Zjawa - Rozdział V - część 2/2

Gdy tylko samochód się zatrzymał, mężczyzna w płaszczu wyskoczył z niego, trzymając w dłoni dokumenty otrzymane od Złotowłosej i zaczął iść ku bramie, przez którą wchodziło, a także wychodziło pełno ludzi. Szybko jednak się wrócił, otworzył drzwi pojazdu i rzekł:

– Poczekaj tu chwilkę.

Po tym zamknął je i odszedł. W niedługim czasie znalazł się w tłumie ludzi chodzących między straganami, którzy robili cotygodniowe zakupy. Pośród tej hałastry musiał odnaleźć około pięćdziesięciopięcioletniego faceta z wyraźnym brzuszkiem. Na szczęście wiedział gdzie ma go szukać. Ruszył więc szybkim krokiem w kierunku jedynego stoiska z pomarańczami na tym targu.

– Czy on wszyscy muszą być grubi? –rzucił do siebie, zastanawiając się, czemu ludzie których zna są albo chudzi, albo przy kości.

Nagle jego myśli popłynęły w stronę współpracownicy, która go tu przywiozła. Dopiero teraz sobie uświadomił, iż w sumie widział ją tyle razy, lecz nie potrafi przypomnieć sobie jakiej jest tuszy.

– Nie jest gruba. Chyba… – mruknął, oglądając się za siebie, jakby w poszukiwaniu istoty, o której myślał.

Niestety kazał zostać jej w aucie. Westchnął więc tylko i powrócił do swych poszukiwań. W końcu dotarł do odpowiedniego miejsca i tam dostrzegł poszukiwaną osobę.

– Don Pablo! – odezwał się radośnie, rozstawiając szeroko ramiona – Jak my się dawno nie widzieliśmy. Pamiętasz mnie jeszcze?

– Jak mógłbym zapomnieć faceta, który zniszczył moją rodzinę? – odparł grymaśnie zaczepiony jegomość, wyszukując i wrzucając do worka pasujące mu pomarańczowe owoce.

– Oj, będziesz mi to wypominał? Przecież to i tak nie była już twoja – rzucł, dobrze wiedząc iż jego rozmówca tylko się z nim droczy. Nie mając jednak ochoty bawić się w kotka i myszkę, szybko przeszedł do konkretów, które wcale tak nie brzmiały – Szukam krawca i potrzebuję twej pomocy.

Na jego słowa, zajęty owocami osobnik skonsternował się na moment i zaprzestał swych działań. Następnie wyprostował się, spojrzał na niego i pretensjonalnym głosem wypalił:

– Przychodzisz do mnie jak gdyby nigdy nic. Po dwóch miesiącach ciszy. Gdy ja oddaję się relaksie zakupów. Mówisz na mnie don. Zero przeprosin. Zero tłumaczeń. Żadnego „Jak się czujesz Pablo? Jak tam u ciebie?” Nic. Aby było lepiej mówisz mi, że potrzebujesz krawca?! – mówiąc to jego twarz nabrała czerwieni – Krawca?! Cholera idź prosto i skręć w prawo! Do widzenia!

Skończywszy swą wypowiedź, odwrócił się i powrócił do swego zajęcia.

– Konkretnego. Takiego, który szyje ze skóry – detektyw dopowiedział, a po tym, by uniknąć kolejnych pretensji, rzucił przed rozmówcę teczkę – Ludzkiej skóry.

Zainteresowany nagle pięćdziesięciolatek, podniósł leżący przed nim przedmiot i zaczął przeglądać jego zawartość.

– Nie jest dobrze panie detektywie – odezwał się poważnym głosem – W mieście rośnie napięcie. Ludzie są jacyś poirytowani. Wszędzie rodzą się problemy. Zwykłe rzezimieszki nie boją się atakować. Coś jest nie tak.

– Jest źle? – zapytał głupio, łapiąc jedną z pomarańczy i zaczynając ją obierać.

– Nie jest stabilnie. Przydałoby zrobić sobie wakacje, gdzieś daleko.

Po tych słowach zapadła cisza, podczas której Pablo studiował dostarczony mu raport, a detektyw, ku niezadowoleniu sprzedawczyni, pochłaniał nie należącą do niego pomarańczę.

– Dobra… Wypuszczę wici – rozległo się oświadczenie, po którym teczka powróciła do prawowitego właściciela – Nie wychylaj się panie detektywie. Może weź urlop. Dla swojego dobra się ulotnij.

– Zastanowię się nad tym. Nie mniej jednak ty też powinieneś sobie zrobić wakacje – odrzekł, oblizując mokre od soku palce.

– I uważaj na Annę. Góra zawsze ma jakiś cel w wysłaniu gdzieś swojego człowieka – dodał ciszej, zabierając worek z pomarańczami i odchodząc powolnym krokiem.

Na to detektyw sięgnął do swego kapelusza i spuścił go niżej na oczy. Rozejrzał się dyskretnie po okolicy i nie dostrzegłszy niczego podejrzanego, ruszył z wolna w kierunku wyjścia z terenu targu.

 

Znudzona Anna stukała paznokciami palca wskazującego i środkowego lewej ręki o kierownicę, rozglądając się za osobnikiem, z którym przyszło jej pracować. Nie mogła go jednak nigdzie dostrzec. Westchnęła więc głęboko, zastanawiając się ile ta chwilka mu zajmie. Nagle, nie wiedzieć dlaczego zirytowała się i stwierdziła, iż muzyka, która płynie z jej radia, nie pasuje jej gustom. Zaczęła więc majstrować przy częstotliwości odbieranych fal szukając czegoś sensownego. Niestety płonne poszukiwania tylko potęgowały jej zdenerwowanie. Przycisnęła więc przycisk zasilania i wyłączyła denerwujący brzęczyk. Następnie wyciągnęła telefon i zaczęła przeglądać na nim ostatnie wiadomości. Nie miała do końca pojęcia co ma robić. Wszystko działało jej lekko na nerwy, powodując nieznośny ból głowy. Poddała się więc i odłożywszy telefon, oparła głowę o oparcie. Następnie zamknęła oczy i westchnęła przeciągle, czując iż trochę się uspokaja.

– Już! – rzucił detektyw, wpadłszy nagle do pojazdu i zamknąwszy za sobą drzwi z hukiem.

Biedna, przestraszona Anna podskoczyła na te bodźce, czując jak jej serce momentalnie przyśpiesza. Jej partner zaś nie przejmując się niczym, rzucił trzymaną w rękach teczkę na deskę rozdzielczą i rzekł:

– To… Może nad rzekę? Znam dobrą knajpkę – odezwał się, próbując się z nijakim skutkiem zapiąć pasem.

Wypowiedziawszy to spojrzał na kobietę, do której mówił, zastanawiając się czemu ta jeszcze nie uruchomiła silnika. Gapiąc się jak głupiec w jej zielone oczy, wydawał się nad czym zastanawiać. Niespodziewanie sięgnął do swojej kieszeni i wyciągnął z niej tabliczkę czekolady opakowaną w ładne, platynowe opakowanie.

– Dla ciebie. Za to, iż musiałaś czekać. – rzekł, podając ją Annie.

Ta zaś nie wiedząc jak ma zareagować, siedziała jak wryta i spoglądała głupkowato na swego rozmówcę. W końcu jednak przyjęła podarek, położyła go w wnęce pod radiem i zapaliła samochód przekręcając kluczyk w stacyjce. Kolejno uruchomiła kierunkowskaz i włączyła się do ruchu.

 

Pośród licznych, toczących się rozmów. W akompaniamencie znienawidzonego przez każdego człeka, z rozwiniętym odpowiednio słuchem, gatunku muzyki. W pobliżu szerokiej rzeki. Na jednej z ławek przed niewielką knajpką, siedziała sobie para złożona z jegomościa w czarnym płaszczu, na który zdecydowanie było za gorąco i kobiety w niebieskim żakiecie zajmujących się pochłanianiem lodów z szklanych pucharków. Gdy jedno z nich delektowało się przysmakiem, drugie skupiało się na treści raportu spisanego przez lekarza medycy sądowej. Oczywiście tym drugim był nie kto inny jak detektyw, który czasami zapominał się i zaczynał jeść swe zimne pożywienie na tyle szybko, iż jego głowa zaczynała boleć.

– Mam dość… – mruknął, rzucając trzymane w dłoni papiery na stół, przy którym siedział.

Po tym schował twarz w dłoniach i wydał z siebie dźwięki podobne do tych, które wydaje się podczas łkania. W dziesięć sekund otrząsnął się z tego stanu i odsłonił swe oblicze, aby spojrzeć na niewzruszoną niczym Annę. W tym momencie zaczął się jej dokładnie przyglądać. Wpierw jego wzrok powędrował na jej dzierżącą łyżeczkę rękę, która poruszała się w górę i w dół w niezbyt szybkim tempie. Tu zauważył pierwszy szczegół, którym był brak pomalowanych paznokci i nazbyt poraniony kciuk.

– Interesujące… – mruknął do siebie wędrując wzrokiem na klatkę piersiową, szyję i w końcu twarz.

Tu oczarowały go jasnozielone tęczówki z charakterystycznymi ciemnymi plamkami, otoczone przez rzadkie zmarszczki, które nie wiedzieć czemu dodawały swej posiadaczce uroku. Z tych niepozornych odbić duszy wyczytał coś niecodziennego. Otóż miał wrażenie, iż patrzy się na kobietę, która tylko z wierzchu była tak spokojna i słodka. W jej głębi wydawało się zaś tkwić coś naprawdę okropnego. Zło, nienawiść, podłość i pragnienie zemsty, które toczyły ją jak przewlekła choroba, na którą zachorować można jedynie doświadczając czegoś naprawdę przykrego. Nie chcąc dalej spoglądać w ten obraz, skierował swój wzrok na nos. Ten okazał się bardziej szeroki i krótki, niż długi i wąski. Z jego nasady zaś rozchodziły się liczne jasne piegi, które bez bliższego przypatrzenia się, nie zaznaczały wyraźnie swej obecności. Następnie przyszedł czas na szerokie, choć średniej grubości usta, które skrywały za sobą niezwykle zadbane uzębienie. W tym momencie wzrok detektywa przesunął się do góry, ku krótkim brwiom i wysokiemu czołu, na którym rysowała się dosyć wyraźna, pionowo biegnąca żyła. Ponad wszystkim, na samym czubku swoją prezencję wdzięczyły ciemne włosy, które wywoływały w obserwatorze pewne zwątpienie, którego dokładnego źródła nie potrafił określić. Dopiero po dłuższej chwili dostrzegł potwierdzenie tego, co chodziło mu po głowie. Jasne odrosty. W tym momencie zadowolony z siebie, uśmiechnął się szeroko. W końcu niecodziennie dochodzi się do wniosku, iż pracuje się z kimś kto farbuje włosy, prawda?

– Przyglądasz mi się – oświadczyła niespodziewanie Anna.

– Podziwiam twe oblicze – odrzekł, a następnie dodał – Z wyraźnymi konturami. Kwadratowe, choć nieco pociągnięte.

– Fascynujące – skwitowała wszystko bezemocjonalnie, po czym wróciła do swych słodkości, które były już na wykończeniu.

– Ile masz lat? – zapytał nagle.

– Kobiet nie pyta się o wiek – odparła mu z buzią pełną lodów, które przełknąwszy dodała – Dwadzieścia jeden. Dlaczego pytasz?

– Zastanawiam się… Ale nie mogłem cię znać – stwierdził, po czym coś przyszło mu do głowy – Znałem może twoją matkę?

W tym momencie dziewczyna zamarła, a mina jej zrzedła. Widocznie wspomnienie jej matki nie było czymś przyjemnym.

– Nie sądzę – odparła chłodno, ewidentnie pragnąc zakończyć ten temat.

Na szczęście w tej chwili odezwał się dzwonek jej telefonu. Wyciągnęła go więc i oświadczywszy odpowiednią formułką, iż słucha, rozpoczęła rozmowę. Nie trwała ona długo i z jej strony składała się jedynie z potwierdzeń. W pewnym momencie wyciągnęła dłoń z urządzeniem do rozmówcy i rzekła:

– Coś do ciebie. Taksówkarz ma alibi. Opiekunka zapadła się pod ziemię.

– Aha… – rzekł jej, a gdy przyłożył słuchawkę do ucha, oświadczył – Słucham?

– Chciałeś ostatnio informacje o Zygusiu. Myślałem, że dałem ci wszystko, ale ostatnio pogrzebałem trochę. Popytałem tu i tam, no i mam – odezwał się znajomy głos.

– Zamieniam się w słuch – powiedział, odwróciwszy się plecami do swej towarzyszki.

– Gość dobrych kilka lat temu mieszkał w tym mieście… Cholera no. Nie pamiętam nazwy. Potem to sprawdzę. Tak czy siak. Mieszkał tam i pracował jako radiowiec. Czyli nic specjalnego, ale… Ponoć miał na pieńku z wszelaką mafią, ze względu na swoją wścibskość. Do tego ponoć miał niezłe wtyki. Te wiersze, które odczytywał co tydzień. Ponoć pisał je jakiś wpływowy mafiozo, ale kto wie czy to nie jest tylko bajka.

– Sugerujesz, iż to mogła być jakaś zemsta po latach? – zapytał nagle.

– Wątpię. Całe miasto poszło z dymem i zostały po nim tylko zgliszcza. Dużo ludzi zginęło. Rodziny ponoć się rozpadły. Nie ma raczej na to większych szans, ale pomyślałem, że to może jak już się tego dowiedziałem, to ci przekażę– odparł.

– No dobra… Podeślij mi później namiary. Każdy trop jest dobry – zażądał, a następnie zechciał zmienić temat – Jak tam u…?

– Sorki. Muszę lecieć. Mamy wezwanie – przerwano mu, a następnie połączenie zostało zerwane.

Wzdrygnął więc na to ramionami i odwrócił się z powrotem ku Annie. Podczas tego czynu, spojrzał na ekran jej telefonu, na którym ujrzał powiadomienie od nieodczytanej wiadomości, która właśnie nadeszła.

– Ktoś cię kocha – oświadczył jej, oddając jej urządzenie, po czym wstał ze stęknięciem i oddalił się o piętnaście metrów do barierek oddzielających dreptak od brzegu rzeki.

Tam oparł się o nie i westchnął przeciągle, obserwując stojącego po połowę ud w wodzie mężczyznę, który co chwila łapał na wędkę jakąś rybę i wypuszczał ją.

– Bezsens… – mruknął.

– Jest jej dokładną odbitką – odezwał się dobrze znany mu głos, którego lokalizacji nie mógł określić.

– Kto? – odrzekł mu opryskliwie.

– Córka – radość przepełniająca słowa, które zarejestrował jego mózg, zirytowały go.

– Kogo? – rzucił, nie wiedząc o co może chodzić.

– Może to chciała ci powiedzieć… – rozległo się zapytanie.

Gdy tylko zaś wybrzmiało, skroń detektywa przeszył świdrujący ból, który zmusił go do przyłożenia dłoni do głowy i pochylenia jej na bolesną stronę.

– O co ci chodzi? – odparł, przezwyciężając niedogodność.

– Dobrze wiesz o co. Wiesz to. Widzisz to. Czemu się okłamujesz? – mówił głos, jakby coraz głębiej zanurzając się w jego myślach.

– Niczego nie wiem – odparł, machnąwszy ręką, jakby chciał odpędzić coś krążącego wokół głowy.

– A może nie chcesz wiedzieć? – padło zapytanie.

– Zostaw mnie do cholery w spokoju! Mam cię dość! – wrzasnął obracając się w stronę, z której przyszedł.

Wtedy ujrzał, a jakżeby inaczej, Annę stojącą z zapomnianą przez niego teczką w dłoni. Spoglądał na nią pełnym nienawiści wzrokiem, który nie był przeznaczony dla jej osoby. Widział w jej oczach, co się szykuje. Dobrze znał rozwój sytuacji. Wiedział, iż może się spróbować wytłumaczyć. Miał tego świadomość, aczkolwiek… Nie miał do tego chęci. Nie wypowiedział więc ani słowa i odwrócił się na pięcie, by zacząć iść przed siebie w celu oddalenia się od okropności rzeczywistości.

– Cholera.. – mruknął sam do siebie, rozmyślając nad wzięciem urlopu, jak mu zostało nawet doradzone.

 

Jegomość idący z głową pękającą od znerwicowania, wkroczył do jakiegoś parku. Zamierzał zasiąść tam na którejś z ławek, jednak został niespodziewanie zaczepiony przez dwóch zacnych rycerzy ortalionu. Ci oczywiście zapytali go w swej gwarze cóż takiego go trapi. On im jednak nie odpowiedział. Jedyne co, to zaczął zdejmować swój płaszcz. Podczas tego usłyszał niewybredny komentarz, który zbytnio nie przypadł mu do gustu. Gdy w końcu stał, trzymając w dłoni element swego ubrania spojrzał szybko na swych przeciwników, aby ocenić ich aparycję. Zebrawszy potrzebne informacje i dobrawszy odpowiedni moment, rzucił jednemu na głowę ciuch, po czym poczęstował drugiego potężnym lewym sierpowym w szczękę, który posłał go prosto na ławkę. W tym momencie pierwszy z przeciwników pozbył się przedmiotu zasłaniającego jego wzrok. Wyrobił się w odpowiednim momencie, by zobaczyć prawy prosty, który rozkwasił mu nos i zmusił do cofnięcia się o kilka kroków. Adrenalina mu momentalnie podskoczyła, lecz nie zdążył uczynić z tego żadnej korzyści, albowiem błyskawicznie otrzymał uderzenie na wątrobę, które poprzedziło to na podbródek. To odebrało mu władzę w ciele i skazało na upadek. Aby nie ryzykować jego podniesienia się, detektyw kopnął potężnie w jego kostkę. Usłyszawszy satysfakcjonujący dźwięk, obrócił się do osobnika, który mimo nokautu starał się podnieść i zdołał nawet dobyć noża z kieszeni. Ten widok ucieszył go niezwykle. Zbliżył się więc do swej ofiary i z szaleńczym uśmiechem złapał za jej dłoń, a następnie skierował ją w jego udo, w które zanurzył lekko stępione ostrze. Gdy skończył, cofnął się o kilka kroków, by spojrzeć na swe dzieło. Stwierdziwszy, iż pozbył się zagrożenia wyciągnął z kieszeni telefon i wykręcił numer alarmowy.

– Nad rzeką. W parku – rzucił nim dyspozytor zdołał się odezwać, po czym rozłączył się.

Nagle z jego oblicza spadł uśmiech i na jego miejscu pojawiła się jedynie zimna obojętność. Z taką aparycją podniósł z ziemi swój płaszcz i kapelusz, który zdołał gdzieś podczas walki upaść. Następnie nałożył je na siebie i ruszył powolnym krokiem wprzód. Nie przestąpił jednak pięciu kroków, a jego urządzenie do komunikacji zawibrowało. Wyciągnął je więc i odczytał, krótką wiadomość od swego przyjaciela z pracy.

– Polesie… – mruknął zdecydowawszy, gdzie go dziś zaprowadzi los.

Był jednak jeden problem, w którego rozwiązaniu mógł pomóc mu tylko jego dobry kumpel z drogówki. Otóż od kiedy odzyskał kluczyki do swego auta, nie mógł go znaleźć. Pozostawał więc zaradzić coś na ten mały szczegół i ruszać w drogę.

 

Niski, czarny samochód mknął z niebywałą prędkością po od dawna nieuczęszczanej drodze. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Nawet różnorakie zwierzęta oddające się swemu życiu. Mężczyzna, który zaś siedział w jego wnętrzu słuchał wyciszonego dźwięku wiatru, uderzającego w pojazd. Przy tym czuł się niekomfortowo. Nie miał pojęcia dlaczego, lecz takie uczucie towarzyszyło mu zawsze, gdy prowadził. Minęły dwie godziny podróży, gdy wyjechał z lasu, którym przemieszczał się od dłuższego czasu, prosto na równiny, które miały za niedługo przejść w wyraźną dolinę.

– W końcu… – mruknął do siebie, czując w gardle mdłości.

W ciągu kolejnych dziesięciu minut stanął przed, trzymającymi się nazbyt dobrze jak na kondycję miasta, starymi murami i wysiadł z swego pojazdu, zatrzymując wcześniej pracę silnika. Pierwszym co zrobił, było odejście kilka kroków za auto i zwymiotowanie wszystkiego, co jeszcze znajdowało się w jego żołądku. Po tym wyprostował się, westchnął głęboko i rozciągnął zastałe mięśnie. Zakończywszy te czynności ruszył ku bramie mieściny i stanął w niej jak wryty. Oto przed nim rysował się obraz zrujnowanej miejscowości, w której prócz dzikich zwierząt mieszkały chyba tylko upiory. Z jednej strony czuł straszny niepokój, a z drugiej męczyło go nieodparte wrażenie, iż skądś zna to miejsce.

– Byłem tu? – zapytał samego siebie, nie otrzymując oczywiście odpowiedzi.

Jednak miał wrażenie, iż na skraju świadomości ktoś szepcze mu jedno słowo: „Wróciłem”. Ruszył więc wolnym krokiem, spoglądając na stojące wszędzie pomniki przeszłości. Mimo, iż miał pojęcia, gdzie się kieruje, nie martwił się o to, iż się zgubi.

 

Jakieś pół godziny zajęło mu dotarcie do starego blokowiska, które wzbudzało w nim głęboką nostalgię. Miał wrażenie, iż w tym miejscu spędził niegdyś dużo czasu, jednak za nic nie mógł sobie tego przypomnieć. Jedyne co świdrowało jego głowę jako wyraźne wspomnienie była kładka, na której aktualnie stał. Już chciał udać się do wnętrza starych, zniszczonych i nie wiadomo jakim cudem utrzymujących się jeszcze bloków, gdy głos radiowca, którego sprawę badał, zwrócił mu uwagę:

– Nie to jest twym celem jak mniemam.

– Nie… – przyznał mu cicho rację, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył ku centrum, gdzie miał nadzieję znaleźć stojący jeszcze budynek redakcji radia, w którym za życia pracował Zygmunt.

Dotarł w założone miejsce w koło piętnastu minut. Stojąc przed zgliszczami budynku, który w obecnym stanie nie różnił się zbyt wiele od innych, westchnął. Następnie kucnął i podniósł jeden z kamieni.

– Radio Doba. Ech… Aż się łezka w oku kręci – odezwał się znów znajomy głos radiowca. – Pamiętasz te czasy? Gdy przyszedłeś tu pierwszy raz. Chyba zmierzałeś do Blondyna…

Te słowa sprawiły, iż dźwignął się szybko, by ujrzeć zupełnie odmienione otoczenie. Nie było śladu po pochmurnym niebie, czy rozległych zniszczeniach. Miasto, w którym się znajdował wręcz kipiało życiem pod licznymi promieniami słonecznymi, które gotowały powietrze. Na jego plecach nie wisiał zaś płaszcz, a na głowie brak było kapelusza.

– Musisz iść prosto na Plac Wolności. Tam wsiądziesz w dziesiątkę i pojedziesz do końca. Stamtąd już spokojnie trafisz. Są znaki. Zrozumiał? – stojący przed nim Zygmunt tłumaczył mu drogę, o którą prawdopodobnie wcześniej zapytał.

– Tak – odrzekł głosem, który brzmiał młodziej i zdrowiej o jakieś dwadzieścia lat.

– No to spadaj – rzucił rozmówca, po czym odwrócił się i wszedł do budynku, w którym pracował.

Detektyw zaś ruszył według przekazanych mu wskazówek i w niedługim czasie znalazł się w autobusie. Jadąc nim, nie mógł odciągnąć wzroku od swego nikłego odbicia w szybie, które pozbawione było wszelakich skaz i wyglądało jakby było z okresu, gdy miał koło siedemnastu lat. Zafascynowany swą posturą nie zauważył nawet kiedy podróż minęła i zmuszony został do tego by wysiąść. Gdy to zrobił, nie trafił na chodnik, a na ogromne schody wyłożone czerwonym dywanem. Zdziwiony odwrócił się, by dostrzec za sobą jedynie zamknięte, drewniane drzwi. Wzruszył więc ramionami i zaczął iść w górę. W połowie drogi dołączył do niego starszy kelner, który od razu zaczął wypytywać o jego życzenia odnośnie posiłku. Został jednak zignorowany. Kilka kroków później detektyw w ciele młodzieńca wkroczył do rozległej sali wypełnionej stolikami i ogarniętej nieopisanym przepychem. Zdumiony zaczął gapić się w sufit tak odległy, iż gwiazdy na nim namalowane, wydawały się być prawdziwe.

– Przyjacielu! Zachowujesz się jakbyś był tu pierwszy raz! – zawołał do niego blondyn w białym garniturze, który ni stąd, ni zowąd do niego podszedł.

– Jestem tu drugi raz. Nowy. Nie wiem jak można mnie z kimś pomylić – mruknął w odpowiedzi.

– Nie mylę! Nie mylę! – zakrzyknął rozmówca – Jesteś wyjątkowy. Czuję to w kościach.

Wymówiwszy ostatnie zdanie złapał go pod rękę i zaprowadził do baru.

– Dobra. To jest teczka, którą musisz zanieść do katedry. Tyle chciałem – oświadczył mu, przekazując srebrny przedmiot.

– Robota jak robota – stwierdził, odbierając przesyłkę i już miał zacząć iść do wyjścia, gdy powstrzymały go słowa blondyna.

– Wpadnij tu jeszcze. Mam wrażenie, iż się zaprzyjaźnimy – uśmiech, który towarzyszył temu wyznaniu był tak szczery i szeroki, iż można było aż zakwestionować jego prawdziwość.

Po tym ruszył do drzwi wyjściowych i gdy tylko przekroczył ich próg, znalazł się w rozległym wnętrzu katedry. Wokoło rozbrzmiewały dźwięki religijnych pieśni śpiewanych po łacinie, mimo, iż nie było nikogo, kto mógłby je wykonywać. Zaczął więc iść powolnym krokiem ku ołtarzowi. Gdy zaś do niego dotarł, uklęknął, przeżegnał się i postawił teczkę obok niego. Po tym miał już sobie iść, gdy niespodziewanie dostał pytanie.

– Czemu to robisz młodzieńcze? – głos starego proboszcza zmusił go do zastanowienia.

– Tak mnie nauczyli – odrzekł mu szczerze.

– Jeśli modlisz się, ponieważ ci kazali, nie powinieneś tego robić. Nigdy nie odnajdziesz Boga, nawet jeśli będziesz poszukiwać go z całego serca. To On odnajdzie ciebie. Gdy zaś to nastąpi… Zaczniesz się modlić – oświadczył klecha, a następnie zbliżył się do ołtarza, zabrał spod niego srebrny pakunek i oddalił się na zakrystie.

– Ciekawe… – mruknął młodzieniaszek pod nosem, a następnie odwrócił się ku wyjściu.

Wtem, ktoś wyskoczył na niego z boku. Uniósł więc lewe przedramię, aby zablokować potencjalny cios. Prawą dłonią zaczął zaś sięgać po broń. Nagle uczuł jak coś wbija się w jego ciało tuż za nadgarstkiem i tnie w stronę ramienia. Ból był niemiłosierny, lecz pobudzający. Błyskawicznie wyciągnął pistolet i strzelił napastnikowi w brzuch. Po tym odtrącił jego umierające jestestwo i skupił się na ranie, w której wciąż tkwił myśliwski nóż. Syknął na ten widok, lecz postanowił nic z tym na razie nie robić i jak najszybciej udać się do szpitala. Zaczął więc biec w stronę wyjścia, gdy bez ostrzeżenia rozszedł się po świątyni dźwięk wystrzału. Momentalnie ścięło go z nóg. Wylądował na przykrytej czerwonym dywanem posadce z uczuciem jakby coś mu umykało.

– Co do…? – chciał zapytać, lecz odebrało mu dech.

Nie wiedząc co się dzieje spojrzał w stronę wyjścia, gdzie dostrzegł zarys kobiecej postaci, skąpanej w promieniach słońca. Wyciągnął ku niej dłoń jakby pragnąc ją dorwać. To jednak na nic się nie zdało. Użył więc ostatku swoich sił, aby przewrócić się na grzbiet. Jego kończyny górne, jakby w naturalnym porządku rozłożyły się szeroko. W taki sposób leżał na kształt krzyża i spoglądał słabnącym wzrokiem w malunki przedstawiające wyobrażenie nieba. Wszystko to trwało do momentu, gdy jego świadomość nie umknęła niezauważenie w czerń nieskończonej pustki.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania