Ukochany mąż - rozdział 3

Milczał długo, wpatrując się w swoje kolana. Ta pozycja, zwieszona głowa i unikanie mojego wzroku wróżyło coś bardzo złego. Obserwowałam go przez dłuższy czas.

- Powiesz mi, o co chodzi? Nie mogą przyjechać? - odezwałam się w końcu.

Jeszcze chwilę się nie odzywał, aż w końcu uniósł głowę.

- Gabi… twoi rodzice… - zamilkł znowu.

- O co chodzi?

- Nie wiem, czy jesteś gotowa, żeby to usłyszeć…

Znowu cisza. Do cholery, o co chodzi?!

- Oni… oni nie żyją. Wiem, że z twoim problemem, twoją utratą pamięci na pewno ciężko ci to słyszeć… Mama zmarła jak miałaś 3 lata, zginęła w wypadku samochodowym… a twój tata miał zawał serca 2 lata temu… wiem, że nic nie pamiętasz, a ja nie powinienem może mówić tego już teraz...

Mówił coś jeszcze, ale żadne z jego słów nie docierało już do mnie. Nie mogłam złapać oddechu, w głowie poczułam pustkę, a przed oczami miałam mroczki. W klatce piersiowej czułam ogromny ścisk, dusiłam się, walczyłam o każdy oddech… Zanim straciłam przytomność, przeszło mi przez myśl, że ja też chyba teraz umrę…

 

Stoję przy blacie w kuchni. Kroję pomidora na desce, po czym wrzucam go do miski, w której znajdują się już inne składniki na sałatkę. Mieszam jej zawartość i odkładam ją do lodówki. Wyciągam z szafki szklankę i nalewam do niej soku z butelki stojącej koło mikrofali. Upijam kilka łyków i słyszę jakieś dźwięki. Odwracam głowę w stronę jego źródła. To elektroniczna niania, z której wydobywa się znajomy dźwięk gaworzenia. Odstawiam szklankę na blat i wychodzę z kuchni. Kieruję się w lewo i idę po schodach w górę. Schody są szerokie, lekko trzeszczą pod moimi stopami. Gdy już jestem na piętrze, kieruję swoje kroki w prawo. Wchodzę do pokoju. W łóżeczku stoi mała dziewczynka, uśmiecha się na mój widok i wyciąga do mnie ręce. Podchodzę do niej, przytulam i daję jej do ręki ukochaną maskotkę, króliczka.

 

- Jest w szoku. Nie rozumiem, dlaczego powiedział jej pan o jej rodzicach.

- Wiem, przepraszam, ale co miałem powiedzieć? Miałem ją okłamać?

- Powinien pan to ze mną omówić. Razem zastanowilibyśmy się, żeby wprowadzić ją w…

Przez mgłę słyszałam ich rozmowę. To byli oni. Mój mąż. I ten lekarz. Nie wiedzieli, że się obudziłam. Leżałam bez ruchu i nasłuchiwałam. Dość dobrze słyszałam ich głosy, byli chyba w moim pokoju. Otworzyłam oczy i poruszyłam lekko ręką. Doktor Barańczak od razu to zauważył i szybko podszedł do mojego łóżka. Za nim Dominik.

- Jak się pani czuje, pani Gabrielo? - spytał cicho pan Piotr.

- W porządku, jak na to, że moi rodzice nie żyją.

- Przepraszam, strasznie cię przepraszam… - Dominik chwycił mnie za dłoń i uścisnął lekko.

Nie zareagowałam, ale też nie wyrwałam ręki.

- Kiedy stąd wyjdę? Bo w sumie całkiem nieźle się czuję.

- Najprawdopodobniej jutro lub pojutrze. Jeszcze dziś przyjdzie po panią pielęgniarka i zawiezie panią na tomografię. Musimy jeszcze sprawdzić…

- Nie ma problemu. - przerwałam mu. - Chcę po prostu już jechać do domu… Zgodzę się na wszystkie badania i leki, tylko chcę już stąd wreszcie wyjść…

Lekarz uśmiechnął się lekko i wyszedł. Zostałam sama z moim mężem.

- Jeszcze raz przepraszam… - zaczął.

- Mam prawo wiedzieć, co działo się w moim życiu i co stało się z moimi rodzicami. - powiedziałam twardo.

Milczeliśmy jeszcze chwilę. Dominik nachylił się nade mną i delikatnie pocałował mnie w czoło.

- Pojadę do domu się przespać i przywiozę jutro rano twoje rzeczy.

- Czy mógłbyś przynieść mi jakąś herbatę? I coś do jedzenia?

- Oczywiście. Dla ciebie wszystko.

Następne częściUkochany mąż - rozdział 4

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • Klaudunia rok temu
    Pięknie, świetnie Ci idzie. Kontynuuj dalej : )
  • Shigella rok temu
    dziękuję za bardzo miłe słowa :D
  • Bajkopisarz rok temu
    „miałaś 3 lata, zginęła w wypadku samochodowym… a twój tata miał zawał serca 2 lata”
    Cyferki słownie
    „Mieszam jej zawartość i odkładam ją” – ją zbędne, bo odnosi się nie do sałatki tylko zawartości.
    „szklankę i nalewam do niej soku”
    Zaimek zbędny, bo wiadomo, gdzie sok zostanie nalany
    „wyjść…
    Lekarz uśmiechnął się lekko i wyszedł.„
    Wyjść-wyszedł

    Jak na razie bardzo dobrze się czyta, zgrabnie napisane. Widać, że masz pomysł i nie męczysz się z nim. Fajne rozwiązanie z tym przejściem na czas teraźniejszy, dobrze pasuje.
    Te rozdziały mogłyby być nawet nieco dłuższe.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania