nawet znasz jej imię.
– Zapaści w pamięci nie mam, ale ja z nią tylko rozmawiałem.
– Mogłeś pomyśleć, jak ja się będę z tym czuła. Ale nie, mój ryży Loluś poszedł na całego i gaworzył sobie ze zdzirą cały wieczór. Tak ją pożerałeś wzrokiem, że niechybnie zaciągnąłeś ją do łóżka.
– Na urodzinach?
– A skąd ja mogę wiedzieć? To ty mi powiedz.
– To mówię, że nic takiego nie nastąpiło.
– Ale zrobiłeś to pewnie w myślach.
– Nie chcę się usprawiedliwiać, bo na to, co zrobiłem, nie ma usprawiedliwienia. Chcę jednak, żebyś wiedziała, co czułem i czuję. Czuję się ekstremalnie osamotniony. Mieszkamy razem, ale jakby coś w nas wygasło. Ciągle pracujesz te wszystkie nadgodziny, dyżury, imprezy i zapomniałaś, że w ogóle istnieję. Czy tak chcesz dożyć wspólnej starości?
– No nie, zaraz powiesz, że to wszystko moja wina. Ja robię, co mogę, żebyśmy w domu coś mieli, a ty jeszcze narzekasz.
– Nie chcę mieć jeszcze jednego samochodu, nowego komputera, dywanu czy żyrandola. Chcę mieć ciebie, Tolę – dziewczynę, w której się zakochałem i myślałem, że tak będzie do końca życia.
– Twoje marzenie może się spełnić szybciej, niż się tego spodziewasz – powiedziała Tola i zdjęła dubeltówkę wiszącą nad kominkiem. Wymierzyła ją w Lolka i odbezpieczyła.
W ułamku sekundy pomyślała, że była w stanie to zrobić, mimo że składała przysięgę Hipokratesa – a w żadnym jej punkcie nie było mowy o wymierzaniu strzelby w drugiego człowieka. Przysięga lekarska też nic nie mówiła o zdradach małżeńskich, o uczuciach i odczuciach osoby dotkniętej ich siłą.
– Powiem, jak czuję. Może to będzie najlepsze rozwiązanie, bo życie z tobą, ale bez twojej obecności w moim życiu, jest równoznaczne z moim przedwczesnym umieraniem. Jeśli czujesz i uważasz, że zawsze byłaś wobec mnie fair i uczciwa, proszę – nie zastanawiaj się, odpal – powiedział Lolek i przyłożył dwie lufy Rozalinki do swojego serca.
Po latach pracy jako patomorfolog wiedział z milimetrową dokładnością, gdzie leży jego serce.
Tola położyła palec na spuście i już nie musiała wymierzać.
– Chcę, żebyś wiedziała, że w życiu nie kochałem innej kobiety i z tą świadomością będzie mi lżej umrzeć – powiedział Lolek i wypuścił resztki powietrza.
– Co ja robię? Co my wyprawiamy? – powiedziała Tola i energicznie odsunęła Rozalinkę, kierując jej lufy w dół.
Padł strzał. To samo zrobił Lolek.
– Co ja narobiłam? Co ja teraz zrobię… bez ciebie? Loluś, żyjesz? – spytała Tola i rzuciła Rozalinkę na bok, jakby ta ją parzyła.
Rozalinka wyraźnie żyła swoim życiem i odpaliła po raz drugi, tym razem trafiając w kryształowy żyrandol wiszący nad głową Toli. Kryształowe antyczne cudeńko nie było przygotowane na taki rozwój sytuacji i runęło prosto na Tolę.
Pani neurolog osunęła się na podłogę i nieświadomie, ale przykładnie ułożyła swoje ciało obok pana patomorfologa.
„Czy to tak ma wyglądać piekło?” – pomyślał Lolek, patrząc na dziurę w suficie. „A to kto?” – spojrzał nie do końca pewnym wzrokiem na panią leżącą obok niego.
– To ty, Tolu? – spytał.
Tola z grymasem na twarzy zaczęła obmacywać swoją głowę. Poczuła krew.
– No to się doigrałam. Będę się smażyć w piekle – powiedziała.
– A ja mam piekielny ból w stopie. Czuję, jakby była dziurawa. Chyba będę potrzebował pomocy lekarza.
– Może być neurolog? – spytała Tola.
– Operacje stóp są bardziej skomplikowane od operacji mózgu, ale zaryzykuję. Proszę, zobacz, czy da się coś z tym zrobić – odparł Lolek.
– Nawet w takich sytuacjach nie opuszcza cię humor.
– Tolka, możesz mi wyjaśnić, jak to jest, że neurolog nie potrafi porządnie trafić w pacjenta z odległości jednego metra?
– To nie moja wina. To wina Rozalinki.
– W takim razie wszystko jasne. Od dzisiaj będzie się nazywała Rozaliszcze.
Pani neurolog spojrzała swoim wytrenowanym okiem na stopę pana patomorfologa i szybko podjęła decyzję.
– Amputacji nie będzie.
– To raczej pozytywna wiadomość – zastanowił się Lolek.
– Też tak uważam. Wystarczy wyjąć kilka śrutów i po krótkiej rekonwalescencji możemy wejść do kałuży albo piaskownicy i dokończyć naszą rozmowę.
– Tylko mi zabandażuj stopę i rozmowę możemy dokończyć tu i teraz. Obiecuję, że nie będę się mazał.
Tola spoglądała na Lolka po każdym wyjętym śrucie i nie była zdziwiona, że nawet nie pisnął. Zawsze dotrzymywał swoich obietnic – i za to go ceniła.
Gdzieś po drodze zapomniała, że Lolek był osobą z krwi i kości, a nie tym gówniarzem z kreskówki.
„Był zawsze przy mnie, kiedy go potrzebowałam. Swoim stoickim spokojem i nietuzinkowym humorem rozładowywał napięcia – czy to z powodu pracy, czy też problemów innej natury. Jak mogłam zapomnieć o tym, że jest wybrankiem mojego życia i dotychczas spełniał tę rolę z wyróżnieniem. Nie, musimy zrobić reset. Wyciągniemy tę wtyczkę z kontaktu i wsadzimy ją z powrotem. Tak bardzo bym chciała, żeby to zadziałało” – pomyślała Tola i poczuła, jak mokra struga spływa jej po lewym policzku.
– Poczekaj, Tolu, podaj mi wacik, to obmyję ci policzek. Nie martw się, nie było amputacji, to i nie będzie obdukcji.
Anatolia trzymała w rękach Rozalinkę alias Rozaliszcze i patrzyła na ścieżkę nad jeziorem. Spojrzała na zegarek.
„Powinien już być” – pomyślała z nadzieją.
Nie zdążyła dokończyć myśli, gdy na ścieżce pojawił się mężczyzna. Wstała z fotela i odruchowo schowała dubeltówkę za plecy.
„Po co ją w ogóle wyjęłam?” – zastanowiła się. „Mam nią zachęcić do rozmowy jedynego mężczyznę w okolicy?” – kontynuowała rozmyślanie.
Mężczyzna wykonał ruch, na który dotychczas się nie zdobył – pomachał jej ręką.
Anatolia była tak zaskoczona, że niewiele myśląc odmachała mu… dubeltówką.
Jej ruch musiał wywrzeć na mężczyźnie niezatarte wrażenie, bo z prędkością bliską prędkości światła zniknął z pola widzenia.
– Nie tędy droga, kochana. Chyba musisz odkurzyć stare sposoby na zawieranie znajomości – powiedziała Anatolia i bezwiednie opadła na fotel na biegunach, z Rozaliszczem w ręku i sennym Urokliwym Jeziorkiem w zasięgu wzroku.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania