Wieś cz. 1

Dzisiaj.

Łeb boli, pęka. Serce, wali jakbym biegł, jakbym uciekał, albo się bał strasznie. Spałem. Już nie śpię. W gębie kibel mam, kwas, smak wymiocin, podchodzi mi do gardła szambo. Cofa się. Rzygam żółcią na ziemię. Ziemia jest mokra, padało. Teraz słońce grzeje. Paruje, duszno. Nie mam siły wstać, głowy podnieść. Widzę butelkę po wódce, leży przy mnie, razem ze mną, pusta jest jak i ja pusty i brudna w piasku, jak i ja. Cuchnie mi z gęby i ja cuchnę cały, ale cuchnie coś jeszcze. Coś kręci się wokół mojej głowy. Jakaś myśl, która nie chce być pomyślana, ale kręci się jak natrętna osa. Wargi suche, wody, wody potrzebuję. Język jak próchno, jak ruszę nim to się rozsypie, nie ruszam, nie że nie mogę, ale boję się ruszyć. Czy umrę? Nie, nie umrę. Nie chcę umierać. Nie umrę, bo złego diabli nie biorą. Nie umrę bo coś się stało i mam cierpieć i będę cierpiał. Cuchnie spalenizną. Myśl do głowy wlatuje. Pożar. Paliło się. Pamiętam jak siedziałem i piłem pod altaną, byli ludzie, było całkiem miło. Był Antek i Kasia i Stefan i pamiętam jak Boguśkę zerżnąłem i jak Adam mi przywalił w pysk i że bolało, i jak zaczęło się palić pamiętam i walić. Pamiętam. Butelka niknie w trawie, rozmywa się jej obraz, obraz domu się wyostrza, wyrastają z drugiego planu czarne jego zgliszcza, smoła, popiół nie dom, dym. Chuj z domem. Zrywam się na równe nogi jak po zastrzyku z adrenaliny. Otwieram gębę na oścież milcząc, mało jej nie rozerwę tej gęby swojej, tak ją drę, ale milczę, bezgłośny krzyk, rozpacz. Wyję jakby mnie kroili, jakby członki me amputowali tępą piłą bez znieczulenia w stanie pełnej świadomości, ale wyję ciszą. Kroją mi serce na żywym organizmie. Krzyczę Kaśka! Krzyczę: mój dom! Nie chcę żyć, nie mogę już żyć. Nie dam rady żyć, ale żyję. Żyję.

 

W ubiegłym roku.

Wieś to cisza błoga przystrojona szumem traw i liści, śpiewem skowronka i klekotem bociana. Czasem szpetnym wyciem żurawia. Wieś to spokój podążający z wolna za nurtem strumyka. Wieś to rytm leniwy dyktowany tempem stukotu końskich kroków stępu swobodnego. To bzyczenie trzmiela, ale i muchy, pszczoły, ale i szerszenia. Zapach zboża, ale i obornika, zapach deszczu i kurzu. Cichy gwar rozmów wieczornych oswobodzonych wodą życia, z żyta wydobytą w alchemiczny niemalże sposób. Wieś to życie....

Co za szajs, gniotę kartkę.

 

Przedwczoraj.

Wstaję z wyra, w mordzie jakbym popielniczkę miał, popiół i kwas. W czubie dalej nieźle, bo piłem ze Stefanem samogon, Stefana produkcji samogon, ścierwo cholerne, dobre, cholernie sponiewiera. Zasnąłem w ubraniu i w nim się obudziłem. Klei się ono, to ubranie, przewiewna koszula bawełniana i przewiewne spodnie lniane, ale już nie przewiewne, kleją się do mego spoconego ciała. Bydło wyje, słyszę z podwórka wycie bydła mego donośne i w tym wyciu da się wyczuć cierpienie. Nie pojone od wczoraj od rana, to i cierpi pragnienie. Trzeba napoić bo weźmie i padnie. Zaniedbuje obowiązki jak zwykle, jak co dzień, i jak co dzień mam wyrzuty od swych zaniedbań. Zaglądam do lodówki schylony w poszukiwaniu piwa, światło rozlewa się po jej wnętrzu ukazując pustkę. Nie ma niczego, taki oksymoron, a może pleonazm. Dziwne. Na stole w butelce na dnie bimbru na dwa palce, nie tknę cholerstwa za nic w świecie, ale bimber doskonały. W ziemiance mam wino ubiegłoroczne, więc idę. Na zewnątrz skwar mimo wczesnej pory. Mimo baloniastej głowy i wycia bydła jest cudnie.

Zaraz kurwa! Najpierw pan, potem gawiedź bydlaki! Cholerne krowy mają dostęp do sadzawki i nie wiem czemu z niego nie korzystają. Spuszczam wiadro do studni. Łańcuch skrzypi na wałku. Chlup! Wciągam, ciężko, łańcuch skrzypi, ale inaczej, ciężej jak po astmie skrzypi, rzęzi. Schodzę po wino ubiegłoroczne do ziemianki, ciemno i czuć wilgoć mimo osłabionego czucia mych zmysłów. Ochlapuję twarz lodowatą wodą z wiadra, rześko. Rozrabiam wino z tą samą wodą w szklance, w stosunku trzy czwarte do jednej czwartej, jest cierpkie i rześkie zarazem. Nie najlepsze, ale da się pić. I kolor nie tęgi, ale czego się spodziewać, jaki kraj takie wino. To nie Grecja do cholery. Koi pragnienie i szum w głowie koi. Ulga. Zmierzam boso po trawie, po porannej, kojącej rosie ku cielakom, już bydlakom, nadają się chyba na steki. Mijam niewielką oborę, za nią pastwisko zielone, raj dla krów. Przydałoby się trawę skosić na podwórku. Henio, syn sąsiadów miał przyjść wczoraj, nie przyszedł, zapił pewnie, jak i ja zapiłem. Mijam pastuch, ostrożnie przekładam przez niego nogę uważając na jajka, ważne są dla mnie, bo użyteczne ciągle. Czasem. Przekręcam zawór baniaka na wodę, ta leci sporym, grawitacyjnym strumieniem do koryta, w zasadzie do wanny starej. Tłucze woda metalicznie o jej dno z plamą po odpryśniętej emalii. W dole pastwiska bocian stoi nieruchomo, udaje, że mnie nie widzi. Cielaki spragnione zmierzają pospiesznie ku mnie i wannianemu korycie. Wyglądają w tym swoim kłusie jak biegnące niezdarnie ludzkie grubasy. Piją łapczywie, całe moje stadko pije. Kupiłem je razem z siedliskiem, psem i dziesięcioma hektarami rolnej ziemi. Może był to głupi pomysł, kupując cielaki nie mając pojęcia o ich hodowli, ale dzięki nim mam przynajmniej jakieś poczucie obowiązku. Pies zdechł po miesiącu. Może kupię drugiego, albo przygarnę jakiegoś burka ze wsi. Do obrony domu by się przydał i do towarzystwa. Nie wiem co ważniejsze.

Wracam pod dom. Zdążyłem już się spocić cały, potrzebuję kąpieli, potrzebuję zmyć z siebie wczorajszy dzień i dzisiejszą noc. Nie mam bieżącej wody, toteż wyciągam kilka pełnych wiader ze studni, pocąc się przy tym obficie, choć już nie robi to różnicy memu ciału i ubraniu. Lubię tę czynność. Wyciąganie wody ze studni jest takie pierwotne. Mógłbym przecież doprowadzić bieżącą wodę, stać mnie, ale nie chcę i już. Piekło, mimo raju, gorąc chyba ze czterdzieści stopni, powietrze się klei, świat jest kleisty. Siadam na krześle, które na niewielkiej werandzie, na werandzie mego domu, siadam by odsapnąć. Rozglądam się po okolicy, którą nieporadnie przysłonić próbuje mój niewielki płot. W zasadzie nie rozglądam się, patrzę prosto przed siebie. Za płotem droga żwirowa, tuż przy drodze kasztan wielki na dziesięć metrów i rozłożysty na chyba tyle samo, dalej łąka, też moja, kolorowa i głośna, nie dotknięta pługiem, jakieś trzysta kroków w linii prostej i na końcu granica z lasem, właściwie borem. Bór wprawdzie, ale ma kilka brzozowych wysp. Lubię brzozy nie wiedzieć czemu. Może przez Iwaszkiewicza.

Rozpalam zapałką największy palnik gazowy, płomień bucha na niebiesko, stawiam sagan na ten rozpalony palnik i czekam oblany potem aż woda się zagrzeje. W tej prosto ze studni bym zamarzł na kość.

Patrzę na zgaszony nieużywany przeze mnie kineskopowy telewizor, który został tu po zmarłym gospodarzu i który sam też zmarł wraz z nim. Myślę o nim, o tym zmarłym gospodarzu. Ludzie mówią, że był pijakiem wygodnickim, nie dbającym o higienę, ani o zdrowie, ani o inwentarz, za to pomocnym był w stosunku do tych ludzi. Nie doprowadził tu bieżącej wody, czego postanowiłem nie zmieniać, ale prąd założyć był zmuszony, bo bez prądu ciężko prowadzić nawet niewielkie i zaniedbane gospodarstwo. Prąd i mi się przydaje, choć telewizora nie odpalam. Wystarczy że bieżącej wody nie mam.

Odkupiłem je, to gospodarstwo, od córki zmarłego gospodarza za bezcen. Drewniany dom z bala i podwórko było okropnie zapuszczone. Z pomocą Henia, syna sąsiadów mieszkających po drugiej stronie wsi wprowadziliśmy tu ład względny. Odświeżyliśmy dwuizbowe wnętrze zalewając niczym mlekiem wewnętrzne ściany białą farbą. Wcześniej musieliśmy pozbierać owoce pracy odpowiednio setek i milionów pająków i roztoczy. Wymieniliśmy kilka zbutwiałych desek w podłodze, uporządkowaliśmy zagracone podwórko, zasialiśmy trawę w miejsce chwastów – chwasty już wróciły w miejsce trawy - odświeżyliśmy drewniane bale, i drewniany płot, dokupiłem kilka nowych skandynawskich mebli i ozdobników w postaci między innymi nowoczesnych, nietanich obrazów, załataliśmy dziurę w dachu i voilá. Witaj wsi radosna, witaj wsi wesoła. Teraz ja cię będę zaniedbywał.

Woda zaczęła bulgotać. Gaszę palnik. Wlewam do nowej, włoskiej, wolnostojącej, wypełnionej do połowy lodowatą wodą wanny gorącą, wrzącą, wodę. Wanna stoi w sypialni jak fotel czy inny mebel. Dodaję kilka kropel olejku pomarańczowego by ten pomógł rozluźnić moje mięśnie. Skręcam papierosa. Tytoń Virginia nadaje się idealnie do skręta. Jest idealnie cięty i idealnie wilgotny. Jestem wygodnicki i dobrze mi z tym. Zrzucam z siebie przepocone ubranie. Zanurzam się w ciepłej, pachnącej cytrusami wodzie, zapalam papierosa popijając dym rozcieńczonym czerwonym, domowym, kiepskim winem. Rozcieńczam je by się nie upić. Tak wygląda mój wiejski raj. Wino w istocie jest kiepskie, ale i raj musi mieć swoje przywary. Leżę w letniej wodzie, namakam jak ubrudzone po tygodniu rolniczej pracy portki, by dało się mnie doczyścić. Wdycham pomarańczową esencję, która łagodzi kaca, za sprawą której łagodnieje też moje ciało. Tyle lat o tym marzyłem, tyle lat. Mam to, ale mnie to nie syci. Czy się z tym godzę?

Następne częściWieś cz. 2 Wieś cz. 3 Wieś cz. 4

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • słone paluszki 09.06.2022
    Przeczytałam. Początek dość ciężki, bo wczoraj nie dałam rady przebrnąć, ale na pewno buduje klimat. Tak jak krótkie zdania i powtórki.

    Z ciekawości idę dalej, choć nie przepadam za seriami.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania