Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Skrajnica (Mroczna Powieść Słowiańska) Roz. 14
Rozdział 14.
Przez dwa psy pilnowana a o szynkwas wsparta, przepatrywała Alina kłębiących się w zajeździe ludzi, mężczyznę próbując zoczyć, któren czymś ją ku sobie przyciągnął, kiej wjeżdżającego do gospody go ujrzała. Wyraźniej “wyczuwała” go tam, wedle stajni, plątanina zaś woni a umysłów w ciżbie tera panująca, odurzała ją i zwodziła. Że jest gdzieś, że nie odjechał, w sobie jeno aby czuła.
“Wyczuwszy” naraz znajomą mieszaninę wzgardy, gniewu a rozżalenia, podszytych od czasu pewnego lękiem, nie musiała patrzeć nawet, by bez słowa ustąpić miejsca Sarze, która zbliżyła się akurat, i na desce coś zaznaczała. “Wyczuwała” Alina narastający tuż obok strach macochy, przemagający inne wszystkie emocje, aż wreszcie zdzierżyć więcej już nie mogąc, odeszła Sara czym prędzej, pozostawiając po sobie jeno w powietrzu zawisłą pajęczą nić myśli o pełnym gości zajeździe, rozczarowaniu przez najbliższych sercu domowników i ślad marzeń młodzieńczych o miłości z dawna utraconej a wielkim przepychu. Cieniuchna owa przędza takoż się zresztą zaraz rozwiała.
Unoszące się wokół niej wici uczuć a myśli ludzkich, początkiem brała Alina za własne, złoszcząc się nagłymi nastroju zmianami i szaleństwa oznak wypatrując, tak one obce emocje w głowie jej zawracały a mąciły. Dość natenczas jej było po polach, łąkach a lasach pohasać, śród delikatnych jeno szeptów roślin, wiatru i zwierząt, by ducha pokój odzyskać. Wyłożyła sobie prędko, co osnowę myśli a uczuć innych istot wyczuwać potrafi, kiejby z pergaminu je rozczytywała, tym dokładniej a łatwiej, im więcej istota poznać się jej dała. Domowników “wyczuwała” Alina zmysłem swoim tajemnym zgoła już bez wysiłku nijakiego, jako się rozmowie obok toczącej przysłuchiwać można, jednakowoż kiedy kogo obcego “wyrozumieć” miała, wolę wytężyć a rozum skupić trza jej było, co nierzadko i krew z nosa z wyczerpania puściła. I tak to, kiej człek oczami kształty a kolory rozpoznaje, a nos o zapachu wokół podpowiada, tak Alina sercem “wyrozumieć” ludzkie dusze potrafiła na tyle akurat, coby potrzebującemu pomóc, a obłudnika w rzyć kopnąć. Zdarzyło się nie raz, a nie dwa razy, co podszepnęła komu coś tak utrafionego a mądrego, iż wieszczbom a wijom lepiej się nie udaje, a co przemienić baranka w wilka abo śmiałka w myszkę zestrachaną mogło.
Znajomy lęk macochy “wyczuła” znów, mieszał się on tera ze zniecierpliwieniem drażniącym.
- A ruszyłabyś się i pomogła przy czym - niepewnie wyrzekła Sara, nawet na dziewczynę nie patrząc. Zaś coś na desce znaczyła.
Nie mogła jednakowoż tera być Alinie Sara niczym więcej, niźli wiatru powiewem, co tuman kurzu wznieca, a który odejdzie precz, kaj indziej, kiej go przeczekać. Zadowoleniem czasem jeszcze się obeszła dziewczyna, czując wyraźnie, że się jej macocha lęka, częściej już jednak kiej ten wicherek obojętną jej była. Toteż niewzruszoną stała, zgoła kobietę ważąc sobie lekce.
- Piwa! A wartko! - gromki głos, dobywający się z brodatego jakiegoś brzuchacza, uwagę Aliny przykuł do dwóch niewiast razem z nim siedzących, czarnowłosej i rudowłosej. Nalawszy piwa w dzbany, poniosła je tedy ku rozweselonej kompanii, czym w niemałe zdziwienie Sarę wprawiła.
- Nareszcie! - brodacz dziewczynę ku sobie chciał objąć, ta mu się jednak zręcznie wywinęła a puste naczynia zbierać poczęła, w rudowłosą wzrok swój wbiwszy. “Wyczuła” w niej strach a napięcie ogromne i uśmiechnęła się, na uśmiech odpowiadając. Sięgając po kolejne naczynie, nachyliła się tuż nad rudowłosą i do ucha jej szepnęła:
- Nie bój się...
Dziewczyna spojrzała na nią, zdębiała.
Za nic mając oburzenie a złość gości przy stole obok, Alina odstawiła nań zebrane naczynia i odchodząc, raz jeszcze spojrzała na rudowłosą, która zdumionym wodziła za nią okiem. Przechadzała się jeszcze Alina po zapełnionej izbie, by wreszcie, uprzykrzywszy się, na podwórzec wyjść i z lubością w chłód wieczorny się zanurzyć.
Do nabierającego wodę ze studni Katosza pospiesznie przykuśtykała jedna z czeladnych:
- Pierą się, panie gospodarzu! - Kulawa umączonym palcem gospodę wskazała.
- Zaraza... - niechętnie ceber odstawiwszy, karczmarz udał się sprawdzić, co się dzieje. W izbie kilkoro ludzi za łby a ożydla się wodziło, przemóc jeden następnego próbując, rozgorączkowani a uchlani niezgorzej. Posłuch jednakowoż mający, bo postury był potężnej a z wojny jeszcze za męstwo ceniony, karczmarz prędko ich do pokoju przywiódł, ledwie się jeno pojawiając. Ku piwniczce tera idąc, zdziwił się drzwiami nie zakluczonymi, lecz zaraz już, na dole się znalazłszy, zza worów z warzywami butlę wydobył. Nie była zakurzona. Słusznie golnąć sobie ledwie zdążył, a już w pośpiechu na powrót butlę chował, głos Sary a jej kroki usłyszawszy, samemu nura dając pomiędzy zapasy a udając, co pilnie szuka czegoś.
- A co ty tu robisz? Wodyś miał nanieść! - warknęła Sara po swojemu, Katosza widząc.
- Kulawa wrzasku o szczura podniosła - zełgał, szperania nie przerywając.
- Kulawa? A czego tu Kulawa szukała? Dam ja jej! - zapiekliła się gospodyni. - Niech jej jeno kudłów chwycę!
- A zawrzyj pysk i poniechaj dziewki, co niewinna! - rzekł Katosz twardo. - Zoczyła akurat szkodnika, kiej do piwnicy wlazł, samem go na schodach widział, jeno czmychnął, zasraniec! A ty czego drzwi nie zakluczasz? Łajać toś pierwsza! Ale sama nie upilnujesz! - dodał ostrzej.
Już i Sara żmijowym jadem ukąsić go zamiarowała, pomna jednak, co sprawiedliwie prawdę rzekł, prychnęła jeno niezadowolona a pomiędzy beczki skoczyła, by na jadle wyżąć złość całą.
Chyłkiem się już wycofywać Katosz począł, kiej spomiędzy regałów dobiegł go głos żony:
- Sam to uczynisz! A mnie ostawże w pokoju!
O co Sarze chodzi, Katosz wyrozumiał, bo, pominąwszy podłożone w alkowie Aliny zawiniątko, wyłożył jej dokładnie rozmowę z Anielą, na co żona jego w złość wpadła i wyrzucała mu, co przed matką jej niczego się nie wyparł, zamiar szkodzenia im teraz przez starą przewidując.
- Ni sam, ni z kimś nie zdziałam tego.
- Zrobisz to! - dźwięk roztrzaskanej o ścianę skrzynki przypieczętował sprawę. - Zrobisz i basta!
- Nie jestem mordercą - rzekł Katosz cicho.
- Krew na twych rękach już jest! - zasyczała wściekle Sara. - Trza ci tera o rodzinę dbać!
- Ja krew mam na rękach? Ja?
Wyprostowała się Sara, a twarz jej spurpurowiała i ślozami pokryta była.
- Tak! Ty! Jenoś tchórz, co trza za ciebie wszystko czynić!
Groźne swe oblicze przywiódł Katosz ku żoninemu licu a namiętności cugle z trudem już ciągnąc, wyrzekł:
- O nie! - przed nosem żonie palcem machnął. - Tego mi nie weprzesz...
Urwał. Kroki usłyszeli i na górze schodów Kulawa się pojawiła.
- Pani gospodyni! - wołała. - Panie gospodarzu! A dyć mięsiwa by już trza do kapusty wmieszać, a spiżarnik zawarty!
- Zara przyniesę! Idźże za szynkwas! - poprawiając zapaskę, odkrzyknęła Sara i jeszcze do męża rzuciła: - Zrobisz to!
Po czym wyszła.
Z innymi siedząc w kompanii, odpowiadała Sieja i śmiała się z nimi, myślami kaj indziej jednakowoż była, a tym jedynie się zajmując, by naczynie Arys zawsze miał pełne. Do upicia srogiego przywieść go zamiarowała, aby zwykłą swą czujność stracił, co dość łatwym się okazywało, jakoż w drodze do zajazdu zapowiedział Finet, że z okazji jakowejś ucztę wieczorem wyprawia, jadło i napitki zapewniając. Toteż siedzieli akurat wszyscy a biesiadowali tęgo.
Nic jeszcze o mapach wywiedzieć się nie zdoławszy, pilnie Arysa obserwowała, zamiarując wskazówkę jaką zdobyć kaj są i czy aby w Podgórzu nie ostały. Niepokój Sieję gorączkowy ogarniał a lęk nieprzemożny, bowiem przyzwyczajoną będąc do niebezpiecznego życia a przygód zuchwałych, zawsze jednakowoż na siebie abo na pewnych sobie ludzi spuścić się mogła, kiej tym razem zdać się musiała na obcego, któremu nie dość, co nie ufała, to go jeszcze czemuś ścierpieć nie mogła. Niepojęty strach człowiek ów w niej wzbudzał i baczenie mieć musiała, by nie rozlał się on po duszy całej, pomyślunek a rozum jej gmatwając. Miarkowała, co niechby rzecz cała poszła źle, Arys mścić się będzie takoż na krewnych jej, jakoż okrutnym, niebezpiecznym a przebiegłym był człowiekiem. Ustokrotniało to rozterki a bojaźń w jej sercu się kłębiące tak bardzo, aże poniechać wszelkich koligacyj z tym rezunem byłaby rada, niechby jeno sposobność się dogodna przytrafiła.
Tym bardziej zaskoczona była Sieja zmianą w jej duszy nastroju, kiej ta dziwna służebna dziewka, napitki roznosząca, ni stąd, ni z owąd, rzekła do niej „nie bój się”, i naraz wszystko odeszło, napięcie a lęk cały rozproszyły się gdzieś. Podskoczyła aże na to Sieja, zdziwiona wielce a pewna, co wszyscy wokół słyszeć to musieli, nikt jednak swej uwagi na to nie zwrócił. Nim odpowiedzieć cośkolwiek zdołała, dziewczyna poszła już, uśmiechając się, zaraz też z oczu Sieji zniknęła.
A z nią niepokój i strach.
Oczami wciąż służkę znaleźć próbując, przepatrywała Sieja gawiedź w izbie, naraz wzrok siedzących towarzyszy na sobie wyczuwszy.
- Nie wychylisz to z nami? - uszu jej dobiegł niski głos Kafy.
- A za cóż pijemy? - spytała zaskoczona.
Zarechotali wszyscy, a z pomocą jej przyszła Kosza:
- Za wieczór wasz pierwszy razem spędzony Arys toast wzniósł. Twój a jego - mruknęła.
- Za wieczór nasz?
- Zdziwionaś? - rzekł Arys - Zawsześ się mi wymykała, pod pozorem spraw swych opędzania, aliści stąd do miasta daleko, dziś przeto znajomość przypieczętujem.
- Przypieczętujem? Jakże?
- Nie wie ci ona, jak! Kosza! - zagrzmiał brodaty Barbatus - A weźże no Siejkę pod skrzydło, a naucz, kaj koło chłopa trza chodzić!
- Zawrzyj pysk! - odgryzła mu Kosza.
- Na kontentą nie wyglądasz... - zwrócił się Arys ku Sieji.
- A dajże mi pokój - odrzekła mu ona - zapatrzyłam się jeno, co zdało mi się, jakobym kogo znajomego uwidziała. Za wieczór z tobą do dna wypiję!
Stuknęli się tedy wszyscy naczyniami, przepijając, aże alkohol po stole kapał. Zdało się Sieji, co Kosza ukradkiem przygląda się jej.
- Jak długo tkwić tu będziem, w tej dziurze? - zaciekawił się Finet.
- Póki ci grosza stanie! Hahaha! - zadudnił Kafa.
- A niech wam na zdrowie będzie! - Finet uniósł kufel. - Ale czemu tu?
- Wyłożę wam, czemu tu. - Pochyliwszy się nad stołem, Arys gestem przywołał resztę i głowy ich zetknęły się nad stołem. - Pomniście biedaka, co go kto ubił a wypatroszył w lesie? Otóż umyśliłem sobie, co znajdziem tego, kto go rzezał, i tak samo go sprawim. Wyrozumieliście?
Zdziwieni spojrzeli po sobie, lecz zgodnie głowami pokiwali.
- Ale na razie trzymać zaparszywione ozory w zapowietrzonych pyskach! Bo kiej kondli poobijam, a juchy upuszczę! - kułakiem im Arys pogroził. - Parobkował on tu, w zajeździe, to tu wywiedzieć się nam czego trza. Ugościm się dni kilka, popijem i poswawolim, ile sił. Ale kiej się juże kurzyć ze łbów nam przestanie, oczu a uszu nadstawiać! Jeno tak, coby się nikt nie wyrozumiał w zamiarach naszych! Wyrozumieliście?
Znowu kiwnęli głowami wszyscy.
- No! - wyprostował się Arys i mocniej Sieję ku sobie przyciągnął. - A jakby kto rozpytywał, to z kompaniją swą opijam mój z Sieją ożenek! Pijmy więc, a tęgo!
Naczynia znowu w górę poszły, znowu się wino stołem polało.
Nie musząc się spieszyć, stępem szkapinie iść Morlaud pozwalał, śród rojących się na gościńcu podróżnych, w różne strony ciągnących, i noc już gwiazdami wszystkimi błyszczała, kiedy do zajazdu Przy Rozstajach nareszcie dotarł. Zaprzęgnięte do stłoczonych wokół gospody wozów, bryczek a dyliżansów konie rżały z cicha, z obroków pojadając, zaś woźnice a stangreci skupieni wokół małych ognisk grali w kości, pili i pogwarzali. Mimo późnej pory, za rozstawionymi przed gospodą stołami, przy gęślach a piszczałkach, rozweseleni goście ucztowali.
Pomny psów, których zląkł się tak dawno, zabudowania tera obchodził, bacząc, czy ich aby na noc luzem nie puszczano, nigdzie zwierząt jednak nie było. Za wróżbę to wziął dobrą, miarkował sobie bowiem, co karczmarze gości straszyć bestiami nie chcieli.
Szkapę swą do płota przywiązał, kufel od jednej z czeladnych dziewek złapał i pod ścianą na ławie zasiadłszy, jął ludzi rozweselonych przepatrywać, piwo popijając a raz po raz rozmiękczonym jęczmieniem plwając, z drzewa wrzoścowego starannie wystruganą fajkę przy tym paląc. Senna błogość po chwili nań spłynęła, bo kości na koniu wytrzęsione rozprostowywać się poczęły, kiej wyczuwszy obok ruch jakowyś, powieki lekko uniósł.
Wysoki, pleczasty jegomość na ławę tuż obok opadł, aże ta jęknęła, i zdjąwszy z głowy pognieciony, porysowany hełm, rozluźniał rzemienie grubego kaftana ze skóry zrobionego, nie mniej od reszty rynsztunku sfatygowanego. Oparł o ławę wyszczerbiony topór, na długim, pokarbowanym a od chwytu mocarnej dłoni wyświechtanym drzewcu zatknięty. Tarczę zaraz takoż obok złożył herbem dawniej malowaną, lecz próżno by dzisiaj barwy herbu tego a kształtu się dopatrywać, bowiem potężne, śmiertelne ciosy nieznanych wrogów latami odłupywały z niej kęsy twardego drewna, i bliznami a drzazgami cała okrytą była. Żelazne okucia tarczy pozagniatane a poznaczone były tam, kaj wraży oręż z potworną siłą uderzał, iskrzy krzesząc. Tasiemką związał mężczyzna czuprynę w ogon, brodę zmierzwioną a zakurzoną przygładził nieco, i odetchnąwszy sobie, o ścianę się wsparł, oczy przymykając.
- Zara waru wam przyniesę - rzekła doń dziewka służebna, co kapusty a chleba mu przyniosła i poszła.
Zrazu za jedzenie się zabrał, zgoła o świecie całym zdając się nie pamiętać.
Obserwował człowieka Morlaud spod na poły przymkniętych powiek. Ciężki skórzany kaftan, na dopasowany aketon założony, odgnieciony a poprzecierany był od kolczugi, częstokroć nań widno noszonej. Nawet przy pochodni słabym świetle widać było latami trawiony słońcem na skórze ślad plecionki kolczej. Twarz mężczyzny wraz z dłońmi wichrami, deszczami a mrozami hartowane, pobrużdżone były, a nie mniej od oręża bliznami okryte. Przy pasie miecz mu wisiał, zdobiony bogato a na nieczęsto w boju używany wyglądający.
Uroczystym jakimś a srogim wojownikiem zdawał się być.
Zjadłszy, nieznajomy wyciągnął czysty lniany woreczek i wsypał do niego kilka garści ziaren, zeschniętą czarną fasolę przypominających, po czym, sprawdzając co chwilę efekt, płazem swego miecza je kruszył, by do waru właśnie przyniesionego na końcu wsypać. Naczynie przykrył, nad ogniem zawiesił i na ławie się wyciągnąwszy, chrapiąc głośno, zasnął.
Nic innego do roboty nie mając, Morlaud takoż w drzemkę czujną zapadł.
Z podziwem głaskała Alina konia, postawą swą od innych zwierząt w stajni się wyróżniającego, a którego sierść głęboką, lśniącą czernią się mieniła, gdyż tak dużego a zadbanego rumaka wcześniej nigdy nie widziała. Zrazu zatrwożony przytomnością wilka, koń uspokoił się dopiero, kiej go dziewczyna odprawiła, i poddawał teraz jej pieszczotom, splatając nieśmiało wici swego zwierzęcego umysłu z jej ludzkim. Do granicy bólu okropnego wolę wytężając, coraz wyraziściej “wyczuwała” daleką podróż a pewność swego jeźdźca, nawet w obliczu zagrożenia czy strachu. Lekceważąc kłucie ciało całe przenikające, spróbowała Alina przemóc zwierzę, by głębiej w jaźń swą ją wpuściło, aże ku wspomnień przedsionkom, jakoż i z ludźmi czasem czynić jej się udawało. Rumak szlachetny jednakowoż się nie ugiął, rżąc ostrzegawczo, wierzgnął i dziewczyna, niczym piorunem rażona, w słomę padła. Ciężko sapiąc a drżąc na ciele, czuła wszędzie okrutny, pulsujący ból, a z nosa jej krwi strużki ciekły. Z trudem, lecz podniosła się Alina, uśmiechając do konia, którego uspokoiła zaraz. Własnej jaźni świadomość odzyskawszy zupełnie, po uprzęży wierzchowca a siodle palcami wodziła. Konie, jelenie a insze duże istoty niesporzej było zmóc dziewczynie umysłem, niźli małe, atoli z ludźmi było najtrudniej. Jednakowoż czuła Alina, iż coraz głębiej a swobodniej “wciskać” się jej udawało w myśli ludzkie, tym łatwiej, im częściej próbować się starała.
Rozkulbaczany, w niezwykły sposób reagował koń na gesty i polecenia swego pana, więź między nimi osobliwa jakowaś była, jakiej między człowiekiem a zwierzęciem wcześniej nie wyczuwała. Pies jej a wilk, tak czujne na każdego, na tego jednego warczeć nawet nie próbowały, kiej przechodził mimo.
Na powrót władzę nad sobą zgoła odzyskawszy, otarła krew i jeźdźca odszukać poszła.
Na ławie przed gospodą go znalazła, kaj pochylony i w skupieniu rynsztunek swój przepatrywał. Samej w mroku skrytą będąc, łakomie przypatrywała mu się, kiej zamysł pewien do głowy jej przyszedł. Nad wielkim, trójkątnym wilczym łbem się pochyliwszy, szepnęła coś bestii, a ta powoli, ostrożnie, ku nieznajomemu zbliżać się poczęła. Ten przyjrzał się basiorowi i po grzbiecie go poklepał.
- A skądeś ty się tu wziął? - wejrzał wilkowi w oczy.
Szyję oplatającej obroży dotknął i wkoło się rozejrzał.
- Gdzież pani twoja? Nie pilnujesz jej?
Stał wilk nieruchomo, czujnie w mężczyznę wpatrzony, któren zaś się rozejrzał.
- Głodnyś? - mięsiwa kawał na dłoń położywszy, wyciągnął ku zwierzęciu.
Nozdrza wilka poruszyły się. Pogłaskał go nieznajomy kojąco po grzbiecie a szyi, smakołyk wciąż w dłoni drugiej trzymając i w końcu zwierzę chwyciło mięso, acz wstrzemięźliwie, z wahaniem. Krzepko poklepawszy wilka, wesoło rzekł człowiek:
- No! Smakowało ci? Jeszcze chcesz?
Ale naówczas spojrzało zwierzę w bok, kajś poza nim, i warknąwszy z cicha, odeszło.
Raz jeszcze się rozpatrzywszy, powrócił nieznajomy do zakłóconego zajęcia.
Z uśmiechem niedowierzania obserwowała wszystko Alina, przytulając basiora, któren ku niej wrócił a do nóg przylgnął. Zdziwioną będąc, co bestia tak łacno obłaskawić obcemu się dała, z ręki mu jedząc, nie mogła wyrozumieć dziewczyna, czemu zara warknęła a odeszła. Słysząc ponowne warknięcie, kiej znajoma sylwetka zza węgła wylazła, zmiarkowała jednakowoż wszystko.
Wrócił.
Kolejne piwo przyniósłszy, usiadł Morlaud i z nudów, a może wiedziony czym więcej, woja przepatrywał. Tamten rękawicę skórzaną zszywał, parujący swój wywar tajemniczy popijając, z którego aromat nieznany, mocny, przypalany a smakowity wszędzie się rozchodził. Woń ci to była nader osobliwa a intrygująca.
- A cóżeście tam uwarzyli, dobrodzieju? - zagadał Morlaud. - Piknie pachnie!
Nic nie rzekł na to nieznajomy, ulał jeno parującego wywaru w drugie naczynie, podał Morlaudowi i na powrót za swój rynsztunek się zabrał.
Czarna mikstura gorzką a cierpką była, lecz przyjemnie się po gębie rozlała. Smakował jej Morlaud, zgadywać próbując, cóż takiego by to być miało, ani chybi nasiona jakie, abo co?
- Niczegom takowego nie pił, jako żywię - rozmową podskubywał mężczyznę, lecz daremnie, jakoż tamten nawet nań nie spojrzał. - Musi, co żołędzie jakie z korą, abo co?
Siorbiąc coraz bardziej smakującą mu polewkę, chciał Morlaud coś jeszcze rzec, kiedy znajomy głos za sobą usłyszał:
- Za tarniny, na rów chodź. Tu nas kto obaczyć może!
Ledwie się obejrzeć zdążył, a już Sieja w mroku zniknęła, dopiwszy więc napar, udał się za nią.
Nie mogąc znaleźć dziewczyny w gęstwie krzaków, rozpatrywał się jeno nieporadnie, kopniakiem kota odgoniwszy, który prychnął gniewnie a czmychnął w noc. Niecierpliwić się już począł, kiedy Sieja tuż przed nim się ukazała, niczym zjawa.
- Dworujesz sobie ze mnie? - spytał rozdrażniony.
- Upewnić się musiałam, co mnie nikt nie uwidział - rzekła mu. - Wiem, kaj Arys mapy trzyma. Są w skrzyni, w izbie, kaj nocować mamy.
Skrzywiła się, powiedziawszy „mamy”.
- Przy sobie je chował, dopiero jak mocować się między sobą poczęli dla uciechy, schował je w skrzyni wielkiej, w żelazo okutej - opowiedziała. - Dwa zamki z grubym wrzeciądzem żelaznym a kłódką. Mocne wszystko, nie podobna wyłamać. Trza mu klucze podebrać, niechby się nareszcie uchlał a spać poszedł.
- A Finet?
- Wyznał mi Arys, co go jutro wysłać z mapami do miasta zamiaruje - tłumaczyła dziewczyna. - Finet nie wie o niczym, bo nie ufa mu Arys i nie chce, coby ten zamierzyć co zdołał. Za Finetem pojechać ma Kosza. Mnie Arys takoż nie ufa...
- Widzi mi się, co wczas nam po te mapy - rzekł Morlaud.
- Wczas nam już, lepszy dzień może się nie nadarzyć - przytwierdziła Sieja. - Planuje Arys kilka dni tu siedzieć, nim do miasta wróci. Jak Finet aże do miasta nie zmiarkuje, co pergaminy zwykłe, nie mapy zawiózł, na czasie nam przybędzie. Arys w szał wpadnie, rzecz to pewna, lecz Fineta podejrzewać będzie abo Koszę. Lepiej by było, coby cię nikt nie zoczył w zajeździe, bo dobrze sobie ciebie poznali Arys z Finetem. Czujni oba będą, kiej cię tu uwidzą. Ostrożniejszym musisz być a w oczy się nie rzucać, jak do tej pory.
- A o cóż ci chodzi? - mruknął Morlaud urażony, a gniew na strofującą go cięgiem dziewczynę znowuż w nim wzbierał.
Westchnąwszy, przewróciła Sieja oczami.
- Na progu samym w wejściu nie wysiaduj, potknęłam się niemalże o ciebie.
- Do brzasku mam czyhać w krzakach, dokąd map nie podmienisz? - skargę we własnym głosie zawartą sam w sobie skarcił, złoszcząc się coraz bardziej na dziewczynę, najwięcej za to, co rację miała.
- Prosto w oczy nie leź nikomu, starczy to.
- Jako pacholę mnie cięgiem napominasz... - zaczął, lecz złapawszy go za odzienie, szarpnęła go Sieja ku sobie.
- Poniecham tym skorzej, kiej ano czynić będziesz jeno to, coś winien czynić! - rzuciła ostro. - To ja własnej rzyci nastawiam, jako żywo! Zmiarkuje się ten zbir, aże knuję coś, ze skóry żywcem obedrze mnie a krewniaków moich! Miarkujesz se?
Nieruchomy, patrzył na nią.
- Miarkujesz? - powtórzyła.
- Puść - zachrypiał.
- Miarkujesz, azaliż nie? - raz jeszcze spytała, naciskając mocniej.
- Miarkuję... - mruknął. - Puść mnie!
Puściwszy go, niedbale poprawiła a wygładziła mu Sieja ożydle.
- Urazy nie żyw - rzekła spokojnie. - Miarkuj sobie, po cośmy tu przybyli: coby mapy zdobyć, nie dla uciechy.
Milczał.
- Niech jeno mapy zabiorę, od razu do miasta jedź z nimi i mnie tam czekajcie. Obyś nie zełgał, co mapy wyrozumieć potrafisz...
Coś jeszcze rzec chciała dziewczyna, lecz głosy jakoweś nieopodal usłyszeli i zamilkła. Jak tylko się oddaliły, Morlaud powiedział:
- Rzeczy moich zabierać mi nie musieliście...
Ponownie westchnąwszy, znów przewróciła oczami:
- Prawiliśmy już o tem, na powrót dostaniesz wszystko, nie lękaj się.
- Prosto nie podoba mi się, co cięgiem...
- Ciii! - przerwała mu nagle a w noc wsłuchała, jednakowoż jeno rechot żab a komarów bzyczenie uszu dolatywały. Uśmiechnęła się niewinnie, ramionami wzruszając. - Przesłyszałam się widocznie... No, to bywaj.
Na oddalającą się bezszelestnie dziewczynę patrzył, póki postać jej w noc się nie wtopiła.
Wrzawa a wesołość w zajeździe rozhuśtała się i pora nadeszła bywalcom znajoma, kiedy to nikt już na nikogo uwagi baczniejszej nie zwracał, bowiem większość gości, zmorzona abo udręką lata, abo trzewia grzejącym winem, czy to na stołach, czy w komorach, twardo spała. Upewniwszy się, czy go aby nikt nie spostrzeże, wyszedł Finet ostrożnie i ku alkowie Arysowej się skierował, do której ciemnego wnętrza przez uchylone drzwi, kiej szczur się wślizgnął. Proszek nasenny, za który niemało zapłacił Finet alchemikowi, a którego ukradkiem dodawał do rzeką lejącego się napitku, działał, i Arys chrapał, na łożu swym rozwalony. Spodziewał się Finet znaleźć tu takoż tę rudą pannicę, lecz nie było jej.
Ze znajomością rzeczy przeszukawszy śpiącego, kluczami przy nim znalezionymi skrzynię otworzył a po omacku jej wnętrze omacał. Wyczuwszy znajomy pakunek, za pazuchę go schował, podobny jakiś do skrzyni na podmianę wkładając. Bezgłośnie na powrót skrzynię zamknąwszy, odłożył klucze, skąd je wziął a wymknął się ku stajni, kaj osiodłany wprzódy koń czekał na niego. Zamarł naraz, na dwie sylwetki w mroku skryte się natknąwszy. Para kochanków, zbyt sobą zajęta, by na świat cały zwracać uwagę, przed wścibskim okiem głodnej pogłosek gawiedzi śród zwierząt schronienia szukała. Ominąwszy ich, konia za bramę wyprowadził, na siodło wskoczył, a cwałem ku miastu się puścił.
- Puszczaj! - mocno a niespodziewanie odepchnięty przez Sieję Morlaud stracił równowagę i w stos siana padł, a ona ostrożnie na podwórze wyjrzała. - Nikogo! Możesz jechać!
Oszołomiony namiętnym pocałunkiem, jakim jeszcze przed chwilą, w ramiona nagle mu wskoczywszy, dziewczyna usta mu zamknęła, czuł teraz Morlaud pociąg ku niej nieprzemożny, smakiem a wonią warg jej rozogniany. Pojąwszy zaraz jednak, że to aby fortel jeno jest, zawiedziony, siana resztki z siebie strzepywał a uśmiechając się, rzekł:
- Mnie nie pilno... - chciał ją ku się przyciągnąć, lecz zdecydowanie go odtrąciła.
- Nie waż się nastawać na mnie!
- W tobie krew wrząca, a twój Arys dziś zaniemógł... - ponownie ująć Sieję próbując a silniejszym od niej będąc, opór jej przełamał a naparłszy na nią mocno, swym ciałem do ściany przybił. Całować ją zaczął, sapiąc chciwie, wtem, rażony piorunem bólu przeraźliwego spomiędzy pachwin się dobywającego, na klepisko się osunął i zarzygał.
Usta dziewczynine niemalże musnęły jego ucho:
- Poniechaj mnie a nie nastawaj więcej, jakom ci już raz rzekła - wydyszała. - Koń twój czeka, bo w drogę ci ruszać.
Torbę z mapami rzuciła mu i poszła.
Długo leżał, nim podnieść się zdołał, by na wpół zgiętym ku koniowi poczłapać, noga za nogą, i do koryta dużego go przywieść. Pysk swój zara konisko do wody wraziło, lecz Morlaud wściekle w nozdrza je uderzył, złość swą, ból a hańbę mszcząc na niewinnym. Z brzegu poidła w trudzie na siodło wspiąć mu się udało, skąd zarzygał znów, cierpieniem niebywałym poskręcany. Wieczność przeszła cała, w której trwał bez poruszenia najmniejszego, bez drgnięcia choćby, nim, nieco się wyprostowawszy, ujrzał torbę z mapami na ziemii leżącą i ślozy po polikach mu spłynęły, kiej na samą myśl o zeskoczeniu z konia a ponownym na jego grzbiet się wspięciu, szloch nim targnął a ból spazmem nawrócił. Okiem załzawionym postać w ciemnościach po podwórzu idącą dostrzegł i wołać na nią chciał, ale wiązł mu głos w gardle. Cierpienie niemożebne przemógłszy, tylko co trącił delikatnie szkapinę, by po pierwszym jej kroku w bólu cugle wściekle ściągnąć a wrzask krótki z piersi wydać. Smętnie tak obwisł na konia grzbiecie Morlaud, ruszyć się nijak w bólu nie mogąc, kiedy przez łzy uwidział, co krzykiem widocznie zwabiona, niewyraźna postać zbliżyła się.
- Torba... - wychrypiał, drżącą rękę ku ziemii wyciągając.
Postać stała nieruchoma.
- Daj mi torbę... - głośniej zacharczał Morlaud. - Torba!
Zrozumiawszy wreszcie, w czym rzecz, postać torbę mu podała, chwilę jeszcze popatrzyła i odeszła.
Powolnymi ruchy, ze staraniem największym, nareszcie usadowił się Morlaud na koniu tak, co przetrzymać umiał jakoś ogłuszające cierpienie a całą swą wolę skupiwszy na tym, by z grzbietu końskiego nie zlecieć, ku bramie się skierował.
Dniało już, kiej życie w gospodzie, niczym płomień w ognisku wielkim, przygasać wreszcie poczęło. Tliło się jeszcze gdzieniegdzie porozrzucanymi węglikami pochylonych nad stołami ponurych głów, tudzież splecionych ciał, które, wydawszy w noc ostatnie bezwstydne westchnienia, bez tchu i pamięci w sen po kątach a ogrodach pozapadały.
Prócz nocy atramentowej, całunem tajemniczego mroku świat cały zasnuwającej, świtanie lubiła Alina najbardziej, kiedy w otoczeniu swojej zwierzęcej świty przechadzać się niemal naga po okolicy a podziwiać rozświetlane spełzającymi coraz niżej promieniami wstającego słońca szczyty chadzała.
Olbrzymie góry wznosiły się nad horyzontem, przywodząc na myśl zwarty szereg przeklętych strażników, o których tyle nasłuchała się w dzieciństwie, kiej w długie zimowe wieczory ludzie w Skrajnicy zbierali się po chałupach, w pracach rozmaitych wzajem się wspierając, a nierzadko dla otuchy sobie jeno przydania, by bajać o wielkiej wojnie, jaką u zarania dziejów Perun z Wołosem o panowanie nad krainą toczyli. Powiadano, jako po długiej, krwawej walce, rozstąpiła się ziemia pod stopami pokonanego Wołosa a czeluść go pochłonęła. Szukając pomsty za swą niedolę, a i dla ukarania nie dość bitnych swych rycerzy, pozamieniał ich Wołos w olbrzymy kamienne, które odtąd po wsze czasy włości Perunowe od reszty świata odgradzać miały, giermków zaś rycerskich drzewami uczynił, by po wieczność u stóp panów swych przeklętych borem nieprzebytym stały.
Wtem ujrzała Alina w oddali postać znajomą na koniu potężnym, opodal której mizerną trawę dwa juczne konie skubały, do drogi załadowane. Słońcem ozłoconą granią widocznie urzeczony, jeździec wpatrywał się w nią znieruchomiały.
Wilk zaskomlał z cicha, kilka kroków postąpił w kierunku człowieka w siodle i obejrzał się, pozwoleństwa od swej pani wypatrując. Ta gest uczyniła a zwierzę potruchtało raźniej.
Bestię w pobliżu czując, rumak ostrzegawczo zarżał a poruszył się niespokojnie. Uspokoiwszy go, mężczyzna rozejrzał się, dostrzegł stojącego o kilkanaście kroków basiora i zszedł z siodła. Postąpił ku niemu, lecz nieufne zwierzę cofnąwszy się, łeb opuściło. Kucnął naówczas człowiek i pustą dłoń przed się wyciągnął, na co wilk, nosem wietrząc, nie poruszył się, łakomego zapachu nie czując. Głowy ich równo siebie stały, wilk bowiem duży był, a mężczyzna kucał.
I stali tak naprzeciw siebie, człowiek a bestia, w oczy sobie patrząc a intencyje swe zgadnąć próbując.
Nareszcie zbliżył się wolno wilk do mężczyzny, by rękę w jego kierunku wystawioną polizać. Naówczas dopiero wydobył człowiek mięsiwa kawał i dał go zwierzęciu, które przyjaźnie łeb mu pod pachę wraziło.
Dostrzegł takoż zaraz mężczyzna Alinę, która, w oddaleniu niejakim stojąc, nadziwić się widokowi zaś nie mogła. Wiercił się u jej nóg pies ogromny, takoż chcący karku nadstawić mocarnej dłoni do pieszczot, a przyzwolenie dostawszy, pędem się puścił i z takim impetem wpadł na człowieka, co ten pod naporem zwierząt na plecy się obalił. Mocowali się uciesznie, póki dziewczyna sługi swe wierne ku się przywołała. Podniósł się tedy człowiek, z pyłu strzepnął a stał dalej nieruchomy, niespokojnego wierzchowca po szyi poklepując a ciekawie w ciemnofioletowe oczy dziewczyny wpatrując.
I trwali tak naprzeciw siebie, mężczyzna a niewiasta, w dusze sobie wzajem wejrzeć próbując.
Ten sam wiatru powiew zakołysał jego opończą, co jej szatą, tak zwiewną, iż nagość jej ledwie skrywającą.
Skupiła Alina woli swej siłę całą na niezwykłym tym człowieku, wtem głos jakowyś, czy to ze świata, czy to w głowie jej własnej brzmiący, szepnął jej:
"Uciekaj"!
Drgnęła i coś się odmieniło. Wilk z psem kłami łysnęły. Dwa juczne konie zarżały trwożne a odbiegły spłoszone. Czarny rumak kręcił się, kopytami w ziemię bijąc, żelazną dłonią za lejce trzymany. Wiatr czarcim weselem zawirował a w konarach dębowych wściekle zawył. Gdzieś ponad górami a borami ociężale grom się przewalił.
Niczym wkuty w ziemię mężczyzna stał a czujnie się Alinie przypatrywał, rękę ku niej wyciągając. Czuła chęć nieprzepartą, by podejść i dotknąć go choćby.
Wzmagający się wiatr hardo kurzawą w twarz człowieka ciskał, coraz też śmielej odsłaniał i pieścił podmuchami obnażone ciało dziewczyny. Lecz mężczyzna, zauważać się tego nie zdając, oczu swych z jej oczu nie spuszczał i żelaznym swym spojrzeniem pętał ją, żar jakiś dziki w niej budząc. Warczenie psa w szczekanie przeszło, ale Alina, w podnieceniu osobliwym ciała a duszy, nie słyszała już ani nie widziała kompanów swych wiernych.
Postąpiła krok w kierunku człowieka.
Wietrzysko szaleńcze starymi drzewami szarpnęło gwałtowniej, niebo zaś gromem się kajś odezwało.
Drugi krok.
Ogier, ze strachu już na zadzie przysiadłszy, wyrwać się panu swemu próbował. Sierść na wilku zjeżyła się, kiej wedle pani swej szedł równo. Pies ujadał zawzięcie. Mężczyzna, niczym posąg, nie śmiejąc drgnąć ni razu, skupiony stał z ręką ku dziewczynie wciąż wyciągniętą. Ta szła powoli, woli jego oprzeć się czemuś ni mogąc, ni chcąc.
Trzeci krok.
Błyskawica dzika chmury złowrogie na pół rozdarła a strugami deszczu ulewnego począł ich wicher chłostać bezlitośnie, ani w dziewczynie utkwionych oczu jego płonących, ni jej żądzy rosnącej ugasić jednak nie potrafiąc.
Czwarty krok.
"Uciekaj"!
Huk ogłuszający z błyskiem w jedno się zlał i piorun potworny uderzył w jeden z otaczających zabudowania gospody starych dębów, aże do samych korzeni go niemal rozłupując a drzazgami ognistymi wokół siejąc. Na mgnienie mężczyzna wzrok odwrócił i zrazu Alina bez tchu w błoto padła. Zaraz też bronić jej bestie czujne przypadły, do stojącego wciąż w deszczu człowieka się jednak nie zbliżając.
W błocie się ślizgając, upadając co kilka kroków, to szła, to wlokła się na kolanach Alina ku zajazdowi, przy bólem rozsadzanej głowie dłoń trzymając a cieknącą z nosa na usta krew ledwie ocierając. Sługi jej wierne, strasznymi paszczami swymi kłapiąc w kierunku tajemniczego jeźdźca, panią swą odprowadzały.
Potrącana przez ludzi, którzy gorączkowo uwijali się, by pożar piorunem spowodowany gasić a dobytek od ognia ratować, nareszcie doczołgała się Alina do swej izby i bez tchu na posłanie opadła.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania