Skrzydlate Listy, rozdział 4/7: U Smoczego Króla

Szymon patrzył na "Sakkhr" z zapartym tchem, czując się mniejszy niż kiedykolwiek w życiu.

Z bliska konstrukcja wydawała się jakimś sposobem jeszcze większa. Teraz Szymon widział nie tylko sam budynek, ale i obrazy oraz grawerunki, wydrapane przez smoki na skałach. Przedstawiały one różne stworzenia, głównie ludzi i smoki tej samej wielkości.

Ale Szymon nie oglądał ich zbyt uważnie. Jego wzrok znacznie bardziej przykuwały te prawdziwe gady, patrzące na niego od samego progu; zwieszając się ze ścian, drzew, półek i wszystkiego innego, co tylko było do zwieszenia się.

Wiele z nich robiło w tym celu dziury w ścianach większe niż cały tata Szymona, ale niektóre jedynie przylepiały się, nie robiąc nawet małego uszkodzenia.

Ściany zresztą i tak nic na tym nie cierpiały, bo jak Szymon mógł teraz zauważyć, były grube na co najmniej piętnaście dużych kroków. Czego zresztą nie omieszkał sprawdzić, mimo że smoki przez cały czas przewiercały go wzrokiem.

- Niesamowite - wykrztusił wreszcie, stając na progu budynku. - To miejsce jest absolutnie niesamowite!

- Naprawdę? - zapytał Wojtek, stając obok stopy chłopaka. - Cóż, w takim razie chętnie cię potem oprowadzę, ale na razie chodźmy. Król nie powinien czekać.

Szymon skinął głową i razem ruszyli w głąb budowli. Wszystkie znajdujące się tam smoki patrzyły na nich z szacunkiem, zaciekawieniem, czasem nawet czymś w rodzaju strachu. Szymon widział tam niezliczoną ilość bestii, we wszystkich możliwych rozmiarach, kształtach i kolorach. Na zwisających z sufitu lianach siedziały istoty jeszcze mniejsze niż Wojtek, na rosnących wewnątrz drzewach były takie wielkości psów, tuż pod sufitem jaskini latały znacznie większe od niego, a na ziemi i wyrzeźbionych w ścianie siedziskach znajdowały się jeszcze większe. Najwyższe z nich przewyższały znacznie jego szkołę, czasem będąc przy tym tak chude, że mógłby obiec je w kilka chwil. Jedne miały na sobie cienkie futerko, inne łuski, kolejne zdawały się mieć skórę podobną do ludzkiej, tylko skrzącą się jak diament, albo pokryte były warstwą kolorowych piór.

Szymon, przechodząc obok jednej z lian, na końcu której przywiązane było siedzisko z kłody, wyciągnął ostrożnie rękę i spróbował pogłaskać któregoś ze stworków. Ten o dziwo wcale nie uciekł, ale też nie przysunął się bliżej. Patrzył tylko z zaciekawieniem.

Gdy przestał głaskać pierwszego, kolejne kilka podeszło ostrożnie, najwyraźniej chcąc być następne. Szymon gładził po głowie także i je, ale gdy inne zaczęły przyfruwać z sąsiednich pniaków, Wojtek stracił cierpliwość.

- Człowieku, chodźmy już! Król nie będzie czekał, aż pozdrowisz wszystkie Khrvauvile z osobna!

- Krauwile? Tak nazywają się te małe smoki?

- Mniej więcej. A teraz idźmy wreszcie, bo szkoda czasu.

- A ty też jesteś Krauwilem?

Wojtek odwrócił się nagle w stronę Szymona i spojrzał tak, jakby ten co najmniej nadepnął właśnie na jego ogon.

- Co?! Jasne, że nie! My, dumne Drhaaughry, pracowaliśmy w pocie czoła, by wydrążyć tę górę, zrobić w niej otwory i przewlec sznury, na których one teraz wiszą! A te darmozjady tylko latały sobie wtedy dookoła! Nic nie wniosły do pracy, z której teraz tak korzystają! Nie porównaj nas do nich, jasne?!

- Dobra, dobra, spokojnie. Chodźmy już, bo król pewnie się niecierpliwi.

Wojtek przyznał mu chyba rację, bo nic nie odpowiadając odwrócił się i ruszył dalej. Po kilku minutach zatrzymały ich kolejne smoki, nachylające swoje głowy do głaskania. Tym razem jednak Wojtek warknął coś i wszystkie zaraz odstąpiły.

- Chodźmy wreszcie. Tracimy czas.

I szli. W miarę jak postępowali w głąb budynku - jaskini, ściany zwężały się coraz bardziej, malunki na ścianach stawały się coraz ładniejsze i bardziej szczegółowe, a dziur i wyżłobień ubywało. Mniej smoków mogło się też za nimi zmieścić, więc choć miejsca ubywało, oni mieli coraz więcej przestrzeni. Szymon w miarę wchodzenia zaczął widzieć wyryte w skale i wyłożone słomą uchwyty, a w nich kryształowe powierzchnie smoczych jaj różnych rozmiarów. Wszystkie w lśniących, niebieskich skorupach. Szymon przechodząc obok nich uświadomił sobie coś ciekawego. Gdyby rozbić te skorupy i pokruszyć na małe kawałeczki, prawdopodobnie wyglądałyby dokładnie tak jak kamyki, które jego kolega wysłał mu kiedyś przez norkę.

Szymon widział też dokładne wizerunki różnych stworzeń, wyryte głęboko kamieniu, teraz zresztą znacznie gładszym. Z czasem podłogę zaczął zastępować rozpuszczony żółty metal, a w miejsce drzew czy lian a zaczęło pojawiać się coraz więcej jajek, ozdób i rzeźb. W końcu odeszły także jaja, a zostały tylko ozdoby, gładki i kompletnie niepopękany kamień oraz długi rządek wizerunków kolejnych smoków, utkanych z cienkich lian w najróżniejszych kolorach.

Pomieszczenie na końcu jaskini było dwa razy większa niż dom Szymona, ale w porównaniu z jej początkiem, wydawało się malutkie.

W sali tronowej, jak w myślach nazwał ją Szymon, znajdowało się kilka kamiennych kolumn, długi rząd smoczych wizerunków, płonące jasno wielkie pochodnie oraz olbrzymie siedzisko, przypominające coś pomiędzy tronem a gniazdem. Dookoła stało około dziesięciu smoków. Wszystkie poza jednym były wysokie i bardzo smukłe, z długimi i cieniutkimi skrzydłami. Pyski każdego były podłużne, trochę jak sople lodu. Ich skóra lśniła w świetle pochodni, w sposób podobny do mocno wypolerowanego samochodu.

Jeden z nich, wyraźnie najstarszy ze zgromadzonych, wstał z gniazda – tronu, na którym dotąd leżał i podszedł powoli do Szymona, by nachylić ku niemu głowę. Chłopiec dopiero po chwili uświadomił sobie, że władca czeka, aż ten pogłaszcze go po głowie. Zrobił to, choć jego ręka mocno drżała, a następnie powtórzył czynność z każdym ze smoków, nadstawiających się jeden po drugim. Na samym końcu zbliżył się do niego duży, czarny smok. Jedyny wyróżniający się wyglądem. Ten był niski, z grubymi nogami i potężnym torsem. Przypominał nieco konia, podczas gdy wszystkim pozostałym bliżej było raczej do bardzo dużych, porcelanowych kotów.

Smok nic nie powiedział, gdy Szymon dotknął jego głowy, ale chłopiec miał wrażenie, że on jako jedyny naprawdę czuje się tak, jak powinno czuć się głaskane zwierzę.

Gdy skończyli, wszystkie smoki wróciły na swoje miejsca, a niebieski wyprostował się i wykrzyknął coś, czego Szymon nie potrafił porównać z żadnym słyszanym dotąd dźwiękiem. Brzmiało trochę jak ryk lwa, a trochę jak krzyk rannego człowieka, zmieszany z dźwiękiem kruszenia metalu.

Po chwili dźwięk ucichł, a stary, czarny smok przemówił niskim głosem.

- Nasz król, jaśnie panujący nam… Ebenezer… pragnie powitać cię w naszym świecie, Szymonie, człowieku. To zaszczyt gościć cię tutaj.

Po tych słowach smok ukłonił się nisko, a wszyscy, włącznie z Wojtkiem, poszli za jego przykładem.

Zaraz potem dorzucił jeszcze coś szybko, jakby w nadziei, że go nie usłyszą:

- Ja, Volius, pragnę także powitać cię osobiście. Witaj, Szymonie. Miło spotkać cię twarzą w twarz po przeczytaniu tak wielu twoich listów.

Szymonowi zaparło z wrażenia dech. Więc to był jego kolega?! To z nim gadał przez te wszystkie miesiące?! To ona dał mu te wszystkie prezenty?! Szymon ma kolegę smoka! Kurcze, przecież jak opowie o tym w szkole to w życiu mu nie uwierzą!

- Mi-miło mi cię widzieć - wykrztusił z ociąganiem, nie bardzo wiedząc co lepszego można teraz powiedzieć. - Jestem zaszczycony.

Niebieski smok znów wydał dźwięk, a Volius przemówił po raz drugi.

- Zapewne masz wiele pytań. Przede wszystkim, dlaczego cię tu sprowadziliśmy. Powód jest prosty. Wiele stuleci temu, pewien człowiek, potężny czarodziej z waszego świata, przybył do nas i jako pierwszy opowiedział naszym przodkom o cudach wymiaru, z którego pochodził. Abdul, bo takie nosił on imię, wytłumaczył nam czym są miasta, pokazał nam sztukę malunku, pismo, filozofię, matematykę i wiele więcej. To dzięki niemu poznaliśmy ludzkie języki i na ich podstawie odszyfrowaliśmy twój. Jego przybycie było wielką rewolucją w krainie naszych przodków i gdyby mędrzec ten nie odszedł, zapewne stałoby się jeszcze większą.

- Odszedł? – zdziwił się Szymon. – Czemu to zrobił?

Volius pokręcił na moment głową. Szymonowi wydało się, że uśmiecha się smutno.

Po wysłuchaniu opowieści Abdula, nasi przodkowie nie chcieli już pozostać w naszym świecie. Słuchając o cudach i dziwach twojego, postanowili sami się do niego udać. Zaczęli więc prowadzić badania, dokonywać eksperymentów i szukać sposobu na przejście smoka pomiędzy wymiarami. Lecz niestety, Abdul był przeciwny tym działaniom. Wiedział, że słabi i nieliczni ludzie nie będą mogli równać się niewyobrażalnej smoczej sile. Obawiał się, że jeśli uda nam się przejść na drugą stronę, zdradzimy ludzkość i postanowimy ją zniewolić. My oczywiście nie mieliśmy takiego zamiaru, ale mędrzec nie chciał nas słuchać. Nalegał, żebyśmy zaprzestali badań, a gdy odmówiliśmy, odszedł i zapieczętował za sobą przejście tak mocno, jak tylko potrafił.

Szymon zauważył, jak kilka smoków wydyma w rozdrażnieniu nozdrza. To zdecydowanie nie było przyjemne wspomnienie.

- Abdul nas uwięził, ale to nas nie powstrzymało – kontynuował Volius - Przez setki lat pracowaliśmy nad sposobem, by ponownie otworzyć przejście.

Czarny smok zamilkł. Szymon patrzył na niego, próbując poukładać sobie to wszystko w głowie.

- Dobrze, ale… co ja mam z tym wspólnego? Dlaczego mnie tu ściągnęliście?

- Bo choć kilka lat temu udało nam się ponownie połączyć światy, pieczęć Abdula nadal nas ogranicza. Dopóki jest, nie możemy stworzyć szczeliny większej niż ta, przez którą przesyłaliśmy ci listy, a przejść przez nią mogą tylko nieliczne smoki. A i one nie przeżyłyby, gdyby na zbyt długo oddaliły się od przejścia.

Volius przerwał na chwilę, jakby przygotowując się do najważniejszej części przemowy.

- Można to jednak zmienić. Odnaleźliśmy sposób, by pokonać pieczęć Abdula i nareszcie połączyć nasze światy. W tym celu potrzebujemy jednak udziału człowieka. Ciebie.

- Ale… co ja mam zrobić?

- Widzisz, nadejście Abdula, poza nowymi odkryciami, dało nam coś jeszcze. Według legendy, gdy pradawny mędrzec dosiadał jednego ze smoków, wspólnie tworzył z nim coś niezwykłego. Dziką, niespotykaną nigdzie indziej magiczną siłę, którą tylko człowiek zjednoczony ze smokiem mógł posiąść. Siłę, dzięki której Abdul zdołał rzucić zaklęcie pieczętujące oba światy.

- I myślicie, że jeżeli ja dosiądę smoka…

- Osiągniesz to samo, co on. Tę samą więź.

- Ale, skąd macie pewność?

- Do niedawna nie mieliśmy. Ale gdy tu szliście, Veluntionolisolis przeniósł cię w swoich pazurach, czyż nie? Czy już wtedy nie poczułeś niczego dziwnego?

Szymon popatrzył na zebrane przy tronie smoki i Wojtka, z coraz bardziej powiększającymi się oczyma.

- Tak… Poczułem.

- Chcemy więc prosić cię, byś zrobił to jeszcze raz, tym razem wraz z jednym z naszym największych smoków. Ten nazywa się Motaro i czeka z niecierpliwością, aż go dosiądziesz. Jeśli wejdziesz z nim w ten sam stan, otworzysz na powrót portal do swojego domu, a ludzie i smoki nareszcie połączą się w jedno. Wiem, że możesz się obawiać, ale przysięgam, że możesz nam zaufać. Nie mamy zamiaru atakować waszego świata. Nigdy nie mieliśmy. Wszystko czego chcemy to znów spotkać ludzi i na powrót się z nimi połączyć. Czy pomożesz nam w tej sprawie?

Szymon zawahał się, ale tylko na chwilę. Spojrzał na napięte twarze smoczej rady, na wyczekujące spojrzenie Wojtka, na błagalny wzrok swojego przyjaciela i już wiedział, co odpowie. Wiedział, że za nic w świecie nie mógłby teraz odmówić.

- Oczywiście. Zrobię to!

Volius ryknął i z radosną ulgą dmuchnął ogniem w stronę swojego króla. Zgromadzone dookoła smoki zaczęły tupać nogami i wiwatować. Tylko król ograniczył się do pełnego ulgi uśmiechu.

- Dziękujemy ci, człowieku.

- Nie ma za co. Ale przedtem, mam pytanie.

- Oczywiście. O co chodzi?

- Czemu wzięliście mnie, a nie kogoś dorosłego? Ja mam tylko dziewięć lat! Czy nie lepiej nadawałby się mój tata?

Czarny smok jakby zmarszczył brwi.

- A ile lat ma twój ojciec?

- Pięćdziesiąt.

Volius, wyraźnie zdziwiony, spojrzał najpierw na Szymona, potem na swojego króla i dopiero po chwili przekazał mu wiadomość chłopca. Ten wydawał się równie zaskoczony. Przez długą chwilę ryczał o czymś razem z pozostałymi szlachcicami, którzy z momentu moment robili się coraz bardziej zdezorientowani. Wreszcie król odpowiedział coś do Voliusa, a ten odwrócił się w stronę Szymona z miną, jakby miał się zaraz zarumienić.

- Widzisz… wydawało nam się, że większość ludzi ma dokładnie tyle. To jakby… nasz król ma w tym momencie siedem i pół roku. A ja mam czternaście.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania