Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Skrajnica (Mroczna Powieść Słowiańska) Roz. 13

Rozdział 13.

 

W ostatniej chwili uskoczyć zdołał Finet przed pędzącą na złamanie karku czwórką karych koni i nim podskakujący na wybojach zaprzęg zniknął mu z oczu, zdążył jeszcze powożący elegancką bryczką stangret posłać w jego kierunku kilka obelg.

- Przeklęte miasto - otrzepując podniesioną z ziemi torbę, pod nosem burknął.

Dawno już do Podgórza przybyły, do zgiełku a pośpiechu miasta wciąż nie mógł się Finet przyzwyczaić. Bijący zewsząd smród i żar lejący się z nieba, czyniły lato nie do zniesienia. Jesienne ulewy zmywały wszystko szlamem a błotem śmierdzącym, zaś sroga zima lodem wszystko skuwała a śniegiem okrutnym przywalała, ponure żniwo zbierając śród nie mających ugrzanego kąta żebraków a biedoty. Zwiesną na powrót błotami brodzono a taplano, omijając rozmarzające a gnijące wszędy trupy, które w niewielkie stosy składano, niczym zżęte zboże w snopy, i palono.

Upewniwszy się, co wszystko jest, jak było, dalej ruszył. Pomiędzy kramami, beczkami a piętrzącymi się wszędy odpadkami kluczył, by przed frontem maleńkiego sklepiku, widocznie na głucho zawartego, stanąć. Stary, odrapany szyld ukazywał białe pióro na tle błękitnym. Jako drzwi istotnie zawarte były, na tyły budynku przeszedłszy, zapukał Finet w okiennicę małego okna. Chwilę później zastukał już głośniej i naówczas dopiero uchyliwszy się, okiennica, ledwie słyszalnym, drżącym głosem starego człeka, rzekła:

- Tyś to...idę, drzwi rozwieram...

Już miał Finet na powrót ku okienku na tyłach się kierować, by przypomnieć o sobie, gdy stłumiony zgrzyt klucza w zardzewiałym zamku go doszedł, z głośnym skrzypieniem drzwi się roztwarły i już był w środku.

- Niechaj wam darzą Perus a Weles, Diuriarnusie.

- Ach! Niechaj i ciebie, chłopcze, zbytki a statki nie miną - słabym głosem odrzekł starzec, widocznie rad z gościa. - A pójdźże za mną.

Prowadził ich powoli Diuriarnus, przygarbiony, nogę za nogą posuwając i weszli zaraz do izby większej, stolikami zastawionej, nad którymi w skupieniu pochylali się równie z gospodarzem wiekowi staruszkowie. Długie a siwe brody mieli, zaś na nosy nasadzone binokle, zgoła podobne do tych, jakie zwykł nosić Finet. Przytomności gościa zdawali się nie zauważać.

- O com prosił, masz? - Diuriarnus sięgał drżącą ręką w kieszeń fartucha.

- Cyrkiele mam dla was, niebieski tusz a piętnaście arkuszy pergaminu z koźląt, dziesięć z płodów jagnięcich.

- Z płodów? - stary wyraźnie rad był, wyciągnął bladą, brązowymi plamkami upstrzoną dłoń, na której kilka dużych, srebrnych monet leżało. - Nasz ci, chłopcze, wiency ni mam.

- Nie trza, Diuriarnusie, mam tu co jeszcze, specjalnie dla was - rzekł Finet, nieduży pakunek dobywając. - Wasz tytuń ulubiony a gąsior zielonego miodu.

Staruszek bardzo ostrożnie począł zawiniątko roztwierać a rozpakowywać zawartość z celebracją nabożną. Oczy przymrużywszy a z błogością na twarzy, pierw tytoń powąchał, a potem, gąsiorek odkorkowawszy, w szyjkę zaniuchał.

- Bakun... - szepnął w rozrzewnieniu - i zielony miód...

Niedowierzając swym zmysłom, obniuchał podarki raz jeszcze.

- Półtoraczny! Dyć to krocieś zapłacić musieł za to!

Finet uśmiechnął się.

- To prezent, Diurnarnusie.

- A skosztujże więc ze mną tego prezenta, chłopcze - zaproponował starzec. - Zarozki, co se kaj siędziem w kąciku a popróbujem.

- Rad bym, acz zostać nie mogę teraz, Diuriarnusie.

- A jakoż ci ja, stary, wywdzięczyć mam za to, coś przyniósł?

- Wiecie dobrze, dziaduniu, co od serca szczerego u was bywam, nie po wdzięczność. Alem w potrzebie, prawda to, i jak pomożecie, odpłacę!

- Praw mi tu zaroz, czegóż ci trzeba. A o zapłacie mowy ci żadnej być nie może - obruszył się starzec.

- Mapy niedługo przyniosę - rzekł mu Finet - które zrysować a odcyfrować trzeba.

- Mapy? - zainteresował się Diuriarnus. - A jużci, co na mapach się wyznaję. Zrysuję ci je łacno, przeca wisz. Nic to dla mie nowego. A i rozeznać się w niech, a odcyfrować tyż umim.

- Wyznać się na mapach, to jedna rzecz - stwierdził Finet. - Inna zgoła, coby w jeden dzień to zrobić, bo...odnieść je muszę prędko.

Zasępił się starzec.

- Wampierzowiś jakiemu je podebrał, co?

- Zgadliście - Finet uśmiechnął się. - Samemu Arysowi spod nosa.

Splunąwszy przez ramię, Diuriarnus wyszeptał coś cicho.

- Arysowi? A to ci dopiero - przyznał z uznaniem. - Jam stary. Żywota jużem nakosztował, a jużci. Bacz jeno, coby tobie juchy z żylnic nie spuścili. Mściwy Arys, a okrutnik niebagatelny.

- Zdążycie je przerysować? - spytał Finet.

- A skąd mie wiedzieć, kiej na oczym ich nie uwidział. Wiela ich, tych map?

- Cztery są, razem wzięte do kupy, jedność tworzyć się zdają. Nigdym podobnych nie uwidział.

Diuriarnus zatarł ręce kościsite.

- Ciekawym wielce, cóżeś ty tam, chłopcze, wyniuchał. Kiej zamiarujesz one mapy przynieść?

Opowiedział mu Finet o zamiarach swych i jak je spełnić umyślił.

Staruszkowi plan jego się podobał.

- Bystryś! - zachichotał. - Jeno baczenie miej, bo kiej to plugawe nasienie zmiarkuje, co mu za ucztę chcesz sprawić, nie zaznasz ci tutej, w Podgórzu, pokoju. Arys konekcyje ma wszędy, a i z kasztelanem we twierdzy konszachtuje.

- Pomnym tego, uda mi się, jeśliby tylko na czas mapy odnieść - zapewnił Finet.

- Tym się nie gryź. - Diuriarnus ręką machnął . - Może i stare kościska, a grzbiet ku grontowi przygięty, ale jużci, co jak się z mojemi za rysowanie weźniem, to pewnikiem do dnia skończym.

Finet zmarszczył brwi:

- Im mniej oczu je obaczy, tym lepiej...

- A jużci, co przepiecznie - odrzekł mu staruszek - nie lękaj się o nic. Jeno godej, kiej to będzie, co wszyćkie będziem w pisarni.

- Czekajcie przez kilka wieczorów na mnie, od dzisiejszego począwszy - powiedział Finet. - Opłaci się wam.

- A dajże pokój z zapłatą, rzekłem jużeci, co nie trza nic wiency - odpowiedział Diuriarnus. - Z jarmarcznymi pisaniami roboty mama tyla, co i tak po nocach ciurkiem siedzim.

Pożegnali się serdecznie i Finet wyszedł.

 

Kasztelan twierdzy w Podgrodziu, Ulardom, za zawalonym zwojami pergaminu a brudnymi naczyniami stołem siedząc, czytał dostarczoną mu akurat wiadomość, klnąc a złorzecząc przy tem.

- Wiesz, co tu stoi? - Arysa zapytał, któren naprzeciwko siedząc, głowa na to pokręcił.

- Jakże mi wiedzieć, kiej pieczęć nie złamana była, jakoś widział.

- Pieczęć... - kasztelan wstał i oknem na żołnierzy a czeladź krzątających po dziedzińcu zamkowym wyjrzał. - Pieczęć...że nie złamana, wierzę ci. Nie skoro by ci było do mnie, kiej byś wiedział, co w niej stoi. Skądże ją masz?

- A cóż w niej piszą?

- Poleca cię wojewoda w żelazo zakuć i ku sobie, do Pobratycza na powrozie przywieść - wejrzał w rozmówcę Ulardom. - Skądże ją masz?

- A na szlachciurę napadniętego w drodze naszliśmy, zrabowany był a sługusy porżnięci wszyscy, jeno pergaminy rozmaite przy nim były, śród nich te wiadomości, com przyniósł - wyjaśniał Arys. - Ani chybi, co złodziei spłoszyliśmy, bo jucha świeża jeszcze po trupach ciekła...

- Łżesz! - gniewnie rzekł kasztelan. - Samiście ich porżnęli z twoimi rzeźnikami! A wiadomość żeś przyniósł, bo zapłatę za nią węszyłeś! A przestrzegałem, cobyście się miarkowali!

Wygodnie się rozsiadłszy, uśmiechnął się Arys krzywo.

- Rzekę ci, kasztelanie, jako było. Ku Podgórzu traktem ciągnęliśmy, patrzymy, a tu dym opodal! - prawił. - Podjechaliśmy i widzimy powóz płonący, pokotem leżących a świeżą krwią pobroczonych przydupasów i elegancko ubranego jegomościa, któren, jak inni, nieżyw już był. Cudem te pergaminym ocalił a przyniósł. Miarkuję, co do rajcy jeden list, aleć gdzie mnie się po ratuszach pałętać... - mrugnął Arys okiem - łatwiej tobie wiadomość mu zanieść... Takąż umowę wszak mamy, pomnyś?

Palcem pogroził mu Ulardom.

- Umowa taka, co za wieści ci płacę! Nie za gardeł rżnięcie!

- Za rżnięcie gardeł nie...? - pochylił się Arys, a gęba mu się szelmowska jakaś zrobiła - A cóżże się ze starostą stało, któren pęcherzem na rzyci ci był, panie kasztelanie? A regent książęcy...

- Milcz! - Ulardom drzwi otworzył, upewniając się, czyby nikt ich nie słyszał, zaraz też cichszym, lecz zapalczywym szeptem dodał: - Innej zgoła wagi są to sprawy, a o nich milczeć masz! A tu - wskazał pergamin na stole leżący - rzekłem ci, co za wieści a przesyłki grosza dam! Nie za rabowanie ludzi a mordowanie ich, kiej oprych jaki! Przestrzegałem, że do zguby cię taka sprawa przywiedzie!

- Że nas przywiedzie - spokojnie poprawił go Arys - nas. Lecz nie przywiodła, póki co. A juże ty coś tam, kasztelanie wielmożny, wymyślisz, pewien jestem!

Ulardom, zasiadłszy na powrót a kielich winem napełniwszy, ozdobnymi w duże pierścienie palcami bębniąc w stół, dumać nad czymś począł, w facjatę Arysową wpatrzony . Ozwał się raptem do niego:

- Cóżeś tam jeszcze przy baronie znalazł?

- A cóż jeszcze miałem znaleźć?

- Było co jeszcze, czy nie było? - przynaglił go kasztelan zniecierpliwiony. - Ano łgać nie próbuj, bo...

- Bo...? - łagodnie spytał Arys.

- Bo miarkujesz sam, co skoro w Pobratyczu cię chcą, toś miarę przebrał! - stwierdził Ulardom. - Dobrześ już sobie to wyłożył, jak się sprawy mają.

Wiedział Arys, boć i tajemnicą żadną to nie było, że wojewoda z Pobratycza rad by był własnego krewniaka kasztelanem na twierdzy w Podgórzu widzieć, temu Ulardom kością mu w gardle stał i ten pozbyć się go próbował. Miarkował też Arys, że wraz z Ulardomem, on sam z kompanią swoją z miasta precz iść by musiał, by torturom a szubienicy uciec.

- Przebrałem miarę, abo i nie przebrałem...

Znów wstał z miejsca kasztelan.

- Przebrałeś! Pierwej wieśniak rozpłatany, kiej wieprz abo ryba, tera baron! Umiaru nie macie po wychlaniu, czy kiego czarta tak szalejecie! Jak w pszczelni wrze i buczy w mieście!

- Parobek od zajazdu? - Ares zwęził oczy. - Wszak to nie my...

- Któż więc?

- A mnie skąd wiedzieć? Cięgiem zdychają ludzie od głodu a zarazy, rzezają się a łby sobie wzajem tłuką. Jeden trup cóż znaczy?

- Znaczy wiele - rzekł kasztelan. - Wybadasz, kto a czemu go zarżnął i wystarasz się, coby więcej nic podobnego się nie stało! Dostaniesz zapłatę.

Bezradnie ręce rozkładając, Arys odpowiedział:

- Ależ wielmożny panie kasztelanie! Azaliż nie straż to jest od porządku w mieście pilnowania a złoczyńców łapania? Nie przeceniasz aby możliwości moich, kasztelanie?

- Przestań błaznować! - uderzył Ulardom w stół, aże okalające jego ramię srebrne bransolety

zabrzęczały. - Nie trza mi w mieście straży, co złodziei i morderców do lochu wtrąca, bo po mnie a po ciebie zaraz by przyszła. Załatw sprawę, a porządnie! Nie poskąpię ci!

Kiwnął na to Arys głową.

- Niechaj i tak będzie - rzekł. - Pojedziemy do zajazdu a rozejrzymy się, zwiedzieć się czego może uda. Ale...pogościć się tam trza nam będzie, a koszta ponieść...

Wyciągniętą z szuflady sakiewkę kasztelan bez słów na stół rzucił.

- Starczy wam to.

Arys zważył woreczek w dłoni.

- A co z nagrodą za wiadomość? - wbił wzrok w Ulardoma. - Nie jeździ sobie baron Arcarius po gościńcach, listy aresztanckie wożąc...nie pod taką strażą. Dwa listy były, od wojewody do rajcy pierwszy...a od samego książęcego dworu do ciebie drugi.

- Ano, nie jeździ... - wolno rzekł kasztelan. - Baron Arcarius wielkiej wagi przesyłkę wiózł dla mnie. Do moich rąk własnych. Masz ją?

Rozłożywszy znów ręce, Arys uśmiechnął się rozbrajająco.

- Jużem ci rzekł, co nie było więcej nic. Splądrowane wszystko, jeno resztki porozbijane wokoło, których złodzieje zebrać nie zdążyli - wejrzał Arys czujnie w kasztelana. - Świecidełka bez wartości, stare pergaminy, niczego...

Drgnęła twarz Ulardoma i obojętność udając, zagadnął:

- Świecidełka a pergaminy?

- Bez wartości, jakom rzekł, a znam się na tym - zapewnił Arys. - Błyskotkiśmy sobie wzięli, resztęśmy wywalili.

Chowając ciągle twarz przed rozmówcą, dopytywał kasztelan:

- A cóżeś zrobił z pergaminami? Przepomnij sobie, co ważne to jest.

- Do ogniam, w pogorzeliskom wrzucił...

- Psiakrew! - zbiesił się naraz kasztelan. - Więcej nic nie masz?!

- Nie mówi list, cóż to by miało być?

Ulardom odwrócił się gwałtownie.

- Mapy! - wyrzucił zły. - Map żadnych nie było? A nie wspomnij ni słowem, co żeś je spalił, bo na hak każę z tobą!

To rzekłszy, wściekle drzwi rozwarł a huknął gromko w kamienne korytarze:

- Straż! Ku mnie!

Tymczasem Arys wstał i spokojnie drzwi na powrót zawarł.

- Poniechaj, kasztelanie...to, com spalił, to glejty herbowe i uwierzytelnienia Arcariusa a spis dziesięcinnych długów zamku w Podgórzu...

Robił jeszcze bokami Ulardom, lecz gniew w nim rychło stygł, uprzytomnił se on bowiem, jakiej wagi nowinę usłyszał .

- Glejty Arcariusów? Pewnyś?

- Pewnym.

- Słusznieś uczynił...na pewno wszystkoś spalił?

- Na pewno.

Ukontentowany, kasztelan uśmiechnął się i dłoń na Arysowym ramieniu położył. Naówczas rozwarły się drzwi i dwóch zbrojnych wkroczyło.

- Na rozkaz jaśnie wielmożnego pana kasztelana!

Wskazał im Ulardom przez okno dziedziniec zamkowy a rzucił ostro:

- Beczki a sakwy z ziarnem marnieją! Za dużo żarcia macie, psie syny? Zbutwieje a czernią zajdzie wszystko! Do spichlerza! A żywo, bo żołdu nie dam!

Zasalutowawszy, rzucili się żołnierze polecenia spełniać, tymczasem kasztelan kielichy napełnił. Wypili.

- A względem tych map... - zaczął Arys - nim naszliśmy jatkę, nic, jeno złodzieje wzięli i ponieśli...cóż to za mapy?

- Stara pamiątka rodowa... - wykrętnie jakoś rzekł Ulardom. - Komu postronnemu, nic po nich. A dla mnie wartość mają ogromną...sentymentalną, rzecz to oczywista...

- Jak dużą wartość? - zaciekawił się Arys.

- A cóż ci po tym, skoro ich nie masz - wejrzał w oczy Arysowe Ulardom, wybadać usiłując, azaliż łże on, twierdząc, co niczego więcej przy wojewodzińskim oficjelu nie znaleźli.

- Cóż... - Arys odwzajemnił się spojrzeniem równie pilnym. - Jako rzekłem, przy mnie ich nie ma, onych map... Aczkolwiek rozpytać się a zwiedzieć mogę, któż to na barona nastał, i mapy im odebrać... Skoro aże taką wartość dla pana kasztelana one mają...

- Jakąż pewność mieć mogę, że złodzieje mapy mają?

- A jakąż ja pewność mieć mogę, co opłaci mi się trud zdobycia tej jakże cennej „pamiątki rodzinnej” pana kasztelana...?

- Opłaci ci się - do szuflady znów sięgnąwszy, drugą brzęczącą sakwę kasztelan na stół rzucił, wyraźnie większą a cięższą od poprzedniej. - To, cobyście z głodu a pragnienia nie pozdychali, goniąc za zwierzyną. Reszta będzie, kiej mi mapy przyniesiesz. Wszystkie cztery.

- Uczynię, co w mojej mocy... - uśmiechnął się Arys, woreczek chowając. - Wykładam sobie takoż, iż wielmożny pan kasztelan w Podgórzu, doceniając me skromne wysiłki w drogocennych „pamiątek rodzinnych” odzyskanie, w kajdanach do Pobratycza odstawić mnie nie każe?

Ulardom palec w górę jeno uniósł i rzekł:

- Wszystkie cztery!

- Bywaj!.

Dopił Arys wino i pogwizdując pod nosem, wyszedł.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania