Bajki dla dorosłych. #4 - Brzydkie kaczątko. Część trzecia.

Wikary otworzył oczy i próbował przebić się przez grubą warstwę wszechobecnej mgły. Dopiero po chwili zrozumiał, że jest ona wytworem jego umęczonego umysły, który zasłaniał w ten sposób rozmyte kontury rzeczywistości. Przekręcił głowę, a ból rozlał na nowo. Jakby w jego czaszce eksplodował granat pełny metalowych odłamków, które wbijały się, szatkując jego tkanki.

- Nie ruszaj się! Możesz sobie tylko zaszkodzić – burknął niemiły głos.

Nieskończenie powoli spojrzał w stronę osoby stojącej przy jego łóżku. Doktor Gertrude nie należała do delikatnych. Wykonywała swoje obowiązki w sposób sprawny i profesjonalny, ale pacjent odczuwający ból nie był dla niej czymś na tyle interesującym, co mogłoby spowodować zmianę w wykonywaniu danej czynności. Marc przełknął ślinę, która popłynęła spękanym z suchości gardłem.

- Nic nie mów.

Jego spojrzenie nie odstępowało ją na krok, a ostre słowa nie sprawiły, że zrezygnował z zadania pytania, które wypalało jego wnętrzności.

- Gertrude… - szepnął.

- Zamilcz, głupcze! Chcesz sobie zaszkodzić? – Przewróciła oczami, podchodząc znów do poszkodowanego. Poprawiła bandaż na jego głowie jednym, dość brutalnym, ruchem.

- To co zrobiłeś było głupie, ale to błąd nowicjusza – Odwróciła się na pięcie.

- Katherine… Jest twoją pacjentką, prawda? – Ciche, świszczące słowa wypełzały spomiędzy spękanych warg.

Znów na niego spojrzała, a to, co ukryte było w jej spojrzeniu, pozostanie tylko jej znaną tajemnicą.

- Katherine?

Kiwnął głową.

- Nie ma takiej pacjentki!

- Niemożliwe! Ja…

Energicznym krokiem podeszła do jego łóżka i nachyliła się, zbliżając surową twarz do poobijanego oblicza wikarego.

- Taka pacjentka… nie istnieje! Nie wierz w słowa wariatów!

- Ale…

- Nie!

- Doktor Neubert!

Odwróciła się na dźwięk swojego nazwiska i spojrzała na dyrektora zakładu.

- Właśnie skończyłam, wyliże się.

Wyszła, mijając Brook’a bez pożegnania. Kierownik szpitala zbliżył się powolnym krokiem do łóżka swojego nowego pracownika.

- Marc, Marc, Marc – Pokręcił głową – Mój biedny Marc. Wybacz, że do tego doszło. Straszne zaniedbanie… Niedopuszczalne! – Lekko cmoknął, przewracając oczami, skrytymi za grubymi szkłami brudnych okularów – Co mogę dla ciebie zrobić?

- Powiedzieć kim jest pacjentka o imieniu Katherine…

Dyrektor podszedł do długiego blatu, na którym stały niezidentyfikowane sprzęty medyczne. Oparł się o niego, po czym głęboko westchnął. Wikary wiedział, że właśnie nadszedł czas na kolejne kłamstwo.

- Nie mogę ci powiedzieć. O tym nie mówi się głośno…

Duchowny spojrzał na biały sufit, a palące uczucie niesprawiedliwości pomieszanej z zawodem rozlało się w wnętrzu obolałej czaszki.

- Ale mogę pokazać…

Marc spojrzał na Brook’a, chcą się upewnić, że z niego nie drwi, ale dyrektor nie wyglądał na kogoś, kto lubi żarty.

- Już niedługo, mój przyjacielu, niedługo…

Następne czterdzieści osiem godzin wikary musiał spędzić w sztywnym, niewygodnym łóżku szpitalnym. Zabandażowana głowa z dodatkową skorupą opuchlizny nadawała mu wygląd osoby stojącej nad własnym grobem, ale na szczęście wyglądał dużo gorzej niż się czuł. Te dwa dni były koszmarem, niekończącą się niewolą, w której więzili go dla jego własnego dobra, jak to sami ujęli. Oczywiście się z nimi nie zgadzał, ale każda próba wstania kończyła długi monologiem Hightower’a o szkodliwości i skutkach przerywania okresu rekonwalescencji po urazach czaszki. W czasie dyżurów Gertrude nawet nie próbował się ruszać. Tej kobiety po prostu się bał.

Okres zawieszenia minął. Nadszedł upragniony czas, czas wolności. Nienawidził tego łóżka, nienawidził użalania się nad sobą, nienawidził tego, że muszą się nim opiekować, traktować jak jednego z pacjentów. Jednak to już koniec, znów mógł wnieść odrobinę bożego światła w mrok tych nieszczęśliwych ludzi.

- Na co jeszcze czekasz? Do widzenia!

Uśmiechnął się do Gertrudy, po której nie mógł spodziewać się niczego milszego. Wziął głęboki wdech i w końcu opuścił swoje więzienie. Głowa pulsowała boleśnie przy każdym kroku, ale nie miał zamiaru zwracać uwagi na taką drobnostkę. Myśli zaprzątało mu wspomnienie poprzedniej nocy, gdy zbudził go cichutki śpiew. Nawet nie pamiętał jak znalazł się przed drzwiami gabinetu dyrektora Brook’a. Jednak uznał, że to nie jest czas na tego typu przemyślenia, to był czas, w którym trzeba działać. Uderzył kilkakrotnie w rzeźbioną powierzchnię.

- Wejść!

Znalazł się w gabinecie, w którym powitał go doktor Charles Brook pierwszego dnia.

- Marc! – uśmiechnął się starszy mężczyzna zza swojego biurka, którego blat był zasypany najróżniejszymi dokumentami – Jak miło cię widzieć!

- Jeżeli jest pan zajęty…

- Nonsens! – Szybko wstał i podszedł do wikarego, obejmując ramieniem jego plecy, by skierować go w stronę krzesła – Jak się czujesz?

- Już dobrze. Dziękuję.

Znów chciał zapytać, co stało się Anette i pacjentem, który go zaatakował, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. Robił to już wielokrotnie wcześniej. W odpowiedzi otrzymywał tylko uśmiech i zapewnienie, że wszystko zostało załatwione. Tego właśnie się bał, tego „załatwienia”.

- Jestem gotów – duchowny chciał, żeby jego głos brzmiał pewnie i stanowczo.

- Gotowy na? – zaśmiał się dyrektor, lekko unosząc jedną brew.

- No zobaczenie Katherine. Miał pan mi ją pokazać. Miałem ją poznać…

- Nie rozumiem… O co chodzi?

Marc odczuł lekką dezorientację.

- Cała ta paskudna sytuacja była moją winą. Chciałem dowiedzieć się kim jest osoba, której śpiew usłyszałem pewnej nocy. Gdy rozmawiałem z Anette, w pewnym momencie wspomniała o aniołach, które śpiewają nocą. Pomyślałem, że mówimy o jednej i tej samej osobie. Później Anette nazwała Katherine aniołem. Bardzo chciałem się dowiedzieć, która pacjentka jest tą kobieta, lecz moja przyjaciółka wpadła w histerię. Pielęgniarze próbowali ją uspokoić i wtedy doszło do wypadku. Jeden z pacjentów wyjął pałkę, którą pielęgniarze mają przy sobie i… - Wskazał bandaż na głowie – Reszty się pan domyśla – Gdy się obudziłem, zapytałem pana o tajemniczą Katherine. Powiedział pan, że nie może mi powiedzieć, ale może pokazać. Czuję się dobrze, jestem gotów. Ona jest pacjentką pana oddziału zamkniętego?

Charles obserwował duchownego z lekkim półuśmiechem.

- Dlaczego pan nic nie mówi? – Wikary zaczynał odczuwać irytację.

- Obawiam się, że pański uraz był o wiele poważniejszy niż się mogło wydawać – Uśmiech zniknął. Podszedł do siedzącego Marca – Proszę podążać wzrokiem za moim palcem – Wyprostował palec wskazujący i powoli zaczął przesuwać przed jego twarzą.

- O co panu chodzi!? Czuję się dobrze! – Odepchnął rękę dyrektora – Chcę poznać Katherine!

Charles Brook złączył ręce za plecami, po czym podszedł do ściany pełnej zdjęć przedstawiających historię zakładu.

- Drogi przyjacielu. Nigdy nie mieliśmy pacjentki o imieniu Katherine…

Marc już chciał zaprotestować.

- Ani Anette… Nie ma również czegoś takiego jak oddział zamknięty. Larry odpowiada za skrzydło męskie, Gertrude za damskie. J jestem dyrektorem, czyli odpowiadam za wszystko, ale nie ma tu nic więcej… Tego dnia rozmawiałeś z Danielem, naszym Mistrzem Warcabów, jak go czasem nazywamy. Dostał ataku, próbowałeś mu pomóc, ale odepchnął cię i uderzyłeś głową o ścianę…

- Bzdura! – Wikary zerwał się z miejsca. Jego serce rozrywało pierś, a umysł przeszywały zimne, przerażające wizje.

- Nie sądzę.

Brook sięgnął do szuflady i wyciągnął żółtą teczkę, po czym podał ją Marcowi. Mężczyzna otworzył i spojrzał w gęsto zapisany tekst.

- To raport pielęgniarza.

Duchowny nie wierzył w słowa, które wryły się w strukturę papieru i wtedy odwrócił kartkę. Teczka wylądowała na podłodze, a przerażone spojrzenie wlepiło się w dyrektora zakładu. Z teczki wypadła fotografia przedstawiająca ścianę ozdobioną szkarłatną smugą. Wiedział gdzie znajduje się to miejsce, lecz było ono zupełnie inne niż to, w którym rozmawiał z Anette.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • KarolaKorman 16.03.2016
    ,,Przekręcił głowę, a ból rozlał na nowo. '' - coś chyba zgubiłeś
    ,,każda próba wstania kończyła długi monologiem '' - tu też
    ,, która pacjentka jest tą kobieta,'' - kobietą
    ,, J jestem dyrektorem, '' - Ja
    Czyżby chcieli zrobić z wikarego kolejnego pacjenta? Świetna część, czekam na kolejną, 5 :)
  • Chris 18.03.2016
    Być może :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania