SEN BOGA ROZDZIAŁ 5 PRZYSIĘGA WIECZYSTA
SEN BOGA
ROZDZIAŁ 5
PRZYSIĘGA WIECZYSTA
— Odmawiamy.
Słowo jednego z Aetherytów zabrzmiało w Wielkiej Komnacie jak ostateczny wyrok.
Przez zgromadzonych przebiegł cichy szmer. Nikt jednak nie odważył się zabrać głosu. Przedstawiciele obcych ras siedzieli nieruchomo przy długich ławach, zerkając ukradkiem w stronę pięciu gigantycznych foteli.
— Powiedzieliście, że nie wszystkie decyzje, których skutki odczuwam, zostały podjęte przez was. Spośród bilionów istnień w tej galaktyce wybrano właśnie mnie. Nie was. Mnie.
Zrobiłem krótką przerwę.
— Nie wiem, dlaczego. Nie wiem, czego ode mnie oczekuje ta siła. Ale nie wierzę, że znalazłem się tutaj bez przyczyny. Jeśli nawet wy musicie podporządkować się jej decyzji, nie możecie traktować mojego wyboru jak czegoś bez znaczenia.
Centralna postać pochyliła się nieznacznie.
— Uważasz, że sam fakt, iż zostałeś wybrany, daje ci prawo żądać od nas czegokolwiek?
— Uważam, że powinniście potraktować ten wybór poważnie. Nie proszę o kolejne światy ani o większą władzę. Żądam jednego. Jeśli mam być dla mieszkańców Vaelory bogiem, nie będę kolejnym panem, który odbiera im wolność.
Aetheryt przez dłuższą chwilę milczał.
— Nie możesz żądać naszej własności — oznajmił w końcu. — Vaelora podlega naszym prawom. Nie masz prawa narzucać nam, co mamy z nią uczynić.
— A wy nie macie prawa udawać, że sami zdecydowaliście o moim przybyciu.
Tym razem cisza była niemal namacalna.
Aetheryt nie odpowiedział. Jego niewyraźna sylwetka trwała nieruchomo na gigantycznym fotelu.
Po chwili wszystkie pięć postaci zwróciło się ku sobie.
Rozpoczęła się narada.
Ich głosy nakładały się na siebie. Nie rozumiałem ani jednego słowa. Czasami dźwięki przypominały głębokie pomruki, innym razem brzmiały jak wypowiadane w pośpiechu zdania. Nie potrafiłem rozpoznać, czy się spierali, czy jedynie rozważali przedstawione przeze mnie żądanie.
Czekałem.
Zgromadzeni również milczeli. Nikt nie próbował opuścić sali. Nikt nie odważył się nawet podnieść głowy na dłużej.
W końcu rozmowa ustała.
Aetheryt zasiadający pośrodku ponownie zwrócił się w moją stronę.
— Zgadzamy się. Pod jednym warunkiem.
Nie poczułem ulgi. Ton jego głosu nie pozostawiał miejsca na radość.
— Przejmiesz kod posłuszeństwa Vaelorian. Od tej chwili to ty będziesz jego nosicielem i strażnikiem.
Zmarszczyłem brwi.
— Chcę ich uwolnić. Dlaczego mam przejąć coś, co ich zniewala?
— Ponieważ bez tego warunku nie otrzymasz Vaelory.
Odpowiedź była natychmiastowa.
— Kod pozostanie nienaruszony. Nigdy, pod żadnym pozorem, nie wolno ci go usunąć ani uwolnić Vaelorian od posłuszeństwa. Nie możesz pozwolić, by zrobił to ktoś inny. Nie będzie wyjątków.
Patrzyłem na niego, próbując zrozumieć, co właściwie mi proponował.
Miałem przejąć planetę, ale nie mogłem spełnić najważniejszej części własnego żądania. Zamiast uwolnić jej mieszkańców, miałem stać się kolejnym strażnikiem ich więzów.
— A jeśli odmówię?
— Nic się nie zmieni. Vaelora pozostanie pod naszymi prawami, a jej mieszkańcy nadal będą podlegać kodowi posłuszeństwa.
— Czyli dajecie mi wybór, w którym żadna droga nie prowadzi do tego, czego chciałem.
— Dajemy ci możliwość przejęcia Vaelory. Warunki zostały określone.
Aetheryt nie podniósł głosu. Nie musiał. W jego słowach nie było miejsca na negocjacje.
— Musisz przysiąc — ciągnął. — Przysięgniesz, że nigdy nie zwolnisz kodu i nigdy nie uwolnisz Vaelorian od posłuszeństwa. Bez tej przysięgi nie zgodzimy się. Nigdy.
Ostatnie słowo przecięło ciszę.
Spojrzałem na zgromadzonych. Nie było wśród nich mieszkańców Vaelory. Widziałem jedynie przedstawicieli innych ras, którzy z niepokojem obserwowali przebieg rozmowy. Niektórzy unikali mojego wzroku. Inni patrzyli na mnie tak, jakby nie mogli uwierzyć, że nadal stoję przed pięcioma istotami i nie wycofałem swojego żądania.
Aetheryt mówił dalej:
— To będzie przysięga wieczysta. Nie obietnica, którą można zmienić pod wpływem okoliczności. Nie zobowiązanie, od którego później się uwolnisz. Jeśli ją złożysz, pozostanie wiążąca.
— A jeśli kiedyś zrozumiem, że warunek jest zły?
— Nie będzie to miało znaczenia.
— Jeśli znajdę inny sposób?
— Nie będzie wyjątku.
— Jeśli będę chciał zmienić zdanie?
— Nie zmienisz treści przysięgi.
Zamilkłem.
Po raz pierwszy od chwili wejścia do Wielkiej Komnaty poczułem, że nie chodzi już wyłącznie o władzę nad planetą. Aetheryt żądał ode mnie czegoś, co miało związać całą moją przyszłość. Nie znałem wszystkich zasad tego świata, a mimo to oczekiwano, że podejmę decyzję, której nie będzie można cofnąć.
Odmowa zostawiała Vaelorę pod władzą Aetherytów. Zgoda oddawała mi planetę, lecz czyniła mnie strażnikiem kodu, którego nie wolno było zmienić. Nie widziałem w tym dobrego wyjścia.
Przypomniałem sobie Lyrę stojącą przed monumentalnymi wrotami. Nie mogła wejść ze mną. Powiedziała tylko, że dalej muszę iść sam. Teraz ja również musiałem dokonać wyboru bez jej pomocy.
— Czas na odpowiedź nie zmieni warunków — oznajmił Aetheryt. — Możesz milczeć, ile zechcesz. Nasza decyzja pozostanie taka sama.
Podniosłem wzrok.
Nie chciałem przysięgać pod naciskiem ani oddawać kolejnej części życia istotom, które już raz zdecydowały za mnie. Nie potrafiłem jednak odejść, wiedząc, że Vaelora pozostanie pod ich władzą. Nie widziałem rozwiązania bez kosztu; mogłem tylko wybrać, za który będę odpowiadał.
Wziąłem powolny oddech.
— Przysięgam — powiedziałem. — Nie złamię przysięgi wieczystej.
Moje wątpliwości nie zniknęły. Nadal uważałem warunek za krzywdzący. A jednak, kiedy przyszło do wypowiedzenia przysięgi, nie zawahałem się. To właśnie mnie zaskoczyło.
Przez ułamek sekundy nic się nie wydarzyło.
Potem Wielka Komnata zamarła.
Aetheryt siedzący pośrodku uniósł głowę. Pozostałe cztery postacie zwróciły się ku mnie niemal jednocześnie. Ich kontury zafalowały, a wśród zgromadzonych rozległ się nagły szmer.
Ktoś poderwał się z ławy. Ktoś inny zakrył usta dłonią.
Nie rozumiałem ich reakcji.
— Przyjąłeś przysięgę wieczystą — oznajmił Aetheryt zasiadający pośrodku.
— Tak.
— Jej treść pozostanie niezmienna. Nie będzie odwołania ani zwolnienia z obowiązku.
— Przysiągłem — odpowiedziałem. — Nie musicie mi tego powtarzać.
Aetheryt nie zareagował na mój ton.
— W takim razie warunek został przyjęty.
Zapadła cisza.
— Vaelora zostanie ci przekazana — powiedział. — Prawa, które do niej rościliśmy, zostaną powierzone tobie. Kod posłuszeństwa pozostanie jednak nienaruszony.
Spojrzałem na niego.
— A jej mieszkańcy?
— Będą podlegać kodowi.
— Czyli nadal nie będą wolni.
— Zmieni się ten, któremu będą podlegać.
Nie odpowiedziałem.
Chciałem przejąć odpowiedzialność za Vaelorę. Teraz miałem ją otrzymać, ale wraz z nią przyjmowałem warunek, którego nie mogłem cofnąć. Nie wiedziałem, czy postąpiłem słusznie. Wiedziałem tylko, że nie chciałem pozostawić planety pod dotychczasową władzą Aetherytów.
— Kiedy to nastąpi? — zapytałem.
Odpowiedź padła z centralnego tronu:
— Już się rozpoczęło.
W tej samej chwili pięć postaci podniosło się ze swoich gigantycznych foteli.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania