Poprzednie częściTropiciel

Tropiciel 2

Rozdział Drugi – Wielka Warownia

 

Tylko tropiciel może zabić Pierwszego, natomiast tylko człowiek może zabić Boga.

Arthair IV Stary

 

Księstwo Aberrach, 32 dzień Chłodnych Deszczy roku 719

 

Odgłosy rozmów, dochodzące z wnętrza sali obrad, były słyszalne przez cały dzień. Od samego rana książę Arthair IV był oblegany przez generałów tudzież magów. Pod wieczór Wielki Książę miał spotkać się z mistrzem Detmondem. Niziołek, tak samo jak władca, niespecjalnie wyczekiwał tego spotkania.

Ciepło jakie biło od wystroju komnaty, mocno kontrastowało z ogólnym obrazem kamiennej warowni, nadgryzionej zębem czasu. Wszechobecne drewno oraz żyrandole miały za zadanie imitować poczucie blichtru oraz przepychu, który normalnie panował w takich salach. Monarcha miał się tu czuć co najmniej komfortowo, a wnętrze nie mogło być dla niego przytłaczające. Wystrój sal warowni – a przynajmniej tych, które miały być użytkowane przez władcę – pozostawał jedną z niewielu rzeczy, które ostały się po poprzednikach księcia. Arthair jednak był daleki od uwielbiania tego typu wnętrz.

Okres kształtowania swojej osoby spędził w zimnych oraz opanowanych wiecznym śniegiem Górach Sneachda, mieszczących się na wschodzie Aberrach. Skazany na wygnańcze życie w wieku jedenastu lat, Wielki Książę był zmuszony przez większość swojego życia do bytu typowego druida. Jedyne co go odróżniało od reszty kapłanów, to fakt, że nie był pobożny, co zawsze przykuwało uwagę najstarszych z braci. To wszystko prowadziło do nieufności wobec jego osoby, przez co często był zsyłany na najcięższe prace przy księgach, tudzież na najwyższych wysokościach gór. Mimo tych ciężkich warunków, Wielki Książę miłował się w surowym, zimnym kamiennym wystroju budynków Bractwa Skały. Kryła się w nich magia, która dostrzegalna była widocznie tylko przez niego. Pewnie miało to związek z ulgą, jaką było przybycie do druidzkiej twierdzy, po godzinach męczącej pracy. Dziwna miłość, która mimo upływu czasu przetrwała.

Skrzypienie otwieranych drzwi rozległo się po sali, jednak odgłosy twardo stąpających stóp Detmonda, odzianych w czarne skórzane buty, szybko zagłuszyły postękiwania starych zawiasów. Ciepłe światło, otulające całą komnatę, na chwilę oślepiło maga, który wcześniej długo przebywał na spowitym ciemnościami podwórzu twierdzy. Arthair wtenczas wpatrywał się w mapę wyspy Meadtuath mieszczącej się na wielkim sośnianym stole, który stał po środku pomieszczenia.

– Jakieś nowości, Detmondzie? – zapytał donośnym głosem książę, nie odrywając wzroku od kawałka płótna. Jego ciemnoniebieskie szaty odznaczały się na tle całego wystroju sali.

– Pierwszy z pewnością znajduje się w tych okolicach, Wasza Wysokość – odpowiedział niziołek, powoli zbliżając się do stołu. Mistrz magii nie mógł się napatrzeć na ilość drewnianych mebli oraz ozdób znajdujących się w sali. Wszystko oprócz okien, karmazynowych zasłon wykonanych z drogiego płótna oraz kamiennej podłogi, było drewniane. W komnacie znalazło się miejsce na tak niepotrzebne rzeczy jak trofea myśliwskie czy różnorakie malowidła.

– Czy jego dokładne miejsce pobytu zostało ustalone? – Arthair ściszył swój głos, gdy zobaczył, że Detmond dołączył do niego przy stole.

Wzrok księcia był teraz zwrócony w stronę oczu mistrza magii. Niziołek odwzajemnił spojrzenie.

– Jak na razie jesteśmy na etapie wykreślania możliwych opcji. Niedługo powinniśmy poznać miejsce pobytu Pierwszego– odparł zmęczonym głosem Detmond.

– Tropiciele zostali poinformowani?

– Tak, Wasza Wysokość.

– Czy wykryto obecność Intruza? – indagował monarcha, w tym samym czasie zbliżając się do okna.

Kontakt wzrokowy pomiędzy mężczyznami dawno się urwał.

– Patrolujemy tereny powiązane z przypuszczaną lokacją Pierwszego. Jak na razie nie ma raportów o nieproszonych gościach – zmęczenie w głosie niziołka zmieniło się w postępującą beznamiętność odpowiedzi.

– Czy wiemy cokolwiek więcej o tym człowieku?

– Wstępne raporty mówią o mężczyźnie, wiek bliżej nieznany…

– Chodziło mi o nowe informacje, Detmondzie – przerwał stanowczo książę.

– Jest duże prawdopodobieństwo, że Intruz współpracuje z Księstwem Soccair – odpowiedział lodowato mag.

Nastała cisza.

Arthair spoglądał na swoje zmęczone niebieskie oczy, odbijające się w oknie. Jego chuda twarz o ostrych rysach jedynie uwypuklała jego wycieńczenie. Książę był na tyle wyczerpany, że nie zwracał już nawet uwagi na swoją bliznę na prawym poliku oraz na fakt, że jego średniej długości siwe włosy nie zakrywają już jego prawego ucha, a raczej tego co z niego pozostało.

– Kontynuuj Detmondzie – odparł oschle monarcha.

– Raporty szpiegów, działających na terenie Księstwa Glehealch, traktują o zaobserwowaniu podobnego typu działalności na ich ziemiach – oznajmił równie chłodno mag.

– Rozumiem, że podobne raporty nie przychodzą od szpiegów w Księstwie Soccair?

– Nie, Wasza Wysokość.

– Wiesz Detmondzie… Nienawidzę braku kontroli. Tylko raz w życiu nie zapanowałem nad jakąś sytuacją…

– Mam tego świadomość, Wasza Wysokość – niziołek próbował przerwać wywód monarchy.

– Detmondzie! – warknął Arthair.

Książę znów spojrzał w stronę maga, odrywając swój wzrok od swego odbicia w oknie. Kwadratowa twarz Detmonda nie ukrywała przerażenia. Krzaczaste brwi skrzata uniosły się lekko do góry. Pot zgromadzony na gładko ogolonej twarzy, odbijał światło docierające z żyrandola wiszącego wysoko nad kamienną podłogą.

– Przepraszam, Wasza Wysokość – odparł pokornie mag.

Cisza po tych słowach była nie do zniesienia dla zawstydzonego niziołka. Jedynie okazjonalne wtrącenia silnie wiejącego na zewnątrz wiatru, przerywały zaistniały nieprzyjemny spokój. Zabijający duszę wzrok księcia był krępujący dla Detmonda.

– Chcę wiedzieć więcej o tym Intruzie. Chcę w końcu usłyszeć jakieś konkrety. Chcę… Mieć w końcu święty spokój – wyliczał lodowatym głosem Arthair. – Powiadom mnie, kiedy przyjadą tropiciele – dodał po chwili, odwracając swój wzrok w stronę drzwi.

– Naturalnie, Wasza Wysokość.

Głuche stukanie skórzanych butów Detmonda o kamienną podłogę warowni przez jakiś czas wypełniało salę obrad – cichnąc z każdym kolejnym krokiem – tylko po to, żeby całkowicie zniknąć w momencie, gdy mag otworzył potężne sośniane drzwi. Skrzyp starych zawiasów nieoficjalnie ogłosił, że w komnacie został sam Arthair.

•R•

Ciepłe światło wylewające się z warowni silnie kontrastowało z zimnem, otulonej chłodnym lśnieniem gwiazd i księżyca nocy. Obłoki pary wymieszanej z kryształkami lodu, które wydobywały się z ust tropiciela, odbijały część światła rzucanego z nieskalanego chmurą nieboskłonu. Ciemna klacz, na grzbiecie której siedział Rodhlann, powolnym galopem wjeżdżała na drewniany most dzielący ich od wejścia do twierdzy. Jeździec zatrzymał konia, gdy zobaczył, że odziany w czerwoną kurtkę gwardzista zagradza im dalszą drogę.

– Ktoś ty? – krzyknął głębokim głosem żołnierz, w tym samym czasie trzymając swoją rękę blisko pochwy, w której mieścił się miecz.

– Rodhlann… – jeździec zawahał się na chwilę – Tropiciel. Zostałem wezwany przez Detmonda…

– Czekają na ciebie na górnym dziedzińcu – przerwał strażnik, schodząc siewcy zagłady z drogi.

Jeździec lekko poruszył wodzami konia, zmuszając go do ruchu. Biały puch osadzony na moście zaskrzypiał pod naporem kopyt.

Wjeżdżając na błotnistą drogę, która zawijasem prowadziła do górnego dziedzińca – lawirując przy tym obok stalowych kloszy, w których to paliły się średniej wielkości ogniska, oświetlające drogę swoim ciepłym blaskiem – Rodhlann zwrócił uwagę na dużą ilość żołnierzy, których mijał po drodze. Niektórzy z nich obojętnie przechodzili obok wolno kroczącej klaczy tropiciela. Inni zaś stali małymi gromadkami przy źródłach ciepła, za które w tej sytuacji służyły im jasno świecące klosze. Hałas rozmów prowadzonych przez owe zgromadzenia, których częstotliwość występowania na drodze była wysoka, dekoncentrował jeźdźca, który nie przestawił jeszcze swojego słuchu na wszechobecny jazgot po pełnej ciszy podróży. Chmara postaci odzianych w ciężkie ciemne buty, pasiaste spodnie – przeplatające barwy czerni i bladego brązu – oraz czerwony tors z przyszytym miniaturowym herbem Aberrach – na którym to pośród jaskrawego tła mieścił się kruk, który w swych szponach trzymał czerwoną różę – była rozsiana prawie równomiernie po powierzchni całej warowni. Nawet na górnym dziedzińcu ich liczba była przytłaczająca. Pośród tego zgiełku, Rodhlannowi ciężko było znaleźć swój punkt docelowy na wielkim placu, za którym mieścił się główny budynek warowni zbudowany z wielkich kamiennych cegieł. Po chwili zakłopotania tropiciel w końcu wypatrzył miejsce, w którym go wyczekiwano. Mały skrawek gołej ziemi – a raczej błota – który w rogu mieścił trzy konie przywiązane do poziomo postawionej beli wydawał się być tym miejscem, w którym miał się znaleźć jeździec. Rodhlann zastanawiał się jedynie, czemu skrawek wypatrzonego przez niego gruntu nie roił się od ludzi. Gdy jeździec zbliżał się do owego miejsca, pytanie znalazło swoją odpowiedź. Na środku skrawka stał Biały Kruk lub oficjalnie Detmond.

– Rodhlannie – odezwał się donośnym głosem mag.

Tropiciel w tym samym momencie zszedł z konia i zaczął prowadzić go za wodze w stronę beli.

– Widzę, że drużyna na mnie nie czekała – odparł sarkastycznie mężczyzna.

Konie, obok których klacz tropiciela została zostawiona, zajadały się paszą podstawioną w drewnianych wiadrach, a każdy miał inny kolor – od ciemnobrązowego po biały i srokaty. Kary wierzchowiec, którym mógł się pochwalić Rodhlann, wpasował się swoim umaszczeniem w mozaikę kolorów.

– Coś się wydarzyło po drodze? – zapytał zaintrygowany Detmond.

Trzymał swoje ręce w kieszeniach swojego jasnego – wykończonego futrem białego lisa w okolicach kołnierza – płaszcza. Odzienie mistrza magii kontrastowało ze skromnym kolorystycznie okryciem tropiciela. Jedynie zbroja Rodhlanna – która w tym momencie była zakryta przez ciemny płaszcz – wydawała się emanować śladowymi ilościami przepychu. Jednak to wszystko było spowodowane obszyciem – wykonanym z cienkiej nici złota – które występowało na sklepieniach kolejnych warstw grubego i wytrzymałego materiału. Złote obszycie zaś zwiększało potencjał magiczny tropiciela, przez co magiczne siły nie opuszczały Rodhlanna tak szybko. Złoto również zwiększało moc magicznych znaków, którymi posługiwał się jeździec boskiej śmierci.

– Czemu pytasz? – odparł zapytaniem mężczyzna.

– Kruk, którego wysłałem do ciebie, wrócił jako pierwszy – oznajmił beznamiętnym tonem mag.

Zgiełk w warowni trwał w najlepsze, przez co niziołek musiał zbliżyć się do tropiciela by móc w stanie się z nim porozumieć.

– Cóż… Miałem przyjemność zetknąć się z kilkoma elfami w Lesie Haggrin – odpowiedział Rodhlann, odpinając pochwę, w której mieściło się diamentowe ostrze, z grzbietu swojego wierzchowca. – Co tu się w ogóle dzieje? – dodał po chwili, przewieszając pokrowiec przez swoje ramię.

– Znaleźliśmy kolejnego Pierwszego, Rodhlannie – powiedział Detmond.

Tyle wiem – pomyślał tropiciel.

W między czasie obaj ruszyli w stronę głównego budynku warowni.

Powolnym krokiem zbliżali się do wielkiego kamiennego prostopadłościanu. Jego forma oraz kształt były bardzo prymitywne, jednak budowla ta nie miała wyglądać, miała spełniać swoją funkcję obronną. Wielka Warownia jednak nie spełniała swoich obronnych obowiązków od przynajmniej stu lat. Twierdza ta była symbolem zamierzchłych czasów. Okresu wojen wymierzonych przeciwko nieludziom, prawowitym mieszkańcom wyspy Meadtuath. Teraz jednak warownie, znajdujące się głęboko w czeluściach Księstwa Aberrach, były wykorzystywane okazjonalnie. Wypełnione ludźmi były zazwyczaj wtedy, gdy księciu zachciało się polować. Ta jednak była wyjątkiem. Użytkowana była przez cały rok przez około kilkuset żołnierzy, gdyż znajdowała się kilkadziesiąt mil od stolicy Księstwa Aberrach.

Można rzec zatem, iż Arthairowi szczęście nie dopisało, gdyż swój pobyt w Wielkiej Warowni uwarunkował właśnie potrzebą polowania. Wielki Książę chciał się jedynie rozerwać, uciec na chwilę od miejskiego zgiełku, by w przeddzień urodzin wrócić do stolicy. Polowanie oczywiście się powiodło, jednak powrót do Deas już nie.

Rodhlann pchnął wielkie sośniane drzwi, przez co ciepłe światło w środku warowni wylało się na zewnątrz. Ciepły blask był oślepiający dla Rodhlanna. Jego źrenice natychmiast się skurczyły.

Kamienny wystrój były surowy i dość nieprzyjemny dla oka. Ściany składające się z wielkich kamiennych bloków wyglądały jakby zaraz miały się zapaść pod własnym ciężarem. Natomiast z łukowatego sklepienia co jakiś czas zsypywał się materiał skalny, co mogło powodować pewien niepokój dotyczący stabilności tej budowli. Szeroki na kilkadziesiąt stóp korytarz prowadził jedynie prosto do wielkiego przedsionka. Jednak nawet w łączniku znalazło się miejsce na trofea myśliwskie, ozdobne zbroje, czy czerwony dywan okrywający jedną trzecią kamiennego gruntu.

– Długo czekałeś na tym mrozie? – zapytał Rodhlann, spoglądając na niziołka.

– Niedługo… Spokojnie nie zmarzłem – odpowiedział beznamiętnie Detmond.

Weszli do przedsionka. Wysoko postawione sklepienie w korytarzu, w tym miejscu stało się jeszcze wyższe. W budynku roiło się od książęcych gwardzistów, ubranych w charakterystyczne czerwone płytowe zbroje. Co jakiś czas w oczy rzucał się sługa, ubrany w ciemne obcisłe szaty, oraz wysokie skórzane buty.

– Po co mu tyle ludzi? – rzucił niespodziewanie tropiciel.

Mag uśmiechnął się pod nosem.

– Wielki Książę bał się, że Pierwszy zwęszy jego obecność… Bał się ataku z jego strony – odparł Detmond, prowadząc Rodhlanna w górę schodów, które mieściły się naprzeciwko korytarza, którym wcześniej szli.

– Nasz książę ma rozmach… – oznajmił sarkastycznie jeździec.

– Wysoce niepotrzebny.

Rodhlann uśmiechnął się pod nosem.

W środku głównego budynku twierdzy, jak na taką ilość osób, było dość cicho. Głuche stąpanie butów o kamienne schody roznosiło się echem po przedsionku i tylko co jakiś czas było zakłócane szeptami strażników lub głuchym stukaniem płyt ich ciemnych pancerzy. Dźwięk ten przypominał stłumione dźwięczenie małego dzwonka.

Rodhlann i Detmond weszli na piętro. Tutaj, w przeciwieństwie do korytarza na dole, łącznik był o wiele szerszy i prowadził do wielu rozwidleń. Czerwony dywan natomiast pokrywał całość kamiennej posadzki. Ilość trofeów myśliwskich, tak samo jak i straży, zwiększyła się.

Niziołek i tropiciel przechodzili obok czerwonych postaci stojących w bezruchu, rozstawionych po obu stronach korytarza. Pancerz efektywnie zakrywał zmęczenie ludzi, kryjących się pod nim. Była już późna noc, jednak dalej nie doszło do zmiany warty.

– Którego Pierwszego znaleźliście? – rzucił niespodziewanie Rodhlann.

– Nie wiemy. Magowie ze stolicy dopiero dwa dni temu wykryli jego obecność – odparł beznamiętnie Detmond, licząc na to, że ten dzień się wreszcie skończy.

– Kolejny odczyt… A Idlina? – indagował zniecierpliwiony tropiciel.

– Co w związku z nią? – odpowiedział znudzony mistrz.

– Coś więcej o niej wiemy?

Obaj skręcili w prawo.

– Miałem nadzieję, że ty mi przyniesiesz jakieś nowości.

– Myślałem, że może ktoś z mojej drużyny wpadł na jakiś świeży trop podczas rutynowych zleceń.

– Nikt nie wpadł na żaden świeży trop, Rodhlannie. Wszyscy żywiliśmy nadzieję, że może ty coś odnajdziesz.

– Badam to samo miejsce od Ciepłych Wiatrów poprzedniego roku, za każdym razem przynosząc tam wasze nowe magiczne zabawki… Nic z tego nie wychodzi.

– To tak naprawdę nasz jedyny trop i potrzebujemy kogoś, kto przebada ten teren pieczołowicie.

– Tym kimś jestem ja?

– Naturalnie.

Niziołek zaczął się niecierpliwić. Rozmowa z Rodhlannem powoli go męczyła.

Znowu skręcili w prawo. Wystrój korytarzy pozostawał bez zmian, a jedyną zmienną była ilość strażników, która zwiększała się, gdy zbliżali się do komnaty, w której przebywał Arthair.

– Czyli mówisz, że moja magiczna latarnia nie zadziałała? – zapytał w końcu Detmond.

– Została przeładowana chwilę po zapaleniu. Kryształ w środku pękł – odparł chłodno Rodhlann.

– Znowu ją przeciążyło…

– W tamtym miejscu jest po prostu za dużo magii…

– Niedługo znowu tam pojedziesz – przerwał niziołek, dotykając lekko owłosioną dłonią swojej gładkiej twarzy. – Będę musiał zwiększyć pojemność magiczną tego urządzenia… – dokończył pod nosem.

Dwie ubrane w czerwony pancerz postaci, trzymające wielkie włócznie w swoich lewych dłoniach, stały dumnie obok masywnych drewnianych drzwi, umocnionych wąskimi stalowymi płytami ułożonymi wzdłuż łukowatych wrót. Te same postaci ani drgnęły, kiedy to Detmond za pomocą magii otworzył oddalone o kilka stóp drzwi.

Skrzyp zawiasów stawał się coraz głośniejszy w miarę dalszego otwierania wrót. W końcu drewniana konstrukcja zatrzymała się, kiedy to mag oraz tropiciel stanęli w przejściu pomiędzy korytarzem, a salą obrad.

Światło wewnątrz komnaty wydawało się ciemniejsze od tego, jakie zastał tutaj Detmond kiedy po raz ostatni odwiedził w niej księcia. Jednak oprócz Arthaira, w sali znajdowały się również trzy inne osoby, tropiciele z drużyny Rodhlanna.

Dwóch mężczyzn oraz jedna kobieta, wszyscy odziani w ten sam, ciemny oraz długi do kolan płaszcz, przysłaniający tropicielski pancerz. Wszyscy mieli zwrócony wzrok w stronę jeźdźca oraz niziołka.

Tropiciel podszedł normalnym tempem w stronę stołu, na którym mieściła się mapa Meadtuath.

– Księciu Arthairze… – przywitał się z monarchą, kłaniając się oraz kładąc zaciśniętą prawą pięść na swojej lewej piersi.

– Tropicielu – odparł beznamiętnie monarcha, kładąc swoją dłoń na blacie sośnianego stołu.

Rodhlann dołączył do swoich kompanów w szeregu. Od stołu dzieliła ich niewielka odległość.

– Możemy zaczynać? – zapytał Arthair, spoglądając w stronę niziołka, który stał po lewej stronie szeregu.

– Naturalnie, Wasza Wysokość – odparł mag.

Niziołek bez zastanowienia udał się w stronę księcia, zatrzymując się po jego lewej stronie. Salę na chwilę wypełnił dźwięk głuchego stąpania butów Detmonda o kamienną podłogę.

Rodhlann wtenczas powiódł wzrokiem po Eileen, która stała po jego prawicy. Była ona jedną z niewielu kobiet w tropicielskim fachu, która odznaczała się oliwkową cerą oraz ciemnofioletowymi oczyma. Mimo faktu, że liczyła sobie już czterdzieści cztery wiosny, dalej wyglądała zadziwiająco młodo. Jej delikatne rysy twarzy były komplementowane przez jej długie i aksamitnie brązowe włosy. Tropicielka mogłaby być muzą dla wielu artystów, jednakże na przeszkodzie stała jedna rzecz. Fakt, iż miała złamany nos. Swo-ista pamiątka po wykonywanym zawodzie.

Detmond stanął w miejscu. Jedynie jego barki, szyja oraz głowa wystawały zza jasnego blatu. Wszystkie oczy w komnacie były zwrócone w jego stronę.

– Udało nam się ustalić miejsce, w którym przebywa teraz Pierwszy… Mniej więcej – zaczął niziołek swoim szorstkim głosem. – Ze wstępnych oraz bardzo ogólnych informacji, których dostarczyli nasi zwiadowcy, wynika na to, że miejsce pobytu A’Chiada znajduje się w okolicy wsi Lahvann. Chodzi mi dokładnie o obszar położony na północ od niej.

Detmond zapukał knykciami w dębowy stół pięć razy, po czym lekko pchnął ręką przed siebie. Białe pióro – leżące na krawędzi blatu – zaczęło lewitować w powietrzu. Człowiek nawet nie zdążył mrugnąć, a przedmiot już był maczany w kałamarzu z czerwonym atramentem. Po chwili natomiast, pióro zostało wprowadzone w ruch i zaznaczyło okrąg, tuż przy wsi Lahvann, która mieściła się pośrodku Lasu Haggrin. W tym samym czasie mag zataczał koło na blacie stołu, za pomocą palca wskazującego. By to uczynić jednak, musiał najpierw stanąć na palcach, przez co niziołek wyglądał jak dziecko, które ze swojej nieopanowanej ciekawości spoglądało na to, co znajdowało się na stole.

Rodhlann uśmiechnął się pod nosem.

Wtenczas Dwunasty z linii Eionów ślepo wpatrywał się w mapę wyspy Meadtuath. Jego szczególną uwagę przykuwało Księstwo Soccair. Książę dobrze wiedział, że widmo Trzeciej Cogadh Mor – czyli Wielkiej Wojny – ciążyło nad wyspą. Wykrycie Intruza, który mógł mieć powiązania z przeciwnikiem, jedynie podsycało nastroje.

Ten chłopak musi być kluczem do sukcesu – pomyślał Arthair, spoglądając na Rodhlanna. Wyraziste rysy twarzy młodego tropiciela przykuły uwagę księcia. Tak samo jak jego średniej długości blond włosy oraz oczy o lekko złotym kolorze.

– Jaka jest rzeźba terenu na tym obszarze? – zapytał Carrow, swoim głębokim oraz szorstkim głosem.

Siwe włosy, doświadczonego oraz wysokiego na około siedem stóp tropiciela, odbijały promienie światła dochodzące z żyrandola, którego owalna oraz drewniana konstrukcja – z której to zwisały pnącza zaschniętego wosku – lekko huśtała się, wisząc z sufitu. Pokryta bliznami twarz siewcy zagłady powodowała jednocześnie uczucie współczucia oraz lęku, natomiast jego prawe oko – o barwie ciemnego szmaragdu – zdawało się hipnotyzować lekkim światłem, które się z niego wydobywało. Lewy oczodół Carrowa był zasłonięty czarnym kawałkiem zwierzęcej, umocnionej skóry przyszytej do twarzy.

– Mapy wskazują na iglasty las, żadnych wzniesień oraz jaskiń – odparł spokojnie niziołek. – Miejsce natomiast od dwóch dni jest aktywne magicznie.

– Jak bardzo? – indagowała Eileen.

– Nie jesteśmy w stanie dokładnie zmierzyć… Nie mówimy jednak o ekstremach.

– Jak duże jest prawdopodobieństwo, że natrafimy tam na Idlinę? – wyrzucił z siebie Rodhlann.

Wszyscy zwrócili swój wzrok na niego. Detmond westchnął błagalnie.

– Nikt tego nie wie, Rodhlannie – oznajmił lodowato niziołek. – Jedyne co wiemy to to, że któryś z A’Chiad tam jest.

Za oknem ruszył się wiatr, gdy w sali nastała nieprzyjemna cisza.

„Hamuj się” – pomyślał jeździec boskiej śmierci.

Nie mógł mieszać swoich uczuć w tę misję, jednak chęć zabicia Idliny była od niego silniejsza. Sam jednak dobrze wiedział, że tak błaha żądza krwi będzie jedynie przeszkadzać. Nie był w stanie przekuć tego głodu w skupienie. Za każdym razem kiedy przez jego myśli przechodziła Idlina – co konsekwentnie powodowało myśli o Stelli ¬– nie był sobą, zaczynał odrywać się od rzeczywistości.

Zemsta przyjdzie w swoim czasie – pouczał samego siebie.

– Czy macie jakieś pytania? – zapytał po chwili mistrz magii. – Oczywiście… Zaraz dostaniecie runy ochronne, jednak mam dla was jeszcze jedną rzecz – dodał, oddalając się od stołu.

Detmond podszedł do półki znajdującej się za sośnianym stołem, po czym podniósł z niej cztery krótkie sztylety, schowane w skórzanych pochwach. Niziołek zbliżał się do lady powolnym krokiem.

– Wolałem być przy tym ostrożny – oznajmił Biały Kruk, kładąc sztylety na sośnianym stole. – Są do waszej dyspozycji.

Dźwięk wyciągania ostrzy z futerałów odbijał się echem w sali. Jasnoniebieskie brzytwy o długości przedramienia były prawdziwym dziełem sztuki. Sztylety były wyposażone w ozdobne rękojeści. Złote węże oplatały ramiona jelców, a samo ostrze było ozdobione magicznymi glifami.

Na spojeniu ostrza z rękojeścią znajdowało się okrągłe wgłębienie. Miejsce to, w czasie walki, było zazwyczaj okupowane przez magiczną runę.

– Diamentowe? – zapytał Albion, swoim charakterystycznym wysokim głosem.

Obła twarz, niskiego oraz dobrze zbudowanego tropiciela, była pokryta kilkudniowym – przypominającym czarny mech – zarostem. Zaś jego łysina – tak samo jak siwe włosy Carrowa – odbijała światło dochodzące ze świec – mieszczących się w owalnej konstrukcji żyrandola – znajdujących się wysoko nad jego głową.

– Naturalnie – odparł Arthair, po czym odszedł od stołu.

Swój wzrok utkwił w krajobrazie za oknem.

– Wyruszacie o brzasku… Dla niektórych z was będzie to pierwszy kontakt z A’Chiadem – dodał, odwracając się.

Monarcha spojrzał na Rodhlanna.

– Spróbujcie odpocząć… Detmond zaprowadzi was do waszych komnat – kontynuował Wielki Książę, spoglądając na siewców zagłady swoim przenikliwym wzrokiem.

W tym samym czasie Detmond zaczął rozdawać tropicielom ochronne runy, których kolor przypominał wieczorne słońce.

– Dla pewności naładujcie je jeszcze – oznajmił niziołek, prowadząc drużynę w stronę wyjścia.

Głuchy stukot wraz z porywistym wiatrem na zewnątrz tworzył symfonię wypełniającą salę obrad. Harmonia ta jednak została zaburzona, gdy stare zawiasy potężnych drzwi zagrały swoją melodię.

– Nie zawiedźcie mnie – powiedział beznamiętnie Arthair.

Po chwili książę został sam w sali.

Następne częściTropiciel 3 Tropiciel 4 Tropiciel 5

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • OsMiornicaDave 4 miesiące temu
    W tym rozdziale akcja trochę zwalnia, chociaż coraz bardziej intryguje kim są tropiciele i kim jest ten Pierwszy. Znów dość rozwlekle rozpisałeś się o osobowości króla (aż ciśnie się na usta show don't tell), choć z wplataniem opisu wyglądu postaci radzisz sobie całkiem dobrze. :)
  • fjoloP 4 miesiące temu
    Właśnie chwilę po wypuszczeniu obciąłem ten fragment i lekko zredagowałem, by nie był to taki bezpłodny infodump. Nie wiem w takim razie czy czytałeś/aś już wtedy lekko poprawioną wersję czy też nie.
  • OsMiornicaDave 4 miesiące temu
    fjoloP starą wersję, teraz zdecydowanie lepiej :)
  • fjoloP 4 miesiące temu
    To teraz powinno być nawet jeszcze lepiej :)! Niestety, lecz przede mną jeszcze trochę draftów, a te niezdarne infodumpy – na szczęście już rzadziej pojawiające się w tekście – jak już są, to zdarzają się naprawdę masywne :/ Ale cieszy mnie fakt, że zaintrygowałem cię tropicielami i Pierwszymi! Mam nadzieję, że mimo wolniejszego tempa, dalej się to ciekawie czyta.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania