Skrzydlate Listy, rozdział 6/7: W Martwym Lesie

Chwilę później Wojtek, Szymon i Motaro zgodnie i spokojnie podnosili się z ziemi, otrzepując obolałe ciała.

- Wprząchu - sapnął Motaro. – Szcze arzz?

- O, przestań! - odparł na to wściekły Wojtek. – Ile razy chcesz to jeszcze powtarzać?! Ile razy mamy jeszcze wypaść z tego portalu, zanim do człowieka dotrze, że…

- Wojtek – przerwał mu Szymon

- Co?

- Co to było?

- Co, co było?

- Ta czarna polana na skraju horyzontu. Co tam jest?

Wojtek nagle zatrzymał się i jakby uspokoił.

- T-to? Hmm… Nazyamy to Martwym Lasem. Mniej więcej. Ale nie mówmy o tym.

- Co tam jest?

Wojtek zmierzył Szymona nieprzyjemnym wzrokiem. Przez chwilę wydawało się, że nie odpowie.

- To jakby cmentarz. Miejsce, gdzie dziś leżą kości naszych najstarszych przodków. Ale nie mamy czego tam szuakć. Normalne smoki nie powinny nawet przelatywać nad tym miejscem.

- Dlaczego?

- To nie twoja sprawa.

- Powiedz!

- Nie! Ja…

- Mhargia! – warknął nagle Motaro.

- Co?

- Thram rżest mhargia!

- Magia – skapitulował Wojtek, nie mogąc słuchać jak Motaro męczy się, kalecząc ludzką mowę. – To miejsce przepełnione jest jakąś dziwaczną, magiczną energią, której nie rozumiemy. Duchy naszych przodków po dziś dzień błąkają się po tej okolicy, ale esencja ich dusz jest dzika i nieprzewidywalna. Dlatego zbliżanie się tam jest bardzo niebezpieczne.

- Więc to miejsce jest magiczne?

- Tak…

- Więc jeżeli się tam dostaniemy, możemy znaleźć coś, co pomoże nam się połączyć?

Tym razem nawet Motaro wydawał się zdenerwowany.

- Człowieku, to nie jest dobry…

- Ale przecież połączenie to magia! A tamto miejsce jest magiczne, tak?! Chcę tam lecieć! Już!

Wojtek odskoczył nagle, jak gdyby Szymon próbował go uderzyć.

- Nie! Nie ma mowy! Nigdy… - Wrzeszczał, ale Motaro już miał Szymona na swoim grzbiecie. Obaj ustawiali się teraz w stronę polany.

Wojtek wiedział, że chłopiec nie zrezygnuje, a jego czerwony kolega zawiezie go dokądkolwiek zechce. Wiedział też, że nie może zostawić dziecka samego ze smokiem, który nie znał nawet dobrze ludzkiej mowy. Szczególnie na ziemi, którą od setek lat uważali za przeklętą.

Dlatego, chcąc nie chcąc, wskoczył z powrotem na ramię Szymona.

 

● ● ●

 

Lecieli tylko przez kilka minut, nim Motaro wylądował swoimi potężnymi łapami na czarnej i pełnej sadzy ziemi. Szymon zsiadł i powoli ruszyli w kierunku lasu. Od razu po wejściu poczuli na skórze ostre ciernie i wszędobylską sadzę.

Las faktycznie nie był przyjemnym miejscem. Wszystkie znajdujące się w nim rośliny były czarne i wydawały się kompletnie martwe. Niebo było prawie niewidoczne zza postrzępionych, ostrych krawędzi dawno uschłych drzew, a dookoła panowała cisza. Od samego lądowania Szymon poczuł, że nie powinno go tu być.

Ale nie miał zamiaru się wycofywać. Wiedział co robi i chciał wreszcie przelecieć przez barierę.

Po długim marszu wśród drzew, które zdawały się wprost emanować wrogością, cała trójka dotarła do małej polany. Tam, wśród pokruszonych liści i uschniętej trawy leżał gigantyczny, zbielały od upływu czasu szkielet. Samym rozmiarem imponował Szymonowi bardziej, niż jakiekolwiek smok, jakiego widział w Sakkharze. Na jego widok cała trójka z przerażenia wstrzymała oddech.

- Co to jest?!

- Nasz przodek… tak myślę…

- On jest przerażający!

- Lekko powiedziane!

- Byliście kiedyś tacy wielcy?!

- Co tam rozmiary, spójrz na jego zęby! Dalej są chyba ostre!

- To w ogóle smok?!

- Na pewno żaden z gatunków, jakie kiedykolwiek w życiu widziałem. Istnieje w twoim świecie coś podobnego?

Szymon pokręcił przecząco głową i po krótkim zawahaniu, podszedł kawałek bliżej do gigantycznego szkieletu.

- Człowieku! - wrzasnął za nim Wojtek - Co ty robisz?! Nie zbliżaj się do tego!

- To tylko szkielet.

- Ale, nie czujesz… tego?!

-Czuję. Ale jesteśmy tu po magię, co nie? Przecież to i tak już nie żyje!

- Wracaj tu natychmiast! Nie podchodź do tego, jasne?!

Ale Szymon nie słuchał wrzasków Wojtka. Szedł dalej, mimo strachu zbliżając się coraz bardziej do dziwacznej figury. Miał wrażenie, że ziemia pękała pod jego stopami, gdy podchodził. Za sobą wciąż słyszał cichy, niemalże rozpaczliwy szept Wojtka i niezrozumiałe pomrukiwania Motaro.

- Nie, nie! Wracaj tutaj! Nie podchodź do tego!

Szymon obejrzał się. Wojtek stał tuż przy linii drzew, patrząc na niego błagalnie i wciąż powtarzając, żeby zawrócił. Motaro stał tuż obok i przyglądał się niepewnie.

Obaj byli wyraźnie przerażeni.

Ale Szymon podszedł i tak. Stanął naprzeciw monstrualnego szkieletu i powoli wyciągnął drżącą rękę. Niemalże krzyknął, gdy jego mała dłoń spoczęła na gigantycznej smoczej czaszce.

Czaszce, która wciąż była ciepła.

Nagle rozległ się niecodzienny dźwięk. Był jak coś pomiędzy otwieranie butelki a dźwiękiem dzwoneczka. Cichy, a jednak bardzo wyraźny. Gdy tylko się skończył, kość pod dłonią Szymona poruszyła się odrobinkę. Chłopiec spojrzał na nią i nagle zobaczył w oczodołach potwora złowrogie, ciemnożółte płomyki. Były wielkości piłek do koszykówki, ale wśród jego olbrzymiej czaszki wydawały się niemal niewidoczne.

Wielki smoczy szkielet charknął, drgnął po raz drugi, tym razem mocniej, po czym podniósł się na kilka centymetrów. Wzdłuż całego jego kolosalnego ciała zaczęły teraz płonąć jaskrawe ogniki.

Gigantyczne cielsko zadrgało raz jeszcze, po czym powstało. Smoczy szkielet wyprostował się i ruszył prosto w ich kierunku, wydając z siebie ogłuszający ryk.

Szymon z krzykiem rzucił się do ucieczki, biegnąc ile sił w nogach w stronę Wojtka i Motaro.

Wtedy, na drodze stanął mu ogień.

Las płonął. Któryś ze smoków musiał w panice splunąć ogniem i podpalić drzewa!

Szymon zatrzymał się, nie wiedząc, co zrobić. Gigantyczny szkielet wciąż był tuż za nim, a płomienie tuż przed. W którąkolwiek stronę się nie odwrócił, czekała go pewna śmierć.

Szymon patrzył błagalnie na Wojtka i Motaro. Wtedy ten mniejszy wykrzyczał do niego:

- Skacz do nas!

Szymon spojrzał ze zdziwieniem. Czy on do reszty oszalał?!

- Skacz w płomienie, zaufaj mi!

Szymon obejrzał się za siebie, widząc monstrum, którego biała jak śnieg stopa podnosiła się już, by zdeptać go jak robaka. Zrobił desperacki zwrot i zaczął biec jak najszybciej wzdłuż linii płonących drzew.

Wtedy nad głową przeleciał mu dziwny kształt. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, że to Wojtek leci tuż nad płonącym lasem. Malutki smok ruszył prosto w jego stronę, wymijając bestię tylko o kilka metrów. Wielki, a do tego zaskakująco szybki szkielet próbował ściągnąć go na ziemię łapą, potem ogonem, a następnie chwycić w szczęki. Mimo to Wojtek dalej leciał, manewrując jak szalony wśród ataków. Przez moment wyglądało to tak, jakby mały smok naprawdę miał ujść z tego z życiem.

Wtedy jednak, smok nagle zionął. Olbrzymi, niewyobrażalnie jasny promień światła wystrzelił z jego paszczy, z energią mogącą zniszczyć całe łańcuchy górskie. Szymon zaczął krzyczeć. Z zalewającymi oczy łzami padł na kolana. Był pewien, że Wojtek nie mógł tego przeżyć. Nie miał najmniejszej szansy.

- Wojtek… - wyszeptał. – Nie…

Ale wtedy, usłyszał ryk. Spojrzał w górę i zobaczył malutki, rosnący z każdą sekundą kształt. Tycie, rozmazane coś, które z każdą sekundą robiło się coraz większe.

Więc żył! Mimo szansy jednej na milion, udało mu się jakoś uniknąć ataku i dolecieć aż tutaj! Szymon wyciągnął ręce ku niemu, by chwycić Wojtka w uścisk i natychmiast uciekać!

Ale to nie był Wojtek.

To był Motaro. Wielki czerwony smok chwycił go w szpony i poderwał z ziemi, nie zatrzymując się ani na chwilę. Przez sekundy lecieli w przestworzach, po czym Motaro rzucił Szymonem z całych sił do góry. Chłopiec leciał przez chwilę, wrzeszcząc i płacząc w powietrzu, nim smok zionął w niego ogniem. Szymon, nim się obejrzał, został spopielony w jego oddechu

Nie mógł tego zobaczyć, lecz zaraz potem w ślad za nim poszedł Motaro, wlatując prosto w gigantyczny płomień, który wciąż trawił las. Po kilku chwilach, całej trójki już tam nie było.

 

● ● ●

 

Szymon obudził się z krzykiem w czymś w rodzaju kamiennego łóżka, albo raczej koryta, wypchanego kwiatami i trawą. Zlany zimnym potem, oddychał ciężko, próbując uspokoić drżenie całego ciała.

- Miałeś dużo szczęścia, że udało ci się przeżyć, mój chłopcze. - Usłyszał nagle poważny, głęboki głos za sobą. - Nie często zdarza się, żeby ktokolwiek wyszedł cało ze spotkania z duchem przodkiem. Choć mało kto jest też na tyle głupi, by próbować.

Szymon gwałtownie otworzył oczy i spojrzał w stronę głosu. To był Volius. Stał właśnie w rogu małego, kwadratowego jakby – pokoiku, patrząc na niego gniewnie.

- Volius?… Jak… co ja tu…

- Nic nie mów. Wciąż jesteś słaby – rzucił smok. - Wiem, co się stało. Gdy tylko wróciliście, pozostali opowiedzieli nam wszystko, co się wydarzyło.

- Pozostali?… Motaro i Wojtek! – krzyknął, od razu zapominając o całym bólu i podnosząc się do pozycji siedzącej. - Co z nimi? Czy są cali? Obaj żyją?

- Spokojnie. Nic im nie jest. Motaro na szczęście znał zaklęcie przenoszące. Zdołał spopielić najpierw twojego przyjaciela, a potem ciebie, zanim doszło do czegokolwiek złego. Zaiste, miałeś nieludzkie wręcz szczęście. To zaklęcie dotąd przenosiło tylko smoki, nigdy ludzi!

Szymon wbił wzrok w podłogę. Volius mówił spokojnie, ale łatwo było się domyśleć, że jest na niego wściekły.

- W każdym razie – dodał po chwili. - Ktoś chce się z tobą widzieć.

Do środka wszedł Wojtek. Szymon ze smutkiem zauważył, że jego malutki ogonek i krótkie skrzydła są teraz mocno przypalone, a on idzie powoli, ze zwieszoną głową. W pokoju zapanowała nieprzyjemna cisza.

- Zostawię was - Powiedział Volius, po czym wyszedł. Wojtek tymczasem wskoczył na stojącą niedaleko skalną półkę i po kilku próbach wdrapał się na nią z wysiłkiem.

Obaj patrzyli na siebie bez słowa, nic nie mówiąc. Jeden z nich kręcił niemrawo resztką swojego ogona, drugi oglądał własne paznokcie.

-Volius jest na mnie wściekły - powiedział wreszcie Szymon.

- Wszyscy są. Na ciebie i na nas. W jedną noc z kochanych staliśmy się znienawidzeni.

Szymon spojrzał na niego z zaskoczeniem.

- Przecież moja wina, nie wasza.

- To wina nas wszystkich. Nie powinniśmy byli pozwalać ci tam iść, ani patrzeć bezczynnie, gdy ty budziłeś naszego przodka. To nie było w porządku. Ale… To nie jest najgorsze…

Wojtek spojrzał smutno na swój skrócony dziwacznie ogon, na sczerniałą błonę na skrzydłach i wreszcie na Szymona.

- Mój ogon… moje skrzydła… one nie powinny być tak krótkie wśród naszej rasy. Teraz nie mogę nim sterować. Obawiam się, że przez jakiś czas nie będę mógł latać… Może nawet nigdy.

Szymon z przerażenia otworzył usta. Niestety, szkliste spojrzenie jego towarzysza jasno dowodziło, że wcale nie żartuje.

- Nie! Wojtek! Przepraszam cię, przepraszam! - Wykrzyczał Szymon, wstając natychmiast. Wiadomość o tej stracie tak nim wstrząsnęła, że zapomniał o całym bólu i otępieniu. Natychmiast podniósł się i spróbować chwycić małego smoka w objęcia, ale Wojtek nie dał się pocieszyć. Uniknął jego ramion i z trudem stanął przed zapłakanym chłopcem.

- Wojtek… przepraszam… ja… to moja wina! - Wykrzyczał chłopiec, co czym zaczął płakać jeszcze głośniej.

Mały smok podszedł wtedy do niego, dumny i spokojny, mimo że chwiał się przy każdym kroku. Stanął przed leżącym na ziemi chłopcem i raz jeszcze położył swoją małą, zimną łapkę na jego czole.

- Spokojnie. W porządku. Już dobrze.

- Wojtek… przepraszam! Przepraszam cię!

- Człowieku. Popatrz na mnie.

Chłopiec podniósł wzrok i czerwonymi od płaczu oczami spojrzał na stojącego przed nim smoka. Ten wciąż uśmiechał się dostojnie.

- Już dobrze. W niczym nie pomoże mi to, że będziesz tu płakał. Mogę żyć bez ogona, nawet jeśli oznacza to, że nie będę mógł więcej latać. Lubiłem latanie, ale jakoś poradzę sobie bez niego. Wiesz, na czym zależy mi bardziej? Czy możesz coś zrobić, żeby wynagrodzić mi tę stratę?

Szymon popatrzył na niego wyczekująco. Był gotów zrobić wszystko, byleby jego przyjaciel wybaczył to, co mu zrobił.

- O co chodzi?

- Zacznij mnie wreszcie słuchać.

Szymon zamrugał ze zdziwieniem.

- Ale… Przecież cię słucham…

- Na pewno, człowieku? Czy jesteś pewien, że robisz wszystko, co ci każę i koncentrujesz całą uwagę na tym, żeby wykonać to jak najlepiej? Jesteś tego pewien?

Szymon zamilkł na chwilę w niepewności. Pozwolił sobie przemyśleć dobrze to, co powiedział do niego mały smok.

Faktycznie, nie zawsze postępował tak jak powinien. Kłócił się z Wojtkiem, nie słuchał ostrzeżeń, bez przerwy powtarzał, że wie co robi, chociaż wcale nie tak nie było. W końcu, cała sytuacja, przez którą Wojtek stracił ogon, była spowodowana tym, że jak kretyn nie chciał posłuchać, gdy kazano mu odsunąć się od gigantycznego, złowrogiego szkieletu. Podczas lekcji latania też nie słuchał Wojtka. Nikogo nie słuchał.

W końcu, czy w ogóle znalazłby się w tym miejscu, gdyby choć raz posłuchał swoich rodziców?

- Wiesz, człowieku… Ja też nie zawsze byłem dla ciebie uprzejmy. Zdarzało mi się być zbyt ostrym i niepotrzebnie na ciebie naciskać. Ale jeśli chcesz otworzyć bramę, musisz zacząć robić to, co ci każę, dobrze? Proszę cię, człowieku. Niech poświęcenie mojego ogona nie idzie na marne!

- Dobrze – opowiedział po chwili Szymon. - Następnym razem zrobię dokładnie tak, jak będziesz mi kazał.

Wojtek uśmiechnął się do niego z wdzięcznością.

- Świetnie. W takim razie, słuchaj teraz uważnie…

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania