Bajki dla dorosłych. #4 - Brzydkie kaczątko. Część czwarta

Zdezorientowany, zszokowany, a przede wszystkim przerażony został odprowadzony do swojego pokoju. Chciał się przespać, chciał obudzić się następnego dnia i zrozumieć, w co się wplątał. Tak bardzo chciał poznać prawdę. Głowa była ciężka niczym kloc betonu, który ciągnął go na dno, wszechobecnego w tym budynku, szaleństwa. Zamknął oczy i powoli pozwalał otaczać się sennym marom, gdy znów to usłyszał. Cichy śpiew. Zerknął na zegarek i zrozumiał, że próbował zasnąć od kilku godzin. Nie zastanawiał się długo, postanowił wykorzystać swoją szansę. W miarę możliwości szybko się ubrał, po czym wysunął się na korytarz. Tym razem szczęście mu dopisało. Gdy wychylił się zza rogu, dostrzegł Hightowera znikającego w jednych z dziesiątek drzwi. Marc szybkim krokiem je minął i dostał się na schody. Dźwięczne, cichutkie drogowskazy prowadziły go coraz niżej i niżej. W końcu dotarł do piwnicy, w której nie znalazł absolutnie nic. Korytarz był ślepym zaułkiem. Gładkie, brudne, lekko zawilgocone ściany, nic więcej. Zdeterminowany obmacywał każdy cal muru, ale nie znalazł żadnego przejścia.

- Skądś musisz dochodzić – szepnął sam do siebie.

Wtedy dostrzegł pewną nieprawidłowość. Podłoga była z desek, co było nietypowe jak na piwnicę. Co jakiś czas pojawiały się w niej dziury, co z kolei jest jak najbardziej normalne. Lecz jedna z nich była większa i zbyt symetryczna. Podszedł do niej, chwycił i w ten sposób uniósł potężną klapę, która głośno jęknęła. Śpiew natychmiast ucichł. Marc z drżącym sercem zszedł po ukrytych w mroku schodach. Po chwili jego nogi stanęły na zimnej, ubitej powierzchni. Wilgoć, chłód, potworne poczucie odizolowania oraz niewyobrażalny smród zaatakowały go jednocześnie, raniąc każdy ze zmysłów. Miał nieodparte wrażenie, że nie jest sam. Coś czaiło się w ciemności, panicznie bojąc się ujawnienia. Mimo strachu, który paraliżował jego rozdygotane zmysły obmacał ścianę w poszukiwaniu włącznika. Palce w końcu natrafiły na mały pstryczek i po chwili rozbłysło kilka starych lamp. Wikary stał w czymś w rodzaju lochu. Długi kamienny korytarz z kilkoma celami po bokach i zamkniętym pomieszczeniem na końcu. Klatek z żelaznymi, pordzewiałymi prętami było sześć. Nie mógł stwierdzić, czy są zamieszkane, ponieważ blade światło sięgało tylko kilka centymetrów w głąb więzień. Reszta skryta była w mroku, lecz ciche oddechy sugerowały, że cele nie są puste. Duchowny powoli ruszył przed siebie. Tym razem nogi ciążyły mu bardziej niż głowa. Chciał dowiedzieć się, kogo tu zamknęli, choć jego mózg błagał, by pozostali w ciemnościach. Postanowił w pierwszej kolejności zajrzeć do zamkniętego pokoju. Gdy przechodził korytarzem, zauważył, że drzwi ostatniej celi są uchylone, a ze środka nie wydobywają się żadne dźwięki. Po chwili zrozumiał dlaczego. Zajrzał przez brudną szybkę do ostatniego pomieszczenia. Zobaczył coś w rodzaju sali operacyjnej wypełnionej najróżniejszym sprzętem medycznym. Na środku, na metalowym stole, leżał mężczyzna, a jego nogi i ręce krępował grube więzy. Marc widział jak krzyczy, a mimo to, żaden dźwięk nie opuszczał tego miejsca. Nacisnął klamkę, ale drzwi były zamknięte. Nie mógł mu pomóc. Odwrócił wzrok i przez chwilę próbował wyrównać oddech. Otworzył oczy, a jego serce stanęło. Mieszkańcy cel stali przy kratach i przyglądali mu się. Wikary miał wrażenie, że już umarł ze strachu i właśnie trafił do piekła. Tak musiała wyglądać najgorsza czeluść. Przerażająca, odbierająca zmysły. W pierwszej celi stał ogromny mężczyzna. Napięty łańcuch, wychodzący gdzieś z głębi, trzymał go za kostki i nadgarstki, których skóra złożona była z samych blizn. Długie, tłuste włosy zasłaniały twarz lub to co z niej zostało. Marc nie wiedział, czy to był wynik choroby, czy ingerencji osób trzecich, ale ten człowiek nie miał skóry na połowie twarzy, a mięso i ścięgna sprawiały wrażenie jakby miały zaraz odpaść. Krzywe zęby rosły gdzie chciały, ukazując wieczny, upiorny uśmiech. W drugiej celi stała kobieta w potarganej sukience. Łysą głowę zdobiły ogromne, zaschnięte strupy jakby grzyb próbował pochłonąć jej ciało. Niezwykle jasne oczy wlepiała w przerażonego duchownego, który miał wrażenie, że spojrzenie to wypala w nim coraz większe rany. W trzeciej celi nikt nie stał. Przy kratach, na ziemi leżała drobna postać w kaftanie bezpieczeństwa. Nie miała ona nóg, a przez skrępowane ramiona, wyglądała jak sam korpus z głową, którą rytmicznie uderzała w zardzewiałą kratę. Czwarta cela należała do mężczyzny w spleśniałych szmatach, którego twarz zdobiła zakrzepła krew. Ręce miał pełne ran, na których było widać ślady zębów, jego własnych zębów. W niektórych miejscach wgryzał się aż do kości, a poszarpane tkanki zwisały z pokaleczonych kończyn. W ostatniej, zamieszkałej, celi stała młoda kobieta, która schowała twarz w dłońmi. Długie włosy spływały jej na ramiona i chowały się w zagłębieniach starych ubrań.

- Katherine… - szepnął Marc podchodząc do krat.

Spomiędzy palców zerknęło na niego błękitne oko, w którym ukryto lata udręki i niekończącą się samotność.

- Słyszałem twój śpiew… - Chciał dotknąć grubych prętów, ale olbrzym warknął ostrzegawczo.

Wikary odwrócił się w jego stronę.

- Jesteście jak rodzina, ale nie bójcie się. Nie zrobię wam krzywdy. Chciałbym was uratować…

Kobieta z łysą głową zaczęła się śmiać, a pogryziony mężczyzna wsunął poszczerbiony palec do ust, odgryzając kawałek. Ciepła krew zalała jego usta.

- Kim jesteś? – cichutki głos, który rozpoznał, sprawił, że gwałtownie się odwrócił.

Nie odsłoniła twarzy, trwała ukryta za dłońmi.

- Jestem Marc. Nie musisz się mnie bać…

Nagle więźniowie drgnęli, po czym zaczęli znikać w mroku swych cel.

- Nie! Poczekajcie!

- Nadchodzą… - odpowiedziała Katherine, skryta w gęstej czerni.

Do Marca dotarło, że nie mogą go tu znaleźć. Chwilę później klapa się uchyliła, a Hightower stanął na mokrym kamieniu posadzki.

- Chowacie się? I dobrze… Wasze cholerne gęby przyprawiają mnie o mdłości – Wzruszył ramionami i podszedł bezpośrednio do zamkniętego pokoju. Wyciągnął z kieszeni klucz i przekręcił go w zamku – Zamknij ryj! Nic ci się przecież nie dzieje… Jeszcze…

Marc ukryty w mroku pustej celi obserwował sytuację, modląc się, żeby nikt nie usłyszał jego oszalałego ze strachu serca. Po kilku minutach pojawił się Brook, który zamknął się z Larrym w sali operacyjnej.

- Uciekaj! – warknął olbrzym ściszonym głosem.

- A Gertrude?

- Tylko oni przychodzą – szepnęła Katherine – Przychodzą co drugi dzień…

- A więc przyjdę jutro! Nie zostawię was!

- Uciekaj, głupcze! – Potężny pacjent szarpnął łańcuchem.

Wikary wybiegł z celi i rzucił się do ucieczki. Na schodach się zatrzymał i spojrzał w stronę Katheriny, której zarys wyłaniał się z ciemności.

- Wrócę… Obiecuję.

Zniknął, zamykając za sobą klapę.

Następne dwa tygodnie Marc zakradał się do podziemi, kiedy tylko nadarzyła się okazja. Był bardzo ostrożny, dokładny. Zawsze sprawdzał gdzie znajdują się dyrektor, Hightower i Gertrude, mimo, że zniewoleni pacjenci nigdy o niej nie wspominali. Chciał zminimalizować ewentualne ryzyko, choć wiedział, że miał ogromne szczęście. Za każdym razem starał się przynieść coś swoim podopiecznym. Dokładnie pamiętał chwilę, gdy przemycił kawałek chleba i odrobinę mleka. W życiu nie widział takiej radości, takie nieokiełznanej, wręcz przerażającej radości. Starał się o tym nie myśleć, zwłaszcza w momencie, gdy rozmawiał z Katherine.

- Cieszę się, że znów mogę cię zobaczyć.

Spomiędzy palców dostrzegł delikatne zarumienienie, które ścisnęło jego serce. Przełknął to wzruszenie.

- Katherine… Możesz w końcu opuścić dłonie… - szepnął.

- Nie rozumiesz – Odwróciła się do niego plecami – Ja… Nie wyglądam jak inni…

- Nikt nie jest taki sam, ale w oczach pana wszyscy jesteśmy tak samo piękni.

- Ale w twoich oczach nie będę…

- Moja droga Katherine. Tak piękne imię nie może należeć do osoby, która sama nie jest piękna…

- Nigdy nie byłam piękna. Nigdy. Urodziłam się dziwadłem i nigdy nie pozwalano mi o tym zapomnieć. Odkąd pamiętam miałam coś na twarzy, jakiś rodzaj narośli. Na początku była mała, ale zaczęła rosnąć i rosnąć. Objęła pół twarzy… - głos lekko jej się załamał – Przyzwyczaiłam się do niej. Nie sprawiała mi bólu, nie cierpiałam przez nią… Nie fizycznie… Psychicznie mnie wykończała, wyniszczała. Staczałam się na dno szaleństwa, gdzie czekała mnie samotność i palący ogień beznadziei… Rodzina chciała mnie ukryć. Wstydzili się mnie… Gardzili mną… Musiałam zniknąć…

- Oddali cię do zakładu…

Opuściła ręce.

- Tak.

- Widzę twoją duszę. Ona jest piękna. Jeżeli ona jest piękna, to i ty jesteś, niezależnie od tego, czy masz coś na twarzy, czy nie…

- Nie rozumiesz… Ja… Jestem brzydkim kaczątkiem. Paskudną skorupą, która odstrasza swoją ohydą… obrzydliwością… Jestem dziwadłem. Nieważne jaką mam duszę. Nikt nie chce jej zobaczyć, nikt nie chce mnie poznać… Wiesz jak zdradzieckie jest pragnienie bycia zwykłym? Jak łatwo rzucić się w otchłań obłąkania? Największym szaleństwem jest poszukiwanie normalności… A ja nie chcę już szukać… Mam dość… Chciałabym być…

- Łabędziem…

Poczuł jak lekko się uśmiechnęła.

- Tak…

Wtedy Katherine powoli się odwróciła, a słabe światło wpełzło na jej twarz, oświetlając prawdę. Wikary zrobił krok w tył, zasłaniając usta dłonią. Dziewczyna skryła się w cieniu swej celi, powstrzymując łzy.

- Mówiłam… Nie jestem łabędziem…

Twarz Katherine wryła się w pamięć Marca, wypalając w nim wieczny obraz wypełniony grozą. Połowa twarzy nie istniała, zastąpiła ją ogromna, ziejąca swą pustką dziura. Można było przyjrzeć się jej zatokom, ścięgnom i mięśniom. Poniżej błyszczały zęby, ukazując, co chwilę, grę języka. Duchowny dopiero po dłuższej chwili odzyskał zdolność mówienia. Miał dziwne wrażenie, że został sam w opuszczonym korytarzu, ponieważ pobratymcy Katherine również skryli się w mroku swych więzień. Uczucie, którego nie potrafił zidentyfikować rozlało się po jego piersi, wgryzło w serce, a następnie popędziło wzdłuż kręgosłupa, by zaatakować mózg. Wsunęło się do wnętrza czaszki i zaczęło sączyć jad, zakażając umysł właściciela.

- Katherine…

- Doktor Brook postanowił sprawdzić, czy bez narośli przeżyję... – szepnęła - Rozumiem twoją reakcję…

Nie doczekała się żadnej odpowiedzi. Wikary pędził przed siebie jakby postradał zmysły ze strachu przed tym, co próbowało go złapać, lecz tylko on wiedział, co to mogło być.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • ausek 16.03.2016
    Naprawdę świetnie Ci to wyszło. :) 5
  • Chris 18.03.2016
    Dziękuję. Mam nadzieję, że finał również Ci się spodoba :)
  • KarolaKorman 16.03.2016
    A ja chyba się nie domyśliłam i teraz będę czekać na kolejną część i myśleć intensywnie o zakończeniu, 5 :)
  • Chris 18.03.2016
    Zaskoczenie? Tak, udało się :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania