Skrzydlate Listy, rozdział 7/7: Ostatnia Próba

Motaro stał na miejscu startu, z Szymonem na grzbiecie i Wojtkiem przypiętym do pleców chłopca. Dookoła nich znów zebrało się wiele smoków, ale tym razem stały one w ciszy. Na pokrytych łuską pyskach widoczny był teraz gniew, nie podziw. Szymon patrzył na tłumek w zdenerwowaniu.

- Jesteś pewien, że to się uda? - szepnął do Wojtka.

- Nie. Ale mamy coś do stracenia?

Szymon przełknął ślinę i chwycił mocniej Motaro nogami. Już chciał uderzyć lejcami, ale przypomniał sobie, co mówił mu Wojtek.

- Do góry Motaro. Prosto w przejście.

Wielkie, czerwone cielsko poderwało się i ruszyło w przestworza. Gdy Szymon poczuł silny podmuch wiatru na twarzy, zamknął oczy i zaczął brać spokojne, głębokie wdechy. Dokładnie tak, jak uczył go Wojtek.

- Dobrze Motaro - powiedział, choć zdawał sobie sprawę z tego, że smok go nie słyszy. - Leć prosto w przejście!

Smok przyśpieszał coraz bardziej w miarę zbliżania się do otworu. Im bliżej byli, tym bardziej Szymon wysiłku wkładał, by utrzymać wyprostowaną pozycję. Cały czas trzymał się mocno lejców, ale ani razu nimi nie szarpnął.

- Dawaj Motaro! Nie przestawaj lecieć!

Gdy zbliżyli się do celu na odległość kilku metrów, Szymon napiął się w siodle i z trudem spojrzał prosto w portal. Wiatr wpadał mu do oczu, ale starał się cały czas trzymać wzrok na małej dziurze po środku nieba. A gdy byli już tuż przy granicy, puścił lejce i nie przestając patrzeć, z całych płuc wykrzyczał:

- LEEEEEEEEEEEĆ!

I wtedy poczuł, że smok pod jego nogami znika. Zwolniło bijące jak młot serce, zniknął owiewający go wiatr.

Rozejrzał się dookoła. Nie mógł uwierzyć, że aż do tej chwili nie dostrzegał tylu tak wyraźnych szczegółów, na ziemi i na niebie.

- Zrobiliśmy to! Udało nam się! Naprawdę się udało!

- Jeszcze nie - usłyszał w głowie głos Motaro, po raz pierwszy tak wyraźny, głęboki i w pełni zrozumiały - Spójrz teraz na "Wojtka".

Szymon spojrzał. Teraz już mógł. A przytwierdzony do jego pleców stworek nabierał właśnie zupełnie nowych kolorów. Teraz świecił kompletnie białą, elektryczną poświatą, jaśniejącą z każdym momentem. Gdy tylko wpadli do otworu, światło nabrało najjaśniejszego odcienia.

Wybuch był tak głośny, że normalny człowiek na pewno by ogłuchnął.

Po krótkiej chwili byli już po drugiej stronie. Szymon wrzeszczał z radości do utraty tchu, gdy widział Wojtka, świecącego jeszcze jasną poświatą, Motaro zionącego ze szczęścia ogniem i setki, może nawet tysiące ludzi patrzących na nich z dołu: zadzierających głowy ze zdziwieniem, zatrzymujących auta, by spojrzeć na to co się działo, mdlejących z zaskoczenia lub strachu. I widział miasto. Wielkie, niemalże nieskończony pasmo autostrad i domów, już które miało wkrótce zmienić się na zawsze.

A tuż za sobą zobaczył niezliczone rzesze smoków, ryczących z triumfalnym szczęściem i lecących teraz tuż za nimi, prosto w stronę powiększonego do niezwykłych rozmiarów otworu.

- To jest niesamowite! – wykrzyknął w jego głowie Motaro. - Udało się nam! Człowieku, wasz świat jest niezwykły!

- Tylu ludzi?! Nie starczy nas chyba dla nich wszystkich!

- Spójrz na te dziwne budynki!

- I te zwierzęta!

- I te rośliny!

- I to czarne!

- A to czerwone?!

- Patrz na to małe na kołach!

- I!…

- Dobra, dobra! - Szymon z trudem przedarł się przez rozmowę dwóch rozwrzeszczanych smoków. - Na oglądanie będziecie mieli jeszcze całe lata! Teraz musimy szybko lecieć w jedno, konkretne miejsce!

- Tak jest! – odparł entuzjastycznie Motaro. - Dokąd życzysz sobie się udać, człowieku?

Szymon podciągnął się na swoim siedzeniu i wskazał palcem jeden z domów. Teraz, w jego nowym stanie, mógł wypatrzeć go bez żadnego wysiłku.

- Wedle życzenia! - krzyknął Motaro i w ciągu kilku sekund znaleźli się we wskazanym przez niego miejscu.

Szymon zsiadł ze smoka i bez chwili zastanowienia pobiegł prosto w stronę swojego domu. Chciał krzyknąć, ale nim powiedział choć słowo, jego rodzice już do niego pędzili. Nie zdążył nawet otworzyć ust, nim jego mama i tata chwycili go z całych sił i zaczęli ściskać tak, jak ściskać mogą tylko rodzice, których dziecko przepadło na kilka dni bez wieści.

- Mamo… Tato… Ja przepraszam… - próbował mówić, ale łzy cieknące po jego brodzie uniemożliwiały mu kończenie zdań. - Już nigdy więcej tak nie zrobię.

Jego rodzice nawet nie odpowiadali. Tulili go tylko dalej, ze łzami cieknącymi po policzkach.

- Szymon… - płakała mama - jak dobrze… Jak dobrze, że znowu jesteś….

Gdy wszyscy choć trochę się uspokoili, Motaro podszedł do nich i delikatnym dotknięciem nosa przypomniał o ich obecności.

- A, właśnie – rzucił z uśmiechem Szymon. – Tato, mogę jednak mieć jakieś zwierzątko?

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania