Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Skrajnica (Mroczna Powieść Słowiańska) Roz. 6-10
Rozdział 6.
Zajazd Przy Rozstajach wzniesionym był, gdzie cztery świata strony się zbiegały, tylomaż drogami się krzyżując. Ku Skrajnicy a starej kopalni jedna wiodła, ku miastu następna, kolejną w głąb kraju dostać się było można, ostatnia zaś do granicy z sąsiednią krainą prowadziła. Kamieniem murowana gospoda duża była, z podwórcem obszernym, drewnianymi budynkami gospodarskimi okolonym, a drzewami starymi porośniętym.
Jak co roku o tej porze, karczma w szwach akurat pękała, jako że ze wszystkich stron przybywający tłumnie na jarmark do Podgórza goście zatrzymywać się w niej musieli, tak dla odpoczynku, jak i glejtu na wjazd do miasta zezwalającego wykupienia. Właściciele dwoili się i troili natenczas, wraz z przysposobioną do pomocy czeladzią po łokcie się urabiając, by podróżnym niczego nie zbyło. Parobek kilka dni wcześniej zgodzony, od świtu do zmierzchu drwa rąbał, wodę nosił, zwierząt doglądał. Takoż dziewki, niedawno do pomocy przynajęte, w pocie czoła gęsi a kaczki skubały, ciasta wyrabiały, prały, sprzątały i gościom usługiwały. Niby biczem, świszczącymi nad głowami poleceniami, ale i obietnicą sowitej zapłaty naglone, czeladne dziewki sił nie szczędziły jadło a napitki roznosząc, raz po raz oczko puszczając ku podszczypującym i poklepującym ją rozweselonym gościom, tudzież w pysk waląc na odlew co nachalniejszych.
- Macie jakie posłanie, mości gospodarzu? - zagadnął człek z worem na bark zarzuconym, do izby karczemnej właśnie wchodzący.
Podniósłszy na niego wzrok sponad dzbana, do którego akuratnie nalewał zalatującego stęchniętym jęczmieniem piwa, karczmarz przyjrzał się nieznajomemu, w myślach coś ważąc.
- Nie - wracając do swego zajęcia, odrzekł w końcu. Obcy nie spodobał mu się. Tacy więcej kłopotów, niźli pieniędzy do gospody przynoszą. Wychowując się w zajeździe i prowadząc go wprzódy z rodzicami, a potem z żoną, nauczył się Katosz, okiem rzuciwszy jeno, takich rozpoznawać.
- Wiela mi nie trza, mości gospodarzu - prawił mężczyzna. - Zdrożnym wielce, to i bele gdzie głowę złożyć mogę, ciepłego co zjeść. A i napić się czegoś rad bym.
- W mieście pytajcie - napełniwszy dzbany, karczmarz przesunął oba ku czekającej dziewczynie, która zręcznie je chwyciła i w głąb sali poniosła.
- Mam czym płacić - nieznajomy rzucił na szynkwas kilka monet.
- Miejsc nie ma, mówię przecie.
- A strawy jakiej choć a piwa dacie, mości gospodarzu? - uśmiechnąwszy się, zrzucił z pleców wielki, zakurzony tobół, który ciężko opadł na podłogę. - Spocząć rad bym, choć grzbiet rozprostować a kulasy wyciągnąć. Daleko to do miasta?
- Daleko abo i niedaleko, bo z dzień drogi będzie, jeśliście wozem z załadunkiem podróżujący. W siodle prędzej. Siadajcież gdzie, zaraz wam co przyniesę - skinąwszy na dziewkę i przyglądając się przybyszowi spode łba, Katosz wydał kilka dyspozycji. Co mu się w człeku tym nie spodobało, sam nie umiał se wyłożyć. Zapylony cały i brudny, nie wyglądał on inaczej, aniżeli kto inszy, co z gościńca zachadza. A w jarmark to i po stokroć dziwniejsi tu bywali. Handlarze, szarlatani, kuglarze, sztukmistrze, żebracy, aktorzy, rzemieślnicy, szlachcice, trefnisie, ladacznice i złodzieje... jarmark ludzi wabił, kiej pełna barć miodu niedźwiedzie. Wziąwszy podaną mu właśnie michę kaszy kraszonej ze skwarkiem i piwo, poniósł do ławy, gdzie podejrzany przybysz zasiadł.
- Dziękuję, mości gospodarzu - zapłacił i głodnym będąc, zrazu do jedzenia się wziął.
- Z dalekaście ku nam szli? - schował karczmarz pieniądze i przysiadł się.
- Z dalekam - z pełnymi usty tamten odrzekł. Popiwszy mętnym piwem, skrzywił się, splunął i dokończył: - Ze sześć dni, abo i więcej bedzie, mości gospodarzu.
Obserwował jeszcze czas jakiś Katosz łapczywie jedzącego mężczyzną, lecz nie doczekawszy się nic więcej, na podwórzec poszedł, parobka szukać. Ten poił akurat szkapinkę wynędzniałą, wygłodzoną, a która boki miała zakrzepłą krwią i strupem świeżym pokryte.
- Czyj ten koń? - spytał.
- A człeczyna, z wielgim na plecach tobołem, wielmożny panie dobrodzieju. Dopiero co, jak wlazł.
Obejrzawszy zmaltretowanego i wygłodzonego konika, którego żal się okropnie karczmarzowi zrobiło, złość na sadystycznego właściciela gwałtownie w nim wezbrała.
- Załóż mu obrok, a owsa z sieczką i zasypki nie pożałuj - polecił parobkowi i do karczmy wrócił. Odnalazł nieznajomego, któren, kaszę już zeżarłszy, oparty stał teraz o szynkwas i piwo pił.
- Jeszcze za konia zapłacić musicie - oznajmił Katosz.
- Jakże to, mości gospodarzu? - człowiek kufel odstawił, na podłogę splunął, nieprzyjemnie się uśmiechnął i dodał: - Odkąd to za wodę a kołek dla konia płacić trza?
- Koń zagnany i zbiedzony, tom go nakarmić przykazał.
- Jam go karmić nie kazał, mości gospodarzu...
- Zapłacicie za obrok - wymacawszy maczugę, karczmarz zacisnął na niej swoją wielką łapę.
- Jam koniowi owsa zadawać nie kazał, mości gospodarzu - wycedził mężczyzna przez zęby - to i płacić nie będę. Kiejście szczodrzy tacy, to wasza rzecz.
- Zapłaćcie za obrok - powtórzył karczmarz spokojnie - i idźcie dalej, swoją drogą.
Człowiek uśmiechnął się jeszcze paskudniej, zadał sobie na ramię tobół i ku wyjściu się skierował. Krok w krok sunął za nim uzbrojony w pałkę Katosz. Awantury robić nie zamierzał, nie wewnątrz, nie wśród wypełniających salę ludzi. Na dworze obaj zobaczyli Alinę, która zabiedzonego konia głaskała czule po mechatym pysku, do szyi jego się tuląc. Po jej policzkach ściekały łzy. Na ten widok mężczyzna, w lubieżnym uśmiechu zęby wyszczerzywszy, rzekł do dziewczyny:
- Koń mój ci się podoba, może i mnie obłapisz? - zrobił ku niej kilka kroków, lecz idący za nim karczmarz szarpnął go, w miejscu obracając.
- Zapłać za obrok i won stąd! - Katosz pałkę mocniej w dłoń ujął.
Wciąż uśmiechając się, człowiek uniósł teatralnie ręce w geście rzekomego pojednania.
- Nie wiecie, co czynicie, mości gospodarzu... - wycedził przez zęby, krok w kierunku Katosza postępując. - Dobrze wam radzę, do izby wracajcie, ja tu z dziewką się...
Urwał w pół zdania, głuche warczenie za sobą usłyszawszy. Obejrzał się powoli i dwa psy ogromne ujrzał, które z wolna ku niemu podchodziły. Nienawistne ich ślepia w nim były utkwione, a wielkie, obnażone kły, błyszczały złowrogo. Cofnąwszy się, plecami o karczmarza się zaparł. Uśmiechnięta, Alina patrzyła mu w oczy wyzywająco.
- Odwołajcie psy, gospodarzu - nie spuszczając oczu z cały czas zbliżających się bestii, strwożonym głosem powiedział obcy. - Zapłacę, jeno psy weźcie!
Zza poły skórzanego kaftana drżącą ręką wydłubał sakiewkę i za siebie ją podał. Karczmarz, wyjąwszy z niej kilka monet, rzucił resztę pod nogi.
- Nigdy więcej nie pokazuj się w zajeździe - groźnie powiedział Katosz. - Teraz won stąd!
Spojrzał człowiek na Alinę, która do szkapiny wiąż się tuląc, na ucho coś jej szepnęła i koń zbliżył się do swojego pana. Człowiek, wciąż lękliwie na warczące bestie spoglądając, wrzucił tobół na konia, sakiewkę podniósł i sam na grzbiet wskoczywszy, ku bramie się skierował. Przejeżdżając, odwrócił się i zakrzyknął:
- Bywajcie, mości gospodarzu! Spotkamy się jeszcze! - po czym, ze złością konia spinając, w kierunku miasta pędem skoczył.
Chwilę patrzył jeszcze karczmarz za odjeżdżającym, ku Alinie się zaraz zwracając. Niewiastą smukłą była, z jasnymi, w gruby warkocz zaplecionymi włosami, talii sięgającymi. Z przyozdobioną ledwie widocznymi piegami, bladą dość twarzą, jej krwistoczerwone usta, wraz z błyszczącymi, ciemnofioletowymi oczami, mocno kontrastowały. Patrząc w jej oczy, Katosz poczuł się nieswojo.
- A pójdźże do matki, szukała cię - rzekł do niej.
- Zły to człowiek - głos jej cichy, lecz dźwięczny i wyraźny był. Wyprostowana, głaskała nigdy jej nie odstępujące psy. One zaś siedziały czujne, wzroku z karczmarza nie zdejmując. Gdy ten zbliżyć się do dziewczyny spróbował, zawarczały cicho i zatrzymał się.
- Łachmyta zwykły, nie lękaj się go. Nie wróci tu - uspokoił Alinę.
- Nie lękam się. Ale to morderca, wróci. - Odrzekłszy mu, dziewczyna uśmiechnęła się i odeszła.
Postał i podumał czas jakiś jeszcze karczmarz, po czym żonę poszedł szukać. Znalazł ją w spiżarce, gdzie słonin połcie, czosnkiem woniejące pęta kiełbas i ryby wędzone u pował wisiały, a przykrytych białym płótnem glinianych garnców ze smalcem i wszelkiego innego jadła, całe mnóstwo stało wszędy. Jako we zwyczaju miała, Sara kalkulowała coś, przeliczała, zapisywała i przekładała, w swoim będąc żywiole. Gdy wszedł, nie przerywając swego zajęcia, ni spojrzawszy nań nawet, rzekła:
- Ptactwo dzikie trzy dni temu miało być, trza będzie umyślnego słać, niechaj przywiezie. Jeno patrzeć, kiej rajca a podskarbi glejty zjadą wypisywać.
- Wczas jeszcze, gadał, co sam przywiezie...
- Wyślesz parobka! - ostro rzuciła karczmarzowa. - Jucznego niechaj weźmie a przyniesie kuropatwy, przepiórki i zajęcy. Lekkie, to i prędko obróci, zara nazad będzie. Resztę myśliwy zwiezie, jako ugadane a zapłacone.
- Gości hurma, w obejściu roboty tyla...
- Poślesz parobka! - głosem srogim powtórzyła Sara, prostując się i łyskając złym okiem na Katosza. Powściągnąwszy zaraz złość, uspokoiła się jednak, i wracając do swojej roboty, dodała: - Stajni ty dopilnujesz, drew a wody nanosisz. Za szynkwas Kulawą postaw, niechaj na desce karbuje, ja przyjdę potem i policzę.
Milcząc, Katosz czekał na jakie dalsze dyspozycje, a żadnych już nie usłyszawszy, ku niskim drzwiom się skierował. Nim jednak zdążył wyjść, kajś ponad szuraniem przesuwanych po drewnianej podłodze ciężkich garnców, z mroku, dobiegł go głos żony:
- Rozmówiłeś się już z Aliną?
W pół kroku zatrzymał się.
- Nie.
- Pogadaj z nią, wytłumacz.
- Spróbuję - niechętnie przytwierdził karczmarz - ale ze mną też już nie gada prawie.
- Przejdzie jej, jeno rozmów się z nią.
- Jej twarz... wiem, żeś widzieć musiała wtedy, co jej twarz... - urwał.
- Nie. - Głos Sary jakiś taki nieswój był, kiejby sama nie dawała wiary temu, co prawi. - Niczegom nie uwidziała! A ty też nie wydziwiaj mi tu! Rozmów się z nią i dowiedz czegoś.
Stropionym nieco wyszedłszy, wydał zaraz karczmarz polecenia czeladnym dziewkom, parobka z jucznym koniem do Skrajnicy posłał, sam zaś do stajni się udał zwierzęta poobrządzać. Skończył właśnie koniom siana zadawać, kiedy przyszła Alina, jak zawsze z psami swymi. Jeden, do wielgaśnego wilka podobny, w progu się rozłożył, drugi zaś, nieledwie mniejszy, pani swej nie odstępował.
Dziewczyna podeszła do Katosza, lecz nie odzywając się, wyczekująco wejrzała mu w oczy. Mało by rzec, co małomówną zawsze była, gdyż milcząc przeważnie, chętniej porozumiewała się fizjonomią a gestem, niźli słowem. Karczmarze długo obawiali się, iż dziewczyna ani zwykłej mowy nie rozumie, ani używać jej nie potrafi. Z czasem przyzwyczaili się jednakowoż do sposobu, w jaki Alina ze światem się komunikowała i nauczyli go.
Podszedłszy ku niej, Katosz rękę na jej ramieniu chciał położyć, Alina cofnęła się jednak o krok, wejrzenia z niego nie spuszczając.
- No tak... - odchrząknął nieco jakby uroczyście. - Nie przepomnim tego nigdy, cóżeś dla matki uczyniła. Dozgonnie wdzięczny ci będę... oboje z matką będziemy. Mikstura, co to jej matce zadałaś, życie jej wróciła. Jako matka, tak i ja, pewniśmy, co tak było. Teraz matka twoja wiedzieć ano chce, cóż to był za wywar... - zawahał się - oboje z matką chcielim wiedzieć. I skądeś go wzięła. Ważne to jest, cobyś matce... cobyś nam to wyznała - rzekąc to, zerkał karczmarz przez okno, czy aby nikt ich posłyszeć nie może. - Rzeknij, babka Aniela ci je dała? Od niej wywar abo recepturę masz? To ważne.
Milcząc, Alina stała bez ruchu i wpatrywała się w niego.
Znów zbliżyć się do niej spróbował, ona zaś ponownie odstąpiła krok w tył.
- Niczego więcej nie chcemy, jeno wywdzięczyć się jako za pomoc. Miarkujesz przecie sama, trza by pieniądz może jaki posłać, abo i jedzenie... od babki to masz?
Nieruchome wejrzenie dziewczyny zdało się przenikać go na wskroś.
- Skoro od babki Anieli to masz, matce mus to wiedzieć... poszłaby do niej, rozmówić mogły. Rozumujesz sama, co kontaktu nijakiego między nimi od dawna nie ma... najlepsza to okazja, co by spotkać się a pogadać mogły... kto wie, może i do zgody między nimi by przyszło? Wiem przecież, że bardzo byś tego chciała - prawił Katosz, do dziewczyninego serca sięgać próbując, acz sam nie bardzo wierzył we własne słowa. - Wiem, co bardzo babkę miłujesz. Matka twoja...dobry to człek, serce ma dobre...czasem jeno twardą być musi, srogą...sama wiesz dobrze, jak trudno gospody doglądać i upilnować wszystkiego. Nie wiesz też wszystkiego, co w młodości matka twoja przejść musiała...
- Nic nie wiesz o mojej matce - spokojnym głosem przerwała mu Alina.
Dźwięk tych słów sprawił, że karczmarzowi w gardle zaschło a krew mu z twarzy odpłynęła. Zebrawszy się w sobie, raz jeszcze spróbował:
- Mylisz się...twoja matka, widzisz...
- Nic nie wiesz o mojej matce - dziewczyna powtórzyła, a ton jej zmienił się nieco. Katoszowi wydało się przez moment, iż oczy jej odrobinę zbyt intensywnie błyszczą w półmroku w stajni panującym. Obłok pary z ust jego przy każdym oddechu się zaczął dobywać, a jemu samemu zimno się okropnie zrobiło. Konie kopytami w ziemię bić poczęły a rżeć niespokojnie. Musiał karczmarz całej siły woli swojej użyć, by na zewnątrz nie wybiec, tak się wystraszył.
- Babka lekarstwo abo receptę ci dała? - chciał zignorować strach, lecz daremnie. Głos miał słaby i lękliwy, a mówił cicho. - Miarkujem, co od nikogo inszego tego otrzymać nie mogłaś, jeno od niej. Musisz nam to wyznać...
Przerwał. W stajni zrobiło się mroźno, kiej zimą. Zmacawszy dłonią po brodzie, zdumiony, szron na niej wyczuł. Zdziczałe nagle, zwierzęta z więzów pozrywać się próbowały i z klatek wyskakiwać chciały.
- Naówczas, kiej ci matka wykrzyczała wszystko - ogarniający go coraz bardziej, niezrozumiały, paniczny strach, dławił mu głos w krtani - nie myślała tak, nie czuła...matka twoja wcale nie zamiarowała...
- Nic nie wiesz o mojej...
- To ty nic nie wiesz, psiakrew! - huknął nagle, emocji natężenia nie mogąc więcej udźwignąć. Zdawszy sobie jednakże sprawę, co uczynił, zamarł.
Stali teraz oboje, w milczeniu patrząc na się, wzajem swoje dusze penetrując. Waliło wciąż karczmarzowi serce, jako kowalski młot, lecz obezwładniający lęk opuścił go, tam samo niespodzianie, jak się pojawił. Powietrze z mroźnego na powrót lepkim i aże gęstym z letniej gorączki się stało, a zwierzęta uspokoiły się zupełnie. Stajnia wypełniła się charakterystycznym, intensywnym zapachem, jaki po przejściu gwałtownej, letniej burzy zazwyczaj się roztaczał.
Wpatrywała się jeszcze chwilę w jego oczy Alina, wtem zbliżyła się, by delikatnie dotknąć jego twarzy.
Jej dłoń była lodowata.
Parzyła.
Ponownie objąć ją usiłował, ponownie ona, krok jeden w tył odchodząc, stanęła. Wyszeptała kilka słów, których usłyszeć nie mógł, odwróciła się i wyszła. Olbrzymie psy podążyły za nią.
Wstrząśnięty, nie wiedział zupełnie, co zaszło. Otumaniony zjawiskiem i niemocą myśli swoich, przez podwórzec ku spichrzowi się skierował. Wlazł po drabinie na wyżkę, od dawna za graciarnię służącą, i przeszedł ostrożnie do przeciwległej ściany, mimo mroku ni razu się nie potknąwszy. Opadł na stojące tam krzesło, w znajomą wnękę sięgnął i namacał nieduży gąsiorek. Odkorkowawszy go, pociągnął kilka łyków i w rozmyślaniach o Alinie się zatopił.
Jeszcze pacholęciem będąc jeno, Alina czyniła co chciała, jak chciała a kiedy chciała. Sara często jej skórę przetrzepywała, daremnie. Na przewrót właśnie, odcinała się wówczas całkowicie od wszystkich dziewczynka, we własnym swoim świecie zupełnie zanurzając.
A odkąd, pomimo na klucz zamkniętych drzwi, z domu się wydostać już umiała, coraz częściej uciekała. Z początku długo włócząc się po okolicy, ze zwierzętami dokazywała, z czasem na całe dnie już znikała, do domu wcale nie wracając. Do Skrajnicy, do swojej babki uciekała.
Aniela, cenioną będąc i znaną na okolicę zielarką, cieszyła się, iż Alina tak chętnie tajniki alchemii i zielarstwa zgłębia. Miała jej to za złe Sara, utrzymywała bowiem, co ta dziewczynkę buntuje a od pomocy przy zajeździe odciąga. Próbowała Aniela córce wykładać, że dar a serce ma Alina do ziół, do ludzi, do alchemii. Przekonywała, co potrzebny ludziom jest ktoś, kto pomagał im będzie, choroby lecząc i dolegliwości rozmaite, ostatniej skóry z nich przy tym nie zdzierając, jak to cyrulicy i alchemicy z miejskich akademii w zwyczaju mieli. Mówiła Sarze, co ni do handlu, ni do gospody dziewczyna się nie nadaje. Sara jednakowoż słuchać nie chciała, wyrzuty czyniąc matce, że oni wraz z mężem karmią dziewczynę, ubierają i dbają o nią całe życie, ponosząc koszta a nerwy tracąc, by Aniela ją sobie teraz do terminu podebrała.
To o te koszta poniesione a nerwy potracone właśnie rozgorzała niedawno pomiędzy Sarą a Aliną awantura. Sara była temperamentną... Zawahał się Katosz w duchu i kolejny łyk z gąsiora pociągnąwszy, sam siebie poprawił, acz niechętnie. Sara gwałtowną, srogą i chciwą była jako gospodyni i matka, zaś jako kobieta i żona, niczym lód zimna.
Lecz nie zawsze tak było..
Przynająwszy się do pomocy w zajeździe, bystra, obrotna, jak mało kto do interesu się garnąca, spodobała się bardzo rodzicom Katosza. Rychło też miast wypełniać dyspozycje, sama wydawać je poczęła. Ku radości teściów, zaproponowała im, iż jeśliby tylko na syna wszystko przepisali, to gotowa choćby jutro żoną mu zostać. Ani się Katosz obejrzał, jak została Sara gospodynią w jego zajeździe. Dbała o niego, o rodziców coraz starszych, no i o gospodę. O nią dbała, jak o mało co. A on miłował ją za to dbanie, za starunek, zafascynowany jej wigorem a polotem.
Sielankowo żyli oboje do dnia, kiej Sara po raz wtóry płodu nie utrzymała i poroniła. Medyk orzekł im, co kolejna ciąża niemal na pewno śmierć tak dziecku, jak i matce zwiastować będzie. Przemieniło się natenczas coś w Sarze, z serca i duszy jej okrutną bryłę lodu uczyniając. Pochłonięta do cna gospodą, bezwzględniejszą coraz się stawała i na zarobek aby nastawioną. Chociaż nigdy od żony tego Katosz nie usłyszał, czuł jednak, że za brak potomstwa jego właśnie obwiniała, całą swą żółć nań wylewając.
Czas upływał, a oni zgoła oddalili się od siebie.
Natenczas właśnie, niespodziewanie pojawiła się malutka Alina. Matczyne uczucia, wzbierające całymi latami, a nigdy wcześniej ujścia nie mający, przelewać poczęła Sara na dziecinę, odnalazłszy nareszcie sens i promień ciepła w swoim życiu. Wielkie atoli mając nadzieje i oczekiwania względem dziewczynki, ogromniejszym stawało się jej rozczarowanie, kiedy wraz z upływającym czasem okazywało się, co Alina wyrastała na kogoś zgoła innego, niźli Sara sobie umyśliła. Bez litości biła dziewczynkę i więziła, gdy ta szła bawić się ze zwierzętami abo do babki, miast w gospodzie pomagać. A potem całymi nocami płakała w poduszkę, by razem ze łzami, żal a bezsilność z siebie wylać.
Lata mijały, a Sara biła coraz częściej, coraz rzadziej po nocach płacząc.
Próbował Katosz chronić Alinę przed gniewem żony, lecz nieudolnie a z takim dla siebie efektem, co i jemu cięgów a razów się nieraz udzieliło, taka ci zajadła to była kobieta. Chował się wówczas w piwnicy abo na wyżkę wdrapywał, by, z gąsiorka pociągając, przeczekać burzę.
Aż pewnego dnia, po kilku dniach włóczęgi, wróciła Alina do domu, a za nią przyszedł wielki, dziki pies, jedynie rozmiarem od wilka się różniący i tym, co plecioną z jakichś leśnych roślin obrożę miał na szyi. Podeszła dziewczyna wówczas do Sary i rzekła jej prosto: „nigdy więcej”. Tylko tyle. Mimo, iż więcej nic nie tłumaczyła, karczmarze zmiarkowali, w czym rzecz. Alinie szło o to, aby nie ośmielono się już nigdy na nią ręki podnieść. Nigdy też już do tego nie doszło.
Aż do ostatniej awantury.
Jakiś czas temu Sara zachorzała. Zawezwany felczer ponury wyrok ogłosił, stwierdzając gnilną infekcję podbrzusza macicznego, co to jej nijak leczyć nie umiano. Dwaj następni, w rozpaczliwej nadziei zawołani, potwierdzili jeno słowa pierwszego, pieniądze wzięli i odeszli.
Na śmiertelnym łożu końca swego czekając, Sara zmarniała tak, co swoim rozpoznać ją już było trudno. Twarz jej, z rumianej a słońcem zawżdy zdrowo malowanej, bladością trupią zaszła. Postać jej wychudła, a zapadłszy się w sobie, do Śmiertki podobną bardziej była, której kukłę ku zwieśnie palono a we wodzie topiono, niźli do niedawnej zajazdu gospodyni. Dnie całe, majaczącej i bezprzytomnej, doglądał jej Katosz, smutniejszym coraz to będąc, miłował bowiem on żonę ponad wszystko, pomimo jej srogiego z bliskimi się obejścia.
Siadywał podówczas wieczorem, kiedy już cały zajazd spać się położył, a patrzył w zadumie w poczerniałe niebo, rozmyślając, jakoż to dalej będzie. Przysiadłszy często do niego, Alina towarzystwem swym milczącym pocieszać go próbowała. Ale w końcu wybyła na zwykłą swoją włóczęgę i już sam musiał Katosz ze swym frasunkiem się potykać.
Pewnej nocy, wychudnięta, podrapana i brudna, dziewczyna wróciła. Przykazała mu, by czym prędzej gości wszystkich odprawił, gospodę zamknął i według wydanych przez nią dyspozycji, izbę największą a z paleniskiem wespół z parobkiem przysposobił i przeniósł do niej Sarę razem z jej łożem śmiertelnym. Miał też od razu parobka dobrze odprawić a już nigdy z powrotem go nie najmować. Gdy wszystko było gotowe, dziewczyna toreb a worów czymś wypchanych nataszczyła, poleciła przygotować dla się tłustej jajeczni, najprzedniejszego wina a najmocniejszego alkoholu i w izbie z Sarą się zamknęła. Codziennie musiał też Katosz gorącej wody a czystych, wygotowanych prześcieradeł nastarczać. Wszystko zostawiać miał przed drzwiami do izby, a do środka pod żadnym pozorem nie zaglądać.
Kolejne dni upływały mu na gotowaniu wody, wyparzaniu płócien i prześcieradeł, przyrządzaniu jadła, a także na nieczystości i odchodów brzusznych wynoszeniu.
Nie wyszła Alina z izby ni razu, ni razu jej Katosz nie widział.
Aż o pewnym poranku znalazł pode drzwiami wszystko takim, jako poprzedniego wieczora złożonym zostało. Zapukawszy, nie doczekał się odpowiedzi od Aliny, miast tego dobiegł go słaby jeszcze, lecz wyraźny głos wołającej na niego Sary. Ostrożnie zajrzał do środka i oczy jego ujrzały uśmiechającą się słabo do niego żonę. Nosząc jeszcze ślady choroby, która niedawno trawiła ją i pożerała, rumieńszą już była a rześką. A nade wszystko żywą. Nie mogąc jeszcze uwierzyć w to, co widzi, przypadł Katosz do łoża, łzami wzruszenia zalany.
Aliny w izbie nie było. Znalazł ją jednak prędko, śpiącą snem martwym tam, gdzie sypiała najczęściej, razem ze zwierzętami w stajni, za posłanie słomę jeno mając. Zmizerniała i wynędzniała, wyglądała, jak gdyby przez cały ten czas, Sary doglądając, oka ni razu nie zmrużyła. Na rękach ją wtedy Katosz poniósł do najprzedniejszego łoża w gospodzie, gdzie dziewczyna trzy dni i trzy noce spała.
Prędko siły odzyskawszy, Sara, pomimo sprzeciwu Aliny, gospodę dla gości otworzyć rozkazała. Wbrew woli dziewczyny, poleciła nadto, by tego samego parobka przynająć, tym to tłumacząc, co nowego od nowa przyuczać trza będzie, a i kraść może.
Zwięźle rzekąc, po staremu się wszystko zgoła toczyło.
Prawie wszystko.
Do zdrowia zupełnie powróciwszy, stała się Sara dla Aliny nad wyraz miłą i uprzejmą, nie tyle aliści wdzięcznością za życia wrócenie się kierując, ile wysiłki wszelkie czyniąc, by dowiedzieć się, cóż to za mikstura tajemna tak rychło ją śmierci z objęć wyrwała. Serce jej bowiem, czułe i troskliwe niegdyś, a dziś zajadłością i chciwością zapieczone, ogromnego zarobku widoki roztaczało, niechby recepturę tak cudownie leczącą jeno zdobyć. Zbywając jednak wciąż Sarę, Alina coraz częściej z równowagi ją wytrącała. Gwałtowność niepohamowana i posłuchu u wszystkich pragnienie, rozpierały się w Sarze coraz to bardziej, aże się przelała czara goryczy i uczyniła ona dziewczynie awanturę piekielną. Krzycząc jej w oczy, co niewdzięcznicą jest, szacunku do matki swej nie mającą, zapomniała o rychłej śmierci, od której nie kto inny wszak, jeno właśnie Alina ją wybawiła. To naówczas dziewczyna, milcząca aż dotąd, raz jeden się odezwała. „Nic nie wiesz o mojej matce”, rzekła surowo. Zupełnie zaskoczoną słowami Aliny będąc a oszołomioną kipiącym w jej duszy gniewem, Sara wymierzyła dziewczynie siarczysty policzek. Przywiedziony podniesionym głosem żony, karczmarz pojawił się właśnie w drzwiach do spiżarki, zdążając na ostatni akt dramatu.
Uderzona, gestem usadziwszy w miejscu psa, któren w obronie swej pani skoczył a zęby ukazał, Alina zwróciła się powoli ku Katoszowi. Wejrzenie jej, niemej skargi wyraz noszące, takież samo, gdy pacholęciem jeszcze będąc, na niego patrzyła, sztyletem dźgnęło jego serce i krwią duszę mu całą zbroczyło. Dziś, jak i w przeszłości, zawieszony pomiędzy współczuciem dla maltretowanej dziewczynki, a miłością do żony i strachem przed nią, stał zamurowany i patrzał jeno, nic rzec nie zdoławszy, uczynić nic nie umiejąc. Niczym kloc bukowy na dwie części rozrąbany, rozdarty tkwił wiecznie pomiędzy te, które tak bardzo miłował, a które jak woda i ogień mu były. Jednej fale spokojne niosły go lekko we świat, gdy nań się zdawał, płomień drugiej zaś na popiół go zżerał, bytności jego istotę jednak dopełniając.
Wpatrywała się w niego Alina dłuższą chwilę i wówczas po raz pierwszy ujrzał Katosz łzy płynące z jej jasnych, błękitnych oczu. Spływały po piegowatych policzkach i zdało mu się, co jej blada, nieruchoma twarz, której żaden z mięśni choćby drgnąć pod skórą nie śmiał, na jego oczach zmienia się. Zimnego, kamiennego posągu częścią wydały się być teraz jej rysy, nie twarzy dziewczęcej. Wciąż oskarżycielsko utkwione w nim oczy, wyschły nagle, z błękitnych na mgnienie przeistaczając się w szare, brunatnoczarne, by w końcu stać się ciemnofioletowymi. Nie pojmując, czego zwiastunem a świadectwem dziw ten być może, widział jednakowoż Katosz dokładnie, co rysy Aliny stężały, wyostrzyły się, a usta jej, choć niby te same, kształt i barwę zmieniwszy nieco, obcymi nagle się stały. Spojrzenia od zjawiska oderwać nie mogąc, kształt jakiś potworny w tej odmienionej zupełnie już twarzy ujrzał.
Wtem wężem oślizgłym wpełzł mu pod kapotę lęk tak pierwotny, jaki czuje sarna płocha, gdy, przez bestie otoczona, warczenie wilcze usłyszy. Bo oto nie Alina, lecz ktoś zgoła inny stał przed nim, kobieta jakaś o obliczu strasznym, zniekształconym, którego zmieniających się rysów uchwycić niepodobna. Z dziecięcej, przedzierzgała się jej fizjonomia w dojrzałą, przystojną nawet, z tej przechodząc w starczą, głębokimi zmarszczkami pobrużdżoną i z bezzębnymi usty grymasem jakimś wykrzywionymi, by zastygnąć w końcu śmiertelną maską trupa od dawna w mogile gnijącego. I tak powoli, jak odsuwa się ciężka, zakrywająca cmentarną kryptę kamienna płyta, odsłaniając zatęchłe, mroczne wnętrze, na tej ostatniej, upiornej twarzy, rozciągnął się straszliwy uśmiech. Mocen nie będąc oczu odwrócić od zjawy tej koszmarnej, patrzył na nią Katosz, dopóki trwała przed nim.
Wtem zawyło złowieszczo zwierzę, u nóg postaci się kulące i nagle wszystko zniknęło. Znowu to Alina stała przed nim, jak przedtem, jeno oczy jej już takie same nie były, ciemnofioletowymi pozostając. Podobny do wilka, nieustraszony, groźny pies, skomlał teraz cicho, z podkulonym ogonem łasząc się do stóp swej pani. Powoli opuszczał Katosza śmiertelny strach, ciało zlane potem i z dudniącym sercem pozostawiając.
Wciąż się uśmiechając, Alina wpatrywała się w niego.
Unosząca się woń zatęchłej wilgoci i letniej burzy zatykała nozdrza.
Przeszywszy karczmarza zimnym dreszczem, wspomnienia dni, tamtego i dzisiejszego, wyrwały go z rozmyślań. Odłożył niedopity gąsior i zszedł na dół.
Rozdział 7.
Kapitan straży w Podgórzu nie potrafił stwierdzić, azaliż bijący zewsząd smród pochodził z kozłów do czyszczenia świeżych skór i walających się wokoło nich gnijących resztek, z olbrzymich dołów, w których, w miksturze wapna i popiołu, skóry się moczyły, czy może wreszcie z wielkich kadzi, gdzie je dębiono. Dość by rzec, co w garbarni i jej sąsiedztwie cuchnęło niemiłosiernie.
Jadąc stępem, niespiesznie i w zamyśleniu, wcale konia nie prowadząc, nie pojmował Czerma, co go tu przywiodło, czego szukać chciał, ni kogóż a o coż miałby pytać. Frasowało go jednakowoż morderstwo Trzypalcego, nie bywało to bowiem często, by tak brutalnie kto kogo życia pozbawiał. Na domiar wszelki, umyślnie bez wątpienia wetknięty w trupią rękę wianek, więcej jeszcze utrapień przydawał. Wykładając sobie na wsze sposoby powody, dla których ktokolwiek miałby grzebać w cuchnącym i na poły przegnitym ścierwie, by ów wianek podkładać, za każdym razem wychodziło kapitanowi, co wskazówką miał on być, niczym innym. Kiej muchy natrętnej odgonić nie sposobna, co z łajna prosto na twarz skacze, nie umiał Czerma odpędzić myśli, że to Alina czemuś zrobić musiała. Jakimże zamysłem goły był trup, zupełnie odzienia pozbawion, też pojąć nie było sposobu. Zbadawszy okolicę pobieżnie jeno, ni skrawka płótna, ni strzępku odzienia nie znalazł. Smród i widok nie do wytrzymania były, prawda, lecz wyrzucał sobie teraz, co nie był się przyjrzał dokładniej, tak trupowi, jak polanie wokół niego. Westchnąwszy ciężko, postanowił wrócić tam i dokładniej zbadać wszystko.
Minąwszy garbarnię, przejeżdżał akurat dowódca straży mimo jednej z gospód miejskich, gdy burczące brzuszysko przypomniało mu, co od wstania wczesnego niczego w ustach jeszcze nie miał, toteż zjeść a napić się czegoś postanowił. Jeśli nie liczyć kilku mężczyzn, grających w kości przy zastawionym naczyniami stole, w środku było pusto.
Zasiadł przy jakim stole, piwo przed sobą postawiwszy a michę z jełczejącą już nieco kaszą, i westchnął znowu na wspomnienie, co mus mu będzie wrócić na tę śmierdzącą polanę. Rozkazawszy kopidołowi ścierwo uprzątnąć a spalić na mogilniku, chociaż tego widoku oszczędzi sobie. Ale rozwłóczonych na kilka kroków dookoła, gnijących resztek, kopidoł na pewno nie tknął. Kuszącą zdała mu się myśl, by jakiego strażnika tam posłać, wiedząc jednak, co ten uchlałby się jeno w gospodzie, do lasu nawet nie zbliżywszy, pomysł ten zaraz odrzucił. Dziwić się trudno, bo ani zaszczytna, ani dobrze płatna praca w straży nie była. Nie zawsze pewna miska lurowatej, zimnej polewki, pleśniejący barłóg, na którym po służbie głowę złożyć wolno i gwarantowana pogarda każdego niemalże mieszkańca, włączywszy w to coraz liczniejszą brać żebraczą, jeno szumowiny przyciągać mogła. Umyślnie do upadku straż w Podgórzu przywiedziono, by skuteczną być nie mogła. Kasztelanowi a burmistrzowi, wraz z rajcami, stan ten zgoła podobał się, nic więc nie czyniono, by mu zaradzić.
A i sam Czerma nic naprzeciw nie miał.
Nie martwiąc się o dach nad głową, ni o jadło, pozwalało mu to, jak dotąd, przeżyć każdy z kolejnych parszywych dni. Dość było bowiem, by nie przyglądał się zbytnio prowadzonym częściej nocami, niż za dnia, interesom, a kupcy i kramarze zawsze gotowi byli ugaszczać kapitana straży dzbanem szczyn, za piwo w tych stronach uchodzących, a michą pośledniego żarcia. Niejeden też chętnie trzosem zabrzęczał, gdy konkurencję mogące stanowić gospoda, stragan czy sklepik, zamieniały się w ponure pogorzelisko, zgliszczami a kikutam niedopalonymi jeno już straszące, lub by towar podejrzany transportując, zbrojną eskortę mu zapewnić. Takimi to sposobami, będąca wszak częścią administracji miejskiej straż, o delikatną równowagę w obszarze towarów i usług w Podgórzu dbała.
Harmider wszczęty z nagła z zadumy go wydobył.
- Ty świnio! - podniósłszy się we wzburzeniu, jeden z grających ponad stołem huknął drugiego w łeb, na podłogę zwalając, po czym z powrotem na miejsce swe zasiadłszy, spokojnie do gry powrócił. Oszołomiony i złorzecząc coś pod nosem, wstał z podłogi tamten i chwiejnym krokiem ku wyjściu się skierował. Reszta nawet oczu nie podniosła.
Zapatrzył się Czerma w kufel, na dnie którego resztki jęczmiennej brei już tylko osiadły. Wielką, szlamem wypełnioną po brzegi kadzią był cały, ogromny region, miasto zaś spód jej stanowiło. Składająca się ze wszystkich dusz, dla których miejsca bliżej powierzchni nie stało, mętna zawiesina tu właśnie, przy tym dnie osiadała, by przez szczeliny a pęknięcia się przesączywszy, w całą okolicę wsiąkać.
W tych zapomnianych przez wszelkich bogów i świat cały przygranicznych stronach, bijatyki, kradzieże, napady czy morderstwa chlebem powszednim były. Dopóki przytrafiały się innym, nikt też z mieszkańców uwagi większej ku nim nie kierował. Jednakowoż wieść o ścierwie Trzypalcego, do cna rozebranym, porżniętym a rozwłóczonym po lesie, wstrząsając ludźmi, coraz szerzej się niosła. Rozumował wtedy kapitan, co zbrodnia ta była kroplą, czarę cierpliwości społecznej wypełniającą. Czarę, której napełnienia siedząc bezczynnie na rzyci czekać nie zamierzał, przelana bowiem, nowego kapitana straży oznaczać mogła.
Czasy nie były złe, w duchu rzekł do się, i trza by się upewnić, co tak zostanie.
Czerma nikogo tym razem postanowił z sobą nie brać, samemu raz jeszcze zbadać wszystko zamiarując. Z myśliwym, który na trupa się natknął, takoż rozmówić się postanowił, nadzieję żywiąc, iż ten, otrząsnąwszy się z wrażenia, co nowego mu powie. Nie spodziewając się, by rozmowy z mieszkańcami Skrajnicy, wioski okolicznej, dały mu wiele, rozumował, co od czegoś zacząć musi, udać się więc i tam również umyślił sobie. Czuł przez skórę, co prawda, że najwięcej dałoby mu rozpytanie karczmarzowej córy, Aliny, z tym jednak na Katosza spuścić się musiał, jako uzgodnili obaj. I dobrze. Znalazłszy się w pobliżu dziwnej tej dziewczyny, zawżdy niepokój go dziwny ogarniał, rad był zatem, co nie on będzie z nią o tym gadał.
Dotarł tymczasem do miejsca, gdzie kilka dni temu konie zostawili. Pomimo gęstych zarośli i krzaków łatwo polanę, gdzie trup był leżał, odnaleźć mu się udało, naznaczona bowiem była płótnem, wysoko na drzewie przewiązanym.
Rozejrzawszy się wokoło, ni trupa, ni żadnych nawet jego szczątek, których gnijących mnóstwo po polanie rozwłóczonych znaleźć się spodziewał, nie zoczył. Obszedł miejsce kilka razy, nic jednak nie znalazł. Gdyby nie końskie odchody sprzed kilku dni, podejrzewałby zapewne, co ktoś znacznik przesunął dla straży zmylenia. Roztrząsając w duchu, czy podobnym jest, aby kopidoł do cna wszystko wyzbierał, raz jeszcze w szerz a wzdłuż przemierzył niedużą w końcu polanę. Będąc gęsto porośniętą bujnymi trawami a zielem rozmaitym, strasznego miejsca sprzed dni paru zgoła nie przypominała. Po głowie w zdumieniu się drapiąc, poszwendał się tak Czerma czas jakiś, po czym udał się do myśliwego.
Wenter, będąc czymś akurat zajęty, na widok kapitana straży pracę przerwał, niechęci jednak do gościa żywionej, wcale nie krył.
- Roboty mam wiela - rzekł mu bez ogródek.
- Jako i ja mam, temum przyjechał - Czerma zeskoczył z konia. - Azaliż byliście jako teraz, na dniach, znowu tam, kiejście trupa naszli?
- A niby po cóż miałbym tam łazić?
- A częstoście tamtędy z lasu wracali? Możeście tam kogo widzieli?
- Nie.
- Czyliście owędy pierwszy raz łazili?
- Nie.
- Zrozumcież, panie myśliwy, co człeka zamordowano a okrutnie wypatroszono...
- Ni pierwszego, ni ostatniego pewnie, wielmożny panie kapitanie - rzekł myśliwy, trzema ostatnimi słowy spluwając więcej, niźli je wypowiadając. - A nie pomnym, coby przy jakim inszym straż miejska w skromne me progi zajść raczyła, anim nie słyszał nigdzie, coby się inszemi zbrodniami interesować miała... Podobna to, co tym razem zarżnięto parobka komu ważniejszemu, niźli człek zwyczajny? Kompanowi od gorzałki kogo z ratusza? Ze straży? - wyrzucał głosem gniewnym Wenter. - Powiedzcie no, wielmożny panie kapitanie, prawdę li rzekę, co temu akurat ten trup tak pomszczonym być musi? Co?
Ręce na piersi krzyżując, drwiącym uśmiechem twarz przyozdobiwszy, patrzył myśliwy na kapitana. Ten zaś srogi wyraz na twarz przywołał i w oczy rozmówcy mocno wejrzał.
- Rzekę wam, panie Wenter, bacznie mnie przeto tera słuchajcie, cobym powtarzać nie musiał - nie próbując kryć groźby, kajś między słowami zawartej, zaczął Czerma. - Nie bacząc, czyim parobkiem był zajmujący mnie dzisiaj trup, nie bacząc, ile onegdaj trupów znaleziono w okolicy, ni jak mało ktokolwiek się nimi interesował, nie bacząc, jakkolwiek wiele trupów w przyszłości znalezionych być może, i czy choć kondel z nogą kulawą się o nie troskać będzie, bez żadnego względu na to, jak głęboką pogardę lokalna ludność żywi do straży w Podgórzu i jej sprzedajnego kapitana, zgoła żadnego względu nie mając na to wszystko, ów zepsuty kapitan, na czele owej, przez wszystkich wzgardzanej, wyśmiewanej a opluwanej straży miejskiej stojący, każden kamień odwróci, w każdy kąt zajrzy. - Poprzez zgrzytające zęby cedząc słowa, dźgał nimi Czerma, niczym piką. - Ów kapitan każdą wieść, która użyteczną mu stać się może, wytrząśnie z każdego człowieka, jeśli go o posiadanie owej wieści będzie choćby i jeno podejrzewał. Jeśliby nawet zmuszonym był człeka tego w żelazo zakuć i w lochach, o chlebie a wodzie, do samego końca tego chędożonego, zasranego świata trzymać, za nic mając, co człek ów, zupełnie przypadkowy, w rzeczy samej, pozwoleństwo na odłów zwierzyny w lasach okolicznych straci, a z nim źródła utrzymania się wyzbędzie. Ów sprzedajny kapitan pogardzanej straży miejskiej, przy ochoczej wręcz pomocy lokalnej ludności, to akurat morderstwo rozplącze. Ów kapitan miarkuje, co na tę ochoczą pomoc liczyć może. Bowiem rozumną będąc, lokalna ludność miarkuje, co mimo, abo może właśnie i dzięki swemu zepsuciu, kapitan ów tyle jeszcze dzierży w ręce swej władzy, by lokalnej ludności życie w kupę gnoju zamienić. Azaliż zrozumieliście mnie, panie Wenter?
Wyglądał myśliwy, jakby go kto znienacka łajnem krowim w pysk trzepnął. Zupełnie buta a hardość z niego uszły, miarkował on przecie, o kim Czerma gada.
- Rozumiem, wielmożny panie kapitanie.
- Przeto gadajcie tu zara, co czasu mi szkoda. Częstoście łazili tam, podle rzeki, gdzieście trupa naszli? Pomnym, co miejsce owe daleko, hen od odłowu waszego granicy leży, rozumuję przeto, żeście zbłądzić musieli, czy co? Bo jak nie, to ani chybi kłusownictwem to z daleka cuchnie. Wnoszę, iż pomniście, panie myśliwy, co kłusowników w Podgórzu wieszamy... - uśmiechnął się Czerma paskudnie. - Jakże to więc było? Mówcież!
- W mgielną gęstwę za zwierzem się puścił, pobłądziłem zwyczajnie - gdzie wcześniej pycha tańcowała, tam tera pokora jeno w kącie cicho stała.
- Pobłądziliście? W lesie? - nie chciał wiary dać kapitan.
- Ano. Opar długo wisiał, po omacku na byka wielkiego żem naszedł - prawił Wenter tonem cokolwiek zrezygnowanym. - Myślałem, com go utrafił, tom się za nim puścił, alem zgubił trop całkiem. Drogę powrotną znaleźć próbując co najkrótszą, smród padlinym poczuł i zaraz trupa znalazłem.
- A jakże to, co psy za jeleniem nie zwietrzyły? Tropu nie podjęły?
- Psów na razie nie mam, wilcy mi zeżarły, abo co - zachmurzył się Wenter.
- Wilki?
- Ano. Ode wiosny te bestie czarcie obydwa posokowce mi zeżarły! - zezłościł się myśliwy. - Od podgórza kędyś przełażą, psubraty, abo skąd. Od gór, od starej kopalni. Jednego kłami w zagrodzie rozszarpały, przy domie.
- Latem pod zagrodami się pałętają? Podobna to? - zdziwił się Czerma.
- Wiem, co nie podobna, sam się temu dziwuję. Czemuś złażą się ku ludziom, choć w borze zwierz tłusty za każdym krzakiem przyczajony, choć nastąpić możesz.
- Może to nie wilki? Niedźwiedź może jaki?
- Miodojady a miedźwiedzie w górach, hen, wysoko łowiska wysiadują - rzekł myśliwy. - Nie pomnę, kiej w puszczy obrzeżach ostatnio kto jakiego uwidział, będzie, co roków dziesiątek, abo i dawniej. Musi, co wilcy byli... Abo... - nie dokończył.
- Abo?
Rozważywszy w duchu, czy więcej co powiedzieć, westchnął Wenter w końcu i przemówił:
- Jużem sam głupi, nic nie wiem. Będzie miesiąc jaki temu, mniej może, co psy ujadać w nocy zaczęły, lecz niczegom nie uwidział, wyszedłszy zaraz. Dopiero rankiem było, com sznur znalazł zerwany po psie jednym... tego a następnego dnia żem widział wedle rzeki jednego z tych jej olbrzymów...wiecie, wielmożny panie kapitanie. Tej cudacznicy z zajazdu, od Katoszów. Lazł brzegiem, a to wietrzył, to znów gront zwąchiwał i szedł dalej, ku borowi. Wiem, co ten to był, z bliskam go naówczas widział, co na Karluka czekałem przy rzece. Drobnicy jakiej zawsze od sieci mu ostanie, bierę czasem i psom skarmiam abo świniom. Posokowcam swego więcej nie obaczył...
Ciarkami mróz po plecach kapitanowi przebiegł. Najprzód wianek, tera pies.
- A pewniście, co jej ten pies był? Była tam? - spytał.
- Bydlę wielkie, kiej cielę, żaden inny mu się równać nie podobien, nie pomylisz się. Na odyńca czarnego z takim iść nie strach. Onegdaj Szpetnego zagaiłem o tę bestię, czy sprzedałby abo pary puścił jakiej, skąd go ma. To rzekł mi tyle, co dziewka przysposobiła se go kajś i z nim przyszła. Próbowałem i ją o psa rozpytać, to uśmiechała się jeno, a wianek do łapy mi wcisnęła, nic nie rzekąc. Jak to ona...wiecie sami... - łypnął Wenter okiem na kapitana.
- Ano wiem...
- Ale trza sprawiedliwość oddać, co mimo, że dziwaczka, ma ci ona do zwierząt rękę - w głosie myśliwego podziw szczery wybrzmiał. - Basiora tak ułożyć, coby chadzał za człowiekiem, kiej pies jaki! Nie podobna to! I to jakiego dzikusa! Olbrzyma jakiego! Żywota krótko, by takie dziwy oglądać!
- Basiora?
- Ano, basiora - rzekł Wenter. - Przecie już od dawna, kiej wilk za nią łazi, musieliście go przecie widzieć.
- Wilk to jest? Miarkowałem, co psisko wielkie aby - zdziwił się Czerma.
- Kiej się człek lasami zmorze, bór tajemnic mieć nie może - odparł myśliwy. - Za długom się po tych puszczach za zwierzyną naskradał, cobym psa od wilka nie odznaczył. Najprawdziwszy ci to basior, bestia okrutna! Chwost nisko, przy groncie, sztorcem uszy, ten chód... nie, wielmożny panie kapitanie, to jest wilk - ze znawstwem ocenił Wenter. - Abo ja nie jestem myśliwym. Jakem go pierwszy raz, co na oczy własne uwidział, dobrzem go sobie opatrzył. Wiary dać nie podobna mi było, tak jej przy nodze lazł! A ta se jeszcze wianuszek jemu, kiej szczenięciu jakiemu abo kocięciu, na karku oplotła! A ogromny jaki! Ech, nie poskąpiłbym ja gotowego grosza, coby taką bestię przy nodze do lasu a na polowanie prowadzać! - rozmarzył się.
Wzdrygnął się czemuś kapitan.
- A ten wasz drugi pies? Rzekliście, co w zagrodzie padł.
- Wilcy zagryzły, samemum nie widział, tropy jeno wszędy były - wyraźnie posmutniał myśliwy, wspominając. - Nocą naszły we cztery i zagryzły mi zwierzę. Ni kur, ni kozy nie chyciły, jeno psa mi zadusiły. Nawet nie zeżarły.Taki posocz...ech.
- Dawno to było?
- Zara jakoś, kiej ten pierwszy zaginął. Dawno.
Pomyślawszy chwilę, jeszcze o coś zagadnął Czerma myśliwego.
- Zeżrą padlinę zwierzęta? - spytał. -Trupa resztki, pożrą? Po drodze do was, onej polanie, gdzie trup leżał, przyjrzeć się chciałem. Ni kawałeczka po nim już nie było, śladu najmniejszego. Podobna to? Truchło kopidoł powiózł na mogilnik, to wiem. Zdumionym jeno był, co wszystko wyżarte, do cna.
- Zwierz niegłupi. Kiej człek, bestia woli zeżreć leniwie, niźli upocić się o strawę - oznajmił Wenter. - I padlinę, a trupa nawet weźnie zwierzę, kiej głód przyprze. A skoro wilcy mi po psa podeszły, to być może, co ich co płoszy, co nie polują - zastanawiał się. - Kto wie, może i rację macie, może to i miodojad jaki abo prawdziwy miedźwiedź zlazł niżej, w las? Czort wie. Śladów żadnych żem nie uwidział. Łazi tam kto po tym starym borze, przy górze? Od starej kopalni?
Zastanowił się kapitan i pokręcił głową.
- Nikt. A wy? Sprawdzilibyście, czy to aby niedźwiedzie nie zeszły ku rzece? - spytał Czerma. - Pozwoleństwo na wilka a niedźwiedzia załatwię. Na czas odpowiedni, coby sprawę zbadać, a przetrzebić, co potrza...
Błysnęły oczy myśliwemu, bo teren do odłowów to był bogaty, a grubym zwierzęciem usiany.
- Ano, niechbym pozwoleństwo dostał, to pochodzę. Ale, teren to wielki, a od chaty daleko. To i czasu by trza na to było... - Wenter głos zawiesił - do zwiesny? Do roztopów?
- Do śniegów głębokich, co z przesileniem nadejdą - odrzekł kapitan. - Możecie się zapuszczać choćby i od jutra.
- Niech co tylko zwęszę, poślę po wielmożnego pana kapitana - wyraźnie zadowolony z takiego spraw ułożenia, powiedział myśliwy.
Uścisk dłoni wymieniwszy z Wenterem, wsiadł Czerma na konia i ku rzece się skierował, której brzegiem do samej Skrajnicy dotrzeć zamiarował. Tam zjeść coś, napić się i przespać w gospodzie se umyślił.
Nade wszystko jednak napić się.
Wzdłuż rzeki ku wsi jadąc, kapitan zoczył postać jakąś, która to pojawiała się, to znikała w trzcinach. Rybak ze Skrajnicy, Gulo Karluk, złorzecząc pod nosem, sieci jakoweś z wody na brzeg targał. Gdy bliżej podszedłszy, kapitan trzcinami zaszeleścił, za wiosło chwycił Gulo i uniósł je w obronnej pozie.
- Aleście mnie strachu przydali, wielmożny panie kapitanie! - rozpoznawszy znajomą twarz, opuścił rybak swą broń. - Myślałem już, co mnie te sucze syny naszły! A co tam we świecie dobrego?
- Ty się obawiasz kogo, Gulo? Ty? - półżartem zapytał Czerma, rybak bowiem na całą okolicę ze swej nieustępliwości a zawziętości znanym był, gdy o własnych spraw pilnowanie szło. Sam w drogę nikomu wchodzić nie zwykł, niechby jednak kto jemu na odcisk nadeptał, rychło był tego pożałował. Czterej jego synowie, wraz z najmłodszą córą, w zajadłości ojcu swemu nic nie ustępowali.
- Psiejuchy! Rzekę mi przegradzają a ryby kradną! Ło, tu, u tej sieci! Toć oka kiej kieszeń małe! Widzicie? - uniósł splątaną sieć, w której mnogo ryb było, w większości całkiem drobnych. - Nic nie przelizie! A niechby im świże gówno w zęby brać przyszło! Patrzaj pan, widzicie? Cała rzeka przegrodzona!
Kontynuował rybak wyciąganie sieci, której większa część we wodzie wciąż była.
- A kto rzekę ci przegradza? Kto ryby kradnie?
- Kto kradnie? Kradną wszystkie, komu jeno sposobność się nadarza. A przegrody jeno myśliwego psubraty stawiają! Ynkiel im sieciów nastarcza, a te stawiają! - nie przerywając pracy, zachmurzony opowiadał Gulo. - Dzielą się potem jako zdobycznym, Ynkiel tą swoja polewkę z rybów z drobnicy nawarzy, wielkoludów zaś nawędzi, nazasala i przedaje potem we gospodzie, parch jeden! Żyła złota! Ode mnie juże ledwie tyle bierze, co dla oka. Jeno patrzeć, a se stragan z rybą we wsi otworzy, jucha wyklęta! - rybak z wściekłością sieć szarpał. - Onegdaj córa mi gadała, co się już Ynkiel ze starym Tabaczym zwęchiwał, chwost świński! No wiecie, tem, co to tartaku dla miasta dogląda. No tego tam, zara za wsią! Jak przyjdzie do tego, co Tabaczy rybów ode mnie brać dla tartacznych najemników przestanie, to łeb psubratu, kiej powrósło skręcę!
- I wiedzą ludzie, co to ukłusowane? Co nie z odłowu?
- Wiedzą, wiedzą. Dobrze wiedzą, co mają nie wiedzieć. Cóż z tego, kiej bida piszczy wszędy a kużden przyoszczędzić na czym się jeno da próbuje. Mało tego szachrajstwa parchowego, to ludzi podmawia Ynkiel przeciwko mnie i naszczuwa. Gada wszędy, co dzierżawy nie płacąc, darmo se rybów nauławiam, a z gawiedzi się śmieję za plecami, płacąc sobie za nie każąc! Tfu! Parch a złodziej! - Gulo splunął.
Pomny był dowódca straży, co Gulo Karluk zalega z dzierżawną opłatą od jesieni, skarżył się już bowiem dwa razy podskarbi na niego. Rybak natomiast płacić nie chciał, sprawiedliwości wołając, póki straż kłusowników ryb kradnących nie wyłapie i do lochu nie wtrąci, by raz na zawsze spokój od nich był. Spotkali się już nawet w tej sprawie we trzech w ratuszu, rybak, kapitan i podskarbi. Obiecawszy naówczas, co sprawą się zajmie, Czermie wstyd było teraz słuchać rybaka wyrzekań, bo do dziś palcem nawet nie kiwnął.
- A cóż z myśliwym? - zapytał kapitan.
- A cóże ma być? Wyrostków dwóch od niego z Ynkielem się zwąchało i przegradzają - wyprostowawszy się, Gulo pot z czoła otarł. - Ynkiel krwi własnej ciężką robotą nie zhańbi przecie, na szalach wagowych oszukiwać a gorzałę szczynami rozrzedzać syna aby uczy! Ale zwlec rzyć z barłogu przed jutrznią, a utaplać się we wodzie zimnej, już nie dla nich! - ciągnął rybak, a pogarda w jego głosie tężała. - To myśliwe wyrotski rybów nawyciągają i poniesą mu pod sam nos!
- I płaci im za to Ynkiel?
- A ja tam nie wiem, jak się oni liczą za to. Za pazuchą przecie mnie nie noszą, to i skąd mnie wiedzieć - Gulo wzruszył ramionami. - We wsi ludzie gadają, co borgi se chłopaki odrabiają, za gorzałkę a strawę, kiej się przy hulankach ochleją a obeżrą. Nie raz i nie dwa, co to im stary Wenter po grzbietach rzemieniem przeleciał, a skóry nagarbował, ale, co to da. Młode ci one, durne, łatwego łase, to dalej kłusują. A i ociec rzemieniem takoż za mocno nie wywijał, co potrzebuje on z Ynkielem uhandlować czasem, to mu za to gównożerca zawżdy taniej co puści. Ech... - westchnąwszy, na kapitana straży spojrzał, wyczekując, cóż on na to wszystko rzeknie. Czy cokolwiek.
- Trza się będzie z nim rozmówić... - ni to do rybaka, ni to do siebie, zamruczał Czerma pod nosem.
- Ano, zdałoby się nareszcie... - odrzekł niechętnie Gulo. - Nim przyjdzie do tego, co się jucha rozleje...
- Sam nic nie czyń, Gulo - napomniał go kapitan, pomnym będąc, jako to czas jakiś temu, rybaka wraz z synami do lochu wtrącono, bowiem poturbowali przyłapanych na gorącym uczynku kłusowników.
- Panie kapitanie! - wyprostowawszy się, ostrzej pewnie, niźli wypadało, zaczął Gulo. - Nie podobna mi siedzieć bezczynnie...
- Nie będziesz musiał - wszedł mu w zdanie Czerma. - Tymczasem miej baczenie, abyście ani ty sam, ani dziatki twoje, biedy sobie jakiej nie napytali. - Prawiąc to, miał na myśli kapitan nie tylko synów Karlukowych, ale i córkę jego, która, choć młódka jeszcze, hersztem bratniego klanu już będąc, zajadle a bez litości tłukła każdego, kto tam jej się pod rękę nawinąć miał nieszczęście. - Pomogłoby niemało, kiejbyś zaległą za dzierżawę zapłatę przyniósł... - dodał ostrożnie.
- Panie Czerma - głosem zimnym a okraszonym zniecierpliwieniem mocno już nadwyrężonym, rzekł mu rybak. - Rybaczył tę rzekę ociec mój, zawżdy płacąc panom, co należy. Po nim ja rybaczę, żem płacił ile trza i na czas. Co rok więcej, alem płacił. Bo żyć z czegoś trza, a i gąb rozwartych do jadła w chałupie mnogo. Ale i temu, co rzeka to żyzna, rybów w niej moc, kiej się obejść z nią, jak należy. Kiej poczęły mi psiekrwie rybę kraść a w drogę wchodzić, polazłem do ratusza skarżyć. I żem płacił dalej, ile trza. A gadała mi kobita a ociec, gadali dzieciuchy, com głupi, co nic to nie da. Dawajcież tatulu, prawili, gnatów złodziejskim chwostom nautrącama, sprawa się załatwi. Alem im wykładał, co robim wszystko jak trza, bo nie nasza jest rzeka, a panów. My dzierżawy płacim, bierzem z rzeki, co się należy, maliznę wracamy, olbrzymy też, niechaj się namnażają, kiej takie sprytne i porosły. Pomogą nam pany, strażniki z panem kapitanem nam pomogą, gadałem. Po sprawiedliwości. I nic. - Patrząc kapitanowi prosto w oczy, gorzko opowiadał Gulo. - Tom płacić przestał i do ratusza żem się wybrał. A gadała mi kobita, ociec a dzieciuchy, com głupi. Trza gnatów nautrącać psom zapowietrzonym tatulu, prawili, tedy się sprawa załatwi. Alem im odrzekł, co pomogą nam pany a strażniki po sprawiedliwości, kiej dzierżawy nie uświadczą. I nic. No to żem do samego pana wielmożnego kapitana straży skarżyć polazł, a pan kapitan sprawiedliwość obiecał. I nic.
Słuchając rybaka, coraz trudniej było kapitanowi wytrzymać oskarżycielskie, goryczy pełne wejrzenie. Kiełkujący od jakiegoś czasu w jego duszy palący wstyd, wobec szczerych a sprawiedliwych wyrzutów, pierwsze swoje pędy teraz wypuszczał.
Gulo Karluk kontynuował:
- Zaś gadali mi kobita, ociec a dzieciuchy, com głupi. Tom i poszeł za ichnią radą, nautrącalim chwostom złodziejskim gnatów sami, kiej znikąd sprawiedliwość nie przyszła. I tyleśmy z tego mieli, co w żelazo zakuci do lochu poszlim, a kobita po ludziach, po prośbie iść musiała, coby nas wykupić. I dziś przychodzisz do mnie, dowódca straży, i rzeczesz mi, co mam, niczego nie robiąc, zaległą dzierżawę spłacić? - w skwaśniałym głosie rybaka dały się słyszeć drwina i wyrzut. - Cóż się z tobą stało, kapitanie Czerma? Komornika juże z ciebie uczynili? W szuwarach mnie a trzcińskach szukasz, coby do opłat przynaglić? No to masz! - wyciągnął rybak w kierunku kapitana kłusowniczą sieć, drobną rybą naćkaną. - Niech wielmożny pan kapitan weźmie a do skarbca schowa! Moja dzierżawa! Tym mogę zapłacić!
To powiedziawszy, ze złością cisnął Gulo sieć do stóp kapitanowi, i plecami się od niego odwróciwszy, pracę swą kontynuował.
Tumir Czerma poczuł się, jakby w pysk dostał. Nawet w latach młodzieńczych nigdy nie przyozdabiający jego lica pąs zakłopotania, teraz rumieńcem wstydu po jego duszy i gębie się rozlewał. „Co się ze mną dzieje?”, pomyślał, „muszę się napić”.
Zebrawszy się nieco w garść, rzekł po chwili:
- Nie o dzierżawiem chciał z tobą mówić, Gulo, jeno o Trzypalcym dowiedzieć się czego. Słyszałeś zapewne, co zaszło.
- O Trzypalcym? - nie przerywając zajęcia, parsknął rybak. - A cóż ja mam wiedzieć? Słyszał żem to, co insi, napadło go coś w lesie a zeżarło. Wilcy, miodojad jaki może, abo i ryś, czarta trza pytać. Może i gorszego co nawet...
- Gorszego co?
Rozprostowawszy urobione plecy, odpowiedział mu Gulo:
- A to nie wiecie? Kiej kto nocą w borze łazi, sam se łeb do pętli wrazi. Rzeką ludziska, co pani lasu pilnuje, co pokutnice a mary z kopalni porozłażane takoż ucapić mogą. Nie zliczy już, ile ludzi pożarła knieja. Zwierz dziki to nie najgorsze, co człeka w lesie spotkać może.
- I ty wierzysz w te bajania, Gulo? - spytał Czerma. - O borowej wiedźmie, o stworach a demonach, co w lesie żyją? O wyłażących z zawalonej kopalni trupiszczach?
- A wy nie? - wejrzał rybak rozmówcy prosto w oczy. - Myślicie, co to jeno bajdy dla dzieci, które ludzie powtarzają, coby nudę przegnać?
- Ja rozumuję, co ktoś go ubił i chcę się jeno dowiedzieć, kto - wykrętnie odrzekł mu Czerma. - Wilki abo inny zwierz, jeśliby one na śmierć go pogryzły, dawno zeżarłyby trupa. Leżał tam tyle, co zgnić zdążył.
- Powiadacie, co człek jaki go tak strasznie porzezał? - zdziwił się Gulo. - Awanturny był i zawadiaka, prawda. Ale żeby kto go miał mordować? Nie widzi mi się. Że rozum mu się mieszał z gorzałką, że za tyłki babskie uszczypiwać lubił, prawda. Ale żeby pod skórę komu tak wleźć, co jak wieprza by go kto miał szlachtować? Nie podobna to. Za prosty człek to był, co miałby komu się tak utrapić.
Widząc, co rybak łódź bliżej podciąga i kłębowisko sieci a ryb ładować na nią zaczyna, kapitan pomógł mu. Brodząc obydwaj po kolana w mulistym brzegu, skończyli po chwili. Robiąc bokami od wysiłku i z błota rzecznego się nieco oczyszczając, stali teraz.
- No, mnie już w czas - Gulo prawicę ku Czermie wyciągnął. - Bywajcie zdrowi.
- I ty, Karluk - uścisnął podaną dłoń kapitan. - A gdybyś se co przypomniał, daj mi znać, mnie mus dowiedzieć się czego. A co do tego kłusowania...
Zachmurzył się rybak i twardo rzekł:
- Tera juże załatwimy to, jak Karluki. Dość mi psubraty nabrały, basta!
- Biedy se jeno napytasz, rzekę ci, poniechaj. Ja to zrobię. - Poczucie winy i wstydu oblały znów Czermę. - Po sprawiedliwości ci rzekę.
- Panie kapitanie... - srodze prawić począł Gulo, lecz kapitan mu przerwał.
- Poniechaj, rzekłem! Bo znów ci synów do lochu zamknę! - zmęczonym, acz stanowczym głosem powiedział, uspokoiwszy się jednak zaraz i westchnąwszy głośno, popatrzył na rybaka. - Prawię przecie, co się tym zajmę, to się zajmę. To od kogo sieci biorą? Od Ynkiela, rzekłeś? A wiesz, gdzie trzymają?
- A niby gdzie mają trzymać - niechętnie burknął Gulo, zapewnieniom kapitańskim nie bardzo wiarę dając. - We wodzie cały czas stoją. Z rzadka jeno, kiej we trzcinach co znajdę. Podpłyną, rybów podbiorą i dalej we wodę. A sieciów, jako rzekłem, ten parch im nastarcza.
- No tak...
Wsiadając na konia, jeszcze się czymś Czerma trapił, coś mu się tam we łbie kołatało. Zdążył Gulo łódź już na wodę zepchnąć i od brzegu odbić, kiedy zawołał ku niemu kapitan:
- A dawno Ynkiel ryby od ciebie kupował? Wiele?
- Będzie, co ze dwa miesiące abo i lepiej, zwiesną jeszcze! Drobnicy beczkę, co tania! - odkrzyknął rybak.
Machnąwszy mu na pożegnanie, chwycił Czerma lejce i koń, człapiąc kopytami w mulistym brzegu, przed siebie stępem ruszył.
Rozdział 8.
Słońce już wschodziło a właściciel Dziurawego Akordeonu, najpodlejszej karczmy w Podgórzu, w najnikczemniejszej miasta dzielnicy się mieszczącej, Zmierzchach, zamykać akurat zamiarował, kiedy wszedł do środka mężczyzna i o piwo poprosił. Człek zdrożonym wielce być musiał, bo ubiór kurzawą miał pokryty, a tobół wielki, co go taszczył ze sobą, u nóg sobie zrzucił. Prócz śpiących pod ścianami, dla których miejsc w komorach brakło, karczmarza i dziewki służebnej, naczynia ze stołów zbierającej, nikogo już w izbie karczemnej nie było.
- Kasza ze skwarkiem jest jeszcze, jeśliście głodni - rzekł ponury, zgoła łysy karczmarz, dzban przed nieznajomym stawiając.
Pragnieniem okrutnym dręczony, długo się człowiek od naczynia oderwać nie mógł. Otarłszy w końcu usta, ozwał się:
- A podajcie, mości gospodarzu, zjem co, bom głodny, z gościńca prosto - zasiadł ciężko za stołem. - Można się tu u was gdzie przenocować?
- Posłań wolnych nie ma, co jarmark i ludu siła się zjechała - całym dniem umęczony, ospały oberżysta postawił obok piwa michę wodnistej polewki, w której kilka ledwie ziaren jaglanych jedną chudą skwarkę ganiało. - Można w izbie wspólnej gdzie na podłodze, abo na sianie. Nade stajnią wyżka jest, za węgłem, podle gospody. Jakeście w siodle przyszli, to musi, co konia tam daliście.
- Słoma a siano na stryszku wygodne, kiej se człek rzyć porządnie ogniecie a oka nie zmruży dnie całe - z pełnymi ustami rzekł przybysz. - A nie macie, mości gospodarzu, czego tłustszego a mięsnego? Chleba jakiego? Mam czym płacić.
To rzekłszy, brzęknął monetami o stół. Karczmarz żwawiej się zakrzątnął i udziec barani, do połowy aby jeno ogryziony, przed głodnym postawił, a i kołacza niedojedzonego też się jaki kawał znalazł.
Wnet służebna robotę swą skończyła, a oberżysta latarnie pogasił i okiennice pozawierał. Najadłszy się a opiwszy do woli, beknął głośno mężczyzna i od stołu wstał. Właściciel, zarobek jaki taki węsząc, udał się do izby wspólnej i jął kopniakami śpiących rozsuwać, coby miejsce przybyszowi zrobić.
- A pójdźcie, dobrodzieju, tutej se spocznijcie - zachęcił.
Tamten jednak, ręką machnąwszy, pokręcił głową.
- Nie potrza, mości gospodarzu. Znać zrazu, coście dobrze gościom karczmarzyli, pierdzą tera a bekają, co oddychać nie ma czym, zaduch niemożliwy. Nade stajnią, na sianie głowę złożę, aż nadto mi będzie.
- Ano, prawda - zarechotał oberżysta. - Ale płacić od razu musicie, dobrodzieju, kury pieją i zawieram właśnie. Wybaczcie, ale ludu tyla tera, co upilnować nie sposób - w obawie, by człek, wyspawszy się, bez płacenia nie czmychnął, tonem uniżonym tłumaczył.
- A jużci, co zapłacę, mości gospodarzu - dobył naście monet i na stół rzucił.
- To za wiela... - rzekły usta karczmarza, oczom jego chciwym przecząc.
- Weźcie wszystko, mości gospodarzu - mężczyzna uśmiechnął się i zachęcająco przesunął pieniądze ku właścicielowi. - Konia rad bym zostawić u was i na wyżce nocy kilka przemieszkać. Dobrze tedy będzie?
Oberżysta, zadowolony, szybko zgarnął zapłatę ze stołu.
- Ano! A jak się izba jaka zwolni, bagaż dobrodzieja zara znieść każę!
- Nie trza, mości gospodarzu, stryszek w sam raz dla mie. No, zmęczonym już.
Ku drzwiom się skierowawszy, zatrzymał się jednak jeszcze i zapytał:
- A można tu gdzie u was siodło a uprząż kupić? - uśmiechnął się niewinnie. - Spałem ci kajś przy gościńcu i psiekrwie mi jakoweś ukradły... wiem, co u rymarza można, ale grosza przyoszczędzić chciałem, jakie stare mi się nada... - wyciągnąwszy zza pazuchy sakiewkę, zachęcająco nią potrząsnął.
- Siodło, powiadacie...? - wyraźnie zawahał się oberżysta, miarkował bowiem, iż mało co któren koniokrad bierze konia wraz z rynsztunkiem.
- Ano, mości gospodarzu - głosem przymilnym rzekł człowiek. - Ani chybi, co musicie jakie mieć przy gospodzie, jako we zwyczaju jest...
- Jakieś stare mam, ale...popręg a uzda poprzecierane - wykręcał się podejrzliwy właściciel. - Jest ci u nas, przy ratuszu, rymarz, lepsze ci on przedaje a tanio. Tam szukajcie, dobrodzieju...
- To wasze mi starczy, mości panie gospodarzu - nieco wymuszona uprzejmość w głosie nieznajomego ścierała się z rosnącym w siłę zniecierpliwieniem. - Gdzież wisi?
- Ale popręg i uzda... - niechętnie próbował karczmarz.
- Pewnym, co się nada, mości gospodarzu - przybrawszy nagle nieprzyjemną barwę, głos mężczyzny nie wróżył nic dobrego. - Dratwy a szpile jakie mam, poprawię...
- Ale...
- Gdzie wisi siodło? - włożywszy w dłoń karczmarza sporą sakiewkę, człowiek dodał: - Sprzedajcie, mości gospodarzu...nie pożałujecie...
Zmiarkowawszy, co za bele jakie, stare siodło, nieznajomy płacić jest gotów ze dwa razy więcej, niźli musiałby za nowe, oberżysta przełknął nerwowo ślinę. Coś w sposobie bycia człowieka obiecywało także, że niechby się karczmarz wzbraniać dłużej ośmielił, naówczas właśnie pożałowałby...
- A, co mi tam... Wasza wola... - uśmiechnąwszy się słabo i schował pieniądze. - Siodło na stryszku, łatwo znajdziecie...
Udawszy się we wskazane przez właściciela miejsce, mężczyzna wlazł po drabinie na wyżkę, gdzie nie tylko tęchlizną zalatujące siano i słoma leżały, ale inszych rupieci całe mnóstwo. Znalazł od razu stare siodło z uprzężą, których kondycja daleko lepszą była, niźli opisywał ją karczmarz. Upewniwszy się, iż dziura, którą na górę się dostał, stanowi jedyne wejście, wciągnął drabinę, na umoszczonej słomie się rozłożył i zasnął.
Słońce już stało wysoko, południe dnia zwiastując a prażąc niemiłosiernie, kiedy człowiek zbudził się i schowawszy dobrze swój dobytek, do wypełnionej tera po brzegi zlazł karczmy, zjadł suto i na ulicę wyszedł. Zanurzony z lubością w płynący zewsząd potok ludzki a zgiełk tętniącego życiem miasta, po jakimś czasie na główny plac targowy dotarł, gdzie, zachwalając nieprzebrane towary, przekrzykiwali się handlarze, kupcy, przekupnie i wciąż ktoś go za rękaw szarpał, do kupna zabawek, słodkich kołaczy, narzędzi, sukien, zwierząt, mięsa, tanich ozdób, przypraw i całego mnóstwa innych towarów namawiając. Targował się tu i ówdzie, zainteresowanie udając, zatrzymywał przy jakim kramie, pytał o cenę i szedł dalej. Niekiedy złapanego za nadgarstek odrostka, któren z kieszeni mu coś ukraść próbował, kopniakiem w rzyć wymierzonym odganiał. Rzekłszy zwięźle, jednym był z wielu ludzi, w czasie jarmarku na ulice wylegających.
Lecz ni targ, ni żadne dziwowiska człeka tego nie zajmowały. Ratusz on bacznie obserwując, nad rynkiem wielkim górujący, w tłum wmieszany i uwagi ku sobie zbytniej nie zwracając, kilkakroć wokoło go obszedł. Zarejestrowawszy w głowie wszelkie szczegóły, przez resztę dnia przyglądał się bacznie strażnikom miejskim, gęsto o tym czasie ulice patrolującym.
Nie zdążył zmrok jeszcze zapaść, a po drabinie na wyżkę znów właził, by, upewniwszy się, co nikt w rzeczach jego nie gmerał, na słomie się wyciągnąć.
Późnym już wieczorem mężczyzna zlazł do zatłoczonej a gwarnej gospody, kaj wolnej ławy nie znalazłszy, z dzbanem w jednej i michą pełną dymiącej strawy w drugiej ręce, do kilku grających w kości osób dosiadł. Jedząc a popijając, lekko znudzony obserwował toczącą się rozgrywkę, a i mocno już podpitych graczy. Dwie kobiety i ich czterej kompani głośno a wesoło rozprawiali, tudzież komentowali toczącą się grę.
- Rzucajże nareszcie, no! - pierwsza z niewiast, czarnowłosa, ponaglała elegancko ubranego towarzysza, który kości w dłoni ściskając, szeptał coś na ucho drugiej, rudowłosej. Ta, zarumieniwszy się, zachichotała.
- Ostawże go w pokoju, Kosza! - drugi z kompanów, brodaty i z wydatnym brzuchem, zadudnił basem. - Kiej kto nie ma szczęścia w kości, szukać winien go w miłości! - ryknąwszy głośnym śmiechem, z uciechy walił ciężko w stół, naczynie z piwem przewracając.
- Ostrożnie! - trzeci z siedzących, wysoki, chudy a bardzo blady, pospiesznie uniósł ręce i co tam miał przed sobą, przed przelewającą się przez blat kałużą chronił.
- Coby szczęście mieć w miłości, trza by najprzód wygrać w kości! - czwarty z grających, ponad miarę szeroki w barach, krępy, niskim basem zaśmiał się i wielką niczym łopata ręką dorzucił monet na stosik w środku stołu.
- Zawrzyj gębę, świnio! - tym razem ze złości, rudowłosa poczerwieniała jeszcze bardziej. - Nie jestem twoją dziewką!
- A czyjąż? - zagrzmiał brzuchacz z brodą, śmiechem się zanosząc.
- Dajcież jej spokój, bydlaki! - zawołała czarnowłosa Kosza. - Grajcież lepiej! Kości wstrzymujecie!
Ponaglony brzuchacz rzucił. Wygrał.
- Psiakrew! Kosza! Ani chybi, jak tera to was obie z Sieją mogę przypłacić! - grzmiąc uradowany, zgarniał ze stołu wygraną.
- Uspokój się! - napomniawszy brodacza, elegancko ubrany gestem przywołał służebną dziewczynę i zamówił kolejkę. - Nie słuchaj ich, Siejka - zwrócił się do rudowłosej. - A wy zawrzyjcie te swoje pyski i miarkujcie się trochę!
- Czci niewieściej obrońca się znalazł! Widzicie go! - zadrwił brodaty brzuchacz. - A cóż ty jej tam na uszko naplatasz, hę?
- Nic, jeno się targuje! - basem dorzuciwszy olbrzym, śmiać się ze swojego żartu począł, tak mocno kułakiem w stół przy tym waląc, aże wszystkie naczynia podskakiwały.
- A zamknijcie się nareszcie, skupić się nie sposób! - poprawiając nasadzone na nos binokle, zawołał chudy. - Do komory pójdę, tam spokój!
Pozbierawszy ze stołu zwitków a pergaminów jakowychś, wstawać począł, ale elegancki przytrzymał go, rękę na ramieniu kładąc.
- Gdzie! Tu siedź! - rzekł. - Nikt ci przeszkadzać już nie będzie. Słyszeliście? - groźnym spojrzeniem omiótł siedzących, którzy przytwierdzili.
Naówczas dopiero spostrzegł mężczyzna, któren zjadłszy i wypiwszy, z nudów się kompanii tej przyglądał, iż wysoki chudzielec w kości nie grał, jeno pergaminy jakoweś uważnie studiował, skrzętnie ich pilnując i przed rozlanym piwem wcześniej chroniąc. Poszedłszy do szynkwasu po kolejne piwo, wracając próbował lepiej się przyjrzeć, cóż to być mogły za dokumenta, jednak chudzielec, zorientowawszy się w tym, prędko rękami je nakrył. Znużonego udając, począł nieznajomy uważniej rozbawioną gromadę obserwować. Tymczasem chudy nachylił się ku eleganckiemu, do ucha coś mu szepnął i obaj zerknęli najpierw na siedzącego obok, potem znacząco na siebie, po czym elegancki pergaminy za pazuchę schował a długi do gry w kości dołączył.
- No, nareszcie! Jużeś z tymi mapami skończył? - brzuchacz podał chudemu kości. - W czas to, bo już sakwy puste!
- Zawrzyj gębę!
Jednocześnie elegancki i chudy na niego warknąwszy, spojrzeli ku mężczyźnie, któren tak we własnych rozmyślaniach pogrążonym był, iż uwagi na nich żadnej nie zdawał się zwracać.
Dopiero teraz nieznajomego zauważywszy, brodacz a reszta bandy umilkli.
- Nie przeszkadzamy ci aby, mości przyjacielu? - najbliżej mężczyzny siedząc, barczysty zagadnął go swoim basem. - A w kości to z nami zagrasz?
Nie odezwał się człowiek, rzekomo w swe własne rozterki osnuty.
- Ej! Ty! Ozora w gębie nie masz? - zawołał barczysty, z ławy się unosząc. Był olbrzymich rozmiarów.
- Dajże pokój, Kafa. Pewnikiem się nasz sąsiad zamyślił - gestem dłoni zatrzymał elegancki wielkiego, któren opadł na ławę z powrotem. - Nie podobna zignorować tak uprzejme do kompaniji zaproszenie, niegrzecznym by to było...
- A i zdrowiu szkodzące! - zarechotał po swojemu brodacz, napotkawszy jednakowoż zimne spojrzenie eleganckiego, urwał.
- Ej, mości nieznajomy! - dopiero trącony przez olbrzyma mężczyzna ocknął się, spoglądając na niego pełnym zaskoczenia okiem. - Porzucasz z nami w kości?
Wydobywszy się jakoby niespodziewanie z czeluści własnych swych roztrząsań, człowiek rozejrzał się wokoło po twarzach srogich a wyczekujących i rozbrajająco uśmiechnął.
- A dziękuję wam, ludkowie dobrzy - rzekł ochoczo a tonem uniżonym - ale gdzież mi tam do was, moście dobrodzieje! Kaszym pożarł, piwem kiszki spłukał, wczas mi już.
Podnieść się usiłował, lecz olbrzym położył mu na ramieniu ciężką niczym kłoda rękę.
- Ale tam... - na twarz eleganckiego wpełzł fałszywy uśmiech - wieczór młody jeszcze, posiedźże se z nami... jak cię swoi zwą, przyjacielu?
- Doprawdy, moście dobrodzieje, wczas mi już... - wstać spróbowawszy ponownie, znowu na ławę opaść musiał, gdyż kłoda wciąż na swoim miejscu tkwiła. - Gdzież mnie, obdartusowi, do tak zacnej kompaniji...
- Dajże spokój, przyjacielu... - rzekł mu elegancki - zostańże a dołącz, wszyscy byśmy radzi lepiej cię poznać. Prawda to?
Nie spuszczając z nieznajomego ponurych spojrzeń, wszyscy pokiwali głowami w zapewnieniu, iż w rzeczy samej, radzi byliby dowiedzieć się nieco więcej o swoim nowym towarzyszu...
- A widzisz! No, to jak cię zwą? Widzi mi się, co stałym bywalcem tego miejsca nie jesteś?
- Rzekliście, mości dobrodzieju! - odrzekł mężczyzna. - Po rowach a rynsztokach mi sypiać, ze psami resztki żreć, nie w tak zacnym przybytku rzycią ławy wysiadywać!
Usłyszawszy słowa „zacny przybytek”, ten i ów z obok siedzących, z nudów całemu zajściu się przypatrując, rozejrzał się ukradkiem, czy go aby jaka siła nieczysta z Dziurawego Akordeonu, który najgorszą cieszył się sławą w całym mieście, do jakiej innej gospody nie przeniosła.
- Dzisiaj jenom wstąpił - ciągnął dalej - bom sprzedał wszystko, com na targ przyniósł. Pewnikiem se jeszcze posiedzę z dzionek, abo i ze dwa, popatrzę na cudaki a widowiska jarmarczne, i we świat dalej ruszę.
Wtem rudowłosa Sieja wtrąciła się, palcem na nieznajomego wskazując.
- Ja go chyba już gdzieś widziałam...
- Bedzie, co między żebraki jakiemy kiedy, we świecie, bo nikaj indziej tak blisko pięknej damy być nie podobna, hehehe - zapewnił mężczyzna, śmiejąc się niepewnie. - Abo w zajeździe, co to glejta w nim wjazdowe skarbiec z rajcą przedawali - dodał.
- A cóżeś ty na targu sprzedawał, co? - zaciekawił się elegancki. - Może kupiłbym co od ciebie? I skądeś ty, skoro glejt do miasta w zajeździeś nabywać musiał?
- A cóżem ja mógł przedawać, moście panie dobrodzieju! - wyjaśniał nieznajomy. - Struganki, com z kory a drewienek wycinał, a kamyki okrągłe, com po gościńcach nazbierał. Ludziska hamuletów różnech łakną, coby przed złem strzegły, to przedaję...
- Amulety ochronne sprzedajesz? - ożywiła się Kosza.
- Ale, jakież tam znowu hamulety! - odrzekł jej rozbrajająco. - Zwekłe to cudeńka a kamyki, jeno lśniące a ładne. Miarkuję, co nie przyzwoicie tak, ale przeca nie każecie biednego włóczęgi w żelazo zakuwać, co jeno na miskę strawy goręcej a kufel piwa chce czasem potargować?
Spojrzał błagalnie po skupionych na nim twarzach, znowu się uśmiechnąwszy.
- Nie masz się czego lękać, przyjacielu... - zapewnił elegancki. - Nie my prawo stanowim, nie my go strzec będziem... prawda li to?
- Prawda! - żywiołowo zawtórowali wszyscy.
- Jak cię zwą? Napijże się z nami, przyjacielu, ze szczerego serca do stołu zapraszamy! - szerokim gestem zachęcał elegancki.
- Zbytek łaski, moście panie dobrodzieju...
- Głupstwo, doprawdy - wziąwszy dopiero co przyniesiony kufel pełen piwa, elegancki zasiadł z drugiej strony przy nieznajomym i postawił przed nim naczynie. - Na zdrowie!
Nie odwracając utkwionego w mężczyznę wejrzenia, wzniosła kompania naczynia i wychylili wszyscy. Tamten także napił się, łapczywie, i otarłszy usta piwem ociekające, ze śmiechem stuknął kuflem o blat.
- No, jakeśmy już ku się przepili, wczas się poznać! - teatralnym, zamaszystym gestem wskazał na towarzyszy elegancki, którzy rozluźniwszy się nieco, cicho przemawiać między sobą znów poczęli, wciąż nieufnie na mężczyznę spozierając. - Grupą przyjaciół jesteśmy, co zebrali się tutaj, towarzystwa a rozrywki szukając! Ale i wytchnienia chwili od trudów podróży, bośmy z drogi prosto. Ta czarująca, kruczowłosa dama, to Kosza. Płomiennowłosa, urodziwa niewiasta obok Koszy, ta, której wpadłeś w oko, przyjacielu, to Sieja. Milczący i długi, kiej tyczka fasoli chudzielec, to Finet. Rubaszny brodacz, od którego humoru większy jest bodaj jeno jego brzuch, to Barbatus. Obok ciebie, przyjacielu, siedzący, porywczy, lecz dobrego a romantycznego serca olbrzym, to Kafa. Mnie zaś zwią Arys! Tyle wiesz już o nas, my o tobie nic jeszcze! Nie godzi się! No to jak cię zwą? - ostatnie słowa wypowiedział elegancki z naciskiem, nie pozostawiając wątpliwości, iż lepiej by było dla nieznajomego, aby dalszych uników poniechał i przedstawił się.
Uśmiechnąwszy się w duchu, mężczyzna oznajmił:
- Jam jest Smalec, moście dobrodzieje!
Roześmiali się szczerze wszyscy przy stole siedzący.
- Smalec? - niedowierzając, spytała wesoło Kosza.
- Smalec! - wesoło zapewnił ją mężczyzna.
- Zatem witaj wśród przyjaciół, mości Smalec! - uniósł swój kufel Arys. - Wychylmy za zdrowie naszego nowego kompana, mości Smalca!
Wznieśli, kto co miał w ręku, przepijając, a z nimi nawet ponury dotąd i zamyślony nad czymś Finet.
- A masz co jeszcze z tych swoich amuletów abo kamyczków, mości Smalcu? - z drwiną w głosie zapytał Arys. - Może byśmy co kupili? O złe na trakcie nie trudno!
- A gdzieżby, moście dobrodzieju! Skupczyłech wszyćko, com miał - bezradnie ręce rozłożył Smalec. - Ale kiej potrza, to zara wyjdę i hamuletów jakich przed gospodą nazbieram. Ale nocne, to i drogie będą! - zaśmiał się.
Poweselała gromada, wielce Smalcem rozbawiona, a nieufność i podejrzliwość pierwej przez niego wzbudzane, wesołej atmosferze rychło miejsca ustąpiły. I tak, tęgo pijąc a suto jedząc, bawieni naiwną prostodusznością i prostolinijnością Smalca, używali sobie towarzysze tego wieczora. Jedni tylko Arys i Finet, pomni, co się ich nowy kompan pergaminom na stole rozłożonym przyjrzeć ukradkiem próbował, baczenie większe na niego mieli i miarkowali się nieco, by w przytomności względnej wytrwać. Drugi zaś Smalec, a czego tamci wiedzieć wszak nie mogli, chętniej za kołnierz, aniżeli w gardło wlewał, wymiarkował se on bowiem, co gdy rozstać się im przyjdzie, łacniej tropem ich podążyć zdoła, kiej na nogach mniej się kołysać będzie. Umyślił sobie on bowiem, że gdy już los tak przygodnie ich ścieżki splótł, dowie się czegoś o dziwnej tej kompanii, zaś własne jego zamiary, do Podgórza go przywodzące, poczekać mogą.
Jak to się dzieje w każdej gospodzie, jeno o innym czasie, do Dziurawego Akordeonu ta pora nocy właśnie nadeszła, kiej więcej szlachetnego jeszcze rano trunku, przelawszy się za dnia przez wiecznie spragnione gardła a w pospolite szczyny tera zamieniwszy, wsiąkało w okoliczny grunt, aniżeli go zostało w beczkach za szynkwasem stojących. Coraz mniej ludzi za stołami siedziało, coraz więcej zaś leżało pod nimi, bezpańskim psom w kości niedojedzonych podgryzaniu przeszkadzając.
Wesoła kompania takoż więcej już o tym, kaj by tu łeb zapity przyłożyć, niźli o zabawie dalszej myśląc, ku pożegnaniom się kwapiła.
- Wczas mi już, moście dobrodzieje, pora na mie - Smalec wstał, zaraz jednak przez Arysa wstrzymany.
- Odprowadzimy cię, mości Smalec - dobrodusznie zaproponował Arys. - Nie pozwolim, coby nieszczęście jakie spotkało naszego druha. Zmierzchy to niebezpieczna dzielnica.
Co przytomniejsi jęli dobudzać przysypiających na stole współtowarzyszy.
- Doprawdy, nie trza - wzbraniał się Smalec. - Dobrodziej karczmarz pozwolili mnie ło, tu, na wyżce przenocować, nade stajnią.
- Ależ, drobiazg! - zapewnił Arys. - No ale skoro to jeno tuż za węgłem, to nie trza, byśmy wszyscy szli. Wszystkie już pijane w diabła... Sieja! A idźże i upewnij się, co mości Smalec dotrze do swoich komnat bezpiecznie! My idziem do komory. A wypocząć mi tam, żebyście mi jutro nie smęcili!
Wytoczyli się tedy z karczmy razem, rudowłosa Sieja i człowiek Smalcem siebie zwący, zataczając się i wzajem podtrzymując. Już w stajni, pod drabiną na strych prowadzącą opiekunkę pożegnawszy, mężczyzna wspinać się przymierzył, wtem dziewczyna zręcznie go między konie powaliwszy, własnym ciałem przycisnęła, nóż do gardła mu przystawiając.
- Pomnam już, skąd cię znam - wycedziła przez zęby. Twarz jej niemalże jego twarzy dotykała.
- Jaśnie pani dobrodz... - uczuwszy zwiększony nacisk ostrza na grdyce, urwał w pół słowa.
- Daruj sobie, czasu szkoda. Zara mnie szukać będą - Sieja mówiła prędko, a oddech jej śmierdział kwaśno pitym cały wieczór piwem i winem. - Chwila ta, choć krótka, do końca twego parszywego życia trwać będzie, jeśli mi nie wyznasz, a sprawiedliwie, coś za jeden i czegoś węszył koło Arysa i jego map. W zajeździe cię widziałam Przy Rozstajach, jakeś oklep przyjechał na zagłodzonej i do krwi zgonionej szkapinie. To ten koń, tam, pode ścianą. Siodło a uprząż teraz na nim, ale to ten sam wybiedzony koń. Obserwowałam cię, bo krew mnie chciała zalać, takeś biedne zwierzę pokaleczył.
Wściekłość ledwie poskromiona ją zalała na samo wspomnienie i ostrze mocniej przycisnęła, skórę mu kalecząc. Nie próbując nawet skryć pogardy, którą do niego czuła, pragnęła, coby z bólu zaskomlał, lecz on nie drgnął nawet.
- Zeżarłeś, wypiłeś i odjechałeś - cedziła mu do ucha zajadłe słowa. - Krew z ciebie spuścić, kiej z wieprza w tej stajni mogę, powiem, co wychędożyć mnie chciałeś. Rano rzuci ktoś twoje ścierwo na gnój i będzie to koniec twojej żałosnej historii. Wszystkich żeś zaczarował dzisiaj, przy stole, przygłupiego Smalca udając. Szło ci niezgorzej, prawda. I mnie omamić ci się niemalże udało, choć wieczór cały przypomnieć sobie ciebie próbowałam. Przed chwilą obaczyłam jednak tę twoją szkapinę i wszystko wróciło. Widzisz, suczy synu? Twoje własne okrucieństwo cię zgubiło! Teraz rolę życia swojego masz do odegrania. Oczarować mnie spróbuj, cobym ci gardła nie poderżnęła, a pewien bądź, niczego w tej chwili bardziej nie pragnę i bez słowa to uczynię, jeśli tylko najmniejszy cień fałszu w twych słowach wyczuję. Wiele kłamstw padło dzisiejszego wieczora, ale w to, com przed chwilą rzekła, lepiej uwierz. Zrozumiałeś? No, to zaczynaj!
To powiedziawszy, zwolniła odrobinę nacisk noża na krtań, tyle akurat, aby mówić dał radę.
Leżący pod nią mężczyzna nie bardzo się teraz o swoje życie lękał, pomny, co jak kto chce drugiemu nóż w serce wrazić, nie gada przy tym tyle. Spodobała mu się dziewczyna już przy stole, a zręczność, z jaką go powaliła i namiętność, z którą mu groziła, podnieceniem go niespodziewanym napełniły.
- Koniam kupił gdzie na gościńcu, tani był, bo zbiedzony - mówił niespiesznie, ostrożnie, nóż bowiem ślizgał się nieprzyjemnie po jego grdyce. - Z nim glejt na jakiegoś Smalca wydany. Do Podgórzam przybył, bom chciał... - zawahał się. - Bom chciał wywiedzieć się, kędy ku starej kopalni iść by można. Srebro. Na was przygodnie trafiłem, jeśliś mnie uwidziała gdzie wcześniej, przypadkiem to jeno być mogło. Zjeść a pomyśleć żem chciał, temu do karczmy zszedłem. Karczmarza pytaj, sam niech ci rzeknie, co mi wyżkę odnajął. Samaś widziała, co ciżba a tumult w gospodzie, spać nie ma gdzie. Wasz herszt się naówczas nadarzył, grozić chciał, tom się uląkł i łgać począł, skórę ratować chciałem.
- A mapy? Skądeś o mapach wiedział? - przyciskając ostrze mocniej, spytała Sieja.
- Nicem nie wiedział o żadnych mapach, dokąd brodacz sam o nich wspomniał - trwogą nagle zdjęty, spiesznie jej wyjaśniał, pomiarkowawszy, że być to może, co wysłał ją Arys, by zwiedziała się jeno, czy aby wspólników żadnych nie ma, nim go nożem pchnie, że temu całe to gadanie. - A cóż z tego, żem podejrzeć chciał? Kiej ktoś chowa co, same oko leci, choćbyś nie chciał, a zezować będziesz.
Przerwał. Lęk z ekscytacją mieszały mu się w trzewiach, oddech bowiem dziewczyny, którego woń drażnić już go przestała, czuł na sobie, gdy ta w oczy głęboko mu cały czas patrzyła.
- Jak się nazywasz? - spytała, coraz mocniej nóż podsuwając.
- Morlaud - wyrzucił z siebie bez wahania.
Cisza. Nawet śliny już przełykać nie próbował. W końcu, po chwili wieczność trwającej, ostrze na bezpieczną odległość od jego szyi się odsunęło.
- Niech będzie, co ci wierzę...przynajmniej w to, że nazywasz się Morlaud. Wstaniemy teraz powoli, acz spłosz mnie czym aby, zaszlachtuję kiej wieprza!
Nóż drapał go po gardle nieprzyjemnie, gdy powoli się podnosili. Na własnych nogach już stanąwszy, powstrzymał się od rozbrojenia dziewczyny, rozumując, co skoro nie zadźgała go jednak leżącego w kupie gnoju, to nie dybie na życie jego. Musi ona chcieć czego od niego, a on umyślił se dowiedzieć się, cóż to ma być.
- Teraz gadać nie możemy, bo wracać muszę - powiedziała, chowając nóż. - Ale bądź w południe przy ratuszu. Widowisko jakie przy dybach ma być, ja tam czekać będę właśnie. Wszystko ci...
- Sieejaa! Sieejkaaa! - rozległo się wołanie Arysa, któren, zza węgła się wyłoniwszy, zdumiony na nich spojrzał. - A co wy tu...
Nie zastanawiając się, przyciągnął Morlaud dziewczynę do siebie i pocałował ją. Ona, wyrwawszy się z jego objęć, zaskoczona wymierzyła mu siarczysty policzek.
- Nie dla psa kiełbasa! Widzicie go! - nie musząc udawać rozgniewania, Sieja raz jeszcze po gębie mu dała, aże plasnęło głośno i do śmiejącego się z całego zajścia Arysa odeszła.
Obejmując się, zniknęli zaraz za węgłem.
Rozdział 9.
Próbując utargować nieco na zamówionych wcześniej pościeli a płótnie, przez jakąś kobietę właśnie przyniesionych, jak zwykle niezadowolona Sara o cenę się właśnie wykłócała, gdy Katosz w drzwiach się pojawił. Męża spostrzegłszy, do spiżarki go zaciągnęła, przekupkę na chwilę samą ostawiając.
- Gdzieżeś się szlajał, szukam cię po całej... - przerwała nagle, przyglądać mu się bacznie poczęła, obwąchiwać, i zorientowawszy się, co pił, w złość wpadła. - Moczymordo ty! Ja po łokcie się urabiam, a ten się chowa a chleje! Roboty tyla! Ludzi, co Kulawa nie nadąża! Szynkwasu trza doglądać, kuchni, a ten się chowa! No! Mówże co!
Lecz Katosz stał i nie mówił nic. Usiadł wreszcie na worku jakimś, głowę zwieszając.
- A cóż tobie? - uważniej jęła się mu przyglądać. - Coś taki blady? Co ci? Gadajże prędzej, no!
Siedział jednak w milczeniu karczmarz, z twarzą w dłoniach skrytą. Od czego zacząć, co żonie powiedzieć, nie wiedział.
- A tobie co? - Sara przyjrzała mu się jeszcze uważniej. - Co ty taki blady? Co ci? Gadaj prędzej! No!
Nareszcie uniósł twarz, wglądając w zapalczywą facjatę żony. Że nie spocznie, dokąd swego nie dopnie, pewien był, bowiem zawżdy taką była. On zaś zawsze narzędziem był jeno w jej rękach. Widząc, co miłuje ją mąż ponad wszystko, przez całe życie skrzętnie to wykorzystywała.
- Choryś? - spróbowała wejrzeć mu w oczy.
- Nic mi nie jest - rzekł w końcu.
- A jużci, co nic ci nie jest! Leniwe ścierwo! - wykładając sobie, co ani chybi, jeno gorzałka z niego wietrzeje i osłabł zwyczjnie, zatrajkotała gniewnie. - Wszyśko na mojej głowie! Rozmówił żeś się choć z Aliną? Rzekła co?
- Nic nie rzekła.
- No tak! Ciebie gdzie posłać po co! - rękami nad głową smutną jego machając, wygrażała mu. - Kiej ty się zdasz na co!
- Zagadałem ją, rozmówić się próbowałem, ale... - przestał, czując, że coś w nim wzbiera, gniew abo złość pienić a bulgotać w nim poczęły.
- Ale?
- Zaś to uczyniła. Zląkłem się - powiedział cicho.
Znieruchomiała na moment twarz Sary, cieniem strachu się wzdrygając. Wnet się jednak do porządku przywoławszy, odchrząknęła i spytała, acz już bez gniewu:
- Co zrobiła? O czym ty pleciesz?
- A dyć dobrze wiesz, o czym - czy alkohol to sprawiał, czy uczucia z dawna tłumione, a być to może, że i jedno i drugie, dość rzec, co czuł się teraz Katosz, kiejby nad urwiska krawędzią o krok jeden stojąc, w dół patrzył - takeś samo widziała wszystko, jak i ja... nie rób ze mnie błazna jakiego a ciołka!
- Miarkuj się a nie gadaj do mnie takim głosem!
Warem wewnętrznym rozsadzany, patrzył karczmarz na żonę swą, bokami przy tym robiąc a dysząc.
- A ostawże ty mnie w pokoju... - zgrzytnął zębami, w coraz bardziej nęcącą go przepaść zaglądając. - Wieszasz się mnie, kiej gałęzi jakiej zawżdy a bujasz, kaj ci się żywnie uwidzi, a w każdą stronę wyginasz! Mnie zatrzeszczeć nawet nie dasz, a sama cięgiem jeno grzmisz, pohukujesz a drzesz się! A idźże i gadaj z nią sama, kiejś taka mądra!
Wstał gwałtownie a drzwi demonstracyjnie na oścież roztworzył. Sapiąc juże a oczami srogo błyskając, gotował się, by w otchłań wskoczyć.
- Jak śmiesz... - przerwać mu Sara spróbowała, lecz wystraszona cofnęła się.
Karczmarz skoczył.
- A śmiem! Śmiem! - coraz mocniejszym głosem mówił. - No idźże! Czego czekasz? Czego nie idziesz? No? Boisz się czego? A może sromasz? Sromota ci a wstyd! Wstyd, co życie ci Alina wróciła, po to jeno, byś ją poniewierać mogła! Bo zawżdyś ją poniewierała! A może to jej psów się lękasz?
Spadając w otchłań, zapomnianą przez lata, rześką wolność uczuł karczmarz, zrzuciwszy brzemię, co mu na duszy tak długo ciążyło.
- Nażłopałeś się i pleciesz tera...
- Nie! Nie psów się jej boisz! Ty się boisz, boś widziała sama, co się z nią uczyniło! - ni umiał, ni chciał się teraz Katosz hamować. - Boisz się, boś to samo widziała, com ja obaczył! Boisz się, bo oczy Aliny każdego dnia teraz widujesz! Twarz jej! Boisz się, boś widziała, co jej twarz się...
- Milcz! - Sara wymierzyła mu siarczysty policzek. - Zbastuj! - drżącym, cichym głosem ostrzegła go. - Jeszcze cię kto usłyszy!
Opamiętawszy się, zamknął drzwi i głos do szeptu zniżając, z trudem hamując gniew, dalej prawił:
- Lękasz się jej, bo to przez ciebie złe ją chyciło! Lękasz się, boś to samo, co ja widziała! Boisz się, bo widno domyśla się Alina, co nie jest naszą córą! Boisz się, boś Tumira dobrze słyszała! Wiesz, co jej wianek przy nim znalazł! Wiesz, co ona wie! Na Welesa i Peruna! - z wściekłości a przerażenia drżąc, szeptał gorączkowo. - W stajni żem się rozmówić z nią próbował, rzekła mi to samo, co i tobie! Ślepia jej złem łysnęły a lato w zimę przemieniła! Z gęby mi dym leciał, jako w zamróz najsroższy! A gęba mi się lodem pokryła! Środkiem lata! Zwierzęta łby se chciały pourywać a kulasy poukręcać, coby uciec tylko stamtąd! Tak zdziczały! Alinę złe jakieś wzięło i tego się boisz!
- Przestań! - Sara pobladła, mężowego wybuchu słuchając. - Przestań! Uchlałżeś się, słyszysz? Uchlałżeś się i majaki jakie a zwidy jeno bez ten alkohol cię tumanią! - przerażenie próbowała ukryć, daremnie jednak, bo głos całkiem już jej się łamał. - Przestań! Słyszysz? Przestań!
Płaczem nagłym wstrząśnięta, na stojącą obok beczkę opadła i tak siedziała, skulona w sobie, szlochu spazmami targana. Kotłujące jeszcze przed chwilą w karczmarzu gniew a bunt, współczuciu a trosce o przygniecioną smutkiem żonę miejsca ustępować poczęły, kiedy drgające jej ramiona i twarz w dłoniach schowaną teraz widział. Odruchem serca wiedziony, zapragnął objąć żonę i pocieszyć, lecz odtrąciła go, co zwykłą jej reakcją już było na wszelkie czułości przejawy. A choć sprawiedliwym ten wybuch był a prawdziwym, tak dawno już nie był sobie pozwolił na szczerość względem żony, aże obco mu tera było ze samym sobą. Takoż z ulgą przyjął tak częste a dobrze sobie znane poczucie winy, które, niczym stary przyjaciel, rozgaszczało się teraz w jego duszy, współcześnie udręczając go a uspokajając, aczkolwiek bowiem wbrew rozumowi swemu, jednakowoż podług serca, na podobieństwo psa tyle lat ćwiczonego, jako modlitwę codzienną się wyznaje nawykiem bardziej, aniżeli wiarą, rzekł do niej:
- Wybacz mi...to moja wina... Przepraszam cię...
Gdy uspokoiła się po długiej chwili Sara, otarłszy resztki łez z oczu, w których próżno już by szukać choćby śladu słabości, patrząc mu w twarz, przemówiła głosem na wskroś zimnym:
- Coś ci się na łeb rzuciło w pijackim widzie. Nie miarkuję, cóżeś se tam wykoncypował, żeś widział. Ona nie wie nic o niczym, bo nie ma czego wiedzieć! Miarkujesz se? Nic jej nie wzięło, zło żadne, jeno niewdzięcznica jest rozkapryszona i tyla! - w twarz Katoszową syczała, a on kulił się znów przed nią. - Mus się zwiedzieć, co to za mikstury, czyby to nieśmiertelnik a roczar był, bo to żyła złota! Rozumujesz? Co od Anieli przepis ma, pewnym jest! Skądże indziej? Idźże do niej a rozmów się ze starą, zwiedźże się czego! Wyduś to z niej!
Skończywszy, Sara szukać czegoś poczęła w beczce, na której przed chwilą siedziała, bacząc przy tym, by twarzy nie ukazać.
Siedział karczmarz w podłogę wpatrzony, ulgę jeszcze się tlącą po wyrzuceniu z siebie żółci w sobie mając, wola jego jednak zaś przez poczucie winy a lęk przed gniewem żony stłamszona została. Podniósł wejrzenie na Sarę, która zwyczajnie mięsa solone teraz przekładała, kiejby zgoła nic się nie stało, o niczym przed chwilą rozprawiane nie było. Na mgnienie i Katosz zwątpieniem się okrył, czyby to rzeczywiście nie jakie zwidy jeno pijackie, czy całego gadania sobie nie uroił. Z trudem wrócił myślą do spotkania z Aliną w stajni, bo i w jego rzeczywistość uwierzyć się już wahał. Wypity alkohol nie pomagał mu w koncentracji. Zrobiło mu się niedobrze.
- A co, skoro wie? Skoro by widziała?... - rzekł niepewnie a cicho.
Obróciła się Sara do niego z wściekłością.
- Nie wie niczego, ani nie widziała niczego! - rzuciła. - Przydajże się wreszcie do czego a idźże do starej! A z Tumirem takoż się rozmów, kiej trza będzie! Nie winien ci to jest? A niechby ano węszyć za dokładnie chciał a badać...zawołasz go na wieczerzę...
- Nie podobna, co po prawdzie tak gadasz... - jęknął.
- A podobna! Podobna! Wrócić nam nie da rady, trza do przodu przeć! Słyszysz? - Sara szeptała gniewnie. - Miarkujesz sam, co innej drogi nie ma! Nie po... - zawahała się - nie po tym, co zaszło!
- Na cóżeś tedy to uczyniła, co? - z wyrzutem zapytał karczmarz.
- Myśmy uczynili! Myśmy! I nie pomnij tego a bacz, coś tako winien, jako i ja! A inaczej stać się nie mogło!
- Nie trza go było... - urwawszy, ściszył głos do ledwie słyszalnego. - Trza go było poniechać!
- Zawrzyj gębę! - uciszając męża, Sara wyjrzała z komórki na korytarz, jednak nikogo widać nie było. - Wszyćko by wyszczekał, pies jeden! Sam wiesz!
- Abo i nie, trza mu jeno było dać, czego chciał...
- Głupiś! - wyśmiała męża. - Piwożłop był a kloc tępy, kiej obuch! Wyszczekałby się komu kiedy, pewne to! Abo po więcej wrócił! Miałby ci na nas Tumir pętle gotowe!
- A bo trza było Aliny radę trzymać a kogo innego zgodzić.
- Głupiś! A przybłęda panoszyć kiej kwoka w kurniku mi się nie będzie! - pogarda w głosie Sary ukłuła Katosza.
- Zbastuj, kiej o niej prawisz! Życie ci dziewczyna wróciła! - powiedział surowo. - Niechbyś usłuchała raz, co rzecze, sprawy by żadnej tera nie było!
Sara ugryźć jeszcze ochotę wielką miała, zdając sobie jednakowoż sprawę, co po prawdzie mąż jej rzecze, nieco się uspokoiła.
- Tera to jeno dzień miniony jest... - powiedziała. - Tera to wystarać się nam trza, co nikt o tem zwiedzieć się nie może. I Anieli się pokłonić musisz, czy aby nie ona dziewce pomoc dała.
- Czemuż sama z nią się nie rozmówisz? - spytał Katosz. - Twoja matka przecie...
- Mnie nic nie rzeknie, wiadoma rzecz. Ty iść musisz. Ciebie zawżdy koło serca nosiła...
Zadumał Karczmarz chwilę, po czym rzekł:
- Sara... a co z Aliną? Wierzyć nie podobna, coś nie uwidziała...
- Lepiej wierz! - rzuciła Sara i unikając mężowego wzroku, znowuż ku mięsom solonym a beczkom się zwróciła. - Żłopać przestań, a majaki i zwidy ci przejdą! Zabobonami mi głowy nie okręcaj!
Wyraźnie trzęsące się ręce wytarła w zapaskę i we wzburzeniu ze spiżarni czym prędzej uszła.
Wóz trzeszczał, na nierównościach kolebiąc się i podskakując, a z nim razem chwiał się w koźle Katosz, w jednej ręce lejce dzierżąc, drugą gąsior gliniany, co na kolanach mu spoczywał, przytrzymując. O pierwszym świtaniu z zajazdu wyruszywszy, zdążył był już i myśliwego nawiedzić, by skóry a mięsiwa obstalowane wziąć, i do rybaka się udać, od którego ryb odymianych a solonych nabrał, a tera abo ku Skrajnicy, kaj matka żony jego, Aniela, mieszkała, jechać mógł, abo do dom wracać. Bardziej z niechęci przed powrotem do zajazdu, niźli z czego inszego, ku osadzie się był skierował.
Rozciągała się ona pomiędzy lasem starym a rzeką, aże ku podnóżu gór się pnąc, gdzie ostatnimi, pojedynczymi chatami wejścia starej, pozawalanej dziś kopalni srebra sięgała. Do wsi dostać się sposobna było przez stary most abo jednym z brodów, kiej letnią porą poziom wody dostatecznie nisko opadł.
Osada dawniej życiem tętniąca, kiedy jeszcze w kopalni srebro a drogie kamienie wydobywano, po jej tajemnicą osnutym a tragicznym dla wielu zawaleniu obumierała, z roku na rok kurcząc się w sobie, jako człek żywota juże dokonujący w sobie się zapada i karłowacieje.
Rozlatujące się chałupy trzciną a mchem kryto, gliną a gałęźmi je podlepiając, bowiem wyrabiane w Skrajnicznym tartaku rzecznym deski a belki spławiane były i wożone do rozrastającego się miasta. A od kiedy dzierżawca górującej ponad miastem twierdzy granicznej i zamku kasztelan, Ulardom, wespół z burmistrzem Podgrodzia uskuteczniać poczęli przygraniczny handel drewnem z sąsiadującym księstwem, nie było możliwym zdobycie pozwolenia na wycięcie surowego drzewa pod dom inaczej, aniżeli cyrograf własną krwią pieczętując i godząc się niewolniczą pracą w lesie a w tartaku materiał odrobić.
Dotarłszy do zagrody, kaj Aniela mieszkała, obaczył Katosz chałupę z jednej strony podupadającą, którą w kupie mech a oplatające ją zupełnie winorośle aby jeno trzymały. Obejście widziało mu się zgoła takim samym, jako je z dawna zapamiętał, z niedużym kurnikiem na tyłach i porośniętym nieprzeliczoną ilością najrozmaitszych roślin ogrodem, większymi a mniejszymi grządkami resztę podwórza zajmującym. Przed drzwiami, na progu, zwinięte spało wielkie stare psisko, któremu sierść plackami wypadała. Postąpił karczmarz ku wejściu, a nie chcąc na zwierzę nadepnąć, przestąpić nad nim próbował, kiej obudzony pies podniósł się z trudem wielkim, jedną łapę podkulając, i z tęgim wysiłkiem zaszczekał jękliwie a cicho. Wydawało się, co za każdym szczeknięciem tuman kurzu z psiego pyska się dobywał. Ominąwszy stróżujące zwierzę, Katosz wszedł do środka.
- Niech wam duchy nieba a ziemii przychylne będą! - próg przekraczając, zawołał.
Zdało mu się nagle, jakoby do świata innego wszedł. Wewnątrz półmrok panował, a para z bulgoczącego nad kamiennym paleniskiem kociołka, unosząc się a rozchodząc po izbie, tak oczy mamiła, co na dwa kroki przed się ledwie widać było. Przyjemnie odurzająca mikstura woni kwiatów, ziół, smażonego mięsa i dymu, wespół z kształty zmieniającym gęstym oparem, izbę zasnuwającym, czemuś myśl tak nabożną a uroczystą przywodziła, aże zdało się Katoszowi, co nie w chacie, a gaju świętym jest i żerców a wołchwów monotonne modlitwy usłyszy, które ci, ofiarę bogom złożywszy, ku nim we wszech strony zanoszą.
Ostrożnie, bojąc się co wywrócić czy potrącić, rozeznawał się wokół siebie i sprzętom przyglądał. Gdzie nie spojrzeć, były suszone abo świeże rośliny, zioła, gałązki, listowie, we wiązki abo wieńce poplecione, u pował a ścian wisząc. Na umieszczonych pod jedną ze ścian półkach, w widocznym uporządkowaniu wedle rozmiarów i rodzajów, miski a garnki stały rozmaite. Szczególną jego uwagę przykuły dziwne jakoweś naczynia, na osobnym blacie podle paleniska stojące, o kształtach, jakich wcześniej nie znał. Jedne wysokie a wąskie były, insze, szerokie dołem, ku górze się zwężały, jeszcze któreś nieduże baryłki przypominały. Większość z cyny, cienkiego srebra abo szkła zrobiona była. W dłoń jedno z nich ująwszy, Katosz z podziwem się cudeńku przypatrywał. Krocie kosztować musiały.
- Odłóżże to dokładnie, skądeś to wziął! - naraz usłyszał za plecami starej kobiety głos nieco rozeźlony. - A niczego mi wiency nie przestawiaj! Tykał żeś czego jeszcze? Mówże!
Speszony, karczmarz odłożył naczynie.
- Nie.
- Utrapienie wieczne! Juże wysrać się nie podobna, coby kto nie przyszeł a nie węszył! - wołała gniewnie stara - Psaś nie widział, co we drzwiach leży? Nie wisz to, com poszła kaj, kiej Limbis we progu? Obaczycie, co krwawych pęcherzy w rzyci doczekacie, kiej po dobremu nijak z wami nie podobna! - pogroziła kościstym palcem. - Niech jeno brzemienna po zachodzie słońca zlegnie, toście pierwsi szyję dziecku ukręcać a truchło na płot nabijać! Snadź dzierla! Czerownica! A mnie to do ustępu iść nie data, kiej zawżdy czego komu potrza! Utrapienie! Zdechnę wam, obaczyta! Ciekawam, kto wam będzie sraczkę leczył a kości prostował! Kto dzieciskom waszem w maleńkości krew sczyści! - utyskiwała. - Bedzieta pod kopalnię latać, obaczyta!
Nie doczekawszy się odpowiedzi żadnej od zaskoczonego karczmarza, przygarbiona powoli ku niemu poczłapała i dłonie na twarzy mu położywszy, drżącymi palcami badać ją poczęła. Zmacawszy jego bliznę, uspokoiła się, a uśmiechając słabo, wyszeptała:
- Nie może to być... tyś to?
- Witajcie, matko - ucałował zaraz obie jej dłonie. - Jam to, Katosz.
- Niechaj ci Perun a Wołos darzą, mój chłopcze. Skądeś ty tu? Czyby Sara... gadali ludzie, co chora... - troskę w głosie zakryć próbując, podeszła staruszka do kociołka i zamieszała w nim. Przy padającym na jej twarz blasku ognia, dostrzegł karczmarz, co oczy kobiety mleczną mgłą zaszły.
- Zupełnie ją choroba odeszła, zdrowa a zabiegająca o wszystko, jako zawsze.
Aniela westchnęła.
- Dobra to nowina - pokiwała siwą głową - Łacniej ciało się zaleczy, niźli dusza zatruta...
- A jako wam się wiedzie? Jako się miewacie, matko?
- A miewam się, miewam. Snadź lepiej by się miewała, coby ludziska życzliwe częściej zachadzali - Aniela uśmiechnęła się. - Dyć nie bierzże tego tak do serca, radam, coś przyszeł, mój chłopcze.
- I ja radym, com wreszcie przyjechał - szczerze powiedział jej Katosz. - Żal mi jeno, com wcześniej nie trafił...
Żywił do Anieli szacunek ogromny i cenił ją sobie zawsze, nade wszystko za to, co Alinę kochała a w opiece miała. W tajemnicy przed żoną długo słał starej jadło, grosz gotowy abo co jeszcze, przez umyślnego, aże dowiedziawszy się o tym, Sara zagroziła, co odejdzie od niego. Tego lękał się zawsze.
- Niechby i najzgrzebniejsza była, koszulina zawżdy skórze najbliższa... - rzekła Aniela. - A kiej kto serce we dłoni nosi, sam się o zgubę prosi - zaśmiała się gorzko. - Kole żony a dobytku ci chodzić, domu pilnować. Nie turbuj się, co o swe zabiegasz.
Pomny, co ze starą prosto a bez zakrętów trza, trudno się jednakowoż było zebrać Katoszowi i do rozmowy o Alinie przywieść. Że Sara, do matki swej nienawiścią się karmiąca, skorzej by na jej mogile garniec wychyliła, aniżeli odwiedzić ją miała, miarkowała Aniela dobrze.
- Jarmark w mieście, gości w zajeździe siła... Sara roboty ma tyla... - zaczął bez przekonania. - Sama wiecie, matko, co ona sama wszystkiego pilnować musi, o wszystko zabiegać... Niechybnie wybrałaby się ze mną... Kazała...prosiła was pozdrowić... - smutny uśmiech na twarzy kobiety widząc a głowę jej z politowaniem się kiwającą, umilkł.
- Nie potrza, mój chłopcze, dajżesz pokój. Prawisz, jakożbym córy swojej nie znała - rzekła mu Aniela. - Gadaj mi tu lepiej, czemu Alina nie zachadza. Dawno już, kiej była i zgryzota mi o nią.
- Alina...no cóż... Wiecie to sama, matko, jako z dziewczyną jest... - powiedział Katosz.
- A wim, wim - zgodziła się - i temu frasuję się o nią. Cóż z nią?
- A co ma być, matko...pomaga Sarze w zajeździe, roboty tyle...
Aniela weszła mu w słowo:
- Jarmark, gości pełno, a Sara z Aliną se lubią we dwie wszyćkiego doglądnąć, co? - zaśmiała się. - Mój chłopcze, staram juże, nieledwie żywota mi ostało. Ni ma cię latami, a kiej nareszcie mie nawiedzasz, tyle rzeczesz, coby nie rzec nic.
Chciałby jej wyznać wszystko Katosz, sprawiedliwie a prawdziwie, jako to było, przemóc się jednak nie podobna mu było, kiej troska o Sarę a Alinę, najwyższym mu zawżdy dobrem będąc, na drodze do wyznań podobnych stała. Miarkował jednakowoż, co ani chybi odejdzie z niczym, jeśliby tylko Anieli zełgał, lub wypaczoną historię wystawił. Żona gniewem go zaś do rozmów z dziewczyną przynagli... Kiedy to się skończy? Westchnąwszy spod serca, twarz w dłonie ujął.
- Miłujące serce zawżdy lękać ma się czego, mój chłopcze - podeszła do niego i dłonie na głowie złożyła. - Lęka się o tych, co miłuje najwięcej, takoż samotności lęka się, kiej tych nie stanie. Tyś zawżdy lękał się aby jednej, któręś miłował od dawna. Lękałeś się, co stracisz ją. Potem lękałeś się, mój chłopcze, o dwie kobiety, coś je miłował, to zawżdy widne było. A tera lękasz się dwiech kobiet, co to je miłujesz, jeno nic rzec o tym nie umisz. Kiej radę jakąś od starej baby chcesz, prawże tedy, a prosto, czem zatrute twe serce, mój chłopcze.
- Wybaczcie matko - rzekł smutnie - lecz jako mi wyznać się z czegoś, czego sam nie wyrozumiem, czego sam nie wymiarkuję. Córka twoja wygnała mnie tu, cobym zwiedział się...cobym spytał...
- A jużci, co miarkuję niezgorzej, czegóż cię Sara przygnała, a jużci - stwierdziła Aniela. - Zawżdy jedno chciała, i wie ci ona, co ode mnie tego nie dostanie. Tedy ciebie, mój chłopcze, słać jej się umyśliło, boć rozumuje prawdziwie, co miłujesz ją a wszyćko dla niej uczynisz. Rozumuje słusznie też, co kole serca cię zawżdy nosiłam, boś człek dla ludzi dobry a o Alinę dbający. - Stara pokiwała smutno głową. - A jej serce, kiej głaz zimne a chytrzycą podszyte.
Słuchając Anieli, współczuł jej Katosz z serca szczerego. Ręce jej, wciąż na głowie jego spoczywające, w swoje dłonie ujął i ucałował, ku górze spoglądając w jej twarz i oczy bielmem zaszłe.
- Od jak dawna...od kiedy... - wzruszeniem głos mu się złamał.
- Jak dawno oczy mrokiem osnute? - do bulgoczącego kociołka się zbliżywszy, Aniela dosypała czegoś do parującego wywaru a zamieszała. - A jużci, co dawno, mój chłopcze, dawno.
- Nie wiedzielim... nie wiedziałem.
- A na cóż by ci wiedzieć było, mój chłopcze?
Pomiarkowawszy, co niczego by to nie zmieniło, Katosz wstydem się oblał. Sara, wieczny mając żal do matki, ucieszyłaby się pewnie, co starą los okrutnie doświadczył, a on sam...na żaden gest litości nie zdołał by się zdobyć, coby woli żony się nie sprzeciwić.
- Ano właśnie - zimno rzekła Aniela. - To teraz praw mi tu, co z Aliną? Czemuż nie zachadza do mnie?
Przypomniawszy sobie znowu kłótnie żony z dziewczyną i swoją z nią rozmowę w stajni, zimny dreszcz przepełzł Katoszowi po plecach.
- A mnie skąd wiedzieć? - powiedział. - Odkąd wie, co pasierbicą naszą, a nie córą jest, zmieniła się.
Stara kobieta drgnęła, spoważniała a rysy jej widocznie stężały. Wymamrotała jakieś słowa, których karczmarzowi zrozumieć nie podobna było, czyniąc przy tym gest dłonią dziwny.
- A jakoć to zmiarkować mogła? - spytała, a w głosie jej, po raz pierwszy bodaj, odkąd ją znał, usłyszał Katosz jeśli nie lęk, to bez ochyby obawę.
- Dajcież spokój, matko - rzekł niepewnie - wszak to już wy wiecie najlepiej...
- Praw mi to zaroz wszyćko, a nie pomiń nic! Rzekła co?
Zdziwił się karczmarz na taką Anieli reakcję.
- Wiecie, jak z Aliną jest. Nie lubi gadać wiele - stwierdził.
- To jakoż to było, co wiecie, że pomiarkowała się?
- Kilkakroć jeno rzekła, co nic o jej matce nie wiemy...
- I tyla? - Aniela na poruszoną wielce wyglądała. - Pewnyś?
- Nic więcej - aczkolwiek nie kłamał, czuł karczmarz, co winien wyznać przed starą wszystko dokładnie, jako to się stało.
- Kiejście prawili o tem?
- A zaraz jak Alina chorobę z Sary wypędziła - odpowiedział jej Katosz.
- To Alina Sarę z choroby wyciągła? Prawże tu zaroz wszyćko o tem, a nic nie pomiń, co wszyćko tu ważne! - głos Anieli zdradzał podenerowanie.
- Ale cóż mam wam, matko, prawić? Przecie wy sama najlepiej wiecie, jako to było, od Aliny... Wyście rzec jej musieli, co pasierbicą naszą jest, bo kto inszy...?
- Nicem nie rzekła Alinie o jej maci rodzonej - głucho wyznała Aniela. - A dyć prawda, co powinnam może, alem nic nie rzekła - dodała jakby do siebie. - Dawno to już, kiej była u mie, ze dwa razy po śniegach roztopnych zararozki, i tyla. Potem wcale. Prawili ludziska, co zaniemogła Sara silnie, wyglądałam za Aliną tedy, chciałam, coby w bór poszła ziół nazbierać. Uwarzyć Sarze myślałam...naparu jakiego. Wnet ci zaroz jednak przyszło, co już ozdrowiała. Praw mi to zaroz wszyćko, mój chłopcze, jakoć to było.
Trwogą jakowąś dusza karczmarza się skuliła, wzruszenie starej kobiety widząc. Natenczas, kiedy maleńką dziewczynkę w koszyku nocą Aniela do zajazdu przyniosła, rzekła im, co rodzice jej a krewni z zarazy pomrzeli i niechby ją na córę swoją wychowali, to nikt nigdy nie dowie się, jako to iście było. Jakże więc się mogła Alina pomiarkować, co pasierbicą ich jest? A kto jej lekarstwa nastarczył?
- Wy naprawdę nic nie wiecie? - zapytał po raz ostatni.
- Nie - w głosie starej kobiety słychać było zniecierpliwienie. - A teroz praw mi tu wszyćko, mój chłopcze.
Rozdział 10.
Wobec prażącego niemiłosiernie słońca, niczym fale morskie, tłumy ludzi kłębiły się a przetaczały przez plac targowy w mieście, a dochodzącymi doń alejami i uliczkami wciąż nowe ich masy napływały. Będąc zatłoczonym miejscem przez cały rok, w czas jarmarku rynek był zgoła oblegany. Jednakowoż w te dnie, kiej egzekutor miał w przytomności tłumu torturować, ścinać abo wieszać skazanego, ludzi przybywało najwięcej. Ufając, co są witalną częścią działającego systemu sprawiedliwości, potrzebowali mieszkańcy miasta przekonać się, co każda zbrodnia zostaje odkryta, a jej sprawca przykładnie a widowiskowo ukarany. W owe dnie całymi rodzinami wylegali podgórzanie na ulice. Nawet sędziwi, z kulasami gośćcem powykręcanymi staruszkowie, zwykle skorzej w chałupach zostający, by nad malcami pieczę trzymać, a już zupełnie jeno przy okazji, pod nieobecność gospodyń, ukradkiem possać bezzębnymi dziąsłami słoniny lebo chyłkiem śmietany polizać, tegoż dnia, chyżo kuśtykali ku rynkowi, w zgnite, podmiękłe owoce czasem, a częściej w twarde kamienie pozbrojeni.
Ogłuszający ryk tłumu powitał kata, po drewnianym rusztowaniu przechadzającym się właśnie pomiędzy stołem tortur, dybami, szubienicą i pniem do ścinania tych skazanych, którzy zgoła do końca żywota swego czuliby się urażeni, niechby jeno jako pospolitych przestępców ich powieszono. Nim jednak nieszczęśników wyprowadzono przeciw tłumowi, jeszcze egzekutor ukazywał ludziom narzędzia tortur, do uroczystego domknięcia się cyklu sprawiedliwości a praworządności służące. Eksperiencja udowadniała, co im głośniejsze, wymyślniejsze a krwawsze zakończenie tegoż cyklu, tym jego początkiem a przebiegiem atencja społeczna mniej się była zajmowała.
Morlaud zamiarował udać się ku rynkowi sporo wcześniej, chcąc tłoku uniknąć a upewnić się też, czy aby pułapki jakiej Sieja nań nie uczyniła. Aczkolwiek, nie doceniwszy zapału, z jakim mieszkańcy miasta, partycypacją swą, gremialnie legitymizowali tortury, jako zachętę ku prawa przestrzeganiu, z wielkim trudem przez tłum się akurat przeciskał, który składał się głównie z łokci, kolan a ciężkiego obuwia, o czym Morlaud przekonywał się boleśnie. Wysiłki te daremnymi się zdały, gdyż na powrót wypychano go na brzeg morza ludzi, gdzie stał bezradny i frasował się, co dalej robić, kiej przy uchu znajomy głos posłyszał:
- Teraz widzę, coś nie stąd - Sieja stała tuż za nim. - Tyś naprawdę myślał, co dopchasz się pod rusztowanie? Ludziska zbierają się tu jeszcze z wieczora, coby lepszy widok był.
- Tropiłaś mnie - rzekł jej, lecz bez wyrzutu.
- W rzeczy samej - uśmiechnęła się. - Przegapiłam cię niemalże, boś tak wcześnie wstał, by tropić mnie. Chodź za mną. Rozmówić się nam potrzeba.
- Pewnaś, co nikt cię nie uwidział?
- O moją czy swoją skórę się martwisz? - odrzekła mu, za rękę chwyciła a pociągnęła za sobą w ciżbę.
Uśmiechnąwszy się w duchu, Morlaud podążył za swą przewodniczką, podziwiając grację a łatwość, z jaką przez gęstwę ludzi się przemykała, poczucie czasem mając, jako to przechodnie sami się przed nią usuwają, a już całkiem pewnym będąc, iż niechby dłoń jego puściła, zrazu straciłby ją z oczu.
- Gdzie mnie ciągniesz? - od mijanych ludzi się odbijając, spytał.
- Nie bój się, nic ci nie zrobię...póki co... - obejrzawszy się, mrugnęła doń okiem.
Nie odezwał się więcej. Pewność siebie dziewczyny, jej hardość a zręczność, z jaką go kontrolowała, złościły go, ale też podobały mu się. Miała ten typ urody, który, pospolity udając, iście królewskim był. Przyciągała go wdziękiem a lekkością ruchów, sylwetką, wszystkim. Zmieni plany, jakie miał dla niej, gdy już potrzebna mu być przestanie. Zadowolony, znów się uśmiechnął.
- To już tuż - rzuciła Sieja.
Podążając teraz jedną z bocznych ulic, gdzie tłum wyraźnie przerzedł, dziewczyna puściła jego rękę, przyspieszając marsz i ledwie nadążyć mógł za nią teraz. Zaraz też w mniejszą, wąską, zupełnie zacienioną uliczkę weszli, by w końcu zejść po kilku schodach i przed solidnymi drewnianymi drzwiami stanąć.
Sieja zapukać już miała, gdy zawahała się i ku towarzyszowi zwróciła:
- Jeśli broń masz przy sobie jakąś, zaniechaj i nie sięgaj po nią - prosto w oczy mu wejrzała. - Nic o tobie nie wiem, nie znam cię i nie ufam ci.
- Rzekłem ci już, co przecież... - Morlaud mówić zaczął, lecz ona palec mu na ustach położyła.
- Ciii... - jej usta ułożyły się w uśmiech. - Nie trza nic gadać. Poniechaj. Ani cię znam, ani ci ufam, ani cię lubię, wczoraj ci to wyłożyłam. Pomnam też, co przysporzyłam ci powodów, byś i ty mnie nie lubił. Jeśliś jednak sprawiedliwie a prawdziwie gadał, co ku kopalni się wybierasz - głos jej do szeptu zszedł - to nam po drodze i przysłużyć się sobie możemy. Dobrze se to wyłóż i w przytomności miej, kiedy z jasnej ulicy w ciemną piwnicę zaraz wejdziemy i pokusa cię najdzie, by skaleczoną twą wczoraj dumę uleczyć, zabić abo okraść mnie próbując. Pojmujesz?
- Lubujesz się w przemowach, co? - uśmiechnął się chłodno.
- Nie. Lubuję za to, gdy wszystko jest dla wszystkich tak proste a jasne, jak tylko być może... w naszej sytuacji... - odwzajemniwszy uśmiech, zapukała.
Po dłuższej chwili w drzwiach otworzyło się małe zakratowane okienko i zamajaczyła w nim niewyraźna twarz, która męskim głosem spytała krótko:
- Kto to?
- Przysłużyć się nam może - odrzekła Sieja.
- Ale kto to?
- Otwórzże, do ciężkiej choroby! Sterczym tu, kiej dwa łajna na śniegu!
Ledwie widoczna twarz potępiająco przyglądała się stojącemu przed drzwiami nieznajomemu, widocznie się wahając, czyby otworzyć.
- Nie przystoi twemu opisowi - stwierdziła twarz ostrożnie. - Pewnaś, co to ten sam człek?
- Pogmatwały się sprawy - wyjaśniła zniecierpliwiona. - Tego przypadkiem naszłam wczoraj wieczorem. Wpuśćże nas!
W milczeniu prośbę rozważywszy, twarz zniknęła po chwili a okienko się zamknęło. Zaraz drzwi uchyliły się odrobinę i głos ich doleciał:
- Sama wejdź!
Gestem przykazując Morlaudowi, by poczekał, Sieja wślizgnęła się i zniknęła. Zaraz drzwi otwarły się szerzej i też wszedł.
Czując zapach dymu i smoły z wygaszonych dopiero co pochodni, miarkował, co chciano go w ten sposób mrokiem wewnątrz panującym oślepić na chwilę. Uznał to za chytre, uśmiechając się na to.
Wyczuł obok siebie ruch.
- Ślepym a głuchym, gadajże wreszcie, w czym rzecz! - rzucił w mrok.
Wtem dwie pary silnych rąk, powaliwszy wpierw i unieruchomiwszy, przeszukały go, by lżejszego o dwa noże a sztylet, zaraz na powrót na nogi dźwignąć.
- Nie żyw urazy - usłyszał głos Sieji - mus mi pewność mieć, co głupiego nic nie zrobisz.
Nic nie odrzekł na to, miarkując se wprzódy, co tak się właśnie sprawy potoczą. Aczkolwiek będąc wciąż pomiatanym przez dziewczynę, złość coraz większą miał w sobie i do porządku sam siebie przywieść musiał, plan swój własny a nagrodę wspomniawszy.
- Tędy - za rękę poprowadzono go ku kolejnemu pomieszczeniu, za równie solidnymi drzwiami się znajdującemu. Żagiew na ścianie zatknięta oświetlała izbę, stosami worków, skrzyń i powiązanych w pęki skór wypełnioną, a i półkami przeróżnymi, towarami zawalonymi.
Prócz Morauda i Sieji, dwie osoby jeszcze przytomne były. Rude, młode, acz mocnej budowy chłopaczysko i zakapturzona postać, akuratnie poza zasięgiem słabego światła w kącie siedząca.
W Morlaudzie ponownie gniew zawrzał, ponownie o własnych zamiarach przypomnieć sobie musiał, by opanować go.
- Czas teraz, by prosto i szczerze się rozmówić - rzekła Sieja. - Prawda to, co ku kopalni chcesz iść?
- Oddajcie mi, coście wzięli.
- Za tobą.
Bez słowa swoje rzeczy podniósłszy, wskazał na nie i spytał:
- Po czemu zatem to wszystko?
- Wiesz dobrze, po czemu. - Powiedziawszy to, Sieja podeszła do niego, wyciągnęła dwa mniejsze noże zza jego pasa i jednym, płynnym ruchem rzuciła nimi w o jakie dziesięć kroków stojący regał, w który ze stuknięciem ostrza się wbiły, trzy palce jedno od drugiego.
- Kopalni szukać chcesz? Prawda to? - powtórzyła zapytanie.
- Taki zamiar mnie tu przywiódł, wieść o starej kopalni niesie się daleko, tom szczęścia swego popróbować przyjechał - uśmiechnął się, noże wyciągając. Wbite były głębiej, niźli się spodziewał. - Gdzieś się tak zgrabnie rzucać nauczyła?
- A podaje wieść i o tym, co za łażenie a węszenie w tych rejonach gardła dać można? - dziewczyna zignorowała pytanie.
- O srebrze wieść prawi, co to leży a czeka jeno, aby je podnieść. Mnie to starczy.
- A o wszystkich tych nieszczęśnikach, co owe srebro zbierać się wybrali a nigdy ich już oko ludzkie nie widziało? Takoż wieść prawi?
- Mówże wreszcie, jeśli masz co do gadania - nieco zniecierpliwiony już rzekł Morlaud. - Przez pół światam zwlókł się tutaj, coby srebra poszukać. Że trudna to sprawa a niebezpieczna, której samemu czoła nie stawić, rozumuję dobrze, bo byście tu teraz mnie, obcego, nie macali, ktom jest a jakie mam zamiary. Sama wiesz, com wczoraj bez przypadek wpadł na ciebie i tyś to mnie tu dzisiaj zaciągnęła. Abo gadajżesz już, w czym rzecz, abo mnie puśćcie.
Spojrzała pytająco Sieja na milczących dotąd towarzyszy, zaraz też zdało się, jakoby w kapturze skryta głowa kiwnęła. Spojrzała Sieja na rudego. Rudy spojrzał na Morlauda. Potem na Sieję. W końcu ozwał się:
- Do biesa czarnego z tym! Leto zara przejdzie, a my nie pójdziem!
Teraz Morlaud spojrzał pytająco na Sieję.
- No to do rzeczy - zaczęła dziewczyna. - Wiadoma rzecz, co w kopalni srebro kopano. Wiadoma rzecz, co od dawien pozawalana jest. Wiadoma rzecz, co ... - zawisł jej głos na moment - wielu ludzi zasypało w korytarzach a sztolniach. Wiadoma rzecz, co czemuś nigdy nie odkopano kopalni. Wiadoma rzecz, co z wszystkich ludzi, od lasu próbujących do kopalni iść, żyw nikt nie wrócił.
- Wiadomo wszem, co w lesie pomrzeli wszystkie - poprawił Sieję rudy chłopak. - Co pani lasu a duchy kniei ich potraciły, to wiadomo!
Z rozbawieniem spojrzał Morlaud na poruszonego chłopaka.
- A niech ci będzie - zrezygnowanym głosem przytwierdziła Sieja - wieść niesie, co wiedźma jakowaś, potwory a duchy pomordowały tych, co w bór weszli. Zadowolonyś?
- A ty temu wiary nie dajesz - zauważył Morlaud. - Czemu zatem nikt nie wraca? Co się im stało?
Zaglądając mu w oczy, Sieja podumała chwilę, by zaraz rzeczowo rzec:
- Widzi mi się, co to wszystko legenda jeno, przez kogoś z krwi i kości uczyniona. Ni żadne czerownice, ni duchy, ni demony, jeno ludzie zwyczajni, co sami srebro kopią a nie chcą, coby się im kto tam szwendał. Niechby się rozniosło wszędy, co w góry można iść a bogaczem wrócić, i wojska zastępu mało, coby tłumy chętnych pędzić a gonić precz.
- Żałować będziesz, co kpisz a wyśmiewasz z pani lasu - mruknął rudy chłopak.
- A czy ja kogo wyśmiewam? Wiary jeno nie daję legendom a bajaniom, i tyle.
- To nie bajdy żadne! - rudy zamilkł, ręce na piersi zaplótłszy, najwidoczniej urażony.
Z zaciekawieniem rozeznawał się Morlaud w sprawie, zamiarując wywiedzieć się czegoś więcej. Za gawędę z początku całą historię mając, rosło w nim teraz poczucie, co warto być może się pochylić nad nią niżej.
- Rzec by można - rzekł na to - co po drodze nam być może, bo i ja ku kopalni chcę, i wy. Prawda to?
Sieja i rudy kiwnęli głowami, jednakowoż zauważył Morlaud, że kaptur nie poruszył się.
- Czas, bym wyłożył wam dokładnie, co mnie wiadomo - rzekł Morlaud.
Urwał dla efektu, swą misternie zdobioną fajkę nabitą wydobył, przypalił i samemu się zaciągnąwszy, zaproponował innym, którzy odmówili, lecz zaciekawieni przyglądali się przyrządowi. Paląc, ciągnął dalej:
- Dopiero co, jakem tu przybył, więc od kupców a włóczykijów jeno znam sprawę całą. Słyszałem, co moc srebra ciągnięto z kopalni, dopóki się nie zawaliła, ludzi żywcem grzebiąc. Przy próbach odgrzebywania korytarzy, więcej jeszcze ludzi pomarło, bo te takoż się czemuś zawalały. Przez las próbowano się tam dostać, to nikt nie wrócił żywy...
- Pani lasu - wtrącił chłopak.
- Plotka niesie, co bór, góry, duchy i - Morlaud znacząco na chłopaka spojrzał - ...pani lasu dostępu bronią. Czy tak?
- Żadna to plotka! - oburzył się rudy. - Biada nam, jeśli nie pomnim...
- Fidus! - zareagowała ostro Sieja. - Nie przerywaj!
- Ja tam swoje wim... - niczym kot prychnąwszy, rudy znów się obraził.
- Szczędź nam tego! A ty praw dalej - zwróciła się do Morlauda, któren ramionami na to aby wzruszył.
- Wszystko to już chyba - oznajmił. - Wielu próbowało, a nikt nie wracał. Pono nikt nie wie, cóż się kryje za tym przeklętym borem. Ale tego to się już sami zwiemy, prawda to?
Błysk radości przeleciał wiatrem po twarzach Sieji i rudego Fidusa, nawet kaptur jakby się trochę ożywił.
- Niczegoś więcej o tych stronach nie słyszał? - podejrzliwie spojrzała Morlaudowi w oczy Sieja. - Stara kopalnia, srebro, legendy o duchach... tak, wiem, Fidus... I nic więcej?
- A jest co więcej? - odrzekł jej na to. - O wojnie wszem wiadomo i wobec, lata już, jak się skończyła. Nierzadko słychać opowieści, jak niebezpieczne a dzikie jest pogranicze, co ziemia nie rodzi, co głód. Cóż więcej ma być? Bajania o wiedźmach, pokutnicach, miksturach życia i śmierci, demonach... nic więcej.
Ukradkowe spojrzenie, rzucone ku kapturowi przez Sieję, kiedy Morlaud wspomniał mikstury, nie uszło jego uwadze.
- To bodaj wszystko, co wiem, teraz wy gadajcie - rozejrzał się. - Obyście więcej wiedzieli ode mnie.
Zafrasowana lekko dziewczyna, obiegła spojrzeniem po wszystkich, na koniec zwracając się do Morlauda:
- Niewiele więcej jest tego, co „wiemy” - rzekła niepewnie. - Od ludzi, z którymi wczoraj mnie widziałeś, zamiarowałam zwiedzieć się więcej a dokładniej, z ichnich map.
„Mapy! Czyliż to były mapy do kopalni!”, pomyślał Morlaud i uczuł zalewającą go dumę i satysfakcję, zdawszy sobie sprawę, co znowu miał rację.
- Kilka dni temu napotkałam ich Przy Rozstajach - mówiła dalej Sieja. - To ten zajad, w którym ciebie widziałam... i twojego konia - zawiesiła głos i przebiła Morlauda oczami. - Z gadania ich wyrozumiałam, co barona jakiego napadli, którego krewny onegdaj dużo stracił w jakowejś starej kopalni, a któren miał też jakieś mapy za pazuchą, jednak z map tych niczego odczytać nie zdołali. Przystałam z nimi, zamiarując jakoś im te mapy podpatrzeć choćby, bo podebrać je nie sposób, coby Arys pomsty okrutnej na nas nie szukał zaraz. Już w Podgórzu Finet się do nas dosiadł, miał on się na mapach wyznać i odcyfrować je dla Arysa. I on jednakowoż niczego z tych pergaminów wyrozumieć nie zdołał. Jakoś zara tyś się do nas dosiadł, znajomym zrazu mnie się wydałeś, tom pewna była, co czemuś tropisz za nami, lecz tyś zaraz łeb, kiej żuraw zapuszczał nuż Finetowi te mapy podejrzeć, i stanęło mi wszystko w oczach jasno.
- Rzekłaś, co niczego Finet nie wyczytał - przypomniał jej Morlaud.
- Może to być, co zełgał, udając jeno, co nie wyczytał - przytomnie stwierdziła Sieja. - Dość rzec, że namawiał Arysa, by mu ten przyzwolił owe mapy na dzień abo dwa do kogoś zabrać, kto odcyfrować by je poradził, ale do kogo musiałby on, Finet, udać się z mapami sam.
- Zdradził się z czym? Jakie imię? - zapytał Fidus. - I czemu sam?
- Nic więcej.
- Arys mapy nosi przy sobie?
- Cały czas, umyślił sobie bowiem, co zaraz, jak robotę w Podgórzu skończą, to znajdą przejścia w lesie, ku kopalni, abo...
Sieja urwała i w kierunku zacienionego kaptura okiem łypnęła. Nastąpił po tym długi moment ciszy.
- Powiedz mu - niski, ciężki, chrapliwy głos dobiegł spod kaptura, bardziej mruknięcia niedźwiedzia, niźli ludzki głos przypominający. Niczym kamienne płyty ze zgrzytem przesuwające się wewnątrz głów i głębokie bruzdy w niej pozostawiające, dwa te słowa osiadły w jaźni każdego, kto je słyszał.
Przyjrzeć się baczniej zakapturzonej postaci chciał Morlaud, lecz siedząc w mroku, tuż poza granicą słabego światła pochodni, wciąż zagadkową pozostawała.
Sieja odchrząknęła.
- Arys utrzymuje, że jak do srebra żadnego nie dotrą, to na pewno znajdą gdzieś tam...roczar.
- Roczar? - powtórzył Morlaud.
Ponownie podejrzliwie przyjrzała mu się Sieja.
- Tyleś słyszał o zabobonach z tych stron, aleś o roczarze nie słyszał nic? Podobna to? - rzekła. - Roczar, nieśmiertelnik, ziele trujące, co życie wracać potrafi. Ponoć rośnie jeno w tym lesie.
- Trujące, co życie wraca? Nic nie rozumiem. Chodzi o te mikstury życia i śmierci?
- Rzekłeś. To z tego ziela da się je przyrządzić...ale trza wiedzieć, jak to uczynić.
Morlaud pokręcił głową.
- Arys w bór chce iść i zioła zbierać? - zaśmiał się. - I potrzebuje ludzi? Map? Nie do wiary to...
- Wyłożę ci to po raz wtóry, jako pacholęciu prawiąc powoli - złośliwy uśmieszek pojawił się na twarzy Sieji - bo widzę, żeś ani w ramionach, ani w głowie krzepki nie jest. Arys coś ma w mieście do zrobienia, do tego mu zgraja potrzebna. Co mają robić, nie moja rzecz. Napadłszy na jakiegoś bogacza, przypadkiem trafili na te mapy, i sądząc, co może to być stara kopalnia srebra, umyślili se, że w czas im szczęścia popróbować, jak już swoje w Podgórzu sprawy skończą. A jeśliby srebra nie ukopali jednak, to w tamtych okolicach pewnie roczaru naznajdują, i z tego pieniądz zarobią. Naówczas ja napatoczyłam się na nich, a ty na nas. Wyrozumiał żeś teraz?
„Ty zapowietrzona suko!”, zapienił się w duchu Morlaud, a purpurą wściekłość twarz mu zalała. „Zapłacisz mi za to!...ale jeszcze nie teraz...” Opanować się próbował, lecz daremnie. Boki niczym miechy kowalskie mu pracowały, jak u byka, a głos wiązł mu w gardle, czy to z emocji, czy w obawie, coby znów błazna z siebie nie uczynić. Patrzący na niego na rozbawionych wyglądali.
- Cóż się dzieje? - z trudem śmiech powstrzymując, spytała dziewczyna. - Jakbyś grudę ziemi strawić próbował
- Pomiarkuj się... - przez zaciśnięte zęby wycedził Morlaud.
- Dajże mu pokój, Sieja - wesoło włączył się Fidus. - Przeca jucha uszami a nosem mu zaraz pójdzie!
- Poniechajcie mnie, rzekę wam... - głos Morlauda niby napięta cięciwa łuku był. Wciąż dysząc ciężko, powiódł wściekłym spojrzeniem wkoło, topiąc się w bezradności a wstydzie, rozpalające go płomieniem, którego w końcu nie podobna ugasić inaczej, niż... na myśl o rozkoszy, jaka nieuchronnie stanie się jego udziałem, zdołał się jako tako opamiętać. Poddając się pokusie, zamknął oczy i wyobraził sobie przez mgnienie pomstę, jakiej dokona na krnąbrnej dziewczynie i jej przyjaciołach... Zaraz też udało mu się uspokoić i panowanie nad sobą zupełne odzyskać, gdy wzrok wszystkich, ze zgrozą w jego ręce utkwiony wyczuł. Za ich oczami podążywszy, obaczył strugę krwi, spływającą z zaciśniętej na sztylecie dłoni.
- Dajże pokój - rzekła dziewczyna, uspokoić się go starając. - My tak jeno, dla uciechy. Skraśniałeś, jak bykowe jajce na ruję... Dobrze się czujesz?
Przyglądali mu się z uwagą.
Przymusiwszy się do uśmiechu a sztylet za pas wsunąwszy, Morlaud zawinął skaleczoną dłoń w kawałek płótna i ochrypłym głosem rzekł:
- Tak, błaznaście ze mnie zrobili, tom się prosto wściekł, czego się dziwicie. Co to za roczar? Ten nieśmiertelnik?
Patrzyła ciekawie na niego jeszcze chwilę Sieja, by w końcu ramionami wzruszyć i rzec:
- Z roczaru abo nieśmiertelnika, bo tak się zwie owo ziele, wywar da się zrobić, który każdą chorobę leczy. Każdą. Trza jeno ten wywar dobrze zrobić, bo jak się coś pomyli, to cierpienia okrutne spowoduje a niechybną śmierć przyniesie. Prawią, co odpowiednio zgotowany a długo jedzony, może... - ponowne ukradkowe spojrzenie na kaptur - ...może starzenie wstrzymać, życie przedłużając.
- Prawda ci to? Dajesz temu wiarę? - spytał Morlaud.
- Sama nie wiem... Pomnam jednako, co „w bajce a legendzie ziarno prawdy tkwić będzie” - ostrożnie przypomniała stare porzekadło.
- Nie wyrozumiem - zwątpił Morlaud. - Przecież jeśliby tak miało być, jako prawisz, dawno skarczowany las byłby, zaś wszyscy w Podgórzu po sto lat byliby żyli. Takowe panaceum warte krocie!
- A widzisz! Prawdęś rzekł! - przytwierdziła mu Sieja. - Krocie! Lecz szkopułów jest w tym takoż kilka. Otóż receptura znana jest niewielu, a ci pilnie jej strzegą. A jak się coś źle uczyni przy warzeniu, w silną toksynę wywar się przemienia, który wprzódy niby uleczy chorego, by go zaraz do mąk a śmierci przywieść. Bywa, co zabija po miesiącu, bywa, co po kilku. Temu nie sposób zawczasu stwierdzić, z czym akurat do czynienia jest.
Zadumany co bądź, rzekł Morlaud powoli:
- Sporo ci o tym wiadomo...
- Zdawać ci się tak może, lecz to ci każdy stąd opowie - Sieja spojrzała na niego a opowieść szła dalej. - Mikstura z nieśmiertelnika, trucizna, taką moc ma w sobie, co jednym ponoć kuflem wlanym do studni zamkowej, w kilka księżyców miesączków potruto mieszkańców wraz z podgrodziami dwoma. Ponadto, podług gadania ludzkiego, rośnie nieśmiertelnik jeno kajś w borze głębokim. Jednakowoż zaraz po wojnie porastać on począł wszędzie, kaj tylko w potyczkach a bitwach ludzi poginęło. Rychło takoż wieść wicher rozwiał, co rośnie roczar wszędy tam, kaj krew ludzka a ciało w ziemię wsiąkły... Wykładasz sobie, co się działo? - głos Sieji zadrżał. - Mordowali się wzajem ludziska, a juchą gront żyźnili i flakami. Niedługo potem ukaz wydano, wszystkiego, co związane z roczarem, pod karą śmierci zakazujący.
- A prawda to, co ziele rośnie tam, gdzie kto pomarł?
- Tego nie wiadomo - prawiła Sieja, cięgiem ku kapturowi zerkając. - Wiadomo, co kasztelan z rajcami baczenie mają, by nikt nie śmiał słowem choćby pisnąć o nieśmiertelniku. A możeś i temu nic o tym nie słyszał w swych stronach.
Patrząc po obecnych, gryzł się czymś Morlaud widocznie. W końcu powiedział:
- A jest ktoś, kto miksturę przyrządza?
- Do kopalni po srebro idziemy, nie po roczar - przypomniała Sieja. - Nie potrzeba nam nikogo, kto zna się na tym.
- Nie przecz, żeś myślała o młodości a urodzie wiecznej...
- Nie przeczę - rzekła mu - ale sposobu nie ma na to, by się czegokolwiek dowiedzieć, gardłem nie ryzykując. Tu nikt nie ufa nikomu.
- A dlaczegóż ja? Czemuż to mnie o wszystkim prawisz? - Morlaud zadał pytanie, które od początku po głowie mu się tłukło. - Słusznie przypominasz, co nie lubisz mnie i nie ufasz, a naraz opowieści snujesz, za które w tych stronach wieszają. W czym rzecz?
Konfuzja wystąpiła Sieji na lico.
- Widziałeś mi się kimś, kogo nająć by można, na mapy uwagę zwróciłeś, tom zmiarkowała, co czytać je potrafisz... - spojrzała mu w oczy. - Omyliłam się?
- Nie omyliłaś. Znam się na tym.
- Coś mi podszepnęło takoż, żeś nie stąd. Musiało mi to starczyć. W bór, w góry nie idzie się w pojedynkę, ludzi trza.
- A jaką pewność masz, co nie mam tu swoich kamratów i z nimi wyprawy nie planuję?
- A masz? - Sieja spojrzała na niego.
Patrzył jej chwilę w oczy, po czym westchnął i rzekł:
- Nie mam.
Dziewczyna uśmiechnęła się.
- Wiedziałam.
- To wielu nas jest? Was trzy i ja czwarty?
Słysząc, co nieznajomy najpewniej do nich dołączy, rudy Fidus ożywił się.
- Starczy! - zapewnił żywo. - Obmyślelim a zaplanowalim wszystko! Zapasy jadła gotowe, rynsztunek zebrany, na samo wyruszenie jeno, co jucznego się przysposobi.
- Nie tańcujże tak, kiej pierwiastka przed Kupałą! - ostudziła go Sieja. - Widzicie go! Wprzódy mapy nam zdobyć a dowiedzieć się z nich czego!
- Jak zamiarowałaś je zdobyć? - zapytał Morlaud.
- Niczegom jeszcze nie umyśliła, rozeznawałam się jeno w sprawie i temu znosiłam umizgi Arysa - przyznała głosem nasączonym odrazą - gdy słabość ku mnie wykazywał. Gadał, że jeśliby przyzwolił Finetowi gdzieś z mapami się tłuc, mnie abo Koszę za nim puści.
- A gdyby dać mu w łeb i zabrać?
- Arys ze swojemi oprychami są na żołdzie u Ulardoma - rzekł rudy Fidus - i w całym Podgórzu z bezwzględności a okrucieństwa sławni. Porżniesz ich, to wszystkich oprychów, a i zbrojnych, na karku mieć będziesz. Okradniesz, krewniaków ci żywcem ze skóry obedrą.
- W rzeczy samej - przyznała Sieja - zamiarowałam tak uczynić, coby podejrzenie na Fineta skierować. Abo z nami go zabrać, niechby się do nas przygodził.
- To jego przyprowadzić dziś miałaś, nie mnie? - odgadł Morlaud, uśmiechając się.
Dziewczyna uśmiechem się odwzajemniła.
- Prawda, tak planowałam uczynić, dopóki...zalotów jego nie odtrąciłam. Widzi mi się, co dumę męską, choćby i paznokciem ledwie zadrap, to i wywarem roczarowym jej nie zaleczysz - mrugnęła figlarnie okiem na Morlauda. - Prawdę rzekę?
Pewność siebie dziewczyny, która tak silnie go ku niej przyciągała, zaś burzę gniewu nagłego w jego duszy wzbudziła. Znów wolę zebrać musiał, by wrócił mu spokój, a jedynym już aby pozostało kłucie zadry w duszy mu tkwiącej, przypominającej wciąż boleśnie, co Sieja ma rację. Co uczynić, by kłucie zanikło, wiedział dobrze. To, co całe życie uczyniał. To, co zawżdy ulgę przynosiło. Lecz to potem, póki co, potrzebował jej.
Przymusił się do chłodnego uśmiechu.
- Plan jakiś nam ułożyć, to pierwsza rzecz - rzekł. - Cóż, kiej mapy nic nie wartymi się ukażą? Poniechamy wyprawy, czy prosto w las pójdziem, na własne myśliwskie zdolności się zdając?
Nie od razu Sieja odpowiedziała mu na to, brwi zmarszczywszy a w milczeniu na zakapturzonego osobnika spoglądając. Kiedy wreszcie odezwała się, głos jej mniej pewnym był, aniżeli przed chwilą:
- Jeśliby nie szło inaczej, znajdziemy...przewodnika.
- Cóżeś rzekła? Co jest ktoś, kto nas ku kopalni zawieść może?
- Że jest ktoś, kto dostać się nam do kopalni pomóc jest mocen. Ale jego usługi...bardzo kosztownymi okazać się mogą.
- Nic nie pojmuję! Jeżeli jest kto taki, to przecie nabije se sakwy srebrem, jako i my!
Zdało się, że przez moment chciała nawet dziewczyna wyłożyć mu, w czym sprawa, nim jednak usta roztworzyć zdążyła, kaptur nieznacznie się poruszył, na co, wypuszczając powietrze, nic nie rzekła.
Z pomocą przyszedł Fidus.
- Rzecz w tym, co statki a kosztowności ma ów człek w rzyci - wyjaśniał. - I w ogóle nie ma o czym prawić więcej, trza umyśleć, jak te mapy zdobyć. - Chciał uciąć wątek rudy chłopak, ale Morlaud badał dalej.
- Aleście tajemniczy, niechaj was czart owącha! - prychnął. - Czegóż może zażądać przewodnik? Pół dnia prawim, co drogę ku kopalni mus nam znać, a wy, że przewodnik, to owszem, jest jeden, ale za nic najmować się go nie da!
- Rzekłam nieszczęśliwie, to poprawię zaraz - powiedziała Sieja, westchnąwszy ciężko. - Prosto rzekąc, nie ma żadnego przewodnika, ale jest ktoś, komu znajome może być przejście przez las ku górom. Wątpliwym, coby pomóc nam chciał, niechby jednak zechciał, dług mielibyśmy u niego, a długów u niego żadnych mieć nie chcemy. I wierzaj mi, kiedy ci rzekę, co i ty nie chcesz. Ostawmy to zatem.
Nie powiedziano mu tu o wszystkim, to pewne. Zastanawiał się teraz Morlaud, czy coś jeszcze wiedzieć chciał, wyszło mu jednak, co do urzeczywistnienia własnego planu, który w głowie zrodził mu się właśnie, nie trza mu nic więcej, niźli tych map nieszczęsnych.
- Wielu nas iść będzie? Wszyscy tu? - spojrzał w kierunku kaptura.
- Ja, ty, Fidus i tych dwóch, co ci broń wzięli - wyliczyła dziewczyna. - Są z nami.
- Raczej z wami...
- Nie frasuj się nimi, są z „nami”.
- Znam cię ledwie od wczoraj, wywijasz mną, kiej kukłą a traktujesz, jak pacholę jakieś - rzekł Morlaud. - Chwila nie upłynie, byś mi o swojej pogardzie a zaufania braku nie wspomniała. Pięciu was, jam sam jest. Dziwota ci, com ostrożny?
- Prawda, ostrożnym być masz prawo - przytwierdziła Sieja - lecz jeśli razem iść mamy, wierzyć nam musisz, abo tu się rozstańmy. Poza tym cztery nas jest.
- Tamten nie idzie? - skinieniem głowy wskazał na kaptur.
- Idzie w bór jeno, tam się nam drogi rozejdą.
O szczegóły zapytywać Morlaud nie zamierzał, im mniej ludzi po srebro pójdzie, tym lepiej. Poza tym było w zakapturzonej postaci coś, co napawało lękiem dziwnym a niepokojem.
- Jeszcze sprawa rozdziału łupu - powiedział. - Jakże to go dzielić będziem?
- O czym tu prawić - odparła dziewczyna - każdy z idących równą część otrzyma.
- A tamci? - Morlaud gestem wskazał na sąsiednią izbę.
- Co z nimi?
- Dostaną tyle, co my?
- Tak.
Morlaud sprzeciwić się zrazu chciał, powstrzymał się jednak, zrozumiawszy, co bez znaczenia to było. Rozważając sobie po raz ostatni wszystko, zadowolony obserwował napięte fizjonomie Sieji i Fidusa, rad bowiem był, co tak dalece go potrzebowali. Kiej nadejdzie pora ku temu odpowiednia, nie zawaha się tego wykorzystać. W końcu wyprostował się a rzekł wesoło:
- A niech tam! Idziem na wyprawę! Rzekliście, co wszystko macie gotowe?
- Rzekłeś! - żywo potwierdził Fidus.
- Żarcie, liny, narzędzia?
- Prócz jucznych, jest wszystko - dodała Sieja. - Najmie się na samą podróż.
Podrapawszy się po brodzie, Morlaud znowu się zadumał.
- Czyli jeno tych map nam trza... - orzekł. - I prawicie, co ukraść abo i zwyczajnie po łbie dać nie sposób? Najszybsza to metoda, najprostsza...
Dziewczyna przecząco głową pokręciła.
- Nie, jeśli każdego bandyty a zbrojnego w Podgórzu na kark se wziąć nie chcemy...
- A co wiadomo o Finecie?
- Niewiele, dopiero zamiarowałam podpatrzeć go nieco, kiej tyś się utrafił.
- Ja bym jednak po prostu zabrał... - stwierdził Morlaud.
- Arys i reszta widzieli, jakeś mapy chciał podejrzeć, jużeś zabaczył? - przypomniała mu Sieja. - Wyłóż sobie, co zrobią, kiej znikną mapy, a z nimi ty i ja? Za kim tropić będą wszystkie zbiry? Arys zna tu, w Podgórzu, kąt każden a każdego żebraka. I jego wszyscy znają. Znają a boją się. Ty sakwy se napchawszy, we cztery świata strony się rozjedziesz, do swoich wrócisz abo dalej kajś wywędrujesz. Ale nam tutaj żyć, a z nami rodzinom naszym.
- Cóżeś czynić zatem zamiarowała? Miałaś plan jaki?
- Żadnego - wyznała prosto. - Powłóczyć się z nimi jeno zamiarowałam, rozeznać w sprawie.
- A co, jeślibym wam tu dziś odmówił? Żywy bym nie wyszedł?
Sieja uśmiechnęła się nieprzyjemnie.
- Musieliśmy spróbować - stwierdziła wymijająco. - Nadzieję żywię, co ani my, ani ty, nie pożałujemy.
Morlaud zmilczał, równie paskudny uśmiech na twarz przywołując.
Wtem wstał, jeszcze raz po zebranych się obejrzał, po czym, dłonie zatarłszy, zaczął:
- Skoro nikt lepszego pomysłu na zdobycie tych map nie ma, mój jest taki...
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania