Poprzednie częściWardnikant cz. I  

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Wardnikant cz. II. - MEGA HARDKOR 18+

Gapię się na wskazujące za piętnaście trzecią po południu, dwa sobacze chujki z plastiku. Obliczam, ile czasu pozostało. Niewiele. Moje życie zamyka się w klamrze sztucznych, zwierzęcych fiutów, jest wyznaczane przez ciągle stojące fajfusy na sprężynce, knoty na bateryjkę.

Tik-tak, tik-tak - klika mi w głowie, cykoli trzeci, nieobecny na cyferblacie chuj-sekundnik, najgłuższy, więc pewnie ex-własność wyżła, doga, czy bernardyna.

Zbliża się hekatomba. Niegługo nadbiegnie czterołapa śmierć, rzuci mi się z zębiskami do gardła. Inne, okoliczne śmierci rozszczekają się triumfalnie, albo rozwyją z zawodu, że to nie im przypadło w udziale...

Piętnasta. Pukam.

...chłeptanie mojej...

Kroki.

...pulsującej krwi, krztuszenie się zawartymi w niej mikroelementami: brzydotą, strachem; sycenie się mięsem ofiary, pożeranie jej wad.

Pieprzę od rzeczy, bo jestem z prądu. Najwięcej mam go w rękach - o - całe drżą. Targa nimi epilepsyjka podnieceńcza. Chcę dyrygować, oratoria rozgrodzkie, koncerciska skrzypcowe, cokolwiek prowadzić, tak, komukolwiek, gestami wydawać rozkazy; jeśli nie całej orkiestrze kameralnej - to może choć kapeli podwórkowej, skrzypki, dzyndzelek dzwoniący głucho, para-perkusja, akordeon... Tak, niespokojne łapska chcą zawiadywać ruchem smyczków, palców, może nawet zawiadywać ruchem ulicznym w jakimś bardziej zacofanym mieście, gdzie nie słyszano o sygnalizacji świetlnej, a ludzie chodzą spać z kurami, które rano, przed wyjściem do pracy zabijają na mięso, na rosół; tak, bredzę, bo mam dreszczynę; nowa jednostka chorobowa, nieznana medycynie, preseksualny paraliż drgawczy, dobrze, że nie blue balls, tego by jeszcze brakowało, aby ból jajec, nie do zniesienia, przyginał mnie do ziemi; wyglądałbym co najmniej komicznie i może byłoby po wszystkim, zabawa skończyłaby się na krótko przed rozpoczęciem, po do grubej kochanek o obolałych jajach; prąd - to co innego, z prądu można zbudować zamek, elektrownię, wieżowiec stuipółpiętrowy; prąd jest modny, coraz więcej aut - elektrycznych, a ból - to przeszłość, wieki średnie i ciemne, czasy drewna i tortut, zmuszania ludzi do modłów, przyznawania się pomimo ewidentnych dowodów niewinności. Ból jest passe, to znoszony kożuch pradziadka, baranica, w której dupczył młodości góralki na Krupówkach.

Teraz nawet wojny są bezbolesne, na włącznik: wciska się guziczek jak w pralce, czy czajniku elektrycznym - i aktywuje wojenkę wojenkę; w ciągu pół sekundy zjawia się, cóż z niej za pani - i pochłania miasta, wsie, całe państwa.

Nie zdążą się obejrzeć, jak giną w ogniu: staruszki, dyktatorzy, baby stojące w kolejkach po flaki wołowe, chłopcy malowani.

Dwie wojny temu bezboleśnie i wcale a wcale nie okrutnie zmieciono tak księstwo Andory, z całego kraju pozostał przypalony precel.

Prąd to dobra rzecz, nawet meble bywają elektryczne. Paręnaście minut po siedemnastej - zwariuję, nieodwracalnie wyłoni się Mr Hyde. I - wierzę sobie, jak nikomu - nie będzie to poważniak w smokingu, z teczuszką pod pachą, ani inne zwierzę z obrożą wrośniętą w język, mózg, tudzież inne, ciekawsze narządy służące komunikacji międzyludzkiej.

Otwierają się, nie bez skrzypienia, drzwi percepcji. Antywłamaniowe, jak każde w tym bloku.

Przede mną stoją wałeczki, przecudna, grubo ciosana, właściwie niedokończona rzeźba. Dźwigaczka kamiennego brzucha, ćwierć-, pod-, śród-, jedna-trzecia-brzucha i wszystkich jego odmian, falujących przyległości. Kobieta. Zaraz-moja.

Czuję, że nasze pustki się przyciągają, zaś to, co nas wypełnia, stanowi o jestestwie - nienawidzi się, chce pożreć, pochłonąć w jednym, nierozdrobnionym zębami kawałku, nie znosi przyszłego partnera, chce go zdominować i posiąść, ZAWŁASZCZYĆ.

Studnie, o których nie wypada i nie trzeba mówić w towarzystwie, o ile nie chce się zostać uznanym za czubka, dziennego lunatyka; nasze luki obetonowane, przestworza-cembrowiny, są pełne ciężkich płynów. A to bardzo zły i smutny prognostyk.

- Cześśść - uśmiecham się. Zagadałem za mądrze jak dla normalnego śmiertelnika. Filozofia "cześć", jego intelektualny sznyt, klasa tego słowa, dżentelmeńskość - biją po oczach. I w uszy. W gardło. Przydatki. Jeśli ktoś ma, oczywiście.

- CZeść. Chodź - uśmiecha się dziewczyna.

No co ty, kretynie, gdzież ona jest chorobliwie spasiona, patologicznie otyła? Laska nieco przy kości, pulchniutka, ma kobiece kształty, a ten zamuleniec widzi w niej mamucicę, wielorybicę, rozgrodzką wersję Wenus z Willendorfu, chodzący słup graniczny, za którym rozciąga się inne państwo, kraina zamieszkiwana przez humanoidów-tłuszczoidów.

Przecież, durniu, wiedziałeś, do kogo idziesz, że z niej żaden Szkieletor, jeśli modelka - to plus size, no dobra - plus, plus, plus iks isk el, cały dzień cały dzień byłeś napalony na tego jej plus sajza - a teraz co - przeszła ochota, odwidziało się? Rozchodziłeś podniecenie, zmiękłeś?

Gruba ma na sobie workowatą, lycrową sukienczynę. Wygląda w niej, jakby była odlana z gumy, ostałą się w fabryce tworzyw sztucznych, tak, to cholernie toksyczny odpad, który trzeba było zawieźć do utylizacji, ale śmieciarz-fetyszysta zamiast to zrobić - wziął wielką (no dobra - wielkawą) gumową lalę, przytargał, uratował samobieżną kupę związków rakotwórczych, zbrylonych chemikaliów przed śmiercią w spalarni.

Odwraca się, ślicznota, zaprasza do środka. Wejde, nie odmówię se tej przyjemności, hje, hje - żartuję świńsko, knursko. Zwierzęco. Co się będę krygował, bawił w zdżentelmeniałego mydłka z jeednym, skarlałym jajem, niedoborem testosteronu i atrofią charakteru, męskością w zaniku?

Grubiutka zaczyna się gorączkowo tłumaczyć, zalewa mnie potokiem słów, zarzuca, zapapluje, tak, zdania - bez odstępów, słowa - sklejone ze sobą; sznureczek, llina, na której nic, tylko się powiesić. Nie mogę przebić się przes słowotok, sorki, że mi nie powiedziała, ale nie chciała, bym się zniechęcił, uwidziało jej się, że to mnie może odstręczyć, już piąty rok tak leży, od ostatniego udaru, cztery przeszedł i wylew, brat świętej pamięci matki, wujek Janek, poznajcie się, raczej ty - poznaj go, niewiele rozumie, a może i nic, tragedia, tak gnić jak kłoda na dnie jeziora, drzewo, co padło, a podobno one umierają stojąc, poczekaj tylko, zmienię pampersa, dorosłego człowieka - wiesz, jak trudno przewinąć; nie stary jeszcze - co to sześćdziesiąt lat? Szwarcu i Stallone mieli po więcej, jak grali w ostatnich częściach Rambo, Terminatora; nie pił, mało palił, więcc można by rzec, że prowadził może nie tyle zdrowy, ale nie destrukcyjny tryb życia - i patrz, co się z człowiekiem zrobiło; za co taka kara, pokutuje chyba za cudze winy, jak myślisz?

Leżący w łóżku, sino-żółty pan Kostuch wygląda, jakby nie żył od co najmniej tygodnia. Zwłoki w damskiej koszuli nocnej (żeby było wygodniej przebrać, jak sądzę), długowłosy, zarośnięty, szpakowaty denat o mętnych, szklistych, zeszklonych oczach.

Gruba zmienia mu pieluchę z wprawą starej pielęgniary; mówi, że cholerny świat, akurat jej rodzinie musieli dać tę obsrajklitkę, taka Jankowska na przykład - jest sama, stara panna, a dostała stupięćdziesięciometrowe mieszkanie, po prostu skandal; musiała mieć dojście, dać łapówę, albo ma takie plecy, komuszara, pezetpeerówa; rodziny gnieżdżą się w piwnicznych izbach, po suterenach, a establishment osiedlowy - proszę - żyje jak pączek polukrowany w maśle; Krysiuki też - bezdzietni, na emeryturach, po co im taki metraż, jak nawet durnego kota nie mają; nikt teraz nie myśli o prawdziwie potrzebujących, decydenci mają człowieka bez kasy gorzej, niż...

Patrzę na wielkopośladkowy, ofoliowany, zagumowany tyłek Grubej. Między jej uda. Staram się dostrzec zarys prostokącika. Jest w ogóle? Może ona dziś nie ma... Żesz kuźwa, ale by było rozczarowanie - najpierw niespodziewany, psią wskazówką pierdolony w mordę wujcio, teraz - miałby wyskoczyć z pudełka drugi diabełek, anafrodyzjaczysko takie, że nic, tylko popaść z rozpaczy w impotencję... Czuję nieprzyjemne ukłucie w pachwinach.

Tłuściutkeńa mówi, że może by się pobawić w perwersów, czy nie mam nic przeciwko, poudawałoby się ekshibicjonistów, to nic, że nie lubię, ona też nie ma hopla na tym punkcie, by pokazywać się na golasa obcym ludziom, krępuje się, wie, że jej wdzięki nie każdemu by się spodobały, a być wyśmiewaną - mocno średnia przyjemność, ale może byśmy spróbowali - w jego obecności, o, zobacz - kładzie na martwej twarzy wujka kolorową ścierkę.

- Nie udusi się, ma spowolniony oddech, gromadzi gdzieś to powietrze, magazynuje w płucach, nerkach, upycha w trzustce czy co, sama już nie wiem, jak można być niemal beztlenowcem, wszystko rozumiem - udary udarami, ale żeby się z tego powodu, chyba dobrowolnie i z rozmysłem dusić? Czasami wydaje mi się, że on wszystko kojarzy, tylko udaje, tak naprawdę - knuje coś wielkiego, jakiś zamach, przewrót na średnim szczeblu, odstrzelenie wojewody, czy starosty; wyżej - nie podskoczy, ma za krótkie łapy; żebyś się nie zdziwił, jak wyjdzie na moje, to co - chcesz tu, na stole?

Gonitwa myśli. U mnie. Za i przeciw: przy wujciu - denacie, czy w ciasnej i śmierdzącej, jak się domyślam, wszystkie w tym bloku są podobne - klaustrofobiczne i cuchną, łazience połączonej z WC.

Aneks kuchenny - zagracony. Matka Grubej zbierała długopisy i zostało po niej z pół tuzina kartonów szmelcostwa, którym nie da się już pisać, bo tusz w każdym zasechł paręnaście lat temu, a jakoś ciężko wyrzucić, barachło, ale pamiątkowe, przywodzące wspomnienia; garnków - też ponadnormatywnie dużo, ilości, jakby świętej pamięci matka prowadziła sklep AGD i splajtowała, zostało się biedaczce z niesprzedanym towarem; na blatach zalegają tego kilotony, miski nie ma gdzie postawić, co dopiero myśleć o posadzeniu dupy, zwłaszcza takiej czteropośladkowej; jeszcze w miłosnym amoku przewróci się garnkową Wieżę Babel, strąci jedną stertę, za nią - poleci siedem następnych, zrobi się taki rumor, że pół bloku się zleci patrzeć, co się stanęło, kogo mordują, to jak - przed wujkiem? - pyta błagalnie Gruba, słowotokuje z miną wygłodniałego kotka patrząccego na pana otwierającego lodówkę, albo świeżą paczkę wiskasa.

- A mam wyjście? - wzdycham ciężko. Co tu ukrywać - boję się własnej niemocy, że w tak niesprzyjających okolicznościach, przy obcym facecie, przy JAKIMKOLWIEK facecie, nawet ledwiepółżywym, dogorywającym i zapieluchowanym, przyimpotenci mi się, zdeprymowany, onieśmielony okażę się miękką fa...

- Masz... teraz...? - sapię przez zaciśnięte zęby.

- A jak myślisz? No przecież się umawialiśmy, że dam znać, gdy... skoro tak lubisz, wariacie....

Tłuściutka bierze moją dłoń i dotyka się między udami. Czuję prostopadłościanik ze szczebeleczkami, klatunię, o której jeszcze wczoraj tyle, obsesyjnie myślałem.

Szczebeleczki, twardziutkie i lepkie. Pudełeczko mieszczące w sobie Raik, albo Piekiełko, filkę zarażonej śmiertelną chorobą krwi, jad małego, czerwonego pajączka, nie większego od paznokcia, który jak ugryzie, to jakby ci głowę przeżuł, tak będzie bolała, spuchnie, w końcu - rozpadnie się jak gruda zgniłego masła.

Przeszywa mnie dreszczycho. Podniecenia? Bardziej: ekscytacji. Że oto SIĘ STAJE, nadeszło moje przyspieszone i jednocześnie cholernie spóźnione dorastanie. Że poznam JĄ, na dodatek W TYM OKRESIE. Ją, gdy jest PEŁNA. W rozkwicie. In bloom.

"Spring is here again

Reproductive glands".

Grubiusienieczka moja kochana... odkleja z ciała sukienkę. Nie przesadzam, ODPAKOWUJE spocone, klejące się fałdy ciała z lepkiego poliestru. Kfszplesztsz - dźwięk, jakby zawekowany kurczak-zombie powstawał z martwych.

Pierwszy raz stoi przede mną naga kobieta. MOJA. Niepodzielna, oswojona. Chętna.

Parę razy zdarzyło mi się widzieć naprute laski na plaży, studenteczki niesione przez melanż w biały dzień i spadłe na samo dno upokorzenia; dupencje, którym w pełnym słońcu zrobiło się nagle za gorąco w bikini i postanowiły przymierzyć strój kąpielowy biblijnej Ewy.

Ciul z tym, nieważne.

Pornosy? Jakie? Nigdy nie widziałem nawet sekundy... Jestem czysty jak sześcioletni ministrancik w albie. Ona - to starszy o kilkadziesiąt lat proboszcz-pedofil. Z góry zgadzam się na wszystko, co postanowił ze mną zrobić. Jestem posłuszny, proszę księdza. Nie mam za dużo czasu na łobuzowanie, kilkanaście minut po siedemnastej - zwariuję; zamiast chwytać kończące się niejako życie pełnymi garściami, połobuzować w ostatnich chwilachwzględnej przytomności - postanowiłem być grzeczniusi, dobrze ułożony (tu poprawiam obrożę, coby dobrze leżała). Nie trzeba sie wydurniać, wszystko postanowione, teraz - nic, tylko czekać, aż psochui zegar wybije piątą po południu, rozszczeka się kurantami.

Moją uwagę przykuwa brzuch dziewczyny; wypukły, jak to u grubasek. Nie o to chodzi.

Linea nigra, cieniuchna krecha biegnąca przez jego środek. Blizna poseksualna, pozapłodnieńcza - znowu zbiera mi się na żarty.

- Który miesiąc? - pytam pokazując palcem (wiem, nie po dżentelmeńsku, powinienem choć trochę się postarać, pozgrywać lepszego, niż jestem).

- A, daj spokój. Nie ma o czym mówić.

- No chyba jednak jest...

- Nawet nie liczę. Straciłam rachubę.

MArszczę brwi. Laska brzmi, jak nawiedzona patuska, która jest tak popieprzona, psychopatyczna, że gardzo nawet 500 plus, woli zabić noworodka, zakisić w beczce, czy zakopać w piaskownicy, na placu zabaw, zamiast oddać do adopcji; jak ktoś, kto szczyci się, chełpi swoim pojebaniem, co więcej - próbuje się w tym doskonalić, wykonuje świrowskie ćwiczenia duchowe, by coraz bardziej zapadać się w chorobę, pogrążać w okrucieństwie... ćwiczyć szał mordowania, jakby to była znajomość tabliczki mnożenia... uczyć się śmierci, na wyrywki, starać się osiągnąć mistrzostwo w jej zadawaniu...

A, co mnie to obchodzi. Każdy, podobno, ma jakieś trupy w szafie. Mój, trupek dziecka, spadek po Tamtej, gnije sobie radośnie w pudełku po adikach, pod łóżkiem, na którym został poroniony.

Cholera - czemu jestem takim przegrywem, że trafiają mi się wyłącznie zapłodnione kobie...

Skupiam wzrok na klateczce. Tym, co w niej uśpione, gorące i śliskie. Podniecenie sięga zenitu. Mateńko żesz kochana... Chyba po tylu latach starań-nie starań, zabiegania-nie zabiegania, podchodów mniej, lub bardziej udolnych, niekiedy - komicznych, udało się znaleźć laskę, która nie dość, że ma TO, w dodatku - widzę - nabrzmiałe i soczyste - to jeszcze chce... ze mną...

Czuję się jak służący pariasa, żebrak nad żebraków, którego postanowiła wypierdolić fredrowska nimfomanka - królewna Pizdolona. Oprócz bycia mężczyzną - niczym nie zasłużyłem na ten akt łaski.

Klateczka, podczepiona karniszowymi żabkami do majtek, wygląda nieco zabawnie. Kobiety czasami mają przesrane: jedne muszą się męczyć z okresem, inne - z... tym.

W jednej chwili nie mam nosa, tylko końskie chrapy. Wdyyyyyyyycham, zaciąąąąąąąągam się, próbuję wychwycić TEN zapach. Lepki i nieco chropowaty, jakby to określić... pokryty pancerzykiem. Ale dajacy się dotknąć, pogłaskać. Zapach, który nie porani palców, skóry na dłoniach.

Narząd powonien ia, hiperkinol - praduje na pełnych obrotach. Wzwód. Nosa. Tysięcy nosów porastających mi twarz.

Przypominam sobie wszystkie krótkie chwile, kiedy czułem TĘ woń. Ze dwa razy, jeszcze w gimnazjum, zawsze - ukradkowoi przypadkiem, gdy dojrzewajace koleżanki z klasy niespodziewanie dostawły swojej rujki.

Zmagazynowałem wspomnienia tych wszystkich chwil, polakierowałem i trzymam na poczesnym miejscu w pamięci; włożyłem ostrożniutko do szklanej gablotki i gapię się, jak ostatni zboczuch-ffetyszysta, co wieczór...

pierwsza klasa gimbazy, pani od matmy, do tego wychowawczyni, wystawia oceny za dru... nie - pierwsze półrocze. Otaczamy ją, powstawaliśmy z ławek.

Stoję za trzynastoletnią, jak ja, Małgosią. I nagle w klasie wybucha mikro bomba zapachowa. Nikt, włącznie z panią siedzącą z otwartym dziennikiem, nie daje po sobie poznać, że coś poczuł. Innych chłopaków chyba to nawet nie obchodzi, może nie rozumieją jeszcze, co zaszło.

A mnie jakby do prądu podłączono. Dreszczczczcz. Wkłądam dłoń do kieszeni in ukradkiem zsuwam napletek. Chcę, trudno wyrazić jak bardzo, paść na kolana, wąchać tę szpetnawą, pryszczatą Małgosię w kroku.

Bo nie zalała jej brudna, cuchnąca, pełna skrzepów krew. Bo jej się OTWORZYŁO i WYSUNĘŁO. Bo Gosia o cerze trądzikowej należy do niewielkiego procenta kobietek, które mają TO.

Inny przykład, z pół roku później. Wlekcja wuefu, gramy w pingla. Eliza, okularnica, udaje Steffi Graf, albo inną tenisistkę ziemną, bawi się w stołowt turniej Roland Garossa, skacze jak durnowata z paletką w łapie.

Ja - znowu stoję gdzieś za eksplozyjkę, dostatecznie blisko, by ją poczuć.

Dziewczynka czując, co się stało w jej majtkach, momentalnie się uspokaja. Gra, czoywiście, ale dużo statyczniej. Ospale. Stoi grzeczna, odbija piłeczkę. Myśli koncentrują się na tym, co wylazło, wilgotne. Co plami bieliznę, dotyka uda, kiełkujących włosków łonowych.

Ledwie przegrywa, mała Steffi, pyta, czy może wyjść do ubikacji.

Tysiace razy prez te wszystkie lata wyobrażałem sobie, jak, w toalecie, próbuje malusieńkimi paluszkami włożyć TO do środka. Tyle samo razy, nawet będąc młodym dorosłym, co ociera się o pedofilię, fantazjowałem o wyjęciu TEGO z jej wilgotnych, dresowych spodenek. Wzięciu do ust.

Nigdy mi nie przeszło. Ciągle To ssę, so wieczór. Niekiedy dwa-trzy razy. Krztuszę się.

Szybko obczaiłem, która z koleżanek należy do wśkiej grupy posiadaczek TEGO, nauczyłem się wychwytywać, kiedy są w fazie wysunięcia, odróżniać te zgłaszajace niedysponowanie z powodu miesiączki od GOTOWYCH.

Te drugie - całowałem w myślach w prostokątne pagórki, wypukłości najlepiej widoczne w obcisłych szortach; zamykałem się w klateczkach między udami koleżanek, dawałem się pożreć.

I właśnie spełnia się mit, dzieje się niemożliwe. Grubiutka odpina żabki, zdejmuje klateczkę. Znów bierze moja dłoń, tym razem - prowadzi w głąb. Przez dziurkę w majtkach. Mówi, że mam się pobawić, rozruszać JĄ palcami.

Bredzę coś jak na haju, że zaraz wstanie, oswobodzona, wychynie z gawry, jak niedźwiedzica po zimowym śnie (cholera - naprawdę to powiedziałem?).

Wilgoć, hiperlepka. Na ciemnych majtach dziewczyny wykwita rozłożysty kwiat. Nenufar świeżo wyciągnięty z tłuszczowego bajorka.

I wysuwa się wreszcie, po dobrym kwadransie intensywnego palcowania, nieco nieśmieluchny drapieżniczek, niejadowita, kilkugłowa kobra.

"cześć, maleńńńńki..." - chciałoby się zaćwierkać na jej widok, jak do niemowlaczka, albo małego pieska.

Grubiuteńka, podniecona jak ja, może nawet bardziej, ma wzwód. Kwiatuszek wstaje. Kapie z kwiatuszka, słony kapuśniaczek rosi podłogę.

- No przytul się, idioto, chodź bliżej, co sterczysz w takiej odległości? - mało zachęcająco dyszy moja pierwsza kobieta. A ja mam jej pełne nozdrza. Nie potrafię i nie mogę przestać sapać. Jestem parowozem ze złomowiska. Boję się ruszyć nawet pół metra poza szyny, z drugiej strony - nie marzę o niczym, poza wykolejeniem się.

Krok, drugi. W przód. "Zwierzątko", choć nie ma móżgu, ani innych narządów zmysłu poza dotykiem (amerykańskie badania wskazują, że ONE reagują na ciepło, rosyjskie - że na woń mężczyzny, samcze piżmo - ale kto by tam wierzył naukowcom) wyczuwa mnie natychmiast, rozczapierza kilkanaście "palców". Moje klejnoty obejmuje lepka i mięciuteńka "dłoń".

Patrzę w oczy Grubiutkiej. Jesteśmy tak blisko, jak to tylko możliwe. Jeszcze centymetr - i wrośniemy w siebie, nakryjemy się kocem ze wspólnej skóry...

Całuję. Pierwszy raz z języczkiem. Drugim... Trzecim... Kto by liczył, ile ich teraz mam... Podejrzewam, że w granicach czterdziestu. Każdy - biegły w innym roddzaju milczenia, mówieniu głębszą, czy mniej wyraźną ciszą.

Cholerny świat, chyba ślinię się za bardzo, bo Tłustej coś za wesoło, zaczyna chichotać, co mnie zbija z pantałyku, dekoncentruje.

Penis, objęty przez "parzydełkowca", nie przynosi mi wstydu, dzielnie stoi na baczność.

"Usta" "zwierzątka" zaczynają pracować na moim przyrodzeniu, początkowo niespiesznie, ssą jakby z konieczności, odwalają pańszczyznę, bawią się nim niejako od niechcenia, jak znudzony student długopisem, potem jednak - jak na niesłyszalną komendę - rozbudzają się, biorą ostro do roboty. Jestem ssany, ciućkany. Gwałcony, masturbowany. Żarty.

Żelazny uścisk paszczy krokodyla. Jedwabne zębiska gadziny. I nagle, gdy czuję, że zaraz dojdę, nie, właściwie już-już dochodzę... wstrząsa nami dreszcz. Pozaustrojowy, zewnątrzcielesny.

Łomot! - jakby pół bloku postanowiło TERAZ, w TAKIM momencie złożyć się, jak domek z kart.

Przez nanosekundę zamieramy, potem - dostajemy gęsiej skórki. Grubiutka patrzy niewidząco, to na mnie, to na ciągle nakrytego ścierką wujcia.

Nie, to nie on eksplodował nie jemu rozpękło się od nadmiaru zgromadzonego w płucach powietrza. Żyje, nieżywy Jasio, oddycha post mortem.

Krzyki, jakiś rumor za oknem. "Zwierzaczek" odruchowo zaciska "pyszczek".

Skleszczeni, śmiejąc się, jak po wiadrze antydepresantów rozpuszczonych w wódzie (przynajmniej u mnie popicie nią tabsów wywołuje albo atak chichotek nie do opanowania; reakcji Grubej - nie znam), podczłapujemy do parapetu. Siadamy. Niełatwo. Bliźniaki syjamskie w czasach, gdy nikt nie operował, nie myślał nawet o próbie rozdzielenia...

...nie gnieć mi! Aua!

...miały naprawdę przesrane w życiu. Prawie kompletna niezdolność poruszania się, bycie wiecznie skazanym na obecnosć drugiej osoby...

- Targański, mieszkał na czwartym... Starszy facet, grubo po osiemdziesiątce. I zobacz - spieszno mu było, nie mógł poczekać tych paru lat... by przyszła naturalna... musiał samobója strzelić... - sapią moje puszystości, czerwone i ociekające potem.

Na jezdni, chodniku, zaczyna się tworzyć zbiegowisko. Ludzie napływaja z każdej strony. Bakterie otaczają padlinę.

Cytrynowo-liliowy, malutki, chiński skuterek tej gówniary od ...-czuków,nie wiem, jak ma na imię, leży zgruchotany. Smutny, nagi szkielecik rachitycznego pojaździczku w otoczeniu kawałków połamanego plastiku. Połamanego człowieka.

Rozbryzgany mózg, kości czaszki, rozchlapana twarz staruszka. Ochlapane drzwi zaparkowanego nieopodal mondeo. Jojczące baby. Ktoś zakrywający oczy dziecku.

My - dwie ciekawskie sroki, sępy napawające się widokiem tragedii.

Ejakulacja. Zaciskające się "paluszki". Ciepłe, mieciutkie ciało mojej pierwszej kobiety.

Moje sekrrety.

Gapie krzyczący coś, jakby z taśmy odtwarzanej na podwójnej prędkości, głosami krasnali z Kingsajza.

Wujcio Grubej, ledwie zipiący pod ścierką.

Zapach godowy. Lepki. Kleistości, którymi napełniam spragniony kinol. Złaknione trzewia.

Kolejny wytrysk.

 

III. Manipulatywne

 

Wrastam jeszcze głębiej, do Sedna. Docieram do wnętrza Istoty. Grubiutka (o ile się nie mylę - nosi ładne, melodyjne imię Adrianna, nie będę pytać, bo się zblamuję, wyjdę na alzheimerowca bez grama pamięci, wstyd przyznać, ze zwyczajnie zapomniałem; staram się zwracać bezosobowo) należy do szlachetnego gatunku Nosicielek - jak je nazywam. Nadkobiet.

Całuję Adriankę w szyję i schodzę pocałunkami niżej, wargi ślizgają się po spoconej skórze. Paskudne uczucie, jakby się pieściło rybę, karpia wyjętego z wanny, na chwilę przed odcięciem mu głowy.

Zdejmuję lepkutkie majty. Zapach, który czuję, ani trochę nie jest rybny. "Parzydełka" głaskają mnie po nosie, policzkach. Uśmiecham się.

Niedługo przyjdzie mi zwariować, skończy się szalony weekend w Szmergielewie (każda chwila spędzona z Grubiutką tak przyjemnie się dłuży).

Presja, coraz większa.

"Kwiatuszek" wsuwa się do ust, owija język. Nie mam odruchu wymiotnego, przeciwnie - podniecony jak sto diabłów usiłuję ssać, podgryzam lekko, to znowu ciućkam.

Po siedemnastej - będzie kataklizm, silny i porywisty wiatr, skoki ciśnienia, erupcje podwodnych wulkanów, wiry rzeczne kręcące się w głowie, protuberancje tryskające z nosa, który teraz jest pełen... gorącej poezji, sztuki niepojętej dla niefetyszystów. Stada pozbawionych węchu ciemniaków nigdy nie doświadczą kontaktu z tym, co naprawdę podniecające, a jeśli nawet - nie zrozumieją istoty owego spotkania, głębi, jakie ze sobą niesie. Bezmózgie zwierzątka będą stać przed bramą pałacu, gapić się na malowane wrota.

Psy, kozice, stado małpiszonów w galerii obrazów, owce podgryzające rogi ram płócien Picassa, czy Sasnala.

Jackson Pollock malujący mózgiem i krwią pana Targańskiego, Kasia (przypomniałem sobie jej imię) ...-czuk opłakująca tragiczną śmierć skuterka.

Policjanci nachylający się nad kolorowymi zwłokami.

Kilkanaście minut po siedemnastej z telewizora wyskoczy generalissimus Kwaśniewicz, by obwieścić, że jest źle; zarządzić ewakuację całego kraju, relokację wszystkich mieszkańców w bezpieczniejsze rejony - na Bliski Wschód, do ogarniętej wojnami domowymi Afryki, czy na przytulny jak pierzynusia, równie bielutki Biegun Południowy.

Potem zaleją nas, uciekinierów, fale imigrantów z Ukrainy, Białorusi. Zderzymy się ze ścianą ludzi. Roztrzaskamy o nią.

W dymiącym kraterze ktoś, może Algierczyk, Hindus, czy apatryda-esteta, zasadzi białe i czerwone róże. Zwiędną prawie natychmiast, żadna nie przetrwa nocy.

- O czym myślisz? - pyta Adrianka z wysokości. Nachyla się, niczym bocianica nad stadkiem rozwrzeszczanych progenituriasów. I sru - pędrak - prosto do gardła. Tłusty, pożywny, ma wiele kalorii. Zaspokoi mój głód przez dwa dni, czytaj: dożywotnio.

Ssę "robaczki", więc nie za specjalnie mogę gadać. Ciężko być krasomówcą podczas minetki połączonej z lodzikiem.

- Nifffc... - dukam. Język więźnie w partnerce. Poważnie - oczekujesz, że w takiej sytuacji, w tym położeniu wdam się w rozhowory? Nosz...

Myśli? Biegną dwutorowo, suną glistunie-zygzaczki: a to wspominam Tamtą, byłą, niedotykalską prawie-dziewczynę, zastanawiam się, ile czasu potrzeba, by jej dzidzior rozłożył się na tyle, by przestał, najliteralniej ZATRUWAĆ mi i tak niełatwe życie, to znowu wspominam rodzinny dom, dziadków, psa Amika, koty, całe ich stada, tabuny, kłębowiska kotów, kocie motki, sploty, szwendające się po wsi watahy kociambrzysk chodzacych tak blisko siebie, że wyglądały jak posczepiane, hordy wygłodniałych i bezpańskich kocisk w wiecznej rui, marcujących nawet w środku grudnia, parzących się w zaspach.

Wykwaterowanie, delikatny, ale stanowczy, urzędniczy kop w cztery litery, bo nie można tu dłużej pozostać, ble, ble, ble, teren skażony, coś dymnęło w Zakładach Poliuretanowych, macie godzinę na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy, nie, proszę państwa - nie drugi Czarnobyl, Prypeć, wrócicie do domu, jak sytuacja zostanie opanowana, nie możemy powiedzieć, czym grozi dłuższy pobyt... nikt państwa nie wyrzuca, najdalej za dwa tygodnie powrócicie do miejsc zamieszkania... może bezpłodnością grozi, może rakiem, Ministertwo Spraw Nadzwyczajnych wydało zakaz...

Dziesiątki innych miejsc i ludzi, od których uciekłem. Wspomnienia zżerane przez grzyb, filmy bez fabuły...

Zainstalowałem się u najstarszej siostry, w Rozgrodziu. Miała ogarnąć mi siakąś robotę, może jako fizyczny, w sortowni śmieci, albo...

- Łłł... - "parzydełkowiec" nieprzyjemnie uciska język. Grubiutka - w amoku, pewnie zaraz dojdzie.

...we dwie wynajmowały, żeby było taniej... ja - na bezrobociu, posożytowałem trochę, nie mógł człowiek nawet dorzucić się do czynszu, czy innych opłat, bo i z czego...

- Polłuzuj rłochę... Bło się łuduszęł...

A potem wszystko się spieprzyło: nawet Emilka, potem Tamta. Zostałem prawie sam, ze współlokatporem, którego się panicznie brzydzę, wręcz boję... musi mi wystarczyć trupek, niedogniłe dziecko...

...sterujesz mną, Adrianko, z każdą minutą zabawy w fellatio - coraz bardziej zawłaszczasz, przejmujesz kontrolę.

Seksopętanie. Lizopętanie. Śluzopętanie. Bajkowy pałac pełen pajęczyn i martwych biedronek. Książka o strukturze plastra miodu. Prochy zmarłego wokalisty dodawane w gratisie do wydanego pośmiertnie albumu. Limited edition, kto pierwszy, ten lepszy, spieszcie się, fani, nie starczy dla wszystkich...

Galopada myśli. Poczucie zagrożenia i jednoczesna, niewyobrażalna błogość. Najzajebistszy haj.

Na chwilę przechodzi mi ochota na... Przestaję liczyć czas. Zatracam się, pogrążam w zapachu. Gruba nie wstydzi się go, nie ucieka skrępowana do łazienki, by go zamaskować, próbować ukryć swój stan.

Ciepły, w zasadzie gorący wardnikant pulsuje mi w ustach. Rozrywa mordę.

 

IV. Odpępnienie

 

Niezły jest w te klocki, choć - jak się zarzeka - to jego pierwszy raz. Przyssał się, skubany, jak dziecko do piersi, he, he.

I dobrze, tyle jego. Obojgu tyle zostało z uciech najgor... mmm... nie przestawaj... szego ze światów. Niedługo i stąd trzeba będzie spieprzać...

W uszach dźwięczy "Atomic bomb". Wybuchnę jak bomba atomowa. Piosenka Williama Onyeabora, o tym tytule.

Gośka ma jutro przyjechać, może zabiorę się z nią do rodziców... Każdy gdzieś ucieka, byle dalej od źródła epidemii... czymkolwiek jessssst...

Chłopczyk myśli, że może mieć przede mną tajemnice, poskrywać grzeszki. Udaje świętego, prawiczusia-geeka w za dużych okularach, wiecznie skrępowanego introwertysia, który dostał zwyrodnienia nadgarstkó od całodziennego brandzlowania się, debilątko takie pokorniaste.

Wyczuwam w nim zło, ciemną i gęstą aurę. Jakby był oblepiony niewidzialnym smarem. Skażony.

No chodź, sukinsynu, dziecko, no...

- przez wardnikant płynie prąd. Ruchome obrazki. Częstuję chłoptysia snem, sprawiam, że odpływa. Odbieram mu przytomność i łączymy się w uroczej, małej rzeczywistośćce, wspólnych majakach. Schodzimy do piwnic, gdzie złoty projektor wyświetla bajkę, na nieotynkowanych cegłach rysują się pierwsze postaci. Ludzie ze światła, nieco podobni do nas.

Dziewczyna jest zła na cały świat. Dopadła ją deprecha, anhedonia, hipolibidemia. Kwiatuszek jest zwinięty i w zaniku, prawie zwiędł.

Piasek zamiast soli, pustynia-chwast zasiana w miejscu, gdzie jeszcze niedawno szumiało morze. Wyludnienie - szczególny rodzaj choroby wenerycznej.

Mężczyźni to zło, wardnikantożerne drapieżniki. Troglodyci nie wiedzący, czym jest delikatność. Każdy by tylko: wlazł, wsadził zębiska, łapę z półmetrowymi pazurami, deflorował co noc po kilkanaście razy. Żuł.

Na blaszanym półmisku leży głowa ostatniego chłopaka dziewczynki. Błazen musiał umrzeć, bo był nieśmieszny, kompletnie nie potrafił pocieszyć Pani, sprawić, by wrócił jej dobry nastrój.

Nawet przeciwnie: zamiast rozpędzać czarne chmurzyska, opowiadał, idiota, obleśne i szczeniackie kawały o nekrofilach, czym sprawiał, że pogoda psuła się jeszcze bardziej.

Potęgował spleen - więc ma za swoje - uśmiecha się gorzko Dziewczynka wydłubując mu oczy deserową łyżeczką.

Przerażenie. Dziewczynka krzywi się z obrzydzeniem, otwiera zesztywniałe usta, komicznie mocuje się z paszczęką trupa.

Odskakujesz jak oparzony, chłopczyku. Przestraszyłam, co? Brzydka wizja?

W jednej chwili otrzeźwiałeś, przeszło miłosne odurzenie. Patrzysz podobnym wzrokiem, co tamten błazen. Twoja głowa odpadła dużo wcześniej, niż jego.

- Co do chu...? - pytasz płaczliwie, ni to wściekły, ni to skonsternowany.

Pałac deliryki zawalił się w gruzy. Nikt już nie rządzi Rozgrodziem, nami. Bajkopisarz zapomniał puenty. Jaś i Małgosia pożarli się nawzajem, albo umarli z przejedzenia słodyczami - wybieraj.

Happy end - niewskazany.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Ritha 3 dni temu
    "Nie mogę przebić się przes słowotok" - przez*
    Kurde, Florian, jestem w połowie - absolutnie przezajebiste. Weźże to podziel co najmniej na połowę, to może ktoś to czytnie, bo aż zal, że nie ma tu ludzi.
    Absolutnie przezajebiste.
    Czytam dalej.
  • Ritha 3 dni temu
    „Tysiace razy prez te wszystkie lata wyobrażałem sobie” - Tysiące* przez*

    Dalej faktycznie hard, ale dalej świetne. Momentów, które mogłabym skopiować jest mnóstwo, wyciągnę jednak ten (dla przykładu): „wrośniemy w siebie, nakryjemy się kocem ze wspólnej skóry...”

    Albo to:
    „Na jezdni, chodniku, zaczyna się tworzyć zbiegowisko. Ludzie napływaja z każdej strony. Bakterie otaczają padlinę”

    I końcówka:
    „Bajkopisarz zapomniał puenty. Jaś i Małgosia pożarli się nawzajem, albo umarli z przejedzenia słodyczami - wybieraj.
    Happy end – niewskazany” – bardzo w moim guście

    Świetna narracja i świetny pęd myśli. Duże 5 zostawiam.
    Pozdrawiam
  • Florian Konrad 3 dni temu
    Jeny, dzięki. Ale nie podzielę na pół, bo to 2. część, a całość będzie miała tychże części ze 20...
  • Wrotycz 2 dni temu
    Boże, ile tu metafor, ile rzeczywistości można pod nimi znaleźć. Znaleźć? Nie, podłożyć, wyciągnąć z własnego kręgu kojarzeń. Bardzo inspirujący tekst. Chce się rozedrganego bohatera (obrzydliwca?) zrozumieć, zamknąć w racjonalności, tej bez turpistycznego nadania.
    Fetysz jak fetysz (zapach i krew), ale to, co narzuca odbiorowi... jest filozofią. Jeśli byt, to niebyt, życie=śmierć. Napędzający bios - instynkt seksualny, silny tak, że nie uwolni się od niego nikt, filozof tym bardziej.
    Animizacja kobiecości, zwierzątko aktywne, wysuwające się, dominujące, defloracja w zasadzie zbędna.
    Bieg myśli w monologu przytłacza, zdumiewa. Modliszkowatość, brzydota i nie wiadomo skąd oplatająca słowa delikatność.
    Zadziwiasz.
  • Florian Konrad 2 dni temu
    Jeju- stukrotne dzięki, Wrotycz!
  • Florian Konrad 2 dni temu
    dziś będzie część trzecia :) chyba :)
  • Wrotycz 2 dni temu
    Dobrze, burze się gonią od rana - chłodniej.
  • Florian Konrad 2 dni temu
    Wrotycz u mnie jeszcze masakrejszyn, zero burz, 28st. C w pokoju...
  • Wrotycz 2 dni temu
    Zazdrość mi, tu 23 C, mokra zieleń, powiew niemal morskiej fali :)
  • Florian Konrad 2 dni temu
    Wrotycz zazdroszczę. mam poparzenia słoneczne na rękach i plecach
  • Wrotycz 2 dni temu
    Florian, kwaśne mleko podobno daje ulgę. Nie wyłaź na słońce, ewentualnie w ubraniu.
  • Florian Konrad 2 dni temu
    Wrotycz mleko mam, ale dla kota :) nie wyłażę na słońce, siedzę, przepisuję...
  • zingara 2 dni temu
    Czytając widziałam obrazy Beksińskiego - świetny tekst :) pozdrówka Flo
  • Florian Konrad 2 dni temu
    dziękuję i pozdrawiam również, hardkorowo :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania