Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

SZKARŁATNA CELA - Rozdział 16

(Erberoon)

 

Okrągła, wyściełana słomą arena, subtelny zapach wypełnionej zwierzętami stodoły, drobinki kurzu unoszące się w świetle mrowia naftowych lamp, wspinające się promieniście na metalowych stelażach siedziska i przytłaczające wrażenie maleńkości wobec ogromnej, zamkniętej przestrzeni. Stojąc pośrodku pustego namiotu, próbowała zrozumieć, czym jest cyrk. Jakim cudem wielkie poły materiału nie zapadają się pod własnym ciężarem, balansując na czterech drewnianych opartych o podłoże filarach, podtrzymywane jedynie plątaniną lin i łączących je dźwigni. Próbowała wyobrazić sobie, co takiego mogło dziać się na tej unikalnej scenie, stojącej praktycznie u samych stóp widowni. Łagodny półmrok i panująca we wnętrzu namiotu cisza sprawiały, że czuła się zupełnie wyizolowana. Gdyby nie obecność milczącego Viktora, jego ledwo słyszalny oddech, mogłaby usłyszeć rozbrzmiewające wokół własne myśli. Roiło jej się w głowie, że tutaj, mogliby je usłyszeć wszyscy. Mało tego. Mogliby je zobaczyć. Zwizualizowałyby się niczym ruchome obrazy.

 

Wzdrygnęła się, kiedy poczuła dotyk dłoni na ramieniu.

 

– Niesamowite, prawda? – wyszeptał jej do ucha Viktor. – A uwierz mi, że to jeszcze nic. Prawdziwa magia zaczyna się wraz z rozpoczęciem przedstawienia. – Wyłonił się zza jej pleców i przeszedł po słomianym dywanie krokiem doświadczonego wirtuoza teatru. – Wyobraź sobie wypełnione trybuny, dźwięki muzyki, kolorowe refleksy tańczące po szkarłatnych ścianach, barwne stroje artystów, zwierzęta i osobliwości, które prezentują tutaj rzeczy nieprawdopodobne, jakich nigdzie indziej zobaczyć nie można.

 

– Już teraz czuję się przytłoczona wielkością tego miejsca. Wszystko tu wydaje się takie nierealne – przyznała, przebiegając wzrokiem po sznurach obwieszonych latarniami. – Nie pomyślałabym, że zobaczę kiedykolwiek coś równie wspaniałego. Nie w moich rodzinnych stronach. Tutaj nic się nigdy nie dzieje. To takie spokojne miejsce. Prawie że zapomniane – rozgadała się, chociaż nie miała tego w zwyczaju. Nie względem obcych osób.

 

Viktor podszedł bliżej, by bez skrępowania otoczyć ją ramieniem. Skierowali się ku wyjściu. Onieśmielona jego zachowaniem, pozwoliła prowadzić się poprzez część obozu niedostępną dla innych odwiedzających.

 

– Wiesz – odezwał się pogrążony we własnych myślach. – Od dziecka byłem zdania, że jeśli świat o tobie zapomina, to powinieneś wyjść mu naprzeciw. Tak też staram się w życiu postępować. Wychodzić światu naprzeciw. Zawłaszczyć go sobie i przybliżać go takim miejscom jak to.

 

Imi zatrzymała się, zaskakując tymże ruchem Viktora. Uwolniła się spod jego ramienia i stanęła mu na drodze. Nie podjęła kontaktu wzrokowego. Patrzyła na swoje dłonie, w których nerwowo miętosiła źdźbło niefrasobliwe zabranej z namiotu słomy.

 

– Wobec tego… musisz być bardzo odważny – stwierdziła głosem pewniejszym, niż mógłby przypuszczać. – Ja bym tak nie potrafiła.

 

Bruzdy, które pojawiły się na jego czole, zdradziły zdumienie. Przez moment patrzył się na Imagiory próbując przyswoić to, co powiedziała, aż w końcu wybuchnął śmiechem. Wreszcie pozyskał sobie jej atencję. Spojrzała na niego, nie rozumiejąc, co też tak go rozbawiło.

 

– Różnie już mnie nazywano – odparł, ocierając wierzchem dłoni łzę rozbawienia z kącika oka. – Ale nikt nigdy nie przypisywał mi odwagi.

 

Imagiory spurpurowiała. Poczuła się głupio. Jak nieobyta wieśniaczka, robiąca z siebie idiotkę za każdym razem, kiedy otwiera gębę, starając się rozmawiać z mądrzejszymi od siebie. Spuściła nos na kwintę, co nie uszło uwadze jej kompana.

 

– Przepraszam. To nie z ciebie się śmieję – powiedział pojednawczym tonem. – Ucieszyło mnie po prostu, że ktoś uznał mnie za odważnego. To ogromne pochlebstwo.

 

Zerknęła na niego spod lekko zakręconych rzęs. Nadal niepewna i nieprzekonana.

 

– Aj... Chyba sobie u ciebie nagrabiłem, co? – to rzekłszy, z udawanym roztargnieniem podrapał się po karku. Nie pasowała mu taka reakcja. Nie poważnemu przedsiębiorcy. – Nie zechcesz przez to zostawić mnie tu samego? Prawda? – kontynuował. – Mam ci jeszcze sporo do pokazania. Nie widziałaś przedstawienia, nie pokazałem ci harpii, syreny ani innych moich skarbów.

 

Imi czuła się zezłoszczona. Uraza wywołana poczuciem śmieszności zdążyła się ulotnić. Nie potrafiła długo jej tłumić. Złość mimo wszystko, szczeniacka i niedojrzała jak u małolaty, tliła się gdzieś głęboko. Nie ukrywała przed sobą, ani przed bliskimi, że była niedojrzała jak na swój wiek. Potrafiła to dostrzec i chciałaby to zmienić, ale nie wiedziała jak.

 

– Obiecałeś mi, nim weszliśmy do namiotu, że twoi ludzie poszukają Liliany i Hugona – przypomniała Viktorowi, bo faktycznie obietnicę jej złożył. Założyła ręce pod piersią, oczekując wyjaśnienia. Choć mężczyzna zdawał się sporo starszy, to chwilowe rozluźnienie, na jakie sobie pozwolił oraz sposób, w jaki się do niej zwracał, dodały jej nieco animuszu.

 

– Owszem, obiecałem – potwierdził ze spokojem w głosie. – Nie martw się. Jak tylko ich znajdą, natychmiast dadzą nam znać. A teraz. Za pozwoleniem panienki. – Szarmancko wyciągnął dłoń w jej kierunku, sugestywnie zerkając na dłonie młodej kobiety. – W oczekiwaniu na przedstawienie, przyjrzyjmy się mojej menażerii. Gwarantuję niezapomniane wrażenia.

 

Imagiory z wahaniem chwyciła rękę Viktora, pozwalając wziąć się pod ramię.

 

Kilkanaście minut później, z uchylonymi ustami kucała przed klatką wielkości przewróconego kaflowego pieca. Skulone na czystym sianku, spały w niej cudaczne stworzonka. Przypominały puchate bakłażany, a przynajmniej kształt i kolor się zgadzały. Stworzonka miały bowiem po parze spiczastych uszu, parze paciorkowatych, czarnych oczu, smukłym pyszczku z różowym noskiem i puchatym ogonku z zielonym pędzlem na samym jego końcu.

 

– Urocze – stwierdziła oczarowana. Chętnie dotknęłaby jednego przez kraty. Pamiętała jednak z dzieciństwa, że małe, słodkie zwierzaczki potrafią złośliwie dziabnąć człowieka, nierzadko do samej krwi. – Jak się na nie mówi? – zapytała.

 

– Nie mówi się – odpowiedział enigmatycznie. – Nie mają oficjalnej nazwy gatunkowej. Są bardzo unikatowe. Można je znaleźć tylko na jednej małej wysepce pośrodku Morza Śródlądowego. Ciężko się tam dostać, a jeszcze trudniej je odłowić.

 

– Byłeś na tej wyspie? – Autentycznie zaintrygowana obróciła się ku niemu, utrzymując równowagę na czubkach palców. Jednoczesne kucanie i balansowanie ciałem do prostych nie należało, zwłaszcza w trzewikach ze śliską, wytartą podeszwą.

 

Viktor pomógł jej wstać. Oboje zauważyli, że lada moment byłaby się wywróciła. Ruszyli w dalszą drogę.

 

– Byłem. Dawno temu. Większość życia spędziłem w podróży. Wpierw wzbogacając swoją kolekcję, później, aby prezentować ją każdemu, kto gotów będzie za to zapłacić. Z tego żyję – wyjaśnił.

 

– Tym bardziej doceniam, że pokazujesz mi to wszystko za darmo.

 

– Niezupełnie za darmo. – Uśmiechnął się tajemniczo. – W zamian za miłe towarzystwo, między innymi.

 

Nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, zatrzymał ją płynnym ruchem trzymanej w dłoni laski. Zrobił to bardzo taktownie, po elegancku. Drzewiec laski delikatnie dotknął jej biodra, gdy alarmująco opadł tuż przy jej boku niczym opuszczana furtka.

 

– Uważaj – ostrzegł. – Stworzenia z tej klatki nie są równie potulne co tamte fioletowe stworki.

 

Harpie zareagowały na obecność nowych odwiedzających dziką furią. Z wrzaskiem zleciały z zamontowanych przy suficie konarów, otwierając najeżone zębami dzioby. Załopotały czarnymi skrzydłami, aż posypało się pierze. Prąd powietrza poruszył sukienką Imi. Gdyby nie związała włosów, te rozwiałyby się za jej plecami. Cofnęła się prędko, wpadając wprost w objęcia Viktora, który przeczuwając, co się wydarzy, czekał na nią z rozwartymi ramionami.

 

– Widzisz? Mówiłem – powiedział uszczypliwie, po czym poprowadził struchlałą kobietę dalej, ku akwarium z syreną i kolejno do niegroźnych tęczowych jaszczurek, karuwiańskich gnomów oraz białych górskich rogatych lwów, licząc, że łagodne stworzenia nieco ją uspokoją.

 

Zadziałało. Wciąż ociupinę roztrzęsiona, lecz poruszając się pewnie na własnych nogach, niewspierana przez nikogo, oglądała kolejne klatki, wozy i woliery.

 

Przy szklanych pojemnikach z przeróżnymi owadami, podbiegł do nich zdyszany, ździebko zaniedbany, a przede wszystkim niezdrowo chudy chłopak. Niósł ze sobą ważną wiadomość, ale i woń przetrawionego alkoholu, którą Imagiory natychmiast wyczuła, a której nie znosiła.

 

– Szefie – wydyszał, nachylając się oparłszy ręce na kolanach. – Znalazłem. – Mówił na raty, bo oddech mu szwankował. – Pani przyjaciół. – Wciągnął powietrze nosem i głośno wypuścił ustami. – Blondynka powiedziała… Ceruję.

 

Brew Viktora drgnęła. Uniosła się.

 

– Mówi się, cytuję, Gustavie – poprawił litościwie chłopaka.

 

Gustavo wyszczerzył się zakłopotany.

 

– A tak. Cytuję. Niech… No… W każdym razie, panienka. – Wskazał palcem na Imi i błagalnie wlepił wzrok w pracodawcę. – Zapomniałem imienia panienki.

 

– Imagiory, Gustavie – ogrom cierpliwości wylewający się wraz z głosem Viktora był zdumiewający. Choć jego brew pozostawała uniesiona.

– Tak jest. Panienka Imagiory. No więc… – Zawiesił się przez moment, grzebiąc w zakamarkach pamięci. – Cytuję – wypowiedział słowo z wielkim samozadowoleniem. – Niech Imagiory dobrze się bawi. Dołączymy do niej na przedstawieniu.

 

Imi zrozumiała, że chodziło o Lilianę. Dziewczyna rzeczywiście mogłaby powiedzieć coś podobnego. Pewnie zacierała ręce, gdy dowiedziała się, że Imi spaceruje po obozie z właścicielem bogatego dobytku. Zapewne zdążyła dziesięć razy obgadać ją wraz z Hugonem. Dotknęła płatka ucha. Nie był ciepły, toteż również nie czerwony. Cud, bo uszy powinny jej płonąć non stop od niewyparzonego języka Liliany.

 

– Cóż. Nieszczęśliwie mamy jeszcze ponad godzinę do występów, a zobaczyliśmy już, zdaje się, wszystko, co chciałem ci pokazać. – Popatrzył się na Gustava, mimo iż z początku zwracał się do Imi. Nie spodobało mu się, że chłopak nadal przy nich sterczał. Wyrażał to zniecierpliwioną miną. Na moment stał się niepodobny do siebie sprzed kilku chwil. – Powinieneś wracać do pracy. Dopilnuj, żeby Wilson miał kontakt z resztą, a później pomóż Elwirze. Liczę, że wiesz, co masz robić. – Raz jeszcze otaksował Gustava spojrzeniem. – I ani mi się waż dzisiaj pić.

Młody mężczyzna przytaknął i puścił się pędem gdzieś w dół zbocza, znikając w tłumie poniżej.

 

– Przepraszam cię najmocniej. – Viktor obrócił się do Imi. – Gustavo jest… Dobrym, acz dość kłopotliwym pracownikiem.

 

Imi zrozumiała, a przynajmniej wydawało jej się, że rozumie.

 

– Powiedziałeś, że zobaczyliśmy już wszystko – zauważyła. – A co z miejscem za palisadą? Kilka osób tam weszło. Wyglądali na wystraszonych.

 

– Ach, tak. Trzymam tam swój najcenniejszy eksponat.

 

Być może jej się wydawało. Może była to gra słonecznych promieni odbitych od przeróżnych gratów stojących wokół nich, a może faktycznie, przez ułamek sekundy dostrzegła dziwny błysk w oczach mężczyzny. Identyczny, jak wtedy, kiedy zdradziła mu swoje imię.

 

– Uwierz mi. Nie przeznaczono go oczom pięknej niewiasty. Kobiety wielokrotnie mdleją na jego widok. Nie wybaczyłbym sobie, gdybyś śniła przeze mnie koszmary.

 

– Tym bardziej będzie mnie trapić, cóż takiego to jest – przyznała, patrząc z oddali na palisadę. Zaraz jednak zreflektowała się nad innym powstałym problemem. – Skoro nie mamy co zwiedzać…

 

– Zaproponuję ci kawę. Pijasz kawę, prawda? – wtrącił.

 

– Tak. Znaczy… niezupełnie kawę. Nazywamy ją kawą, ale w rzeczywistości w Erberoon pijamy napar z palonych ziaren jęczmienia.

 

– Rozumiem. To dość popularny napój w twoim kraju. Spotykałem się z nim na trasie. U mnie możesz skosztować prawdziwej kawy. Ma zupełnie inny smak i cudowny aromat.

 

– Słyszałam, że kawa jest strasznie droga. Nie wiem, czy powinnam nadużywać twojej gościnności. To trochę nie w porządku.

 

Viktor jednak już prowadził ją do najładniejszej przyczepy spośród wszystkich w taborze, całkowicie ignorując jej obawę. Po drodze, w sposób iście naturalny, zagadnął jakiegoś człowieka majstrującego przy kołach przypadkowego wozu.

 

– Egon. Kawa dla dwojga do mojego powozu w trymiga. – Rzeczony Egon prędko rzucił, czym się zajmował i począł rozglądać się za beczkami z wodą, by umyć ręce. – Dalej, dalej. Byśmy przed pokazem zdążyli ją na spokojnie wypić. – Popędzał chłopa, nie zwalniając kroku.

 

Bogato rzeźbiony i dekorowany powóz wyglądał na większy niż dwa pokoje Imagiory, gdyby postawić je jeden przy drugim. Konstrukcja ta potrzebowała aż ośmiu kół dla stabilności i utrzymania tonażu.

 

Imagiory czuła, że raczej nie powinna wchodzić do środka. Nie wypadało, aby niezamężna kobieta znikała w takim miejscu, by sam na sam spędzić czas z obcym mężczyzną. Nieważne, czy przy kawie, czy przy rozmowie. Ufała jednak, iż Viktor nie miał jej względem złych zamiarów. Jak dotąd zachowywał się bardzo przykładnie, a maniery miał nienaganne. Poza tym zamówił im przecież kawę, a czasu do pokazu faktycznie nie zostało wiele. W sam raz, aby zdążyć, wypić gorący napój i porozmawiać. Nic ponadto.

 

Mimo niepewności, uniosła wpierw jedną, potem drugą nogę, wspinając się na pierwszy stopień. Musiała chwycić się specjalnych uchwytów po obu stronach drzwi, bo powóz był wysoki, a wejście do niego strome.

 

Viktor posiadał na tyle rozsądku, żeby nie pomagać jej nieproszony, ani nie patrzeć się na nią w sposób nieprzyzwoity. Dobre wychowanie nakazywało mu utkwić wzrok w innym punkcie, gdzieś ponad jej ramieniem, gdzie znajdowały się kolejne uchwyty, których powinna użyć do wspinaczki i zareagować dopiero w sytuacji awaryjnej. Tyle wywnioskowała, przezornie zerkając co rusz za siebie.

 

W pamięci miała swojego pierwszego i zarazem ostatniego, pożalcie się bogowie, narzeczonego. Wraz z Solmonem często spędzali czas na poddaszu przepastnej stodoły jego rodziców. Zawsze panowała tam przyjemna temperatura. Dzięki stosom siana było miękko, a za sprawą krytego strzechą dachu nie padało, nie wiało, a słońce nie raziło w oczy. Mogli tam, niesłyszani i nienękani przez nikogo, rozmawiać, organizować sobie pikniki i grać w karty, co oboje bardzo lubili. Solmon miał jednakże pewną perwersyjną manierę, której z początku nie pojmowała. Dopiero po czasie zrozumiała, że maniera ta nie była wcale tak niewinna, jak jej się wówczas wydawało. Nie znała jeszcze terminu, perwersja. Szczęśliwie nigdy wcześniej nie miała okazji się z nim zaznajomić.

 

Na poddasze stodoły prowadziła wysoka drabina. Imi każdorazowo wspinała się na nią jako pierwsza. Za nią dopiero wchodził Solmon. Twierdził, że to dla jej bezpieczeństwa. Powtarzał tak przy okazji każdej takiej wspinaczki, za każdym razem trzymając ją za pośladki. Niemniej pierwsze związane z tym niepokojące przeczucia zaczęła mieć dopiero, gdy nadgorliwie wręcz począł dążyć do sfinalizowania ich związku. Była wtenczas młodą, niedoświadczoną dziewczyną. Ledwo skończyła dziewiętnaście lat. Zimny pot oblewał ją, kiedy bez skrępowania mówił o wiążących się z małżeństwem pokładzinach. Muskał ją wtedy palcami, niby romantycznie, czerwieniąc się na twarzy, obłapiając swą wybrankę niepokojąco pożądliwym spojrzeniem, a ona, naiwnie próbowała nie dostrzegać kryjących się za tymi praktykami lubieżnych intencji.

 

Nie była wówczas pewna, czy naprawdę kocha tego człowieka, czy może jest to młodzieńcze zauroczenie. Po prawdzie nigdy nie zgodziła się oficjalnie na ślub. To Solmon zawsze przedstawiał ją wszędzie jako swoją narzeczoną, aż w końcu sama zaczęła tak ów związek postrzegać.

 

Na oczy przejrzała dopiero pewnego ulewnego popołudnia. Wrócili akurat od krawca przemoczeni do suchej nitki. Solmon zamówił dla siebie nowy zestaw roboczych ciuchów i sprawiał wrażenie zadowolonego. Rozebrali się do bielizny, aby rozwiesić mokre ciuchy na stropowych belkach. Przewiew pod dachem sprawiał, że ubrania szybko schły. Imi nie krępowała się pokazywać w bieliźnie swojemu chłopakowi. Wielokrotnie pływali wspólnie w jeziorze, więc byli przyzwyczajeni do widoku siebie półnagich. Położyła się wygodnie na sianie, kładąc głowę na przedramionach. Półmrok poddasza sprawiał, że stała się senna, lecz Solmon, zamiast również położyć się i odpocząć, stał nad nią i dziwnie się jej przyglądał. Mamrotał pod nosem, jaka to jest piękna i jak wielkim jest szczęściarzem, że należy do niego. Dziwiła ją jego nagła otwartość w kwestiach głoszenia uczuć, ale nie komentowała. Powieki jej się kleiły, morzył ją sen. Nim odpłynęła na dobre, Solmon klęknął nad nią, by złożyć jej na ustach pocałunek. Oddała go oczywiście, bo całowali się przecież nie raz. Wtedy jednak zrobił coś nieoczekiwanego. Zaczął dotykać ją po nagim brzuchu. Powoli przesuwał dłoń ku klatce piersiowej kobiety. Dotknął jednej z piersi przez bieliznę, a gdy rozbudzona na dobre Imi stanowczo odtrąciła jego dłoń, położył się na niej gwałtownie z niebywałą stanowczością, wsuwając palce pod jej stanik. Wyglądał, jak gdyby coś w niego wstąpiło. Przestraszona Imi próbowała wyrwać się, prosząc, by przestał. Solmon nie słuchał. Jedną ręką trzymał jej dłonie, drugą gwałtownie wepchnął jej do majtek. Próbowała kopać, wyszarpać się, zrzucić go z siebie, ale nie miała sił.

 

– Proszę cię, Imagiory – wyjęczał podnieconym głosem. – Dłużej już nie wytrzymam – mówił, zdzierając z niej bieliznę. – Miejmy to już za sobą. Wiem, że też tego chcesz.

 

Przez łzy widziała rozpaloną twarz chłopaka, zawieszoną tuż nad jej własną, opuchniętą od płaczu buzią. Piersi bolały ją od ciężaru jego ciała, bo naciskał na nie całym swoim ciężarem. Tkwiła w żelaznym uścisku, niezdolna do ucieczki. Ciężko było jej złapać oddech. Kiedy przez ułamek sekundy nacisk zelżał i łapczywie złapała jeden głębszy wdech z nadzieją, że to koniec katorgi, poczuła między nogami nagły, piekący ból. Doskonale rozumiała, co się wydarzyło. Była przerażona. Solmon zachowywał się niczym niesione pierwotnym instynktem zwierzę. Podniecony, dyszał ciężko, kopulując z nią pośpiesznie jak pies, który pochwycił sukę na ulicy. Za nic miał rozpaczliwe błagania narzeczonej. W tamtym momencie liczyła się wyłącznie jego własna, chora żądza. Imi nie chciała nosić dziecka zrodzonego z tak brutalnego aktu. Pragnęła, by ten człowiek na dobre zniknął z jej wspomnień, by zniknął z jej życia. Tu i teraz.

 

– Przestań! – wrzasnęła z całych sił w płucach.

 

Poczuła, że coś wyrywa z niej mężczyznę. Otworzyła zaciśnięte powieki tylko po to, by zobaczyć, jak owe coś, jakiś bezkształtny cień, chwyta go za skórę na plecach, marszcząc ją i naciągając, i rzuca nim daleko w tył. Zaskoczony Solmon poszybował nago, ze sterczącym nadal przyrodzeniem przez całą długość stodoły, lądując na rogu krzyżujących się belek. Zakwilił z bólu. Złamał nogę i obił sobie solidnie klejnoty. Ten sam cień, sunąc po belce, natarł na niego jeszcze kilkukrotnie, okładając go na wpół widzialnymi kończynami po torsie i twarzy aż do nieprzytomności.

 

Imagiory poderwała się z siana. Zerwała z belek swoje ciuchy. Ubrała się prędko w nadal mokre odzienie i biegiem uciekła do domu po pomoc. Podświadomie przeczuwała, że ojciec zbagatelizuje sytuację. Nie pomyliła się. Nic z tym nie zrobił. Kazał jej zamieść sprawę pod dywan. Przemilczała więc wszystko posłusznie, bo Klemensowi wstyd jej było o tym mówić. Jej oprawca nigdy nie poniósł konsekwencji swojego czynu, ale od tamtego dnia, trzymał się od niej z daleka.

 

– Wszystko w porządku? – Z traumatycznych wspomnień wyrwał ją łagodny głos Viktora. – Strasznie zbladłaś.

Siedziała wygodnie w obitym jedwabiem siedzisku, będącym czymś pomiędzy krzesłem a fotelem. Na niewielkim, okrągłym stoliku z blatem pokrytym cienką taflą marmuru, ustawione obok siebie, oko cieszyły filiżanki parującej czarnej kawy. Porcelanę pomalowano w misternie nakreślone, fioletowe kwiaty. Drzwi do powozu otwarto na oścież. Płyną zza nich gwar rozmów, krzyków i śmiechów gawiedzi. Imi widziała przez nie krzątających się w te i wewte ludzi. Do środka, przez otwarte drzwi i spore okna wpadało mnóstwo światła. Pomieszczenie było natomiast przestronne i schludne. Pachniało w nim drogimi perfumami i świeżo parzoną kawą.

 

– Wybacz. Zamyśliłam się nad czymś, nad czym nie powinnam – powiedziała, próbując pozbyć się z głowy niechcianych wspomnień.

 

– Och. Mam nadzieję, że to nie z mojej winy.

 

– Ależ nie. Sama nie wiem, skąd mi się to wzięło. W każdym razie, wszystko ze mną w porządku.

 

Viktor skinął głową ze zrozumieniem. Przysunął jedną z filiżanek bliżej niej.

 

– Skosztuj kawy. Podniesie cię na duchu. Wolałbym, żeby twoi przyjaciele nie skrzyczeli mnie za to, że źle się tobą zaopiekowałem.

 

Kąciki jego ust uniosły się życzliwie.

 

Imi podniosła filiżankę do ust. Zaciągnęła się silnym aromatem skąpanych we wrzątku palonych ziaren. Oddawały cudowny, kojący zapach. Skosztowała odrobinkę. W sam raz, by nie poparzyć sobie języka. Kawa, jak się okazało, przestygła na tyle, że można było upić nieco więcej. Przepyszny smak sprawił, iż zapragnęła pochłonąć wszystko niemal za jednym razem. Dostrzegła wszak, że Viktor delektuje się własną porcją powolutku, jak na kulturalną osobę przystało, toteż ograniczyła się do niespiesznych łyczków. Krzepiące ciepło rozlewało się po jej ciele. Koiło nadszarpnięte nerwy niczym magiczne lekarstwo. Smak uwalniał się na języku przyjemnymi falami, odpychając niechciane myśli. Zrelaksowana przymknęła oczy, potęgując doznania. Słyszała cichnące z wolna głosy ludzi i świergot kosa, który przysiadł na dachu.

 

Kiedy na powrót otworzyła oczy, leżała na przykrytej puchową kołdrą kuszetce. Jej dłonie były związane za plecami, a usta zakneblowane paskiem materiału. Na zewnątrz panował mrok. Spróbowała poruszyć nogami, ale i je ktoś związał. Spanikowana przeturlała się na plecy, by odepchnąć się stopami od ścianki w nogach łóżka i usiąść. Prawie jej się udało, gdy powóz podskoczył na wyboju, niwecząc cały plan. Chciała krzyczeć, lecz zamiast tego wydawała tylko stłumione jęki. Podjęła kolejną próbę odepchnięcia się od ściany. Powozem zatrzęsło ponownie, a ona spadła z łoskotem na drewnianą podłogę, boleśnie obijając sobie biodro i łokieć.

 

– Nie ma co się trudzić panienko. – Nieznany mężczyzna wyłonił się z pogrążonej w mroku części pomieszczenia. Chwycił ją pod ramionami i nie bez wysiłku wrzucił z powrotem na kuszetkę. – Jak szef sobie kogoś upatrzy, to nie ma szans przed nim zwiać. – Patrzyła wielkimi oczami na stojącego w powozie człowieka. – Wiesz? Dam ci jedną radę, bo wyglądasz mi na porządną osóbkę. Pod żadnym pozorem nie waż się mu sprzeciwiać.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania