Skrzydlate Listy, rozdział 3/7: W Świecie Smoków

Przez jakiś czas szli w milczeniu. Mały smok maszerował gdzieś przed siebie, a Szymon z największym trudem podążał za nim, niemalże biegnąc.

Po pewnym czasie jego sytuacja nie wydawała mu się już aż taka straszna. Fakt, dalej ledwo mógł uwierzyć we wszystko, co działo się dookoła, ale przestało to być przerażające, a stało po prostu dziwne. W miarę jak szli, zacząć rozglądać się i zwracać większą uwagę na to, co mijali. Zauważył niebieskie i czerwone drzewa, olbrzymie kwiaty ze śmiesznymi wzorkami, palety najróżniejszych kolorów na owocach i w mijanych jeziorach. Po pewnym czasie zapomniał, że w ogóle czegokolwiek się bał i zaczął patrzeć coraz śmielej. Teraz przypomniał sobie o gigantycznych kształtach, które krążyły w przestworzach, gdy on był na polanie. Gdy jednak przeszli przez cały las i znów spojrzeli w niebo, wszystkie inne smoki nagle gdzieś zniknęły.

Szymon kilka razy próbował pogadać ze swoim przewodnikiem, ale ten nie był zbyt rozmowny. Chłopak pytał go, dokąd właściwie idą, czy wolno mu zjeść owoce, które po drodze mijali, gdzie się podziały tamte kształty na niebie, dlaczego woda jest tu fioletowa, czemu słonce jest takie małe, i tak dalej. Ale smok, jeśli w ogóle, odpowiadał nie więcej niż jednym słowem, do tego kompletnie obojętnie. Jakieś emocje okazał tylko, gdy Szymon stwierdził że jego imię jest za długie i będzie po prostu nazywać go Wojtek. Zatrzymał się wtedy na moment i spojrzał na niego dziwnie, ale nic nie odpowiedział. Szymon uznał to za "tak" i od teraz zaczął tak właśnie nazywać w myślach swojego towarzysza.

Po długim czasie, razem z Wojtkiem dotarli na skraj wysokiego wzgórza. Wojtek dobiegł szybko na jego szczyt, po czym odwrócił się w stronę Szymona.

- Dobra. Jesteśmy.

To były pierwsze słowa inne niż "tak" i "nie" jakie wypowiedział od długiego czasu. Wtedy jednak nie to było dla Szymona najważniejsze.

Bardziej interesowała go gigantyczna, trójkątna budowla, którą miał przed sobą. Była niewiele mniejsza od gór, które niedawno mijał, z wejściem tak szerokim, że zmieściło by się w nim kilka drapaczy chmur ustawionych jeden na drugim. Z czasem konstrukcja zwężała się coraz bardziej, aż do malutkiego pomieszczenia na drugim końcu. Całość wyglądała przez to jak gigantyczny, trójkątny namiot, bardzo długi i jakby zapadnięty w ziemi. Budynek nie miał żadnych drzwi. Właściwie, to w ogóle nie miał w ogóle żadnej przedniej ściany. Zaczynał się od gigantycznej dziury w ciemnoszarym kamieniu, przez którą cały czas przelatywały wielkie, różnobarwne stworzenia, wisząc na budowli i machając wszędzie swoimi długimi ogonami.

Szymon stał oniemiały, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Wojtek tymczasem wskoczył mu zwinnie na ramię i zaśmiał się, prezentując małe, ostre ząbki.

- Widzę, że nasz stolica zrobiła na tobie wrażenie. Jeśli to ci się podoba, to poczekaj aż wejdziemy do środka.

- Będziemy tam wchodzić?!

- Oczywiście! A myślałeś, że po co szliśmy taki kawał drogi? Król i wszyscy mędrcy bardzo chcą cię zobaczyć.

- Król? Mędrcy? Oni wszyscy tam na mnie czekają?!

- Czekają. Jesteś pierwszym człowiekiem, jakiego zobaczą w całym swoim życiu. Motaro nie może się już doczekać, żeby cię spotkać.

- Motaro?

- Cierpliwości. Dowiesz się w swoim czasie. Teraz chodźmy już lepiej, bo wszyscy się niecierpliwią.

- Czekaj. Nie widzisz tej gigantycznej przepaści, tam pod nami? Niby jak chcesz przez nią przejść?!

Słysząc to, Wojtek zaśmiał się jeszcze głośniej.

- No co ty? Myślałem, że wy, ludzie, znacie już nieco smoki.

- No tak, ale co z tego?

Wojtek, zamiast odpowiadać, znów chwycił Szymona w swoje małe, zimne rączki i z całej siły poderwał do góry. Chłopiec, wrzeszcząc ze strachu i zdziwienia, wyrywał się jak tylko mógł, ale smok i tak podniósł go i ruszył przed siebie. Nagle pod nogami Szymona zabrakło gruntu, a pojawiły się malutkie drzewa i cieniutkie strumyki, leżące dziesiątki, może nawet setki metrów pod nim. Większość ludzi w takiej sytuacji krzyczałaby ze strachu.

Szymon też krzyczał w pierwszej chwili, ale tylko z przyzwyczajenia. Bo gdy przebył niecałą ćwiartkę swojej drogi, poczuł nagle że wcale się nie boi. Żołądek wcale nie podchodził mu do gardła, a serce biło całkiem normalnie. Właściwie, to przejażdżka była całkiem przyjemna, a do tego widział teraz wszystko, co było pod nim. Malutkie listki leżących na dole drzew, rybki w płynącym tam strumyku, śmieszne kształty chmur, które miał nad głową. Kompletnie wcześniej nie zauważył, że na niebie było dokładnie 27 chmurek, a wszystkie miały kształt różnej wielkości kul.

Szymon patrzył na to wszystko z zachwytem. Spojrzał na Wojtka, próbując mu coś powiedzieć, ale gdy tylko otworzył usta, pęd wiatru natychmiast zmusił go, by je zamknąć.

- Nic nie mów! Muchy wpadną ci do ust!

Szymon spojrzał na Wojtka jeszcze bardziej zdziwiony, niż był dotąd. Po chwili uświadomił sobie, że wcale nie usłyszał jego głosu. Zamiast tego, usłyszał coś w głębi swojej głowy. Coś, jakby myśl, ale nie swoją, tylko Wojtka.

Spróbował zrobić dokładnie to samo. O dziwo, udało mu się to za pierwszym razem.

- Wojtek?

- Tak?

- To… to wszystko… Co się właściwie dzieje?

Wojtek, już trzeci raz dzisiaj, zaśmiał się. Tym razem w umyśle Szymona.

- Spokojnie, wytrzymaj jeszcze chwilkę. Zaraz zrozumiesz.

Szymon nic już nie odpowiedział i poczekał, aż przelecą na drugą stronę. Uczucie tego lotu było niesamowite aż do ostatniej chwili. Gdy wreszcie wylądował, czuł się jakby przejechał się na najdłuższej kolejce górskiej świata. Potrzebował chwili, by uspokoić oddech i nie upaść na kamienistą ziemię. Gdy już mu przeszło, podniósł się na nogi i raz jeszcze obejrzał dookoła.

- Oto jesteśmy – wysapał tymczasem zmęczony Wojtek. - Człowieku, witaj w Sakkhr, naszym domu.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania