Bajki dla dorosłych. #4 - Brzydkie kaczątko. Część piąta - ostatnia

Bajka bardzo się rozrosła, ponieważ wpadłem w swoje ulubione klimaty. Oto ostatnia już część. Miłej lektury :)

 

***

 

Minuty pełne bolącej ciszy wypełniały korytarz pełny zapomnianych cel. Minuty zmieniały się w godziny, długie, niekończące się, przerażające godziny, które spływały po mokrych, kamiennych murach, wypełniając wnętrze swą obezwładniającą duchotą. Katherine szlochała bezgłośnie w kącie swojego więzienia. Jej współtowarzysze wiedzieli, że jej poranioną twarz obmywają łzy, ale nie wiedzieli jak mogą jej pomóc. Pozostało im tylko czekać, czekać na kolejną wizytę znienawidzonych lekarzy. Nagłe skrzypnięcie klapy sprawiło, że odwróciło się kilka par zlęknionych oczu. Młoda pacjentka podeszła do krat z nadzieją na zobaczenie wikarego, który postanowił wrócić.

- Jacy podekscytowani! – zadrwił Hightower.

Katherine zwiesiła głowę, a zawód rozlał się po jej ciele, spalając kiełkującą roślinę, nowe światło jej świata. Zrozumiała, że on nigdy nie wróci, a jedyne co po nim pozostało, już na zawsze będzie tylko wspomnieniem. Lekarz stanął przed celą dziewczyny i zanurzył świdrujące spojrzenie w długich, splątanych włosach.

- Spodziewałaś się kogoś innego? Proszę cię! Nikt tu nigdy nie przyjdzie… Jesteście dziwolągami, które nam pozostawiono. Możecie jednak przekuć wasze żałosne istnienie na coś pozytywnego i przysłużyć się nauce! To dar! Nie zmarnujcie go…

- Nasze życie jest skończone. Wy je skończyliście! Jesteście demonami, które męczą…

- Kogo!? – Zbliżył twarz do krat – Kogo, Katherine? Kim jesteś? Czym jesteś? No powiedz!

- Jestem tylko brzydkim kaczątkiem… - Skryła się w cieniu.

- TY!? – Larry sięgnął po pęk kluczy i otworzył drzwi celi – Jesteś żałosną suką, która powinna być wdzięczna! – Złapał płaczącą dziewczynę za włosy, a wrzawa wśród współwięźniów zagłuszyła jej krzyki – Wdzięczna, że możesz pomóc w badaniach tak znakomitych lekarzy jak my! Jesteś cholernym mutantem! Wy wszyscy nimi jesteście! – Wywlekł ją na środek korytarza.

Więzieni pacjenci krzyczeli, szarpiąc kraty.

- Zamknijcie mordy! – wrzasnął Hightower, zostawiając Katherine na zimnej posadzce i otwierając drzwi sali operacyjnej. Gdy przejście stanęło otworem, wrócił po swoja ofiarę. Wtedy pacjentka gwałtownie wstała, rozpoczynając szamotaninę. Larry dał się zaskoczyć. Uderzył plecami o kratę jednej z cel i wtedy zawrzał w nim prawdziwy gniew. Lekarz był wyższy od swej pacjentki prawie o pół metra i nie zamierzał nie wykorzystać tej przewagi. Potężny cios w twarz wrzucił kobietę z powrotem do jej celi. Upadła na plecy ze zduszonym jękiem. Nagle Hightower poczuł jak szyję oplatają mu pokaleczone ręce. Został przyciśnięty do pordzewiałych prętów, a w następnej chwili krzywe zęby wgryzły się w jego szyję. Wyrwał się z głośnym krzykiem.

- Ty parszywy… - Dotknął rany i spojrzał na dłoń zalaną szkarłatem.

Przy pasku miał zamocowaną krótką, drewnianą pałkę, dokładnie taką samą jak sanitariusze. Chwycił ją, szybko otworzył celę i wpadł do środka. Kopniakiem powalił pogryzionego mężczyznę, po czym zaczął go rytmicznie uderzać. Pacjent najpierw krzyczał i jęczał, po chwili słychać było już tylko mlaskający dźwięk miażdżonego ciała. Hightower podniósł pałkę, by zadać ostateczny cios, gdy ktoś złapał go za ubranie i gwałtownie pociągnął w tył. Lekarz upadł na plecy, wypuszczając z dłoni broń. Właśnie odwracał głowę, by spojrzeć na przeciwnika, ale potężny kop w twarz pozbawił go przytomności. Zapadła złowroga cisza, którą przerwał głos Marca.

- Już nie zrobi wam krzywdy…

Katherine podniosła się, nie mogąc uwierzyć, że usłyszała jego głos.

- On chciał… - szepnęła, szlochając.

- Wiem co chciał zrobić! – przerwał jej, stojąc nad nieprzytomnym lekarzem – Ale już nigdy tego nie zrobi. Dość! – Złapał mężczyznę, po czym zaciągnął go do sali operacyjnej. Musiał się niezwykle natrudzić, ale udało mu się położyć Larry’ego na stole i skrępować jego kostki i nadgarstki.

- Marc! Oszalałeś!? – krzyknął skrępowany, gdy tylko odzyskał świadomość – Co ty sobie wyobrażasz!? Myślisz, że…

- Nie! – Wikary nachylił się nad nim – Nic o mnie nie wiesz…

- Wiem! Ja…

Nic więcej nie zdążył powiedzieć, ponieważ ukrytą piwnica wypełniła się jego przeraźliwym krzykiem. Więzieni pacjenci pozwalali wypełnić swe umysły tymi dźwiękami jakby były preludium zemsty, której podświadomie pragnęli od tak dawna. Koncert trwał, a jego cichym, zniekształconym echem był szloch Katherine i pojękiwania pokaleczonego mężczyzny. Po dłuższej chwili nastała cisza, która mogła oznaczać tylko jedno. W sali operacyjnej pozostała tylko jedna osoba, która wciąż miała przywilej oddychania. Mimo tego nikt z stamtąd nie wychodził, a oczekiwanie stało się uciążliwe. Dziewczyna siedziała w swym ciemnym kącie, zasłaniając twarz dłońmi, gdy nagle poczuła delikatny dotyk na ramieniu.

- Nie płacz, moja droga Katherine, to koniec… Już nie jesteś brzydkim kaczątkiem… - szepnął Marc.

Powoli zaczęła się uspokajać i wtedy poczuła, że coś zasłania jej twarz. Odruchowo chciała się obronić, ale wikary ją powstrzymał.

- Zaufaj mi…

Natychmiast opuściła ręce. Pozwoliła, by dokończył to, co zaczął, mimo nieprzyjemnego wrażenia.

- Teraz jesteś łabędziem – Wyciągnął do niej dłoń, którą chwyciła – Chodź - Pomógł jej wstać i powoli wyszli z celi.

- Witaj, Marc! – Brook stał przy schodach, a broń, którą trzymał w ręce, celowała w pierś duchownego.

Dyrektor zakładu patrzył przez chwilę na swojego współpracownika, po czym przeniósł wzrok na kobietę, którą wikary trzymał za rękę. Połowicznie kryła się za plecami swego obrońcy, a twarz skryta była za czymś w rodzaju maski. Szkarłatne ślady spływały po jej szyi, odznaczając granice nowego oblicza, które lekko marszczyło się przy uszach, jakby było źle dopasowane, zbyt szybko założone. Brook poznał te twarz. Fala mdłości targnęła jego wnętrzem, błagając o opróżnienie żołądka. Zerknął za plecy stojącej przed nim dwójki i najgorsze obawy zostały potwierdzone. Za drzwiami sali operacyjnej widać było metalowy stół, do którego przywiązany był Hightower, lub to co z niego zostało. Zalana krwią czaszka obserwowała sufit swym pustym wzrokiem, szukając twarzy, która została brutalnie zdarta.

- Obrzydlistwo! – Lekarz wskazał Katherine – Jesteście chorzy!

- My? – zadrwił duchowny – To wy eksperymentujecie na ludziach! Kłamcy i…

- Śmiesz nazywać mnie kłamcą? Nie trąci to hipokryzją? Abrahamie…

Dziewczyna poczuła jak wikary zdrętwiał. Spojrzała na niego zdziwiona, ale nie poznała oblicza swego wybawcy. Puściła jego dłoń, robiąc krok w tył i sięgnęła do skórzanej maski, którą jej założył. Nie sprawdzała wcześniej czym była, ufała mu. Marc odwrócił się do niej.

- Spokojnie, już dobrze. Teraz jesteś łabędziem… Nie musisz się już bać.

Huk wystrzału rozerwał atmosferę więzienia. Pozostali więźniowie krzyknęli przerażeni, a ciało Katherine runęło na plecy. Z dziury w czole wypłynęło życie, by rozlać się po zimnej posadzce. Duchowny krzyknął przeraźliwie, po czym rzucił się w stronę leżącej dziewczyny. Ukląkł i wziął jej głowę w ramiona.

- Nie, nie, nie… - szlochał.

- Abrahamie Gates!

Wikary spojrzał na Brook’a wzrokiem pełnym nienawiści.

- Skąd to wiesz!?

- Wiedziałem od początku. Abraham Gates, schizofrenik, kompulsywny kłamca z psychozą behawioralną. Bardzo ciężki do zdiagnozowania ze względu na kontrolę zachowań. Wiem kim jesteś!

- Ale jak?

Dyrektor uniósł kącik ust.

- Nie ważne. To ty jesteś łabędziem, mój Abrahamie. Nie ona. Ty przemieniłeś się w pięknego łabędzia. Dziękuję…

Wikary rzucił się w stronę dyrektora, ale broń rozbłysła, wypluwając morderczy pocisk.

 

Pięć tygodni wcześniej.

 

Doktor Charles Brook opierał się o balustradę na piętrze i obserwował obszerny hol poniżej. Obok dyrektora pojawił się Larry Hightower.

- Myślisz, że to dobry pomysł? – zagadnął.

Nie uzyskał odpowiedzi. Przez chwilę trwali w milczeniu, gdy rozległ się przeraźliwy dźwięk. Ktoś próbował dostać się do środka.

- To on?

- Zapewne – odpowiedział Brook, nie spuszczając oczu z drzwi wejściowych.

Po chwili młoda kobieta wpuściła do środka mokrego mężczyznę z walizką.

- Tak… To on.

- Nie jestem pewny, czy to dobry pomysł.

- Nie możemy zmarnować takiej szansy. Idealny przypadek, idealne schorzenie. Ten mężczyzna jest świętym graalem każdego psychiatry.

- On zabił już cztery osoby.

- Tylko go o to podejrzewają.

- Dobrze wiemy, że to zrobił. O mało go nie złapali. Podszycie się pod tego wikarego…

- Było genialne – Dyrektor lekko się uśmiechnął – Podejrzewają, że tak zrobił. Rozesłali rysopisy, ale on o tym nie wie. To będzie wspaniały eksperyment.

- W sumie… - Hightower podrapał się po brodzie – Zobaczyć taki przypadek w jego własnym środowisku…

- Chcę go poznać…

- Ale czy to jest bezpieczne?

Brook odwrócił się w stronę swego pracownika.

- A czy my jesteśmy bezpieczni?

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • KarolaKorman 18.03.2016
    Tego się nie spodziewałam, zaskoczyłeś mnie, super, 5 :)
  • ausek 18.03.2016
    No właśnie. Jestem zaskoczona zakończeniem i pełna podziwu dla Ciebie za stworzenie świetnej ''bajeczki''. ;) 5
  • NataliaO 31.03.2016
    Świetnie się Ciebie czyta; 4:)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania