Poprawczak 7

Świadek

 

Przekleństwo jego wolności polegało na tym, że nie potrafił przestać o niej mówić. Jakby to powracanie cokolwiek zmieniało, nabierało sensu!

 

Ale nie. Obawiał się, że nic z tych rzeczy. Nie wskrzeszą jej żadne dywagacje; miał nadzieję, że o niej zapomni; ostatecznie tyle jest innych kobiet. Czekają, lecz czy mógłbym być dla nich interesującym obiektem? Tuziny dziewczyn, a każda bez jej uroku.

 

Nie miał ochoty na ich poznawanie. Randki budziły w nim sprzeciw. Nie miał ochoty na cierpliwe słuchanie uroczych kłamstw, wymówek, plotek wypowiadanych półszeptem, zwiewnym szwargotem intymnych afer.

 

Pocieszał się, że tak wiele jest innych kobiet! Różnych od niej, chętnych zdobywania mężczyzny, którego by hodowały na wzór i podobieństwo swoich wyobrażeń. Stuprocentowych babonów zdolnych do odfajkowania flirtu. Całe mnóstwo dziewczyn marzących o „gdzietechłopach” przyszpilonych do pantofla, wyselekcjonowanych spośród miliona, że myśląc o nich, martwił się, czy kogoś nie poznała.

 

I wówczas błądził ulicami. Odwiedzał bary, knajpy, mroczne zaułki w padającym deszczu. Miasto szydziło z niego, traktowało, nieprzyjaźnie, wrogo.

 

Wyobrażał sobie: wtulona we własne wspomnienia, może też go szuka i ma identyczne problemy.

 

Wyobrażał sobie jej oczy, jej charme, uśmiech, przyzwolenie na pieszczoty, swobodne błądzenia rąk, swoje trafiania w miejsca sprawiające, że drży, że jest piękna, oddana i wyzwolona. Jak przez jej ciało przebiegają dreszcze, jak nerwy, ułożone w jednolity system połączonych naczyń, współbrzmią z jego.

 

Miasto dyszało nieprzerwanym rytmem urojonej namiętności. Wtedy wołał w czeluście bloków kamiennej dzielnicy przypuszczając, że go słyszy. Gdzie jesteś, kiedy wrócisz, krzyczał. Lecz ściany odpowiadały milczeniem.

 

Myślał, że co było, to przeszło, nie ma dni, lat, miesięcy, nadszedł nowy etap; mógł przewidzieć, jak się to skończy.

 

Place, inne nazwy wąskich ulic, parki z odmalowanymi ławeczkami, drzewa bez liści zwiastujących ciepło, jej kapryśne wargi, ludzie uciekający przed deszczem, wystawy przeładowane niedostępną feerią zbyteczności, inkrustowane przedmiotami zawiniętymi w światło neonów, w ten sam, co zwykle, nastrój preludiów, zerwań i przeprosin, w te same iluzje, świergot wystraszonych wróbli, zmoczonych czekaniem na skroplony antrakt, te same sylwetki omijające kałuże.

 

Ich nasączone wodą twarze, kobiety w zabłoconych kozaczkach z wyprzedaży. Nieprzemakalne, słabe, czego się nie da stwierdzić przed rozebraniem, ich podszyte wiatrem kurtki, ich dłonie zniszczone dźwiganiem niespodzianek.

 

Poznawał; oto był świadkiem mijających obrazów, impresyjnych wedut żywcem przeniesionych z innego świata, świata bez niej.

Od tamtego czasu sporo się wydarzyło i zapominał o niej z taką intensywnością, z jaką poprzednio szukał jej miraży. Aż pewnego dnia zadzwonił telefon.

 

W słuchawce zabrzmiał śpiewny głos kobiety. Należał do osoby, o której nie słyszał od lat, której spodziewał się nigdy więcej nie ujrzeć.

 

Kobieta o bezkształtnej twarzy, twarzy tkwiącej w jego wyobraźni w sposób zamazany, pojawiła się znowu i przybrała kształt tej, którą niegdyś usiłował kochać.

 

Mówiła, donośnie modulowanym szeptem, paplała o czymś, co może i było dla niej istotne, co jego jednak obchodziło niewiele. Jej gorączkowy, przerywany suchym kaszlem głos, podniecił go znowu, ekscytował po dawnemu, prowokował do snucia tasiemcowych wspomnień. Podobny szumom utraconego dzieciństwa, gdy był szczęśliwy i wierzył spadającym gwiazdom, zmuszał, do słuchania.

 

Kiedyś należał do ukochanej, w nim zawierało się jego natchnienie. Teraz głos ten kojarzył się z chęcią rewanżu za niepotrzebną pogoń. Lecz skoro zabrzmiał w słuchawce, skoro odnalazł go wśród obcych ludzi, w obcym mieście, chwile krótkiego szczęścia i długotrwałych zgryzot - powróciły; mieszając się ze sobą, rozdrapując zasklepione rany.

 

Nie pamiętał, o czym mówił naprawdę, natomiast pamiętał, że chciał wtedy umrzeć ze wstydu: natychmiast, w miarę cicho, tak, by nie usłyszała szarpiących nim cierpień.

 

Rydwan i skwerek

 

W jego sanktuarium, przeważnie otwartym dla gości, zaraz za wiecznie uchylonymi drzwiami, znajdował się fotel, wyeksponowany, majestatyczny i niemal wygodny bujak, a obok stał wózek, beżowy „postrach nieprzejezdnych szos”.

 

Od kiedy zostaliśmy przyjaciółmi, jego ulubioną rozrywką było podróżowanie. Chodził jeszcze, lecz jedynie na krótkich odcinkach, zaledwie przy łóżku. Za młodu poruszał się automatycznie, ignorując przeszkody, które z łatwością omijał, a istnienie ich dostrzegł dopiero wtedy, gdy nasiliła się jego niemoc. Coraz częściej zdarzało mu się iść krokiem niezdecydowanym, przypominającym chód kraba zanurzonego w mazi.

 

Latem umawialiśmy się w pobliskim, niewielkim, przylegającym do domu parku. W rzeczywistości nie był to park, tylko skwerek uchodzący za substytut ogrodu.

 

Kiedy mało kto poruszał się po nim bez pośpiechu, bo dla większości personelu stanowił wygodny skrót do pracy, gdy na jego ławeczkach siedzieliśmy zapatrzeni w niebo, byliśmy zasłuchani w swoje opowiadania. Lecz ich znaczenia nie były tymi, co po latach, gdy po skwerku lub ogrodzie, zaginął wszelki ślad.

 

Wtedy mówiliśmy byle jak i byle co. Siedzieliśmy w ogrodzie i nie interesowały nas ziemskie światy odwiecznych pomyłek. Nie podniecały odejścia od wiary w lepsze dni, oscylowania wśród pojęć prostych i słusznych jednocześnie. Albo mieliśmy bezsenne „randki” na tarasie.

 

Taras

 

Taras, położony wysoko, ludny ciepłem końca wieczoru, nakazywał nam spoglądać w czarny dół. Ciemność, gdzieniegdzie rozjarzona lampami pobliskiego parku, wydawała się tajemnicza.

 

Prowadziliśmy na nim marudne i bezcelowe monologi z niewidzialnymi słuchaczami. Z rozmówcami, których ukryta obecność potwierdzała się naszym wołaniem w rozgwieżdżoną noc, a kończyła skokiem ciśnienia; oglądany z galaktycznej perspektywy, zanikał w cherlawym tętnie odsłuchiwanych ciał.

 

Ciemność nie zezwalała na racjonalne myślenie. Milcząc, ograniczaliśmy się do sygnalizowania rozpierającego nastroju w ten sposób, że niekiedy albo mój, albo jego ogienek papierosa wędrował w tę stronę, w której przebywał nasz zachwyt. Wędrował wskazując odległy, mroźny gwiazdozbiór mknący w przestrzeni.

 

Bo choć wiedzieliśmy, że jako „krewni przez doświadczenie”, powinniśmy trzymać się razem, robić dobrą minę do złej gry, dobrodusznie i bez szemrania godzić na swoje obecne położenie, jakkolwiek udawaliśmy, że życie jest ciągle przed nami, to zżerało nas przekonanie, iż nasze dylematy i wspominki, nie różnią się między sobą aż tak bardzo.

 

Przeważnie znajdowaliśmy się w trakcie gorączkowego niemyślenia o swoim najbliższym „kiedyś”. Przeważnie braliśmy udział w odmiennych sytuacjach, a nasze rozmowy zakreślały tory i prostowały ścieżki nie te, którymi dążyli pozostali mieszkańcy, lecz te które gwarantowały nam przetrwanie w zgorzkniałym rozpamiętywaniu przeszłości.

 

Ale nie tyko nam były niezbędne nocne odwiedziny na tarasie. Niekiedy pojawiali się na nim inni rezydenci: niewidoczni za dnia. Jak ślimaki pozamykane w swoich osobnych pokojach – skorupach, nocami zaś prowadzące aktywne, żerujące życie.

 

Wówczas rodziły się w nich nieznane fantomy, piekące w sumieniu sprawy do uregulowania, zaległe problemy przywleczone z przeszłego istnienia, i kwestie te – siłą rzeczy niedokończone – tonęły w mroku i dogorywały w oparach mgły. Zmienione bliskością chłodu, zimnem nadciągającym od lasu, zmuszały ich do odłożenia wzruszeń na bardziej sprzyjające zmierzchy, a kto wie, czy nie na zawsze.

 

Docierało do nas wtedy, że jesteśmy skazani na siebie, ponieważ nikt z personelu nie może pojąć naszych rozterek. Uświadomiliśmy sobie wtedy, że zatrudnieni tu, wrażliwi opiekunowie, fachowcy od miłosierdzia, znają nas pobieżnie: są wynajmowani do odfajkowania pomocy. Znają nie tyle nasze wnętrza, co widoczne, cielesne futerały i dysponują teoretyczną, zasłyszaną wiedzą świętych lepiących garnki.

 

Oślepiał nas nierealny blask przestarzałych wrażeń. Mimo to wydawało się nam, że niekiedy znajdujemy z nimi realny kontakt, bo choć do teraz pogrążaliśmy się w inwazji minionych barw, to nadal wydawało się nam, że jesteśmy dla nich ludźmi.

A gdy dochodziło do nas, jak znikome i niedostrzegalne są dla nich nasze problemy, uśmiechaliśmy się do siebie z przepraszającym zakłopotaniem.

cdn

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Bożena Joanna 3 tygodnie temu
    Pięknie piszesz o trudnych więzach między dwojgiem ludzi, którzy byli/stali sobie bliscy w tęsknocie i cierpieniu. Serdecznie pozdrawiam z nadzieją, że kolejne fragmenty będą miały podobny ładunek emocji.
  • betti 3 tygodnie temu
    Przeczytałam, zdanie moje znasz, nie będę powtarzać.

    Karmisz mnie, to najważniejsze.
    Pozdrawiam.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania