Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Skrajnica (Mroczna Powieść Słowiańska) Roz. 11-12

Rozdział 11.

 

Zdrożonym a głodnym tęgo dotarł nareszcie Tumir Czerma do Skrajnicy, kaj ku jedynej gospodzie, Pejsonatem nazwanej, się zara skierował. Wewnątrz wypełnionego niemal po brzegi szynku gwarno a duszno było, wszędzie zaś panował smród niemożebny, tak z ludzi, jak i z kuchni bijący. Większość gości stanowili pochodzący zewsząd pracownicy miejscowego tartaku, izby w gospodzie zamieszkujący.

Dosiadłszy się do jednego ze stołów, Czerma pił akurat piwo, przyniesione mu przez syna karczmarzy, kiej pośpiesznie zbliżył się doń Ynkiel, i wziąwszy go pod łokieć, w pas się kłaniając, przez salę powiódł.

- Panie wielmożny kapitanie, pan wybaczysz! Ycek młody a głupi jeszcze, nie miarkuje, co taka figura nie może z pospólstwem siedzieć! - trajkocząc cięgiem po swojemu, drzwi do osobnej komory, ważniejszym gościom służącej, szeroko przed kapitanem roztwierał. - Pan wielmożny kapitan, pan wybaczysz! Pan raczysz usiąść i się rozgościć! Ynkiel zara przyniesie wielmożnemu panu kapitanowi najlepszego alkoholu a mięsa! Pan kapitan zjesz mięsa?

- Na polewkę z ryb czekałem - rzekł Czerma.

- Ajajaj! Polewka z ryb! - żywo a przeraźliwie gestykulując, wzgardził Ynkiel wszelka zupą rybną, ohydy wyraz na twarz przywołując. - Polewka z ryb jest dla gawiedzi! Dla wielmożnego pana kapitana jest mięso! Jest jajecznia! Zjesz pan kapitan jajeczni z mięsem?

- Głodnym, ale polewka a chleba pajda starczą...

- Ajajaj! Polewka z chlebem! - urażony, złapał się Ynkiel pompatycznie za serce. - Azaliż wielmożny pan kapitan chcesz, coby ludziska o biednym Ynkielu gadali, co podał panu kapitanowi polewkę z chlebem?!

Tu, ku kuchni się obracając, zakrzyknął:

- Ycek! Lachera! Jazda! Podać wielmożnemu panu kapitanowi jajeczni z mięsem! A żywo!

Rzuciwszy dyspozycję, na powrót usłużnym się stając, uniżenie dodał:

- Zaraz Ynkiel sam czego dobrego panu kapitanowi przyniesie! Napijesz się wielmożny pan kapitan araku?

- Piwam nie skończył jeszcze...

- Ajajaj! Piwa! Pan wielmożny kapitan chcesz chyba, coby biednego Ynkiela na ozory ludziska wzięli! Czy pan wykładasz sobie, co by we wsi gadali, niechby Ynkiel podał panu kapitanowi zwykłe piwo?! Ja już przynoszę panu kapitanowi słodkiego araku!

Naówczas wszedłszy ze spuszczoną głową do komory, postawił młody Ycek na stole wielką michę parującej jajeczni, gęsto tłustym mięsem przetykanej. W pokorze wycofującego się syna, krewki ojciec szmatą okładać zaczął, lamentując przy tym:

- Ty wiesz, kto to jest?! To wielmożny pan kapitan straży miejskiej! Ty Ycek patrz a zapamiętaj sobie raz na zawsze! Pana kapitana to obraża, kiej z ciżbą przy stole siedzi! Dla wielmożnego pana kapitana jest miejsce w komorze! - szmata śmigała nad głową chłopaka. - Ty Ycek chyba chcesz, coby nas ludzie na ozory wzięli! Pana kapitana ty sobie Ycek zapamiętaj raz, a na zawsze!

Kiedy tylko Yckek spod sprawiedliwie karzącej ojcowskiej ręki czmychnąć zdołał, chyłkiem, karnie, spojrzenia nie śmiąc wznieść, do komory weszła Lachera, niewiele od brata starsza, przynosząc chleb a kołacz. Znalazłszy się w zasięgu dziewczęcia, szmata ponownie w ruch poszła.

- Ty sobie zapamiętaj! Się przypatrz i ty zapamiętaj, Lachera! To jest pan kapitan straży miejskiej! Ty nie podawaj panu kapitanowi zupy z chlebem! Ty podawaj panu kapitanowi jajecznię a mięso! I kołacza! Ajajaj! Ty, Lachera, chyba chcesz, coby nas ludziska na ozory wzięli! Ty się dobrze przypatrz panu kapitanowi i ty zapamiętaj go sobie raz na zawsze!

Udało się i córce jakoś z komory wyślizgnąć, zaraz też Ynkiel na powrót usłużnym a pokornym się robiąc, uprzejmie do Czermy się zwrócił:

- Wielmożny pan kapitan raczysz wybaczyć! Młode jeszcze, nicponie! Hahaha! Muszą się nauczyć, że są goście, i są „goście”! - przetarł czysty stół. - Pan wielmożny kapitan raczysz wybaczyć! Ynkiel zaraz przyniesie panu kapitanowi araku!

I cały czas czołobitny z komory się wycofał, drzwi za sobą zawierając.

Wpatrzony w parująca przed nim michę, Czerma wymiarkować próbował, kiej jadł coś podobnego po raz ostatni. Żołądek jego, w komitywie z nosem a zaślinioną gębą będąc, podpowiedział mu, co dawno. Przysunąwszy sobie jajecznię bliżej, oderwał kawał chleba i rozkoszując się każdym kęsem, żreć zaczął.

Kończył akurat, kiej powrócił karczmarz, a stawiając na stole butelkę a dwa cynowe kubki, zwyczajny swój lament uskuteczniał:

- Pan kapitan wielmożny wybaczysz Ynkielowi! Ja musiałem kobiety do roboty pogonić! Ajajaj! One to nic, jeno by gadały, miast robić! - karczmarz napełnił kubki. - Pan wielmożny kapitan wykładasz sobie, co to za utrapienie, trzy córki a jednego jeno syna mieć?

Nie potrafiąc sobie wyłożyć, co to za utrapienie, mieć trzy córki a jednego syna, świetnie umiał sobie za to Czerma wyłożyć, co to za miód mieć ojca takiego jak Ynkiel. W zadumaniu wzniósł swój kubek ku oczom i jego mlecznobiałej zawartości się przyglądał.

- A pan kapitan wiesz, co to arak? - Ynkiel stuknął swem naczyniem w kubek kapitana. - Arak to po naszemu „niedźwiedzie mleko”. Hahaha! Rozumiesz pan? Białe a słodkie, kiej mleko, a mocne w gardle! No, pańskie zdrowie, panie wielmożny kapitanie!

Przepiwszy, poczuł Czerma w gardle przyjemny, słodkawy anyżowy aromat, po którym krtań przypiekła a zgrzała się. Trunek był naprawdę dobry, acz rzadki w tych stronach i mało komu dane było upijać się nim.

Obszukawszy kieszenie, kapitan znalazł w którejś resztki zawilgotniałego suszu a starą fajkę. Widzący to, karczmarz z czeluści swego fartucha pospiesznie wydobył ozdobne pudełko, w którym równo ułożone tkwiły małe zawiniątka z liści. Zachęcony przez Ynkiela, Czerma przypalił od świecy jedno z nich, zrazu miarkując, co w liściach tytoń był zawinięty. Poczuwszy aromatyczny dym w płucach, zmrużył na chwilę oczy Czerma, pozwalając błogości po całym ciele się rozejść. Nie zdążył pomyśleć nawet, jak cudownie byłoby spłukać dym arakiem, a Ynkiel juże kubki napełniał.

Przepili.

Przez chmurę niebieskiego dymu oglądał tera Czerma gospodarza, któren wyczekująco na krześle siedział, kolejne życzenia gościa zgadywać usiłując. Zawżdy w swej małej, okrągłej czapeczce, ze strąkami włosów po obu stronach twarzy opadających, z długą brodą a binoklem opartym na wydatnym nosie, jawił się cokolwiek komicznie.

Odkąd kapitan pamięcią sięgał, nie podobna mu było wyzbyć się wzgardy dla nieszczerej, wymuszonej uprzejmości a służalczości przyodziewanych przez wszystkich Ynkieli tego świata, niechby jeno widoki mieli, choćby i najdalsze, by co dla się uzyskać. Obfitowało Podgórze w karczmy, sklepy, kramy czy warsztaty przez ludzi podobnych Ynkielowi prowadzonych. Wszyscy oni podobnie wyglądali, podobnie prawili, podobnie się zachowywali.

I wszyscy oni zawsze mieli butelkę araku abo i co lepszego w zanadrzu.

- A skądżeście wy są, panie Ynkiel? - spytał Czerma, pachnącym tytoniem głęboko się zaciągając.

- Mój naród starszy jest, niźli te góry! Liczniejszy, niźli drzewa w tym prastarym lesie! - gospodarz zatoczył ramieniem szeroki łuk. - Moje przodki pierwszymi byli w tych stronach! Oni zbudowali owe miasto, na które pan codziennie patrzysz!

- Człek poważny was pyta, to se lekko tego nie bierzcie, panie Ynkiel - rzekł Czerma szorstko. - Poniechalibyście tego waszego teatru, to rad byłbym pobajurzyć z wami, kiej ludzie. Ale jeśli wy jazgotać jeno chcecie, kiej baba, a lamentować, to za gościnę płacę a spać się kładę.

- Pan wielmożny kapitan ranisz serce biednego Ynkiela! Dlaczego nie mam mówić o moich dziadach a pradziadach?! - urażonego udając, wzniósł gospodarz oczy ku górze. - Oni krwią swoją zbudowali wszystko to, na co pan teraz każdego dnia wzdychasz!

Karczmarz nalał araku i zaś przepili obaj.

- Ojczyzna gdzie wasza? Dom wasz gdzie, panie Ynkiel?

- Wielmożny panie kapitanie! Tu moja ojczyzna! - ku podłodze palcem wskazał. - Gdzie żyję ja, żona moja a dziatki me! To ziemia jest moja, tu moja karczma stoi, tu jest całe życie moje!

- Tuście rodzeni, panie Ynkiel?

- Ja się tu rodziłem! Moja żona się tu rodziła! Moje dziatki! - rozłożył karczmarz ramiona w geście szerokim. - Widzisz pan, wielmożny panie kapitanie, przodkowie a pradziadowie moi ze świata szerokiego przywędrowali, coby na tej ziemi ojczyznę dla nas wszystkich budować!

Nie będąc w historii regionu najbieglejszym, wiedział jednakowoż Czerma, co krajanie Ynkiela przybyli w te strony w dużej liczbie nie dawniej, niźli jakie sto lat, kiedy regularnie przetaczające się przez kontynent wojny przepychały wszelkie masy ludzkie, przed śmiercią a zniszczeniem uciekające.

- A dziady wasze, ojce, gdzie porodzeni? Jam szczerze ciekaw jest - wyjaśniał kapitan nieco znużonym głosem. - Miarkuję, co z rodaki wasze, panie Ynkiel, wszędy na jedną modłę prawicie o historii waszej, miarkuję też, czemu tak czynicie. Więcej coraz obcych przybywa ze stron dalekich, odzianych inaczej, nieznaną mową gadających, z obcymi obrzędami a rytuałami, a też z własną historią pochodzenia. Sęk tkwi w tym, co wszystkie te historie...przeczą sobie wzajem. Starczy tego, coby dziad się osiedlił a sochą jaki kawałek grontu przeruszył lebo pracownię krawiecką otworzył, by wnucy jego opiewać mogli, co tu ichnia ojczyzna jest, z dziada pradziada. A jam, jako rzekłem, szczerze ciekaw, skądście są, panie Ynkiel.

Zmarszczywszy brwi krzakiem mu nad oczami porosłe, bacznie słuchał a przyglądał się Ynkiel kapitanowi.

- Wielmożny pan kapitan niebezpieczne słowa prawisz - ostrożnym a podejrzliwym głosem rzekł. - Pan rzeczesz...co pan właściwie rzeczesz? Że Ynkiel nie gada prawdy? To bardzo nieładnie, panie kapitanie! Bardzo nieładnie! Pan uważasz, że tu nie jest ojczyzna Ynkiela Zajtenloken! Łamiesz mi pan serce, panie kapitanie! Ja tu karczmę prowadzę, ja ludzi karmię, ja podatki płacę, jak się należy! Mój ojciec i dziad karczmę prowadzili, ludzi karmili a podatki płacili! Panie kapitanie, pan nie wiesz, co pan rzeczesz! - latami ćwiczona mina, urażoną dumę udająca, na fizjonomii gospodarza się pojawiła. - Pan nie masz prawa tak prawić! Ludzie mogą szukać miejsca na świecie i je znajdować! Czy pan wiesz, panie kapitanie, co moja babka sprzedawała resztki na bazarze w mieście, coby zarobić na jedzenie dla swoich dziatek a na komorne? Ona w słońce, w deszcz i mróz sprzedawała resztki, coby dziatki nakarmić! A wiesz pan, panie kapitanie, co moja matka robiła? Ona prała a bieliznę ludziom gotowała, coby nakarmić swoje dziatki, komorne zapłacić!

Jak się recytuje na pamięć wyuczoną a wielokroć powtarzaną mowę, tak Ynkiel swoją opowieść wysnuwał, głosem z lekka znużonym, z rzekomym dramatem historii zgoła nie licującym.

- Ojciec wasz zakład szewski w mieście prowadzi - rzeczowo stwierdził Czerma. - Ten sam, co go dziad wasz za półdarmo wykupił, zaraz po przybyciu do Podgórza.

- Wielmożny pan kapitan niech nie szarpie dobrego imienia mojego dziada, panie kapitanie! - oburzył się gospodarz. - On uratował zakład, który na skraju bankructwa był! On uratował życie jego właścicielowi!

- Pożar pracownię strawił, dziwny pożar... - zauważył kapitan - a właściciel nie zdołał go odbudować potem, temu sprzedać zmuszon był go za bezcen!

- On nie potrafił robić pieniądz, panie kapitanie! Gdyby on potrafił robić pieniądz, miałby fundusz i odbudowałby zakład! - przekonywał Ynkiel. - Miastu szewce nie potrzebni, co nie potrafią robić pieniądz! Miastu potrzeba, coby pracownia dochód niosła! Miastu potrzeba podatków! Miasto potrzebuje kwitnąć! Moja babka...

- Kram prowadziła babka wasza, w nim resztki z pracowni szewskiej męża sprzedając - przerwał mu Czerma. - A wasza matka kieruje robotą we własnej pralni! Ludzi tam trudni do roboty!

Pokraśniał karczmarz na twarzy, ale nic ze swojego animuszu nie stracił.

- Pan nie szargaj dobrego imienia Zajtenloken! Pan się nad moją biedną babką a matką nie znęcaj! Pan nic nie wiesz o mojej rodzinie! Pan nie wiesz, jak to jest wiązać koniec z końcem! - wznosząc ręce i oczy ku górze, Ynkiel lamentował dramatycznie. - Czy pan wiesz, jak to jest przyjść z pustą sakwą w obcy kraj a od niczego zaczynać? Czy pan wiesz, jak ja się musiałem natrudzić, ażeby dzisiaj tu stała karczma?

Z rozbawieniem, ale i z lekkim poirytowaniem słuchał Czerma narzekań Ynkiela.

- Po stryju waszym ta karczma jest - wtrącił - wraz z przychówkiem a zgodą na nocowanie pracowników tartacznych!

Za wygraną dać nie chcąc zbyt łacno, spuścił nieco karczmarz z tonu a odrzekł:

- Pan bierzesz wszystko zbyt dosłownie, panie kapitanie! Ja prawię o losach moich braci, co mniej szczęścia mieli! Czy pan wiesz, jak ciężko jest zaczynać życie od niczego? Czy pan wiesz, jak się żyje, kiej na każdym kroku ludzie wilkiem patrzą a kamienie przez okna ciskają?

- We świecie, kaj moc ludzi jeno pomarzyć se może o własnego okna posiadaniu... - zauważył gorzko Czerma, a Ynkiel puścił uwagę pomimo uszu.

- Wszystko to zawiść a zazdrość ludzka! - gospodarz opowiadał w uniesieniu. - O moich biednych rodakach prawię, którzy w pocie czoła pracowali, a wszystko ostawić zmuszeni, przed ową zawiścią a zazdrością precz uchodzili! Sprzedawać ze stratą dorobki a majątki zmuszeni, precz szli! Częstokroć czeladzi ni pracowników a wierzycieli spłacić nie mogąc, żywo precz iść zmuszani! Wielmożny pan kapitan nie wiesz, co to ludzka zawiść a zazdrość! Złe ludzie syna mi a parobka zbili, sam pan wiesz! A okradli mnie onegdaj! Do składzika wyłamali odrzwia i okradli! Psa struli! Pan wykładasz sobie, co kosztuje dzisiaj porządny pies? Jeszcze kiedy to dwakroć napadali na wóz mój, co nim zamówiony towar wiozłem! Wykładasz pan sobie, co za podłość?!

Suche oczy jedwabną chustą ocierając, ze trzy razy pociągnął Ynkiel nosem i resztę araku z butli rozlał. Poczęstowawszy kapitana zwiniętym w liść tytoniem, sam też przypalił i na syna swego zawołał. Ostrożnie Ycek łeb rozczochrany przez drzwi wraził, pomny ojcowskiej szmaty, zaraz się też wycofał polecenie spełnić, bo mu karczmarz przykazał araku jeszcze przynieść, kurtuazyjne protesty kapitana uprzejmie ignorując.

- Gdzie rynsztok wypełniony jest ludźmi, co z wyższością patrzą na jeszcze od nich niżej w hierarchii społecznej tkwiących - stwierdził Czerma sucho - zawżdy ktoś ochoczo ciśnie kamień w okno domu, z którego cięgiem jeno pleśniejące resztki a łajna w ten rynsztok spływają.

- Pan nie możesz winić pracowitych a przedsiębiorczych ludzi, co ciężką a uczciwą pracą majątku dochodzą, wielmożny panie kapitanie! Jak ktoś nie chce zrobić pieniądz, to jego nie zrobi! - bronił gospodarz.

- Ciężką a uczciwą pracą... - zadumany powtórzył kapitan. - Skorośmy juże przy „ciężkiej a uczciwej” pracy...co tam wam skradli złodzieje ze składzika a transportu, panie Ynkiel?

Karczmarz machnął ręką lekceważąco.

- Biedny Ynkiel, acz szczęściem nie zginęło wiele...rzecz w tym, co ludziska zawistni a hardzi, zawzięci! Żeby tak napadać na biednego kupca, co całą wieś karmi!

- A któż i po cóż miałby to uczynić, panie Ynkiel? I czemu, kiej nic nie zaginęło? Wiecie co?

- Panie kapitanie, czy pan wiesz, co mnie połowa ludzi borgi spłaca? Ja robię im przysługę, borguję zboże, mąkę, gotowego grosza takoż, jak komu potrzeba. A oni mnie potem nie chcą spłacać! - biadolił gospodarz. - Któż to może wiedzieć, kto napadł a po co?

- Dajecie ludziom towar a gotowiznę - rzekł kapitan - ale oddawać muszą wam z nawiązką, z tęgą nawiązką. Wszyscyście podobni w tym, gdzie jeno krajanie wasi, tak samo czynicie. Przecie wiadomo wam, co ludziska nijak nie mają czym tego oddać.

- Po cóż więc brać, pożyczać, kiej nie planują spłacać?

- Głodem przymierają ludzie i dziatki ich, biorą zatem, coby przetrwać - z goryczą zauważył Czerma. - Potem oddać wam muszą dwakroć tego, czego nigdy nie mieli.

Karczmarz rozłożył ręce w geście bezradności i uśmiechnął się rozbrajająco.

- Jakbym ja pożyczał ludziom bez nawiązki, ja bym nic na tym nie zarobił, panie kapitanie. A jakbym ja nic na tym nie zarobił, to bym stracił cały majątek i nie miał z czego ludziom pożyczać...

Westchnął na to kapitan a zapatrzył się na siedzącego kupca, któren głaszcząc swą brodę, uśmiechał się. Kolejnego skręta z liści wziąwszy w palce, poczekał, by mu go Ynkiel zapałką przypalił.

- Co wam wzięto, panie Ynkiel? W kradzieżach? - zagadał ponownie.

- A, niczego tam wartego, wielmożny panie kapitanie - ponownie machnął ręką Ynkiel. - Widzisz pan, zawiść a podłość ludzka...

- Sieci rybackie wam wzięto - Czerma spokojnie wszedł w słowo rozmówcy. - Z transportu. A ze składzika ryby skradziono.

- Wielmożny pan kapitan złodzieja znalazłeś? - w dłonie aże klasnął z radości karczmarz. - Ja czułem, ja wiedziałem, co pan jesteś szlachetny a solidny człek i znajdziesz...

- Na co wam rybackie sieci, panie Ynkiel?

Zamarł na ustach karczmarza uśmiech, zaraz jednak recytować począł wyuczonym tonem, jako przedtem:

- Ja kupcem jestem a kupczę wszystkiem, co ludzie kupują a przedają. Jak komu sieci potrzeba, to sieci przedaję...

Kapitan straży przerwał mu gestem, zniecierpliwiony.

- Zmęczonym już, panie Ynkiel, to rzeknę prosto: ja wiem, na co wam sieci, wiem i to, skąd ryby wasze, co je w karczmie przedajecie.

Chciał coś na to odrzec karczmarz, lecz spojrzał mu kapitan w oczy i ciągnął swoje:

- Rzeka książęca jest, wraz z rybami a wszystkim, co w chędożonej wodzie żywie. Kto kradnie z rzeki, jakby samego księcia okradał. A za okradanie księcia jedna kara jest, szubienica.

Pokraśniawszy w świętym oburzeniu ponownie, schował Ynkiel pudełko ze skręconym tytoniem w kieszeń a odezwał się, nawet nieco zbyt głośno:

- Pan nie masz prawa tak mówić do biednego Ynkiela! To są obelgi a ja sobie nie chcę pozwolić na nie! Pan, panie kapitanie, sobie pozwalasz za dużo! Ja do burmistrza skarżyć pójdę! Niczego mi pan nie udowodnisz, a za...

Huknęła w stół pięść ogromna, aże przykulił się Ynkiel i zmilkł.

- Słuchaj pan, kiedy ja prawię! - srogim głosem upomniał Czerma, gadając dalej, już spokojniej. - Miarkuję sobie, co udowadniać wam niczego mi nie przyjdzie, ale wasza w tym głowa jest, nie moja, panie Ynkiel Zajtenloken. Bieg spraw zależy od tego, cóż uczynicie po rozmowie ze mną. Pierwsza rzecz, dopilnujecie, coby nikt więcej na wodę kłusować nie bywał.

Otworzył Ynkiel usta, które jednak pod błyskiem kapitańskiego spojrzenia zawarły się na powrót.

- Po wtóre, do miasta, do strażnicy, przyniesiecie całe sieci, coście pochowali gdziekolwiek. A sprawiedliwie poszukajcie, cobym ja ich szukać nie musiał! Rzecz trzecia, zadośćuczynicie Karlukowi a jego zaległą dzierżawę za rzekę spłacicie - palec kapitana w górę groźnie skierowany posadził na powrót na ławie podnoszącego się w próbie protestu Ynkiela - a i za dwa roki naprzód dzierżawę mu opłacicie. Stratni nie będziecie, panie Ynkiel, wszak duuuuużo więcej musielibyście zapłacić kapitanowi straży w Podgórzu za dopilnowanie, coby wieś całej waszej gospody, wraz z rodziną, z dymem nie puściła. Wykładam sobie, co musiałoby dojść do tego, niechby zwiedzieli się jeno ludziska, co we wojnę dziad wasz a ociec handel mieli z wrogami. A złota niemało od niego nabrali, gdy kraina krwią ludzi spływała a pożogą ich sadyb nocami świeciła.

Ynkiel głośno ślinę przełknął.

- Pan, wielmożny panie kapitanie, wiesz, co to kłamstwa jeno... - głos karczmarza był słaby a chrapliwy. - Pan dobrze wiesz, co nie prawda to. Pan nie możesz mnie zastraszyć...

Uśmiechnąwszy się złowieszczo, pochylił się nad stołem Czerma ku rozmówcy swemu.

- Skąd mnie wiedzieć, co prawdą, a co plotką jeno być może. Powtarzam aby, co insze pletą szeptem. Co do ucha powtarzają se wszyscy ciskający wam kamienie przez okna, wszyscy, co borgów mają do spłacania u was a krewniaków waszych w mieście. Prawię jeno za tymi, co nienawidzą was, kiej psów, powody każdy swoje mając. Pomnym jest, co gdy natenczas ludziska głodem morzeni a chorobami dotykani w nędzy zdychali, potraciwszy życia dorobki całe, wyście z krajany wasze na górach złota siedzieli! Słyszeliście, panie Ynkiel Zajtenloken, porzekadło stare, co zdąży plotka pół wsi spalić, nim prawda ceber z wodą znajdzie?

- Nie zrobisz pan tego... - niczym indor czerwony wysapał karczmarz.

- Rzekliście, mnie niczego robić nie potrza - pogarda dosiadała każdego słowa z ust kapitana się wydobywającego. - Wy z krajany wasze aże nadto uczyniliście, coby se ludziska przeszłość srogą a niesprawiedliwą i podłą wspomnieli. Ja, jakoście sami rzekli, kiej w czas będzie, prosto nie zrobię nic.

Sięgnął Czerma po wciąż na stole leżące zapałki i na Ynkiela spojrzał znacząco. Tamten, pobladły a wstrząśnięty, ręką drżącą dobył pudełka ze skręconym tytoniem i wyciągnął ku kapitanowi. Zapalili obaj.

Długo tak milcząc siedzieli, gryzł coś w głowie karczmarz, rozważał, a rozterki przeganiał, aże mu się czoło a brwi marszczyły. Facjata mu w końcu zjaśniała i w te słowy cicho zaczął:

- Wielmożny pan kapitan nie przyszedłeś grozić Ynkielowi, pan mnie przestrzec przyszedłeś...

Zrazu nie odpowiedział mu Czerma, dumając, czy poplecznika chce mieć w Ynkielu, którym by wzgardzał, a i czy mu się kiedy to bądź przyda. Wyłożył sobie w końcu, co taka moneta rzadko w kieszeń wpada, by to Ynkiel winien był jemu, a nie na przewrót. Po arak sięgnąwszy, wlał w naczynia i swoje wzniósł ku karczmarzowi, któren bez wahania własne chwycił i przepili.

- Wielmożny pan kapitan, pan dobry uczynek dziś zrobiłeś. Bardzo dobry! - karczmarz otworzył drzwi i syna zawołał. - Pan nie będziesz żałować, żeś biednego Ynkiela przestrzegł!

Ukazał się znowu we drzwiach Ycek, któremu polecił ojciec przynieść do komory siennik obleczony w pościel czystą, kiełbasy, mleka a miodu. Na sprzeciw kapitana, o zjedzonej niedawno jajeczni wspominającego, Ynkiel machnął po swojemu ręką. Zaraz też upewniwszy się, czy wszystko należycie na noc przygotowano, rękę swego gościa raz jeszcze karczmarz uścisnął, ułożył na posłaniu poduszkę i poszedł.

Zachciało się kapitanowi powietrza świeżego zaczerpnąć, toteż po wsi się przejść umyślił. Wychodząc, jeszcze trzosik z pieniędzmi zoczył, przy poduszce leżący.

 

Rozdział 12.

 

Nastała długa cisza, kiedy Katosz opowieść snuć skończył, w ciszy tej oboje się zadumali, każde w sobie. Sprawę karczmarz wyłożył rzetelnie, acz wedle własnego sumienia, więc Aniela usłyszała jeno, co Trzypalcy okrutnie porżnięty był a nieżyw, nic więcej o nim. Resztę powtórzył Katosz podłóg prawdy a po sprawiedliwości. Czuł teraz ulgę.

Mieszając w kotle, w końcu stara rzekła:

- Dobrześ uczynił, mój chłopcze, coś wszyćko wyznał. A niczegoś nie przekroczył aby?

Zwrócona do Katosza, wydała się przebijać jego duszę swymi bielmem malowanymi oczami.

- Niczego.

Kobieta dumała nad czymś, nieruchoma, by zaraz pogmerać w palenisku i stwierdzić prosto:

- Widzi mi się, co wasz parobek dał gardła bez potrzeby żadnej. Spłacić go jeno trza było, a tęgo nastraszyć, coby zawarł gębę. Abo utopić we wodzie, pijus on był, a awanturnik. Nikt by się nie dziwował. A teroz jeno smród się wszędy rozwlekł, a huczy po ludziach od rozmysłów. Strażniki tego nie ostawią i na kark wam wsiędą, kiej zwęszą co więcy. Milczysz? Co nic nie rzeczesz, mój chłopcze? Zdziwionyś?

We własne buty wpatrzonego Katosza wstyd a lęk zdjął nagły, co tak gładko ich Aniela przejrzeć zdołała.

- Nie turbuj się, mój chłopcze, więcy człek rozumem uwidzi, kiej oczy nie przeszkadzają. Łacno mnie, starej, wskroś was przejrzeć, co znam ci ja was dobrze, a od dawna. Nie dla wszyćkich to takie widne, co zaszło. Świża to sprawa, po ludziach plot narozpuszczać jeszcze wczas, co Trzypalcemu rozum się we łbie mieszał od picia. Jużci, źle, co rozbebeszon ci on został tak okrutnie. Zwierz zeźre zaroz, co zabije, nie rozwłócza ci on flaków krotochwilnie. Ech - westchnęła - chytrzyca rozum odjąć umi. Źleście zrobili... Ale tam, rada jakowaś się znajdzie i na to. Jeno nic głupiego wiency nie róbta. Ludu wszelakiego na jarmark ściągnęło, typy podejrzane wszędy łażą. Znajdzieta jakiego łachmytę, co to nikt po nim łzy nie zroni, a truchło jego pode borem gdzie ostawita, jako Trzypalcego. Jeno sprawić go tak samo musita, dla śladu zmylenia.

Zamieszawszy w kotle, stara dosypała doń szczyptę jakiegoś proszku i wszystko zabulgotało a zasyczało gwałtownie. Odrobinę na drewnianą łyżkę nabrawszy, ostrożnie powąchała, z uznaniem głową kiwnęła, po czym wyszła, zostawiając karczmarza jego własnemu zadumie.

Gdy słowa Anieli doszły wreszcie do Katosza, mdłości dławiące za krtań go szponem uchwyciły, ciało zaś lekkim mu się zdało, jakby w górę iść chciało, a wszystko wokoło zawirowało. Trwało to mgnienie aby, zara bowiem ponura oczywistość ku światu go na powrót szarpnęła.

I ze łbem zwieszonym siedział.

Ciche jakieś stukanie z odrętwienia go wydobyło, to stara przyniesione ziele siekała i na krzątającą się po izbie patrzył teraz, rzec coś jakby chcąc, sprzeciwić się jej, lecz nie mógł.

Aniela wywaru z kociołka zaczerpnęła i mu podała.

- Zjedże co, bladyś, kiej trupiszcze.

Ujął Katosz naczynie w dłoń, lecz miast jeść, wodził lękliwie oczami po misce, kotle i starej, która zaśmiała się na to, dziąsło bezzębne prezentując, i rzekła:

- Cóżeś taki strachliwy? Starej a zasuszonej czerownicy mus czasem wlać co dobrego do kałduna.

To powiedziawszy, i sobie nabrała.

Jedli razem, siorbiąc głośno.

 

Długie cienie rzucając wszem pod nogi, spuszczało się słońce ku widnokręgowi, gorączkę upalnego dnia w chłód wieczorny rychło przemienić obiecując, kiej w zagrodach obrządki powszednie kończyli gospodarze, a gospodynie drób zganiały do kurników i wietrzące się bielizny rozmaite z opłotków ściągały. Z rzadka jeno pozdrowienie czyjeś odwzajemniał Katosz, w zadumie zanurzonym do karczmy Skrajnicznej idąc, dokąd po sprawunki Aniela go posłała. Czego mu wcześniej stara do łba nakroiła, z tego się teraz polewka gotowała. Że Sara wściekłością się znów zapiecze, było mu wiadome, ale i obojętne jakoś. Najmocniej ciążyło mu wspomnienie tego, co wespół z żoną uczynili, a co jeszcze Aniela im zrobić przykazała. Sprawić jakiego nieszczęśnika, jako Trzypalcego byli sprawili...czemuś miało to odwrócić wścibskie oczy od Katosza i Sary, o co wszystkim szło.

„Wszystkim?”

Przemóc się i porwać na coś podobnego, to jedno. A jak się zabrać za to? Natenczas, kiedy Sara parobka w stajni widłami pchnęła, wszystko ułożyło się samo, bystro a żwawo postępować musieli potem, na trapienie się a frasunek czasu nie stało. I Sara działała, a on przy niej, podług jej dyspozycji a poleceń. Ale upatrzeć kogo i zarżnąć, kiej zwierzę? Nie podobna to! Zamysł nawet najmniejszy zbrodni takiej zaraz łeb mu zakręcał a dławił, lecz już mniej jakby. Wyłożył se, co niechybnie człek się w bestię przemienia, niech no jeno o własną skórę rzecz była! „A czy jam takoż taki? Zbrukanymi krwią rękami jeść umiał będę?”, w serca swego czeluście wglądał. Nieprzemożny w swej pokusie coraz bardziej zamysł jeden, powracając, kołatał mu się po łbie, kiej ziarno grochu po garncu, coby wyzbyć się nareszcie ciężaru straszliwego a wyznać wszystko Czermie. Nie mogąc myśli znieść, by cośkolwiek złego Sarze stać się miało, zamiarował na się przewinę całą wziąć, niech jego karzą, jeśliby ano do wyznania się przed kapitanem śmiałość w sobie znalazł.

„A wianek?”

Wianek...Alina... Cóż ona wie? Aniela najsurowiej przykazała mu, coby Alinie o niczym nie powiadać, zabroniła w czymkolwiek dziewczynie się przeciwiać, niczym jej miano nie zakłócać. Wsunąwszy dłoń do kieszeni, namacał zawiniątko, które dała mu stara, przykazując, aby w tajemnicy największej przed Sarą podłożył to Alinie tam, kaj ta sypia najchętniej. Zagadnięta o zawartość, z gniewem a srogością, jakiej nigdy u niej nie bywało, Aniela zakazała sprawdzać, co tam jest, przy czym przestrach jakowyś widocznie jej fizjonomię woalem okrywał.

Myśl o wyznaniu prawdy i powzięciu na się przewin wróciła, by pokusą być mu silną. Uratowawszy życie Sarze, po cóż miałaby Alina jej szkodzić... No ale kapitan straży? Mogąc wskazać Katosza mordercą, ostawiłby je w pokoju? Dałby wiarę?

- Wiary nie daję! - gromki głos Tumira Czermy, niczym obuch wymierzony w czaszkę, oszołomił Katosza, który stanął jak wkuty, w roześmianą twarz starego kompana patrząc właśnie. Kiej przygłupawy odrostek sprytną kurę na łące, bezładne myśli swe we łbie gorączkowo przeganiał karczmarz, żadnej ucapić nie umiejąc, tymczasem potrząsający nim kapitan przemówił:

- To ci spotkanie! Cóżeś ślepia wybałuszył? Upioraś zoczył, czy co? - po niedźwiedziemu klepną Czerma Katosza w ramię, śmiejąc się. - No! Mówże co! A to ci spotkanie!

- Po mięso a rybym przybył, a tu do babki, do starej Anieli żem zajrzał - zaskoczony, Katosz wyłożył posłusznie i skarcił się zaraz za to w duchu.

- A i dobrze - pogodnie stwierdził kapitan. - Zanocuj tu ze mną przeto, komorę mam u Ynkiela, to zjemy, napijemy a kośćmi rzucim.

Wymawiać się a wyginać Katosz próbował, bo nie było mu w smak to osobliwe w Skrajnicy spotkanie, przy szarpiących duszę jego sumienia rozterkach.

Tyle z tego aby przyszło, co na wspólny wieczór w końcu przystał.

 

Jakoś to niedługo potem Katosz do karczmy wlazł, Czermę znalazł i zaraz też przepili do siebie arakiem, którego Ynkiel z zapałem nastarczał, a razem z nim ciepłe jedzenie i posłanie osobne. Choć Ynkiel zapłaty nie żądał, bynajmniej, wzbraniając się od jej przyjęcia, zapłacił mu jednakowoż kapitan tąż samą sakiewką, którą mu tamten wcześniej przy posłaniu podłożył.

Samowtór w komorze ostawszy z Katoszem, Czerma ku drzwiom plunął.

- Ścierwo nikczemne...zdaje mu się, co każden do kupienia.

- A nie każden? - Katosz rozejrzał się.

- A dajżesz mi pokój. Lepszyś? - odgryzł mu kapitan.

- Lepszym? Nie... - po czym dodał, lecz już pod nosem - oby nie gorszym...

- Cóżeś tam zaburczał?

- Nic. Czegoś się dowiedział? Cóż nowego? - Katosz starał się zwyczajnie prawić, ale mu nie szło.

- Niewiele tego, jeno to, co się aby po ozorach ludziskom przesnuje... A tyś z dziewczyną gadał?

Westchnął Katosz.

- Próbowałem, cóż z tego, skoro daremnie. Trudniej coraz rozmówić się z nią.

- Może ja sam bym... - kapitan przerwał, obawiając się nie tyle znowuż rozsierdzić towarzysza, ile tego, co być to mogło tym razem Katosz przytwierdziłby mu. A choć paliło Czermę zwiedzieć się, w czym sprawa z wiankiem przy trupie, do rozmowy nijakiej z dziewczyną się nie kwapił.

Zmilkli obydwa i przepijając arakiem, kośćmi rzucać poczęli, by po kilku kubkach we wspomnieniach wspólnie przeżytych lat się unurzać.

Razem rosnąc od pacholęcia, częstokroć grywali, pijali a biedy napytywali sobie razem. Wojnę nawet udało się im jako przeżyć, jeden drugiemu wsparciem będąc. Czerma stryczka na szyję był się już dosłużył, rozkazów bowiem nie słuchał a wszystko robił, co chciał. Natenczas sprawa się stała, co popadł w niewolę ktoś ważny i Czerma, Katosz wraz z jeszcze kilkoma śmiałkami, sami zdecydowali go uwolnić. Krwawą była w obozie wroga potyczka, z której żywymi uszli trzej jeno: Czerma, Katosz i nieszczęsny więzień. Pomimo ciężkiej rany, Katosz zdołał wyciągnąć ku swoim oficjela, a potem Czermę, którzy bezprzytomnie legli w walce. Kiej byli już bezpieczni, padł i Katosz w błoto pyskiem, do cna wyczerpany. O brzasku pierwszy Czerma się podniósł i ledwie żyw, juchą brocząc, pomocy jakiej wołać się powlókł. I to jego bohaterem głoszono, jemu zaszczytów a zasług za druhów uratowanie przydawano. Stryczek z gardła takoż mu odjęto, toteż postanowili obydwa, co niech lepiej tak ostanie, niczego prostować już nie zamiarując. Katoszowi sprawa cała jeno rąbek chwały przydała a szpetną blizną facjatę mu przyozdobiła.

Na ową szramę patrzył akurat kapitan.

- Wrednieś chlaśnięty przez pysk tam był, nie ma co - rzekł. - Wołosowi a Perunowi dziękować, coś z życiem a oczami oboma uszedł!

Katosz dotknął twarzy.

- Inszych gorzej siekli - stwierdził smutnie. - Niebywałe, cośmy uszli stamtąd, prawda... Szczęściem, co przewin ci odpuścili a z szubienicy zdjęli, nim ścierwo zdradzieckie zaś ku swoim poleciał, hahaha.

- Hańba to - rzekł smutnie Czerma - co jeno mnie zasług przydali. Kiej świń naszych w ów czas narżnęli, niechbyś ty nas stamtąd nie poniósł, Katosz, takoż byśmy tam ostali...

- Dajże pokój temu nareszcie - prawił mu Katosz. - Co po tym, komu łapę ściskają a kogo klepią po rzyci, skorośmy oba wyżyli. Ważne, coś z pętli nie zadyndał.

Znowu krzepko przepili, znowu kości po stole poszły.

Narastająca w Katoszu pokusa wylania całej żółci a ropy cuchnącej, wokół jątrzącej się rany w sercu wezbranej, przywiodła go nareszcie ku postanowieniu, że powie! Że wyzna! I już usta bodaj otwierał, kiedy wtem pierwszy ozwał się Czerma:

- Winienem ci, Szpetny, pomnym tego! - kurzyć ze łba musiało się już kapitanowi nieźle, kiej przezwiskiem do kompana się zwracał. - Dług swój spłacę ci, spłacę! Póki sił a życia, spłacę!

- Oby się nigdy tak nie przydarzyło, cobyś miał okazję - nie mniej upity Katosz zarechotał, kiwając się nieco.

- Spłacę! Rzekłem! - ciągnął kapitan. - Pomnym, coś mi gadał, jakem cię chciał do nas, do straży brać! O zajeździe, o interesie a rodzicach żeś mi prawił. Wykładałeś, co do straży się nie nadasz, co to ja mam ścierwo a łajno z gościńców a traktów sprzątać. „Ty, Tumir”, rzekłeś, „uczciwyś, charakternyś a moralność mający”. Takeś do mnie rzekł. „Mnie”, prawiłeś, „zajazdu doglądać a o rodziców dbać”. Co? Może nie było to? Pomnisz? - Czerma spojrzał w twarz towarzysza.

- Uchlał żeś się, Tumir, wspominki ci lezą...

- Azaliż gadał żeś tak? Czy nie gadał? - upierał się kapitan.

- Nie pomnym dziś, co wczora było!

- Ha! Pomnyś dobrze! - zaznaczył Czerma w uniesieniu. - Oba pomnim! I wiesz, co ci rzeknę? Co gówno z tego wszystkiego! Łajno a gówno na całą tę moją uczciwość a moralność! W dół kloaczny mnie z mą szlachetnością ano cisnąć, a gnojem przełożyć i widłami zaklepać!

- Arak ci szkodzi, czy co? W plebejskie mordy szlachetny lać trunek... - próbował Katosz żartować, lecz nieudolnie. - Nie ma Ynkiel co inszego?

Lecz nie zajmując się niczym, prócz własnej duszy zbolałej, z której wydobyć był musiał akurat tego wieczora jaką klątwę uroczystą, w kułak ścisłą dłonią grożąc światu, kapitan ciągnął:

- Rzekę ci, co gnojem podłożyć całą moralność moją a przysrać jeszcze. I zaszczać! Tyleć warte są one, rzekę ci, to słuchaj mnie! Bo wiem, co rzekę! - wypiwszy, trzasnął mocno kubkiem w blat. - Skurwiłem się, Szpetny! Zaprzedałem się! Tyś mnie życie oddał, jam zaszczytem rzyć se maścił! Służyć ludziom miałem, a skurwić się dałem!

- A dajże już pokój temu! Zaszczyty! Zdrajca a ścierwo zwyczajne, wyszło zara! Tyle z zaszczytów! - przypomniał Katosz.

- Nie powiadaj, sameś był, to wiesz, jak sprawa stała! Izbę w strażnicy dali, grosz płacili, karmili. Twą odwagę mnie przypierali, Katosz! Gadałeś na ów czas „dobrze się stało, Tumir boś uczciwy i ludziom czego dobrego przydasz. Niech tak zostanie”. Takoś prawił. A cóż ja? Jako łajza jaka przedałem się, niechby mi kto jeno trzosem zabrzęczał! Rzekłeś, a po prawdzie, com taki, jak te ścierwo Ynkielowe! Takim sam, rzekę ci!

Gwałtownym gestem strącił Czerma ze stołu, co tam sięgnął. Hałasu ciekawa gospodyni przez drzwi zajrzała, jednakowoż napotkawszy dziki wzrok kapitana, zaraz je za soba zamknęła.

- Każden do się grabi siano - rzekł Katosz - jam nie lepszy, wiesz przecie sam...

- O nie! - z zapałem zaprzeczył Czerma. - Tyś inny jest, zawsześ był! Zajazd utrzymujesz, handlujesz, czym się przytrafi, jako każdy czyni. Tu prawda! Aleś złodziejem! A lichwą! A mordercą! - palec ku górze wzniósł - ...nigdy nie był!

Posępny siedział Katosz, a kapitan żywiołowe snuł wyznania:

- Odwagę a siłę ducha tyś miał, ja nie! Rzeknę ci, czym mnie dusza gnije! Ty słuchaj, bo ja wiem, co prawię! - kilka łyków z butli prosto golnąwszy, arak odstawił. - Ostałbyś tam na pastwę wroga, niechbym to ja na moich plecach miał ciebie ponieść! Miarkujesz, co ci rzekę? Ostawiłbym cię! Natenczas, co już naszych zgoła porżnięto, kiej uwidziałem ciebie, skrwawionego a jęczącego w konwulsji, tom zesrał się we własne portki! Szedłem precz stamtąd, ilem miał sił w nogach! Nawet żem nie uwidział, kto a czem mnie ciął, bom uciekał, Katosz! Temu mnie przez plecy urżnął! Łgałem po tem wszem, com otoczony walczył dzielnie, póki nie uszli! Gdzie prawda taka, co tchórzowska to rana, bom tchórzem podszyt!

Sięgnąwszy po arak, zara kapitan grdyką poruszał, a pustą butlą o ścianę rąbnął.

Nikt już drzwiami nie zajrzał.

Patrząc na dyszącego rozmówcę, podniósł Katosz butlę i ozwał się:

- Pleciesz. Dobrzem widział, jako to szło...

- A gównoś tam widział! - oburzył się kapitan. - W posoceś pływał własnej i utopiłbyś się w niej, bom cię ostawił! Jeno mnie usiekli! Lecz to mnie! - uderzył się gniewną pięścią w pierś. - To mnie do księcia proszono! Mnie po ucztach wożono! Za ciebiem się nażarł, nachlał a nachędożył, Katosz! To mnie się kłaniali potem, kiej w pasie kapitańskim ulicami lazłem! A jam pomny był zawżdy, co tchórzem jestem a hańbą okryt! Ścierwo załgane! Temum cię omijał, rzedziej a rzedziej odwiedzał. Sromałem się w oczy ci wejrzeć, skurwić się wolałem, bo łacniej! Ale basta!

Głosem wielkim rzekłszy, wstał kapitan, a twarz jego, rozpromienioną i bez przytomności, jakby błogość osnuła.

- Starość we łbie ci miesza? Co cię naszło, Tumir? - pijanym głosem powiedział Katosz. - Napijże się, przejdzie...

- Rzekę ci, to wierzaj! Basta! Koniec! - kapitan wycelował palcem w pierś kompana. - Tyś mnie wiernym zawszy był kompanem, gdym ja ze strachu śmierci cię ostawił! Ja się skurwiałem, a tyś harował a modlitwy słał ku bogom i demonom, coby ci dzieciątko zesłali! O rodzinę staranie miałeś, kiej ci córę Sara zrodziła! Srogą żonę masz! Oj, srogą! Każden by ją na pysk wyrzucił, sekutnica przeklęta! Ale nie ty, tyś rodzinę uszanował! Córa twoja... - w zapale pijanym będąc, zdołał się jednakowoż Czerma powściągnąć, by słowa odpowiednie znaleźć - nawet, kiej córa twa więcej trosk, niźli pociechy wam przydawała, tyś miłował ją a żyć z wami przyzwalał! A ty wiesz, co ja, bydlę, już nawet umyśliłem se, coś ty sam tego parobka ubił? Jeno nie umiałem wyrozumieć, po cóż miałbyś to robić. Tak, Katosz, takiego to kompana masz we mnie! Tyś bohater, tobie czołem bić, nie ścierwu, jak ja!

- Prawisz o sprawach, co wiele zim temu ze śniegiem rzeką spłynęły. Dawniej, to dawniej. Czasy insze i my insze.

- Rzekłeś! - palec znów ku górze wystrzelił. - I temu rzekę ci, co basta! Coś w tym mieście jeszczem wart! Jeszcze ci w oczy spojrzeć będę godzien! Katosz! I jak tobie równy prawicę twą uścisnę!

Nalał Katosz im w kubki i ze swego wypił.

- Uchlał żeś się, Tumir! Tyla! - stwierdził. - Jak i ja.

- Temu piję, coby upicie było! - zaśmiał się kapitan i już nieco rozpogodzony a uspokojony, trzymając uniesiony kubek, rzekł cokolwiek uroczyście: - Znajdę tego, co ci parobka zaszlachtował, Katosz. Niechby to miało być ostatnim, co w życiu uczynię, przywiodę łachmytę do szubienicy! Zarówno mi, kasztelan to czy sam książę! Zawiśnie z dęba abo rusztowania! A niech mi co jeszcze potem z kaprawego żywota ostanie, to się innem szubrawstwem zajmę! Spłacę ci, com winien! Druhu mój!

W uniesieniu wypiwszy, chcąc pewnikiem przyrzeczenie jakoś zapieczętować, mocarną dłonią ścisnął kubek i niczym garść słomy zmiął go.

Ciężko jeno westchnąwszy, Katosz ramiona zwiesił.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania