Zjawa - Rozdział IX - część 2/2

W niewielkim, zamkniętym między ścianami z szarego betonu pokoju panował kompletny bezdzwięk, zdolny doprowadzić każdy umysł do szaleństwa. Tworzył on idealną symfonię z nieprzeniknionym mrokiem, panoszącym się ze względu na brak jakiegokolwiek źródła światła. W spartańskich warunkach tego pomieszczenia nie było miejsca dla niczego prócz wiadra i pordzewiałej pryczy ze starym materacem, na której to zasiadał młody chłopak.

Osobnik ten tkwił jakby w letargu. Nic nie zwiastowało, iż miałby się ruszyć. Uczynił to jednak i stanąwszy na równe nogi, podszedł do stalowych drzwi. Otwarcie ich, pozwoliło mu wyjść na opustoszały korytarz, który jak pokój ozdobiony był surowym betonem. Znalazłszy się na nim, bez ostrzeżenia puścił się w bieg. Po kilkudziesięciu krokach otoczenie przeinaczyło się w zarzucony śniegiem, iglasty las. Ta przestrzeń nie była już tak stoicka jak betonowy pokój. Powietrze przecinały zatrzymane w czasie ślady po pociskach i powstałe w wyniku licznych wybuchów fragmenty ziemi, zmieszane z odłamkami drzew.

Bieg młodego osobnika trwał, póki nie przebiegł on tuż obok jednej z eksplozji. Gdy to się stało, czas nagle ruszył, by w mgnieniu oka rzeczywistość zalał okrutny pisk, wymieszany z najczystszą bielą.

– Stary… Ale cię odcięło… – zaśmiał się wpółprzytomny, rozłożony na skórzanej kanapie osobnik w masce przeciwgazowej.

– Ta… – odmruknął młodzieniec, zalegający na podłodze.

– Ćśś… Weź głęboki wdech – polecił rozmówca.

Chłopak wykonał rozkaz i opuszczając powieki, zaciągnął haust ogarniętego gęstym dymem powietrza. Trzymając go w płucach, odczuł wirowanie, które przerodziło się w uczucie spadania. Gdy to przeminęło, w przestrzeni pojawiły się odgłosy przyśpieszonego oddychania i bicia serca.

– Trzymasz się? – zapytał znajomy głos jegomościa po pięćdziesiątce.

¬– Tak – odparł na nie młodzieniec, orientując się, iż jego ciało jest źródłem dźwięków.

– To rusz się i pomóż mi z tymi ciałami.

Ogarnąwszy ciężki oddech, otworzył oczy, spodziewając się obrazu zdemolowanego pokoju. Dostrzegł jednak coś innego. Przez jego źrenice wpadły promienie świetlne, które wcześniej odbiły się od każdej powierzchni wnętrza niewielkiej biblioteki.

– Oh! – Zaskoczona dziewczyna, układająca książki na półkach, niemal nie spadła z drabiny. – Nie zauważyłam pana!

– Mam lekki krok – oznajmił, by zapytać – Jest Ojciec?

– W warsztacie – odparła, schodząc na podłogę. – Zaraz go zawołam.

Po tym pobiegła na zaplecze, zostawiając młodzieńca samego. Ten zaś, by nie stać bezsensownie w miejscu, zaczął przeglądać zaległe na półkach książki. Nie zeszło mu na tym zbyt wiele czasu, gdy niespodziewanie drzwi wejściowe otworzyły się z wyraźnym odgłosem trąconego dzwonka. Dźwięk ten momentalnie skupił na sobie całą jego uwagę, sprawiając iż na moment cała przestrzeń zanikła. Po chwili, gdy dzwonienie poczęło cichnąć, rzeczywistość zarysowała się obrazem bankietu w usianej złotem i srebrem restauracji. Stojący na krześle blondyn właśnie przestał uderzać nożem o kieliszek z szampanem.

– Panie i panowie! – uspokoił rozgadany tłum – Zebraliśmy się tu dziś, aby opłakiwać odejście naszego cudownego dona, a za razem radować się nadejściem nowego! Mam nadzieję, iż młoda krew u sterów naszej rodziny, doda nam wiatru w żagle i pozwoli osiągnąć sukcesy o jakich nam się nie śniło!

Po tej wypowiedzi spojrzał na nie już tak młodego osobnika i dodał:

– Twoje zdrowie!

Jakby na rozkaz wszyscy zawtórowali tym słowom i razem z blondwłosym osobnikiem opróżnili swe kieliszki.

– Na zdrowie – mruknął ten w odpowiedzi i podniósł do ust stojącą przed nim szklankę z wodą, aby wziąć z niej symbolicznego łyka.

Odłożywszy ją, westchnął zaś i rozejrzał się po pomieszczeniu. Przepełnione było one ogromną ilością emocji, głosów, spojrzeń i zapachów. To stłoczenie nie działało dobrze na zmysły nowego dona, który podniósł się i bez słowa wyszedł na korytarz.

Znalazłszy się na nim, oparł się o ścianę i osunął powoli. Usiadłszy zaś ciężko na podłodze dostrzegł, iż przestrzeń znów uległa zmianie. Ściany korytarza zalały się przyozdobioną złotymi znakami czerwienią. Nowoczesne oświetlenie rzucające białe światło, przeinaczyło się w lampy o wyglądzie przynoszącym na myśl azjatyckie kultury, z których padały słabe, żółte promienie.

– Ech… – westchnął w odpowiedzi na ból z kilku ran powstałych w wyniku dźgnięcia, uderzenia, czy postrzału.

Dobrze, iż miał na sobie kamizelkę, gdyż jego pierś jak i plecy były obolałe od uderzeń pocisków. Szkoda, iż to jeszcze nie był koniec i za winklem czekał na niego kolejny przeciwnik.

*Jeszcze trochę.* Pomyślał sobie i przeładował broń. Następnie dźwignął się ciężko na równe nogi i począł uspokajać oddech. Z tego co pamiętał za zakrętem stało kilka donic, które wyglądały jakby mogły wtrzymać ostrzał z pistoletu. Chociaż nawet jeśli nie były w stanie tego zrobić, lepsza taka osłona niż żadna. Wezbrał więc powietrza w płuca i mając wrażenie, iż czas zwalnia, wybiegł zza osłony. Jego przeciwnik postąpił podobnie, co poskutkowało wymianą strzałów. Działo się to tak szybko i wolno za razem, iż mężczyzna nie był w stanie określić kiedy znalazł się za doniczką. Za to wyraźnie czuł pieczenie w miejscu gdzie powinien być płatek ucha i ciepłą krew spływającą mu po szyi. Nic innego nie wydawało zwracać na siebie uwagi. Założył więc, iż udało mu się wyjść z wymiany ognia prawie bez uszczerbku na zdrowiu.

Z tym konceptem spróbował zobaczyć czy jego przeciwnikowi udało się przeżyć. Wychyliwszy na moment głowę nie dostrzegł żadnego ruchu. Dodatkowo prócz cichej, dobiegającej nie wiadomo skąd muzyki nie słyszał nic. Wrócił jednak za osłonę i odczekał chwilę, by rozeznać się w sytuacji ponownie. To pozwoliło mu potwierdzić założenie, iż przeciwnik nie przeżył, albowiem zdołał dojrzeć nieruchome ciało zaległe na podłodze korytarza. Odetchnąwszy z ulgą, podniósł się i ostrożnie wyszedł zza osłony. Przygotowany do oddania dodatkowych strzałów, począł iść przed siebie. Po kilku krokach miał oddać dodatkowy strzał, aby upewnić się, iż przeciwnik jest martwy, gdy nagle coś go uderzyło.

*Nie.* Jego umysł zechciał zakłamać rzeczywistość, gdy ciało przyśpieszyło kroku, by w mgnieniu oka znaleźć się i klęknąć przy ofierze strzelaniny.

– Nie – powtórzył, czując jak w jego pierś zaczyna wyżerać od wnętrza biała pustka.

Przy tym uniósł zmarłą osobę i położył sobie jej głowę na kolanach. Drżącymi dłońmi odgarnął jej długie, blond włosy z niebywale bladej twarzy i spojrzał w pozbawione życia, jasnozielone oczy. Chciał coś powiedzieć. Chciał zapłakać. Niestety uczucia, które przed chwilą go trawiły, zdążyły już zniknąć. Nie było po nich żadnego śladu, prócz wspomnienia, iż kiedyś istniały.

Świadomy toczącej jego umysł anhedoni, obrócił głowę ku znajdującemu się po jego boku oknu, by dojrzeć w nim swe odbicie. Gdy zaś to czynił, rzeczywistość zalała kompletna ciemność, a szyba prezentująca obraz skąpanego w ogniu miasta, zmieniła się w zwierciadło, w którego głębi stał mężczyzna w czarnym płaszczu i kapeluszu. Osobnik ten cechował się pełnym niezrozumienia wzrokiem, którym przypatrywał się młodszemu mężczyźnie po drugiej stronie przeźroczystej tafli. Dopiero gdy ów młodzieniec zbliżył się do niego i spojrzał w jego oczy, coś do niego dotarło. Z ich dwoje to on był odbiciem. Do tego skrzywionym w taki sposób, aby mógł zrealizować niemożliwe marzenie. Wszystkie emocje, które do tej pory czuł, były jedynie konstruktem umysłu, który nigdy nie potrafił ich prawdziwie odczuć, a jedynie starał się je kopiować.

Prawda ta niczym kamień uderzyła w zwierciadło i razem z nim rozbiła przestrzeń na drobne kawałki, tworząc kalejdoskop wspomnień, przez który tylko jedna świadomość była zdolna przejrzeć.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania