Bajki dla dorosłych. #4 - Brzydkie kaczątko. Część druga.

Wybaczcie tak długą przerwę. Wyprowadzka to straszny pochłaniacz czasu. Historia rozwija się sama, chyba już jej nie kontroluję :) Jeszcze dziś pojawi się kolejna część. Miłej lektury.

 

***

 

Marc z niedowierzeniem przysłuchiwał się delikatnym dźwiękom, które wpełzały przez szparę pod drzwiami. Były subtelne, czyste niczym kryształ i nieskończenie smutne. Niezrozumiałe słowa mknęły tuż nad deskami parkietu, wspinały się po metalowej ramie łóżka, po czym dotykały drżącej skóry wikarego. Jego ciało przyjmowało śpiew, który pędził żyłami wprost do serca. Organ pożywiał się tym niezwykłym zjawiskiem, wpadając w coraz większy szał. Echo uderzeń zagłuszały wszystkie inne dźwięki. Rytm strachu pomieszanego z szokiem zaczynał przejmować nad nim kontrolę. Zagnieździł się w jego mózgu, szepcząc błagalne prośby, by poznał źródło tego cichutkiego śpiewu. Długo się nie namyślał. Zeskoczył z łóżka i podszedł do drzwi. Chciał uchylić je stanowczo i gwałtownie, żeby ewentualne skrzypnięcie zniknęło tak szybko jak się pojawi, ale niestety plan się nie udał. Jęk starych zawiasów, niczym chór umęczonych dusz, poniósł się ciemnym korytarzem. Marc zacisnął szczękę, mordując wzrokiem złośliwe zawiasy. Nie odpowiedziały na prowokację, dlatego zaczął nasłuchiwać, czy skrzypnięcie nikogo nie obudziło. Kilka minut ciszy podpowiedziało mu, że los mu sprzyja, lecz zorientował się, że cisza była absolutna. Śpiew zniknął. Mimo wszystko przemknął przez korytarz, z nadzieją pomieszaną ze strachem, na ponowne usłyszenie delikatnej melodii. Już podchodził do załamania, gdy nagle poczuł czyjąś dłoń na ramieniu. Krzyknął przeraźliwie, tak jak jęknął każdy organ jego ciała, rażony czystym przerażeniem.

 

- Co to za spacery? – uśmiechnął się Hightower.

 

- Chcesz żebym umarł na zawał? – Wikary trzymał się za pierś, z której próbowało wyrwać się spanikowane serce.

 

- Czemu nie śpisz, mój przyjacielu?

 

- Obudził mnie śpiew…

 

- Śpiew? Jaki śpiew, nie bądź śmieszny! W tym miejscu raczej nie ma nikogo chętnego do śpiewania.

 

Marc się z nim zgadzał, ale miał nieprzyjemne wrażenie, że wysoki lekarz za szybko zareagował na jego stwierdzenie.

 

- Nie słyszałeś go?

 

- Nie – uciekł wzrokiem, po czym objął jego plecy ramieniem.

 

Zanim duchowny zdążył się zorientować został odprowadzony do pokoju. Usłyszał kilka ciepłych słów na dobranoc, a chwilę później stał już przy swoim łóżku z nieprzyjemnym uczuciem w sercu. Wzruszył ramionami, po czym zanurzył się w sztywnej od krochmalu pościeli. Gdy znajdował się na granicy rzeczywistości i snu, przechylając się w stronę nocnych fantazji, zaczął się zastanawiać, co właściwie Hightower robił o takiej godzinie na korytarzu. Był ubrany dokładnie tak samo jak za dnia, lecz zanim Marc wymyślił jakąkolwiek teorię, osunął się w objęcia własnych snów.

 

Następnego dnia nie pamiętał już ani o dziwnym spotkaniu w ciemnym korytarzu, ani o tajemniczym śpiewie. Skupił się na swojej misji, jak ją w samotności nazywał. Minęły dwa tygodnie, niezmącone żadnymi, niezwykłymi zjawiskami, najzwyklejsze dwa tygodnie. Wikary kojarzył już większość swoich podopiecznych. Potrafił powiązać nieobecne spojrzenie z imionami, na które często nie reagowali. Nastąpiła jego ulubiona część dnia. Wizyta w wielkiej sali, w której zbierali się najspokojniejsi pacjenci. Siedział w głębokim fotelu i przyglądał się staruszce siedzącej naprzeciwko niego. Lubił ją, od samego początku poczuł sympatię do tej wysuszonej istoty, która nigdy nie patrzyła mu w oczy. Nigdy. Raz chciał ją do tego zmusić, ale skończyło się na ataku paniki, który musiał opanować potężny pielęgniarz. Marc nigdy nie dowiedział się jak to zrobił, po prostu wywlókł gdzieś krzyczącą Anette. Tak, Anette, tak właśnie nazywała się jego przyjaciółka.

- Wyglądasz dziś młodziej, moja droga – uśmiechnął się.

 

Lekko się zaczerwieniła, wlepiając wzrok w splecione dłonie, którymi gniotła materiał długiej, błękitnej koszuli. Na ramiona zarzucono jej pudrowy sweter pasujący do kapci w tym samym kolorze.

 

- Ładny pan ksiądz mówi Anette, że ładnie wygląda. Kłamie? – szepnęła.

 

- Ależ skąd! Jesteś moją przyjaciółką, a przyjaciół się nie okłamuje!

 

- Powiedział, że Anette jest jego przyjaciółką. To bardzo miłe. Anette nigdy nie była niczyją przyjaciółką, nigdy nie była koleżanką… Anette zawsze była zła, niebezpieczna…

 

- Kochana! Cóż za nonsens! – Nachylił się i dotknął pomarszczonej dłoni. Momentalnie ją cofnęła, ale po chwili wróciła do poprzedniej pozycji. Wikary jednak już nie próbował jej dotykać – Anette, jak możesz tak myśleć? Ty, tak delikatne i niewinne stworzenie w oczach pana? Bóg ukochał swe dzieci i troszczy się o nie. Jego królestwo jest stworzone dla takich jak ty. Zastępy niebieskie przyjmą cię z otwartymi ramionami…

 

- Anette odchodzi? Kto czeka na Anette? Gdzie? Anette wyjeżdża? Ale gdzie?

 

- Nie, nie, nie. Nigdzie nie wyjeżdżasz. Mówię tylko, że bóg cię kocha – uśmiechnął się lekko zażenowany. Ciągle uczył się z nimi rozmawiać.

 

- Bóg kocha Anette?

 

- Bardzo!

 

- Anette… Ktoś cię kocha – szepnęła, a jej spojrzenie utknęło gdzieś niedostępnym świecie ukrytym w przestrzeni na wyciągnięcie ręki.

 

- Anioły śpiewają dla ciebie – znów się uśmiechnął.

 

- Anioły śpiewają w nocy…

 

Wtedy wspomnienie niezwykłego śpiewu uderzyło wikarego z siłą grzmotu. Wiedział jak ulotna i delikatna jest więź między nim, a staruszką. Wiedział, że porusza się po cieniutkim lodzie, który może pęknąć w każdej chwili, wrzucając go w otchłań niepojętego. Serce wybijało dziki rytm, puszczając strumień brzmień wzdłuż tętnic.

 

- Anette. Słyszysz jak anioły śpiewają? W nocy? – zapytał tak cicho jakby się bał, że te słowa rozedrą pacjentkę na strzępy.

 

- Katherine jest aniołem…

 

- Katherine? Czy to ona śpiewa w nocy?

 

- Anette zna anioła, on śpiewa tak pięknie…

 

- Anette, czy Katherine jest pacjentką? – Tak bardzo nie chciał naciskać, ale ciekawość wżerała się w jego wnętrzności.

 

- Anioł odszedł, już go nie ma. Szkoda… On śpiewa tak pięknie… Anette znała anioła…

 

- Słyszałem go. Słyszałem anioła…

 

Wtedy staruszka na niego spojrzała. Pierwszy raz, w pełni świadomie patrzyła mu w oczy, a lekko zamglony błękit stał się przejrzysty niczym górski kryształ.

 

- Zabrali ją. Odebrali wszystko, zniszczyli to, czym była. Stworzyli monstrum. Zerwali powłokę cielesną, by umęczyć jej duszę. Ciekawi, okrutni… źli…

 

Wikary zamarł. Słowa były wyraźne, a zdania składne, poparte determinacją płynącą z oczu. Nagle mgła wróciła, a spojrzenie pacjentki stało się nieobecne. Dusza duchownego zawyła w niemym krzyku zawodu.

 

- Anette? Co się stało z Katherine?

 

- Anette znała anioła… – odparła całkowicie nieobecna.

 

- Anette ja muszę to wiedzieć! Też ją słyszę! Proszę!

 

I wtedy ją dotknął. Staruszka zareagowała jak na poparzenie. Cofnęła ręce z głośnym krzykiem. Przerażony wikary zaczął ją przepraszać, ale atak histerii zaczął nabierać tempa. Z burzy przerodził się w huragan.

 

- Coś ty narobił!? – krzyknął pielęgniarz, łapiąc krzyczącą kobietę za ręce.

 

Jego kompan już się do nich zbliżał, a Marc patrzył na te scenę z bólem w sercu. Nikt nie zwracał uwagi na mężczyznę, który siedział nieopodal w fotelu. Powoli bujał się nad swoją planszą warcabów, a poskręcane dłonie wciskał w wychudzony tors, lecz w momencie, gdy krzyk Anette rozdarł spokój pomieszczenia, pacjent złapał się za głowę, zasłaniając uszy. Strumienie łez płynęły po jego twarzy, a błagalne prośby o ciszę nie przynosiły żadnego efektu. Im głośniejsze były krzyki, tym mocniejszy targał nim szloch. W pewnym momencie upadł na deski parkietu, a przekrwione oczy wlepił w źródło dźwięków raniących jego uszy.

 

- Błagam… Błagam… - szeptał.

 

Bez skutku. Nagle podniósł się ociężale i zbliżył się do wikarego, który, tak samo jak pielęgniarze, nie zwracał na niego uwagi. Niepostrzeżenie wyjął krótką pałkę, którą mężczyźni w białych strojach mieli zawsze przymocowaną do paska.

 

- Zamknij się! Zamknijcie jej ryj! Zamknijcie!

 

Nikt oprócz Marca nie zareagował. W pomieszczeniu panowała straszna wrzawa. Wszyscy pacjenci zaczęli krzyczeć, płakać, lub śmiać się wniebogłosy. Koncert rozrywał uszy, jednak duchowny odwrócił się w stronę warcabowego gracza. Cios w głowę powalił go na ziemię, natychmiast pozbawiając przytomności. Ostatnie co zapamiętał, to krzyk pielęgniarza i ciepły strumień spływający po boku czaszki.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • KarolaKorman 13.03.2016
    ,,Wyprowadza to straszny pochłaniacz czasu.'' - coś chyba tu jest nie tak, lecę czytać :) Dzięki :)
  • KarolaKorman 13.03.2016
    ,,utknęło gdzieś niedostępnym świecie '' - zgubiłeś W

    Scena z pacjentem od warcabów, straszna i świetnie opisana, ale Anette pobiła wszystko :) Wzruszyłeś mnie tym przedstawieniem. Czekam na kolejną część. Zostawiam zasłużoną 5 :)
  • ausek 13.03.2016
    Oczywiście musiałeś mnie zostawić w zawieszeniu. Liczyłam na oryginalne zaskoczenie, a tu... trzeba znowu czekać... ;)5

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania