Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Podrózny - rozdział szósty

Kolejne przygody skrytych z Przedstawicielstwa.

*

Marco

 

Również chcę wiedzieć jak losy w czas się obrócą. Rozmowie to nie podlega. Umowy dopełniam bez żadnych przeszkód, ważniejsza ona niż cała wojna i zwycięstwo Langocji. Pamiętajcie o tym. Obym na wydatki nieprzewidziane stu talarów nie potrzebował, suma to niepewna.

 

Gerard

Siódmego Zmroźnego

•Rozdział 6

 

{groszowej powieści o dziejach wojny, całości część, na prawdzie oparta}

 

Stal zimną Praska poczuł. Ukłuło go w pępek, stępione ostrze, zasapał, udał zmarłego. Bił brawo król, bili aktorzy i biła cała widownia.

Przerwa nastała, Karol ubrany, oddał szpadę monarsze. Ukłonił wszystkim, usiadł na miejsce, Bargasza szept wychwycił:

- Trzeci rząd, typek średniego wzrostu, to skryty jest. Dostał sztylet od aktora.

- Hugo? To Czarnik?

- Tak, Rekwizyt.

- Właśnie wychodzi, idę za nim. Spotkamy się w Przedstawicielstwie – zamiar przedstawił, alchemik od razu, dogoni, otwarcie wypyta. Bo teraz już wiedział, Langoci coś knują, przeciwko Robdańczykom.

- Idź.

Kraweczek wstał, odebrał kurtkę i wyszedł na zewnątrz pałacu. Powóz z człowiekiem, co niósł pakunek, ruszył drogą przed siebie. Alchemik dobiegł, do kilku stangretów, palących papierosy. Krzyknął – Mój ze mną! Za tą dorożką! - na kozła z pieniędzmi rzucił trzos, wgramolił się do środka.

Woźnica ruszył, Mistrz Mikstur w karocy, rękami zapierał o ściany. Ziębił go przeciąg i kołysało, firankę miał ciągle na głowie. Okna trzaskały, targane podmuchem, waliły okiennice. Prawe już zamknął, z lewego wychylił, kołysał się wciąż na boki. Wyciągnął rurkę i splunął strzałką, w stronę gonionej bryczki. W konia nie trafił, nabił ponownie, wozy skręciły zwalniając.

Na drugą stronę, przeskoczył szybko, otworzył bok karety. Przytrzymał nogą, drzwi uchylone, chwycił za futrynę. Teraz celował, językiem czuł pocisk, wziął oddech i strzelił znowu. Nie trafił.

Do wnętrza cofnął i zamknął w środku, szczelnie zasunął kotary. Z zimna zacierał zdrętwiałe ręce, chuchał w kułaki z zimna.

Konie zwalniają, gdzieś dojedziemy – powiedział do siebie, z pochwy wyjmując, sztylet o prostej głowni. A mróz ozdabiał szyby na zewnątrz, w białe, kwieciste wzory.

I pościg trwał.

Bargasz już wiedział, którędy ta droga, zmierzają w stronę stolicy.

Wóz w końcu stanął, Kraweczek otworzył, prawy bok pojazdu.

Ze środka wyskoczył, prędko z karety, dwie lotki miał między palcami. Lądując pobiegł, plujkę wciąż trzymał, uważał by noża nie zgubić. Przytrzymał wpust rurki, doskoczył do wozu co ścigał już prawie godzinę. Drzwi szybko otworzył i splunął przed siebie!, i trafił w przeciwne, zamknięte! Na bark się przewrócił i załadował, raz jeszcze splunął pod dyszlem!

Strzałka utkwiła, w cholewie buta, przebiła skórę, skarpetę! I uwalniała truciznę.

Poczuł na sobie, zwaliste ciało, sztyletem nie przebił płuca! Ostrze niestety na żebrach stanęło, napastnik zgryzł zęba i chuchnął!

Paraliż!

Już przyszła drętwota i nie czuł już zimna, nie czuł niczego w ogóle. Jedynie powieki, jeszcze mrugały, oślinił brodę i usta.

- No i co panie Kraweczek? - podnosząc się spytał, człowiek goniony, skryty z przedstawienia – Teraz sobie z panem porozmawiam. Albo nie, teraz odwołam pana powóz. Chociaż nie, najpierw wypiję lek na gorączkę.

Grot wyjął, zdjął buta, wyrzucił skarpetkę i wypluł resztki zęba. Ozdobny rzemień, rozwiązał przy pasie, i wyjął buteleczkę. Pijąc miksturę, palcem pokazał, drogę w stronę pałacu. Woźnica zrozumiał, zawrócił bryczką, drugi spokojnie czekał.

- A teraz sobie pogawędzimy panie Kraweczek. Albo i nie, najpierw trzeba coś zrobić z raną – i plamiąc czerwienią, śnieg biały, puszysty, podszedł do swojej karety.

Wziął torbę z powozu, zdjął kaftan, koszulę i rzucił ubranie na ziemię. Bandażem krew tamował.

- W końcu porozmawiamy panie Kraweczek. Chociaż chwila, chwila. Poczekajcie, poczekajcie, trucizna działa, mam parę chwil, wypiję odtrutkę.

Odsupłał kolejny, sznurek przy pasie, już trzymał w dłoni płyn. Odkręcił zakrętkę i haustem łyknął, zawartość małej flaszeczki.

- Orzeźwia. No to czas na nocną wymianę zdań panie Kraweczek, choć przecież cały czas rozmawiamy, tylko pan nic nie mówi, panie Kraweczek. Więcej śmiałości. Przeszukamy pana i pana dobra panie Kraweczek.

- Plujka, strzałki, trucizna – wyliczał czas cały, palcami liczył, Bargasza przeszukując – sztylet, dymionka, amulet, papier, inkaust i pióro. Dziesięć, piętnaście, dwadzieścia pięć talarów. Grzebień, maści niewiadome, mikstury niewiadome panie Kraweczek. I torba panie Kraweczek, nie zapominajmy o torbie, prawie wszystko w torbie było, panie Kraweczek – powtarzał nazwisko, miano Kraweczka, wstał z kolan, założył kurtę.

- Nadal nic pan nie mówisz, panie Kraweczek? Wodzisz oczyma – spodnie otrzepał i w końcu przedstawił – Lui Da Frost jestem.

Z powrotem buta, na nogę założył, przykucnął przy głowie Bargasza.

- Mam przy sobie dwie butle, butelki, buteleczki, panie Kraweczek. Rozmawiajmy spokojnie bo pan się już domyślił, że w pana stanie tylko mrugnąć okiem lewym to odpowiedź na tak, a prawym na nie. Mrugnij obiema na „nie wiem”. Ale mocno – żebym widział, że się dogadujemy. A co to za płyny? Po jednym to chyba minie paraliż. To moja recepta, działa zawsze. Drugą flaszeczkę wziąłem od pana, panie Kraweczek. Co robi? Tylko pan raczy wiedzieć, panie Kraweczek. Współpracujmy mości skryty. Pierwsze pytanie – czy Przedmiot działał?

Lewym i prawym, okiem zamrugał, alchemik w paraliżu.

- Działa?

Odpowiedź ta sama, ściśnięte powieki, dał znać, że nie wie o sprawie.

- A będzie działał? Nie, to chyba pytanie pomińmy, zważając na okoliczności. Pomińmy.

Bargasz zapłakał, odpowiedź ta sama, kaleką pewnie zostanie. I oczy otwarte, już ich nie zamykał, a łzy ciekły po policzkach.

- A Kamień u was w domu był? Jest?

Wyraźne prawym, okiem mrugniecie, to pewne zaprzeczenie.

I wstając Da Frost, z uśmiechem paskudnym, swą obietnicę złamał – czyli mówicie, że nie? A ja myślę, że kłamiecie. Dlatego ja też skłamałem. Co prawda waszej buteleczki do gardła wam nie wleję, bo co by to się działo panie Kraweczek jakbym na ten przykład wlał panu kwas? A sumienie mam. Ale do paraliżu to już chyba musicie przywyknąć – dokończył swój wywód, obie mikstury, na ziemię wylewając.

Wsiadł do powozu, zatrzasnął drzwi, przez okno wychylając – Nie wstawajcie panie Kraweczek! Leżcie i odpoczywajcie. Stangret!

- Jedziemy!

Bryczka ruszyła, Da Frost chuchnął w dłonie, i dodał do siebie szeptem – Komu w drogę temu czas, panie Kraweczek.

Wrony krakały, krakały kruki, Mistrz Mikstur rzewnie płakał.

Żar z pieca buchał. Lui Da Frost, z zydla się podniósł, wrzucił przez drzwiczki sztylet. Był to stępiony, Rekwizyt z teatru, z Pałacu Myśliwskiego. Ogień rozżarzył, Czarnik na biało, i zwęglił, uwolnił dym! Cierpiętny Zwidnik się zjawił!

- Człowiek cierpieć będzie!

- Tak mości Zwidzie, będzie cały czas.

- Duszę oddasz w zamian człecze?

- Oddam. Wpierw jednak od niego wziąć spróbuj. U Langosse!

 

Po przedstawieniu, żyrandol zapłonął, wstał Lagrange wraz z małżonką. Wstali widzowie, zniknęli aktorzy, podniosła się skrytych śmietanka.

I zaciążyły, Prasce ramiona, duchowa emanacja. To Zwid już działał, zmysły mu mamił, życie mu uprzykrzając.

„Karol! Praska!!! Siedź!” - w myślach te słowa, usłyszał Praska, wykrzywił twarz w grymasie. Chwycił kolana, zgarbiony usiadł, jak szewc przeklinał pod nosem.

- Co jest Karol? - spytała sekretarz, zmartwiona niemocą, widząc ból na twarzy

- Kurwa, nie mogę wstać, pomóż Karola – za rękę chwytając, poprosił Horzenną, swoją oblubienicę.

Podnieśli się razem. Hugo popatrzył, mu w oczy przeciągle, był bardzo wkurzony, jak dyeble – Niepodobna, trzeba przeprosić parę królewską i wynocha. Mam nosa, czuję obecność, trzeba i kontaktu z Bargaszem.

„Karol! Praska!!! Zostań!”

- Nie wychodzimy... Zostajemy... - laską podparty, zrobił pięć kroków, skryty z Gremdge Przedstawiciel.

- Weź za ramiona i hajda stąd – rozkazał Hugo, z rodziny Korona, zmartwiony coraz bardziej – pożegnam wszystkich. Bierz dorożkę i do Przedstawicielstwa.

 

Ciałem Praski, wstrząsały dreszcze, dostał wysokiej gorączki. I poczuł zimną, dłoń swojej wybranki, nie mógł się wyprostować. A serce mu biło, a nad nim Zwidnik, kładł ciągle na ramionach. Skryty chciał rzygać, brzuch strasznie bolał, ciałem wstrząsały dreszcze.

„Karol! Praska!!! Zginiesz człecze!!!”

Sekretarz z trudem, powóz zajęła, krzyknęła do woźnicy – Do Gremdge na ulicę Stawową! - adres podała zupełnie inny, niż adres Przedstawicielstwa – z rozkazu króla Lagrange'a! Ruszaj! Ruszaj albo głowę położysz na pieńku katowskim!

Pocałowała, Karola skryta, w policzek, nieprzytomnego. Nie wyczuwała, Zwidu w ogóle, martwiła bardzo o przyszłość. Nie wzięła płaszczy, i bez rękawiczek, w chłodzie i mrozie jechała. Objęła Karola, i przytuliła, usiadła mu na kolanach.

Kołysząc na boki, dorożka pędziła, a Praska miał przykry sen.

Cierpiętny Zwidnik, przybierał formę, członków rodziny Praski. W marze skrytego, dźgał wielkim nożem, krew toczył z rany czerwoną.

W Horzenną się zmienił, z brokatem na twarzy i pudrem na policzkach.

Nagi tak siedział, Karol na krześle, za parawanem ukryty. Na drugim meblu, sekretarz-Zwidnik, zadowolona, z pięknym uśmiechem. I ciągle całowała.

„Praska! Jam Karolina! Krzycz!!! U Langosse!”

- U Langosse... - słyszalnie ledwo, i bardzo powoli, wyszeptał Przedstawiciel.

- Czyń swoją powinność, mości Langoto. Zdradziłeś Robdan, tyś nasz. Zabij! - król Lagrange krzyczał, rzucając szpadę i śmiał się i klaskał głośno.

„Karol! Oddasz duszę! U Langosse!”

I tak skryty czując, wargi gorące, oręż po jelec zatopił.

- Oddam! Za Langocję! - wykrzyczał głośno, w tym śnie okrutnym, gdzie zdradził kraj, Karolinę.

A cała sala, brawo już biła, morderstwa dokonano.

 

Pod Przedstawicielstwo, zajechał powóz, Hugo Korona wyskoczył. Biegiem zaś minął, straże gwardyjskie, co stały na posterunku. Szukał przyjaciół, kierował się w górę, do apartamentów sypialnych.

- Karol?! Karolina?! - na schodach wołał, poręcz ściskając, skrytych pobudził wszystkich.

Już wiedział, ich nie ma, zapewne nie było, myślał gdzie mogli się udać.

Wyjrzał przez okno, dorożka przybyła, z dużym herbem Langocji. Gwiazdowiedząca, wysiadła z powozu, straże ją przepuściły.

Zszedł szybko na dół, do pustej recepcji, zastał tam Ivę Giselle.

- Krol wybaca. Gzie moszci Praska? - spytała w robdańskim, na krześle siadając, trzeźwa już, nie pijana. To alchemiczny, kradziony specyfik, wypłukał alkohol z krwiobiegu.

- Kiepski robdański – oznajmił Hugo, w fotelu zasiadł i wyjął papierośnicę.

Miał dwie cygaretki, jedną zapalił, ostatnią chciał schować na później. Zabrała go wróżka i skręt się już żarzył, wbrew powiedzeniu o kurwie.

- Praska chory. Zimowe przeziębienie – skryty wyjaśnił, zapałkę odpalił i podał ogień Ivie – Langota dziś ze mnie i pochwałą zacząłem. Grą ostrą zaczęliście.

- Ne vyem o czym movicze. Krol vydaje teatr, a vy konczyce stosunki. Vasza armya idże w Bialy Vonvoz. Szykuyecze sze do voyny – neh vas Mortuas! Voyny chcecze?!

- Pokój Iva. Wydajemy zakaz dla waszych kupców z tytoniem. Robimy to z musu. U nas nie sprzedacie, od jutra dekret, że w Robdanie, papierosków langockich nikt sobie nie zapali. Ani w Dolmacji, ani nawet w Sedżi, też sobie nie popalicie. Wasza Trzecia Armia stawia namioty. Tylko idziemy z wojskiem w przełęcz, bronimy granicy, i tak do wojny nie dojdzie. Zima. Śnieg głęboki leży. Wojskiem po prostu straszycie... O! „Zapominajek” - Hugo wyjął, zza ucha tutkę, dogasił poprzednią gilzę. Dym puścił, w stronę, langockiej skrytej, kółko się utworzyło.

- Zapomniałem że mam, a teraz sobie jaram – zrymował Hugo, puszczając oko, do wściekłej Ivy Giselle.

Nie dopalając, papieros gasząc, splunęła do spluwaczki.

- Do vyosny. Mortuas. Mortuas z vas Robdanye.

I opuściła, Przedstawicielstwo, a powóz zawrócił na drodze.

Wtedy z zaułku, dość szybkim krokiem, wyszła samotna postać. Przeszła po bruku do drzwi frontowych, w kapturze, bardzo wysoka. To nieznajomy przyszedł z nowiną, odnalazł się Karol Praska.

- Podano hasło pani Horzennej. Jest na Stawowej 16 – strażnik przekazał, co służbę pełnił, na warcie w barwach Robdanu.

- Odprawić, pieniądz dać. Podziękować – Korona rozkazał, to w kubrak wskoczył i wyszedł na ulicę.

W drodze powrotnej, Iva Giselle, wypatrywała Bargasza. Wino znów piła, rozgrzewające, nahajką wymachiwała. Nuciła starą, pieśń o zwycięstwie, z czasów wojny w Wangocji. Śnieg już nie sypał, dostrzegła postać, leżącą na poboczu.

- Ve mille![Bierzemy!] - krzyknęła gromko, z powozu wyszła, z woźnicą podniosła Kraweczka. Razem go wnieśli i drzwi zamknęli, wyjęła jedwabną chusteczkę.

- A teras alkemiku do domu. Tego co wynaymujesz. Od nas, narodu langockiego, nyevdżeczny sukynsyn – I tak uśmiechając, skrytemu wytarła, ślinę i łzy ronione.

 

A na ulicy, Stawową zwanej, mieszkała Deva zielarka. Z zawodu aptekarz, pomoc tu niosła, kobieta o wielu talentach. I dobrą kuchnią, też wszystkich raczyła, kobieta po trzydziestce. Skrycie służyła, koronie Robdanu, Horzennej to przyjaciółka.

Pod kamienicę, powóz zajechał, sekretarz wysiadła z Karolem. Dorożka wróciła, a Karolina przeciągle i głośno gwizdnęła!

Otwarło się okno i przez zasłony, znachorka wyjrzała na zewnątrz. Na parapecie, biust zafalował, obfity, krągły i kształtny. Dało się widzieć, twarz bardzo śliczną, ufną i bez makijażu. Kręcone włosy, czarne, w nieładzie, ramiona przyozdabiały.

Karola! Idzie Greg!. Trzymaj się dziewczyno! Greg, szybciej łajzo! - I paznokciami, z nerwów bębniła, o krótki, drewniany parapet.

Oddany Serwant, lekarskiej rodzinie, służył od pokoleń. Wziął Praskę pod pachę, Horzenną za rękę, wprowadził do przedpokoju. Wycięte w tapecie, wejście apteczne, było już dawno zamknięte. Zjawiła się Deva, w szlafroku, pantoflach, dziewczyny się pocałowały.

I przeszli dalej, do poczekalni, usiedli na fotelach. A Karol już leżał na łóżku.

- Hugo mówił, że czuje obecność – tak wstępnie zaczęła, sekretarz Horzenna, sprawę szybko wyjaśniać.

- Ani chybi Zwidnik. Mam sposoby. Pierwsze ustanie gorączka i ból ciała. Duchem czy Zwidem później. Uważaj Karola, Praska śni okropne rzeczy, nie będzie już taki sam po przebudzeniu. Już nigdy.

Kawę zaparzał oddany Greg, a Deva wcierała maści. Myśli złowrogie, u Karoliny, co będzie dalej, co będzie?

A Karol Praska, skryty Robdanu śnił znowu koszmarny sen.

Zaczął się Taniec, w Białym Wąwozie, grała złowieszcza muzyka. Wiedźmy do walca prosiły żołnierzy, prosiły Żelazną Piechotę. Mortuas działał, przekrwione oczy, nie wyrażały uczuć. Tańczył Król – Wół, tańczył i Kogut, tańczył i rudy Lis. Mrówka i Konik, także tańczyły przy ciele spalonym druida. Tańczyły Drzewa, tańczyła Trzcina, falując na boki i szumiąc. Tańczył i Karol wraz z Karoliną, objęci razem, na trupach. Przygrywał błazen, z nieba deszcz padał i było bardzo zimno.

„Praska! Karol!!! Tańcz!!! Tańcz na pożodze człecze!

Sennie, ospale, otworzył oczy, robdański Przedstawiciel. Na łóżku leżał, przykryty cały, pościelą w niebieskie kwiaty. Był w samej bieliźnie, wracały zmysły, nie miał wcale gorączki. Na kołdrze z bawełny, swobodnie siedziała, zupełnie naga Deva. A przyszła żona, pani sekretarz, w fotelu naprzeciwko. W samym szlafroku, z binoklem na nosie, czytała langocką gazetę. Spojrzała na niego i się uśmiechnęła i przywitała zdaniem:

- Kocham cię, Karol. Teraz leczy Deva. Pokonasz Zwid.

„Karol! Praska!!! Uderz Devę!!! Uderz kobietę!!!”

I nie chciał, lecz musiał, wziął zamach szeroki, z mlaśnięciem spoliczkował.

- Spokojnie, Karolina – zielarka z uśmiechem, gestem wskazała, sekretarz z powrotem usiadła – zaraz go przywiążemy, to normalna rzecz, sprawka Zwidu. Dostałam z pięści w nos podczas Veberte, chirurgią musiałam nastawiać.

Przez okno Greg patrzył, zasunął firankę i podszedł powoli do łóżka. Karola chwycił i unieruchomił, sznurem związał mu ręce.

A Deva leczenie, ducha zaczęła, smagała twarz Praski włosami. Powieki lizała, ramiona masując, a moc Zwida ciągle słabła.

Razem z językiem, pięknej znachorki, szły w ruch i długie paznokcie. I dotykanie, sutkami ciała, widmowy ciężar ustawał.

W zasłony stronę, obrócił się Greg i krzyknął, coś przeczuwając.

Zatrzęsło łożem, Cierpiętny Zwidnik, po prostu wszedł w ciało skrytego!

Horzenna skoczyła, z fotela zerwała, a szlafrok na ziemię upadł! Pasek od niego, do ręki chwyciła, nadgarstek owijając!

Błysk!

Huk!

 

Okno wyleciało razem z futryną, rozsypały się drzazgi!

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Wrotycz 3 miesiące temu
    Gdybyś mi kazał streścić, nie streszczę. I nie wiem dlaczego. Tak jakby galopujące i jednocześnie połączone kadry, patrzę na ten 'film', podziwiam i brak oddechu na refleksję. Niesamowita technika. Gubione poczucie czytania, wchodzenie w sceny bez pośrednika.
  • RebelMac 3 miesiące temu
    :) Staram się jak mogę. :) Dobrze, że da się czytać. Jutro zamieszczę 7 rozdział - w pierwszej osobie, bez zaśpiewu - dalsze przygody Szpicy. Pozdrawiam.
  • Wrotycz 3 miesiące temu
    RebelMac, mam cichą nadzieję, że po ostatnim rozdziale napiszesz artykuł na temat zastosowanych technik kreacji, brakuje mi wiedzy.
    Pozdro:)
  • RebelMac 3 miesiące temu
    Wrotycz Mam zamiar zamieścić tylko 9 rozdziałów, jeśli chcę to jakoś wydać (a chcę :)), to nie mogę dać tutaj całej książki.
  • Wrotycz 3 miesiące temu
    RebelMac - jakoś? Czyli inaczej(e-book), czy klasycznie? Nie ma wzięcia eksperymentalna proza, ale pisze się przecież albo dla wszystkich (w sumie banał nie do zrealizowania), albo dla wąskiej grupy.
    Tytuł? Teraźniejszość po tarciu.
    :)
  • RebelMac 3 miesiące temu
    Wrotycz Chciałbym to wydać klasycznie. Może być jednak trudno.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania