Zjawa - Rozdział VI

Leżący na podłodze zrujnowanej katedry detektyw jęknął boleśnie. Czując ciepło promieni słonecznych na obliczu zapragnął się ruszyć. Niestety jego odrętwiałe ciało odmówiło pełnego posłuszeństwa. Poskutkowało to nieefektywnym wierzgnięciem. Westchnął więc i zmusił swe powieki do uniesienia się. Okazało się to niezbyt dobrym pomysłem, gdyż do w wyniku tego przez źrenice do wnętrza oka wpadło ostre światło, które wywołało psychiczny ból. Na szczęście zmusiło też organizm do odruchowego podniesienia rąk nad twarz.

Zadowolony z tego, iż w końcu ciało zaczyna go słuchać, podniósł się do siadu i rozejrzał wkoło. Wnętrze budynku, w którym się znajdował wyglądało jak z jakiegoś koszmaru. Niegdyś piękne malowidła i rzeźby przedstawiające biblijne sceny, tworzyły wypaczony obraz świata rodem z najgłębszych czeluści piekła.

*W sumie…* Zaczął myśl, by nigdy jej nie skończyć.

Następnie zebrał w sobie siły i stanął na nogi. Uczyniwszy to, uczuł okropne mdłości wywołane zapewne przez pusty żołądek, który ścisnął się niemiłosiernie.

– Wytrzymaj jeszcze trochę – powiedział, gładząc go przez skórę, warstwę mięśni i powięzi.

Po tym opuścił katedrę i rozeznawszy się w swym położeniu, począł kierować się do swego auta. Krocząc zaś powolnym krokiem przez zrujnowane miasto, wsłuchiwał się w wybrzmiewające w przestrzeni słowa.

 

Wciąż rozmyślam mój aniele…

 

Bynajmniej nie o przeszłości,

Przypominającej o żywota ulotności,

Czy powolnym upadku moralności

 

Nie o przyszłości,

Niewiedzą przepełnionej

Pesymizmem i brakiem oczywistości,

Okraszonej

 

Myślę…

O sobie

O świątyni ciała mego

 

Myślę…

Dlaczego jest taka zrujnowana?

Dlaczego męczy ją pustka biała?

Dlaczego widzę w niej tylko cienie niewyraźne?

Dlaczego jest tak cicho?

Gdy kiedyś słyszałem tu arię

 

Och aniele…

Chyba grzechów popełniłem,

Zbyt wiele

 

Na parterze budynku panował naturalny spokój. Może ktoś krzyczał, a ktoś inny się wyrywał, lecz nie zdarzały się większe ekscesy. Życie płynęło sobie swym naturalnym torem, póki do wnętrza nie wtargnął detektyw w czarnym płaczu. Sposób w jaki wkroczył do środka był tak obsceniczny, iż niektórzy z funkcjonariuszy odruchowo sięgnęli po broń. Całe poruszenie trwało jednak minutę lub dwie, gdyż gdy tylko wszyscy uświadomili sobie, kto wszedł odpuścili sobie i wrócili do swej codzienności.

– Dzień do… – kobieta, która zawsze pragnęła detektywa zaczepić, wydawała się być niezwykle zrezygnowana, dlatego odpuściła nawet kończenie zdania, mając w głowie rozwój wydarzeń.

– Hej Kasiu. Mam prośbę – odezwał się niespodziewanie, stając przy jej boku – Mogę szybko skorzystać z twojego komputera?

– T… tak. – zdziwiona rozmówczyni nie mogła wydusić z siebie więcej słów.

– Dziękuję – odparł, po czym nachylił się przy jej biurku, zalogował się do bazy i zaczął przeglądać archiwa.

Co chwila wciskał przycisk myszki i otwierał pliki. Czasem postukał w klawisze na klawiaturze. Rzadko coś przewinął w dół. W końcu po jakiś siedmiu minutach odnalazł to, czego chciał.

– Wierzbowa dwadzieścia cztery przez trzy – mruknął do siebie zadowolony, po czym wyłączył wszystko, wylogował się i wyszedł z komisariatu.

Będąc już na zewnątrz zreflektował się jednak i powrócił do wnętrza.

– Dziękuję Kasiu! Wynagrodzę ci to jakoś! – zakrzyknął machając ręką jak głupek, po czym definitywnie opuścił budynek.

Stanąwszy przed swym autem uczul niezwykle mocne mdłości. Zrezygnował więc z niego jako środka transportu i zaczął iść w stronę przystanku autobusowego.

 

Słońce chyliło się już do pocałunku z horyzontem, gdy detektyw dotarł do odpowiedniego budynku. Wszedłszy do niego i natychmiast został zatrzymany.

– Dobry wieczór – rzucił ku niemu ochroniarz siedzący w swym niewielkim kantorku.

– Dobry – odparł, a następnie pokazując odznakę, rzekł – Potrzebuję wejść do mieszkania numer trzy.

Rozmówca popatrzył na niego spode łba, ale podniósł się ze stęknięciem, wziął pęk kluczy leżący na biurku, wyszedł ze swego pokoiku i zaczął wspinać się po schodach.

– Idzie pan? – zapytał oschle, dając do zrozumienia, iż to co się dzieje mu się nie podoba.

Detektyw ruszył za nim, aby go nie drażnić i po chwili znalazł się przed mieszkaniem Zygmunta.

– Co tu się stało? – zapytał, przekroczywszy próg drzwi i zobaczywszy zrujnowane ogniem otoczenie.

¬– Pożar. To było chyba jakieś spieńcie – wyjaśnił ochroniarz.

– Yhym… Dziękuję – mruknął, kierując się w głąb mieszkania.

Nie zainteresowany rozmówca postanowił powrócić do swoich spraw, o czym świadczył wyraźny odgłos oddalających się kroków. Zadowolony z samotności detektyw, skupił się zaś na szukaniu poszlak. Rozejrzawszy się po salonie, kuchni, łazience i sypialni, dotarł w końcu do pomieszczenia, które wydawało się służyć jako gabinet. Znajdowało się w nim bowiem biurko, kilka szafek i tablice. Oczywiście wszystko strawione było w różnym stopniu ogniem, aczkolwiek nie tak bardzo, aby nie dało się rozpoznać co to było. Cały obraz dopełniały zaś fragmenty spopielonych kartek, zdjęć i kto wie czego jeszcze. Niepocieszony tym obrazem detektyw, począł rozglądać się za dokumentami, którym w jakimś stopniu udało się przetrwać pożar. Nie zajęło mu to długo, gdyż niebyło zbytnio czego szukać. Wszystko co udało mu się znaleźć, ułożył na biurku, by spróbować coś z tego wyczytać. Stojąc dłuższy czas nad urywkami gazet, notatek i kilkoma zdjęciami nic nie wskórał. Jedyne co udało mu się zrozumieć to, to iż Zygmunt szukał kogoś, kogo nazywał Zjawa.

Zjawa… Powtórzył w myślach, zastanawiając się, czy nie miało to przypadkiem jakiegoś połączenia z mordercą, którego szukał.

Niewielka ilość informacji zaczynała go frustrować. Do tego wrażenie, iż kojarzy osoby przedstawione na nadpalonych fotografiach, przyprawiało go o ból głowy. Im dłużej nad tym wszystkim myślał, tym gorzej się czuł. W końcu stwierdził, iż ma tego dość i postanowił opuścić mieszkanie. Uczynił to niestabilnym ze względu na ból chodem i bezmyślnie począł schodzić na parter. Szybko pożałował tej decyzji, gdyż postawiwszy niefortunny krok, zwalił się ze schodów. Ochroniarz momentalnie wybiegł, by zobaczyć co się stało.

– Nic panu nie jest? – zapytał, pomagając detektywowi wstać.

– Nic – odparł ten wściekle, po czym opuścił budynek bez słowa.

Dopiero na zewnątrz, gdzie wziął głęboki wdech i spróbował się uspokoić, zorientował się, iż jego czoło piecze, a po twarzy spływa ciepła ciecz. Odruchowo dotknął palcami bolącego miejsca, by następnie zobaczyć krew i uświadomić sobie, iż w całym tym wypadku dorobił się rany ciętej. Niepocieszony tym faktem, wyjął z kieszeni chusteczkę i przetarł oblicze. Po tym zastanowił się chwilę i postanowił udać się do stojącej na pobliskim postoju taksówki.

 

Okrutne szczypanie w ranie i zimno prosektoryjnego stołu, utrzymywało bladego mężczyznę przy świadomości, podczas gdy blondwłosa kobieta operowała go w milczeniu. Oprócz okazjonalnych stęknięć detektywa w przestrzeni panowała cisza. Ewidentnie żadna z osób nie czerpała przyjemności z tej sytuacji.

– Jeśli człowiek traci wspomnienia, to jego dusza odchodzi pozostawiając puste ciało? – odezwał się nagle detektyw, przez zaciśnięte zęby.

Niestety jego zapytanie pozostało bez odpowiedzi, sugerując tym samym, iż jego towarzyszka nie ma ochoty na rozmowę.

– Czasami boję się, iż gdybym przypomniał sobie przeszłość, straciłbym cię – wyznał z zamyśleniem.

Znów odpowiedziało mu milczenie. Mimo to nadal chciał wywołać jakąkolwiek reakcję u stojącej nad nim kobiety.

– Niedorzeczność, prawda? To nie ma żadnego sensu – mówił, krzywiąc się co chwila z bólu.

– Już – rzuciła kobieta, a następnie odeszła od stołu zdejmując rękawiczki.

Po tym jak je wyrzuciła, skierowała się do biurka stojącego w sali i usiadła przy nim. Kolejno schowała twarz w dłoniach i westchnęła cicho. W tym momencie detektyw zgramolił się na podłogę i niepewnym krokiem zbliżył się do niej, aby ją przytulić.

– Dziękuję – rzekł cicho, a zauważywszy, iż Złotowłosa nie jest zadowolona z jego bliskości, odsunął się.

Nie wiedząc co zrobić, zaczął iść w stronę wyjścia. Stanąwszy przy nim, odwrócił się jeszcze, aby spojrzeć w jej stronę.

– Hej… – wyszeptał, a następnie opuścił pomieszczenie.

Wychodząc, miał wrażenie, iż słyszy łkanie, lecz nie zebrał się w sobie, by wrócić. Choć wpadł na tak pomysł, miał wrażenie, iż tylko pogorszyłby sprawę. Odszedł więc powolnym krokiem ku windzie, znajdującej się na końcu korytarza. Przycisnął odpowiedni przycisk i po otwarciu się przejścia, wkroczył do niej i kolejnym przyciskiem zażyczył sobie jechać na parter. Wraz z tym i znikającym obrazem pustego korytarza, rozpoczął drogę powrotną do domu.

 

W mieszkaniu odezwał się trzask drzwi, który poprzedził wyraźny szczęk zamka. Po tym zdjęty z ciała płaszcz zawisnął na wieszaku razem z kapeluszem, który w toku tego co się wydarzyło zdołał jakimś cudem utrzymać się przy detektywie. Po tym znużony jegomość, który sam nie wiedział jak pokonał tyle schodów w tak krótkim czasie, podszedł do skórzanej kanapy i usiadł na niej ciężko.

– Mam dość życia… – westchnął, spoglądając na ławę przed sobą.

Wnet dostrzegł buteleczkę z wyraźnym napisem „Delirium”. Sięgnął więc po nią i wydobył dwie różowe pigułki, które połknął bez zawahania. Po tym rozłożył się wygodnie i odchylił głowę do tyłu, opierając ją na oparciu. Szybko zaczął uczuwać otępienie ogarniające jego zmysły. Uśmiechnął się więc lekko i pozwolił sobie odpłynąć. Tym razem nic go nie ostrzegło. Nie było żadnego głosu, który odradziłby mu wzięcie tego leku. Była cisza i pustka. Dwie rzeczy, które życie nauczyło go cenić ponad wszystko.

 

Zatłoczone wnętrze podrzędnego lokalu wypełnione było dymem palonego tytoniu i ostrym zapachem alkoholu. Duże wiatraki wiszące u płowego stropu powoli mieliły ogarnięte nikomu niewadzącą stagnacją powietrze jakby chcąc zagęścić je jeszcze bardziej. Jedyną pozytywną rzeczą tego nieznośnie skwarnego dnia był panujący w pomieszczeniu cień i seksowna, skąpo ubrana, młoda dziewczyna stojąca za barem.

– Co podać? – zapytała wesołym głosem, zupełnie nie pasującym do otaczającego ją zmęczenia.

– Whisky z lodem – odpowiedział znużony mężczyzna, starający się odwzajemnić entuzjazm młodej damy za pomocą lekkiego uśmiechu.

Niestety nie wychodziło mu to w ogóle. Westchnął więc tylko i spoglądając na to jak uwija się z tworzeniem jego napoju zmarszczył lekko brwi.

– Czy my się nie znamy? – zapytał z całkowitym przekonaniem, iż gdzieś już ją widział.

W odpowiedzi usłyszał tylko radosny śmiech, po którym padło oświadczenie.

– Jeśli chcesz mnie poderwać, musisz się bardziej postarać.

– Mam tego świadomość, aczkolwiek pytam poważnie. Mam nieodparte wrażenie, iż gdzieś cię już widziałem – rzekł, spoglądając podającej mu drinka kobiecie w oczy.

Ta zaś nachyliła się nad nim, ukazując swój biust i sprawdzając, czy jego wzrok będzie na niego umykał zaczęła mówić.

– Nie wyglądasz na takiego, który chodzi po barach, czy klubach. W ogóle chyba niezbyt lubisz tego rodzaju zabawy. Ubranie masz jak jakiś korpo–szczur.

– Praca mnie zmusiła do takiego ubioru. – wszedł jej w zdanie.

– Ach tak… Wątpię – odrzekła, po czym odwróciła się do niego plecami, eksponując swój nagi odcinek lędźwiowy grzbietu, który idealną linią przechodził w zakryte naprawdę krótkim spodenkami pośladki.

– Mógłbym przynajmniej poznać imię? – zapytał sam nie wiedząc dlaczego.

– Mógłbyś, ale nie zasłużyłeś. Na razie będę dla ciebie zwykłą barmanką – odrzekła, po czym udając się do innych klientów, całkowicie go zignorowała.

Uśmiechnął się na te słowa pod nosem i spojrzał na postawiony przed nim napój. W tym momencie przypomniał sobie dlaczego go zamówił i co tu takiego robi. Zrzedła więc mu mina i zawiesił głowę z bezradności. Dzisiejszy dzień nie należał do jego ulubionych, aczkolwiek nie mógł na to nic poradzić. Ten fakt nie umknął barmance, która albo była dobrym obserwatorem, albo po prostu jej wcześniejszy rozmówca zbytnio jej się spodobał. Poczuła wiec chęć podejścia i zagadania, jednak w tym momencie do wnętrza wtoczył się starszy facet o zbyt rozległej tuszy, który swymi lekkimi, jak na kogoś z „genetyczną wadą w kierunku tycia”, krokami zbliżył się do osobnika ze spuszczoną głową. Stanąwszy przy nim zabrał jego drinka, a następnie wypił go jednym haustem.

– Dobra młody. Zbieramy się – oświadczył ku niezadowoleniu odbiorcy jego słów.

– Kiedy to się skończy? – jęknął ten w odpowiedzi, staczając się z swego siedziska.

– Jeszcze tylko dwa miejsca i mamy z głowy – odparł, po czym oboje opuścili lokal.

Młodszy z dwójki odwrócił jeszcze głowę, nim przestąpił próg drzwi i jego spojrzenie spotkało się z tym barmanki. Rzucił wiec jej jeszcze nieudolny uśmiech na pożegnanie i zniknął.

 

W ogniu strzałów, przekleństw i wybuchów młody jegomość schowany za jakimś wózkiem widłowym, zakrzyknął do swego starszego towarzysza, który przemieścił się zza swojej osłony, ku niemu.

– Kurwa mać! To miała być normalna wymiana! Jak to się do cholery mogło spierdolić?!

– Jeszcze pytasz?! – odkrzyknął ten do niego, rzucając granat, a po wybuchu dodał – Kotek musiał wszystko spierdolić! Kurwa dobrze, iż go wyciągnęliśmy z tego bajzlu!

– I co nam z tego?! Amunicji już nie mam! Musimy spadać! – rozmowa toczyła się bez większego stresu.

– Masz dymnego?! – padło pytanie.

– Przecież wiesz, iż nie noszę granatów! – odkrzyknął mu i nagle pod ich nogi wtoczył się jakiś pocisk ręczny z zapalnikiem służący do oślepiania ludzi.

– Tylko dobrze to rzućcie, bo więcej nie mam! – odezwał się ich towarzysz, schowany za inną osłoną.

– Ty! – wykrzyknął młody, po czym potarł jednym palcem wskazującym o drugi, śmiejąc się podle.

Starszy jegomość przewrócił na to oczami, wziął granat w dłoń i krzyknął:

– Na trzy! Raz! Dw…! – nie zdążył dokończyć, a przedmiot z jego dłoni poleciał już w kierunku przeciwników.

W tym momencie wszyscy wybiegli z budynku, wsiedli do aut i zaczęli się ulatniać. Nie minęło pięć minut, gdy miejsce całkowicie opustoszało. Jak się okazało nawet przeciwnicy wykorzystali moment, by się wycofać. Jedyne co pozostało to kilka trupów i młodzieniec ubrany na czarno, który zamiast wsiąść do auta pobiegł za stojący w pobliżu magazyn. Tam oparł się o jego ścianę i zsunął się powoli do kucnięcia.

– Ech… – westchnął głęboko wiedząc, iż szef nie będzie zadowolony z rozwoju sytuacji.

Po tym zaczął rozmyślać co zrobić, aby wszystko odkręcić. Niestety stan zamyślenia, w którym się znajdował, został przerwany przez kroki, które usłyszał zza winklem. Wyciągnął wiec w tę stronę pistolet i w jednej chwili znalazł się w sytuacji, w której on celował do kogoś i ktoś do niego.

– Hej kochanie – odezwała się dobrze znana mu kobieta.

– Hej, Widzę, iż porzuciłaś pracę w barach na rzecz czegoś bardziej ekscytującego – odezwał się do niej, opuszczając broń.

– Wiesz jak to jest w tym biznesie. Robisz tam gdzie lepiej płacą – odparła, chowając swój pistolet, po czym kucnęła obok niego – Może mam na ciebie zlecenie. Nie powinieneś opuszczać tak szybko broni.

– Gdybyś miała na mnie zlecenie, już bym nie żył. Poza tym... Skończyła mi się amunicja. – odparł, a po chwili milczenia, której pozwolił trwać, zapytał – Spierdoliło się, nie?

– Po kiego wzięliście tego idiotę ze sobą? Gdyby nie on, wszystko poszłoby gładko – odrzekła mu sfrustrowana.

– Szef mówi, my robimy. Kazał, to wzięliśmy – mruknął zrezygnowany, po czym znów spytał – Zjesz coś?

– Mam ochotę na chińszczyznę – przyznała, rozmarzając się.

– Jesteśmy w Japonii – przypomniał jej.

– Ah.. No to sushi, czy ramen? – zaczęła się zastanawiać.

– Jak tak bardzo chcesz coś z chińskimi korzeniami, to idziemy na ramen – odparł, podnosząc się i chowając broń do kabury.

Po tym wyciągnął rękę, aby pomóc jej stanąć na nogi i oboje udali się niezbyt szybkim spacerem w stronę miasta.

 

– Ale się najadłam! – podniosła zadowolony głos dziewczyna.

– No… Od dawna tak nie ucztowałem – przyznał jej towarzysz, kończąc swoją porcję.

– No to zdrówko! – rzekła, unosząc naczynie wypełnione alkoholem.

– Nie piję. Wiesz przecież – oświadczył po raz niezliczony.

– Nie rozumiem cię. Znasz nasze życie. Nikt nie kończy na emeryturze. W każdej chwili mogą cię sprzątnąć, a ty odmawiasz sobie przyjemności życia – żachnęła się jak zawsze, gdy wychodził ten temat.

– Póki co chcę pozostać u szczytu swych fizycznych i psychicznych możliwości. Dlatego unikam trucia się. Może kiedyś… Jeśli dożyję tej emerytury. –odparł, na co jego rozmówczyni skrzywiła się i wychyliła setkę.

Powtórzyła tą czynność tyle razy, aż w końcu stwierdziła, iż jest wystarczająco pijana. Wtedy zażądała, by zostać odprowadzoną do hotelu.

– Tylko nie licz na upojną noc – ostrzegła go, śmiejąc się radośnie, po czym oboje zapłacili i ruszyli w odpowiednim kierunku.

Spacerowali powoli przez miasto nie odzywając się do siebie, gdy nagle z ust dziewczyny padły słowa.

– Nie chcę cię zabijać.

– Nawet jeśli będziesz musiała? – zapytał, obejmując ją ręką, aby ustabilizować jej chód.

– Nawet wtedy – przyznała, przytulając się do niego.

– Czy to miłość? – rzucił pół żartem.

– Może… – odrzekła mu cicho, a po chwili zapytała zmartwiona– Nie znienawidzisz mnie? Gdy dostanę na ciebie zlecenie.

– Pokocham cię jeszcze mocniej – odparł przyciskając ją do siebie i całując w czubek głowy.

Po tym oboje szli już w milczeniu mijając tysiące neonów i dużą zbiorowość ludzi, oddających się przyjemnościom nocnego życia. Moment ten był niezwykle cudowny i przepełniony dobrymi emocjami.

Wszystko co piękne musi się jednak kiedyś skończyć i tak bez żadnego ostrzeżenia zarówno dziewczyna, jak wszyscy ludzie w koło zniknęli. Wysokie wieżowce otulone blaskiem reklam spłowiały zaś, aby utracić swój blask i rozmyć się w eterze. W taki sposób jedno z piękniejszych urojeń detektywa skończył się, pozostawiając go otępionego i ze łzami w oczach na jakiejś ulicy jego własnego miasta, na którą sam nie wiedział jak dotarł. Oszołomiony rozejrzał się wkoło zastanawiając się, kiedy wyszedł z mieszkania i czy nadal panuje ta sama noc. Niestety myśli były zbyt ciężkie dla jego lekkiej głowy, co sprawiało, iż w ogóle się go nie trzymały. Jedyne do czego zdołał dojść to, to iż musi powrócić do domu i położyć się do spania. Z tym postanowieniem skręcił w pobliskie uliczki między budynkami, mając nadzieję na skrócenie sobie drogi. Idąc nimi beztrosko i nie przejmując się jakimkolwiek zagrożeniem, usłyszał ciężkie sapanie faceta, wymieszane z niewyraźnymi kobiecymi słowami, które zdawały się składać w odmowę. Chciał to zignorować, jednak wrażenie, iż skądś zna ten głos, skierowało go ku źródłu odgłosów. Skręcił więc w jakiś zaułek i ujrzał scenę, której się nie spodziewał. Jakiś zaćpany facet starał się dobrać do pijanej Anny, której za pewne dosypał coś do drinka.

– No dawaj… To będzie niezły odlot – szeptał obmacując jej ciało, gdy ona starała się go od siebie odepchnąć, ale ze względu na osłabione mięśnie nie mogła tego zrobić.

– Anna? – zaszokowany detektyw nie wiedział co powiedzieć.

Na to zapytanie dziewczyna, spojrzała na niego szeroko rozwartymi źrenicami. Po tym spróbowała coś powiedzieć, ale słowa nie wydobyły się z jej ust. W tym samym momencie zauważył go delikwent, który posłał mu spojrzenie sugerujące, aby spadał. Ocknąwszy się w tym momencie, zbliżył nieznajomego i uderzył go w skroń. Cios ten był na tyle silny, iż rzucił przeciwnika na pobliską ścianę. Detektyw dopadł do niego błyskawicznie i przytrzymawszy go lewą ręką, zaczął posyłać ciosy na jego twarz. W końcu cofnął się o krok, aby z impetem przywalić mu w prawy górny kwadrant brzucha, po czym wykorzystując pęd, którego jeszcze nie wytracił uderzył go w szczękę, podrzucając nieco do góry. Następnie, nim jego przeciwnik upadł, zdążył go złapać i uderzyć nim jeszcze raz o ścianę. Po tym rzucił go na ziemię i stwierdziwszy jego niezdolność do dalszej walki, zabrał jego telefon i zadzwonił po pogotowie. Szybko uzyskał połączenie i zaczął podawać niezbędne informacje. W trakcie tego odwrócił się w stronę Anny, aby sprawdzić jej stan i ku swojemu zaszokowaniu uczuł dwie rzeczy. Jedną było wpadnięcie w niego dziewczyny, a drugą zimne ostrze wbijające się w jego brzuch.

– Ania, nie Anna – usłyszał niewyraźne słowa, po których dziewczyna osunęła się na ziemie, gdyż podane jej narkotyki osiągnęły swój szczytowy efekt. On zaś cofnął się o dwa kroki, oparł o ścianę, by zsunąć się po niej, czując jak nogi się pod nim uginają. Nawet nie zauważył kiedy upuścił telefon i zaczął trzymać się za miejsce, w którym tkwił nóż.

– To mi się śni? – wymamrotał, odczuwając ogarniające go z każdą chwilą, coraz większe zimno i starając się utrzymać przy świadomości, przynajmniej do przyjazdu karetki.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania