WIEŚĆ SPOZA GROBU (rozdział 1)

Opowiadanie przygodowe z elementami "weird fiction" i delikatną nutką "dieselpunku" :). Miłej lektury :)

 

I.

 

Doktor Julian Szmurłowski siedział w swoim gabinecie przy Magnoliowej 4, pochylony nad stertą papierów i notatek. Ciepły powiew wiosny wpadał przez otwarte okno wychodzące na dziedziniec uczelni*, a zbliżający się zmierzch tchnął w pomieszczenie nastrój romantycznego spokoju. Różowe promienie słońca rzucały urokliwe refleksy na stare, ciężkie meble i kilka egzotycznych dracen, na które uczony lubił patrzeć w wolnych chwilach. W pokoju znajdowały się liczne pamiątki z jego podróży do Grecji i Włoch, ale najpiękniejsze było popiersie młodej kobiety, przywiezione z Francji. Rzeźbę otrzymał od profesora Charlesa Richeta w 1927 roku, gdy bawił w Paryżu na zjeździe metapsychików**.

Szmurłowski był mężczyzną średniego wzrostu i przeciętnej postury, o przystojnej pociągłej twarzy i łagodnych, brązowych oczach. W lutym skończył czterdzieści trzy lata, ale wyglądał na młodszego. Tego wieczoru pisał recenzję książki niemieckiego biologa Hansa Driescha o filozoficznych implikacjach teorii neowitalizmu; zamierzał popracować dłużej, gdyż zobowiązał się oddać tekst w terminie. Podniósł się właśnie z fotela, aby włączyć światło elektryczne, kiedy rozległo się pukanie do drzwi.

– Proszę wejść – rzekł uprzejmie.

W drzwiach stanęła Helena, jego sekretarka.

– Goniec przyniósł to dla pana przed chwilą. Mówił, że pilne. - Młoda kobieta w okularach trzymała w ręku niedużą, szarą kopertę.

– Dziękuję, moja droga. – Szmurłowski wziął korespondencję i wrócił na miejsce, szukając nożyka do papieru pod stosem materiałów. – Już późno. Możesz iść do domu, ja mam coś jeszcze do zrobienia.

Zdziwił się bardzo, gdy przeczytał nazwisko na kopercie. Nadawcą był A.F. Biełuk, szanowany lekarz z Krakowa, obecnie dyrektor dużego zakładu szpitalnego w Dłutowie. Swego czasu byli kolegami, ale ich drogi rozeszły się, kiedy na łamach „Przeglądu Gnozeologicznego” toczyli spór o status parapsychologii. Biełuk był sceptykiem i na każdym kroku zwalczał „szalbierzy” i „ignorantów”, jak bez ogródek nazywał badaczy mediumizmu. Co więcej, krytykował nawet zwykłych terapeutów zajmujących się praktykowaniem hipnozy leczniczej.

– Do widzenia – powiedziała sekretarka. Uśmiechnęła się, widząc że mężczyzna myślami jest gdzieś daleko i cicho zamknęła za sobą drzwi pracowni; on zaś niecierpliwie otwierał kopertę i dopiero oddalające się stukanie pantofli na schodach przypomniało mu o niej.

List napisany był drobnym, ale wyraźnym pismem, i brzmiał następująco:

---

 

Dłutowo, 15 kwietnia 1935 r.

Szanowny Panie Doktorze, 

Piszę do Pana, aby omówić dwie powiązane ze sobą kwestie; szczególnie druga może zainteresować Pana jako filozofa i badacza zjawisk parapsychicznych, dostarczając interesującego materiału do przestudiowania.

Pierwsze niech będzie moje przyznanie się do błędu i przeprosiny, które składam niniejszym na Pana ręce. Myliłem się bowiem bardzo, gdy przed laty ogłosiłem swoje – napastliwe w tonie – artykuły, a Pan padł ofiarą mej polemicznej zapalczywości. Druga zaś kwestia dotyczy najdziwniejszego zdarzenia, jakie widziałem w życiu (a widziałem niemało, bo jak Pan zapewne pamięta, w czasie Wielkiej Wojny byłem lekarzem frontowym w CK Armii).

Nie sądzę, aby rzucił Pan już w niepamięć nasze zatargi dotyczące interpretacji niektórych przypadków klinicznych, czy moje wątpliwości odnośnie stosowania hipnozy jako metody leczniczej. Na swoją obronę zaznaczę jedynie, że tamta krytyka wyrażała li tylko me najszczersze przekonania i troskę o dobro pacjentów – histeryków i neurotyków. Czynniki te do niedawna nie pozwalały mi uwierzyć w nic, co wykraczałoby poza znane zjawiska przyrody. Do wczoraj jeszcze gorąco wierzyłem, że fenomeny psychiczne redukują się do biologii, biologiczne zaś do chemii i fizyki. Ubolewam, że anatomo-patologiczny kierunek, któremu schlebiałem przez lata, nie pozwalał mi dostrzec w Panu nowatora, który w istocie pragnie uzupełnić naukę, a nie ją podważyć. Tu wyłącznie leżało źródło mych prób skłonienia środowiska do odmówienia Panu, jako doktorowi filozofii, a nie medycyny, prawa do pomagania ludziom. Raz jeszcze przepraszam i nieśmiało liczę, że dawna animozja przerodzi się w sympatię, gdy tylko zakomunikuję Panu me doświadczenie.

Ad meritum. Wczoraj przed południem przyjąłem do naszego zakładu nową pacjentkę - panią Zofię Szczechowicz. Urodzona w Kaliszu, wdowa, po śmierci męża przeprowadziła się do Dłutowa. Bezdzietna, siedemdziesiąt pięć lat, inwalidka (w wyniku dawnego urazu amputowana lewa ręka na wysokości kłykcia łokciowego). Koszty utrzymania zobowiązała się pokryć jej bratanica, panna Eliza Muszczyńska. P. Eliza powiadomiła mnie, że dziwne zachowanie, zaniki pamięci i urojenia, które nasiliły się w ostatnich tygodniach u ciotki, uniemożliwiają dalszą opiekę domową. Wobec faktu, że p. Muszczyńska jest jej najbliższą rodziną i widząc zły stan psychiczny staruszki, zdecydowałem o przyjęciu kobiety na oddział jeszcze tego samego dnia.

A teraz o zjawisku, którego świadkami byłem ja i Adolf Rwecki (pielęgniarz). Do zdarzenia doszło wczoraj ok. godz. 20-tej w oddzielnej sali, gdzie tymczasowo umieściliśmy pacjentkę, stwierdziwszy u niej demencję starczą średniego stopnia, zaburzenia dysocjacyjne i omamy wzrokowo-słuchowe. Rwecki uspokajał ją, a ja objaśniałem obecne położenie, gdyż nie w pełni zdawała sobie sprawę z sytuacji, w której się znalazła (mam zasadę, że zawsze staram się osobiście zapoznać z moimi nowymi podopiecznymi). W pewnym momencie usiadła na łóżku i weszła w odmienny stan świadomości, który zdążyliśmy już raz zaobserwować, gdy przed paroma godzinami żegnaliśmy jej bratanicę. W owym stanie twarz jej przybrała zupełnie nietypowy grymas, sprawiając wrażenie, jakoby zmieniły jej się rysy (wrażenie wynikające z anormalnego napięcia mięśni twarzy). Tak jak wcześniej, mówiła głosem zmienionym, chrapliwym, zdania urywane i pozbawione sensu. Na fizjognomii znać było przerażenie, jak u człowieka w bezpośrednim zagrożeniu życia. O ile jednak za pierwszym razem pacjentka rychło uspokoiła się i wróciła do względnej przytomności umysłu, teraz doświadczała swych przeżyć znacznie intensywniej. Ciało drżało, lecz oczy, nieruchome jak u trupa, wpatrywały się sztywno w ścianę naprzeciw łóżka. Po chwili wyciągnęła kikut ręki w stronę Rweckiego, który stał między nią a ścianą. Osobliwa to była scena. Niemal równocześnie Rwecki ujrzał podłużny cień (ja go nie dostrzegłem, gdyż skupiłem się na twarzy pacjentki, zaciętej i zarazem pełnej trwogi) wyłaniający się z jej ciała i uczuł ogromny ból. Upadł na podłogę, a wtedy kobieta poczęła kreślić w powietrzu znaki, poruszając kikutem; i choć znajdowała się o przeszło trzy metry od ściany, zobaczyłem wyraźnie, jak ten papier przede mną i pióro trzymane w ręce, głębokie rysy żłobione na białej powierzchni, układające się w litery i słowa.

Jestem świadom istnienia wielu relacji o telekinezie, uchodzących w Pana środowisku za wiarygodne. Wszystkie tego rodzaju historie uważałem za wyssane z palca bądź wynikłe z błędnie interpretowanych obserwacji niekompetentnych badaczy. Domniemania, jakoby istniała energia psychiczna, zdolna wyłaniać się z organizmu niezależnie od pośrednictwa mięśni i nerwów, budziły we mnie najgorętszy sprzeciw. Lecz to, cośmy z Rweckim widzieli w doskonałym świetle lamp elektrycznych, podważa me dotychczasowe przekonania.

Dlaczego do Pana piszę? Kiedy już wiem, że takie fenomeny istnieją, albowiem sam byłem świadkiem jednego z nich, pragnę nie tylko pomóc mej pacjentce, ale jednocześnie zrozumieć to, co widziałem. Pragnę zarazem, aby wsparł mnie znawca w dziedzinie zjawisk parapsychicznych. Wiem skądinąd, że Pańskie długoletnie zaangażowanie w prace Polskiego Towarzystwa Badań Psychicznych, udział Pański w kolegium redakcyjnym „Zagadnień Metapsychicznych” (tak, tego samego, którego wydawcę określiłem niegdyś mianem głupca, czego dziś bardzo żałuję), a także kontakty międzynarodowe z naukowcami, którzy zajmują się tą dyscypliną we Francji, Niemczech i Anglii, czynią z Pana najwłaściwszą osobę, do której mogę się zwrócić o konsultację w tak nietypowej sprawie. Jeśli istnieje możliwość wyprowadzenia pacjentki z patologicznych stanów psychicznych, nie mogę nie skorzystać z okazji, by prosić Pana o pomoc, w zamian zaś ofiaruję studium niezwykłego przypadku i zajmujący materiał spostrzeżeniowy, który może pozwoli określić istotę telekinezy, a nawet włączyć tę wiedzę do kanonu uznanych nauk przyrodniczych.

Z serdecznymi pozdrowieniami,

Lek. med. Adam F. Biełuk

Dyrektor Zakładu Opiekuńczo-Leczniczego,

ul. Legionów Polskich 7, Dłutowo

 

----

- A to ci dopiero! – wykrzyknął uczony, odłożywszy list na biurko. – Biełuk nawróconym parapsychologiem! Koniec świata… Muszę koniecznie zobaczyć tę jego pacjentkę.

Szmurłowski był tak zaaferowany treścią wiadomości, że zupełnie zapomniał o recenzji monografii Driescha. Zostawił biurko w nieładzie i schował list do kieszeni, po czym prędko sięgnął po płaszcz i kapelusz. Wychodząc z gabinetu, chciał bezzwłocznie zająć się sprawą.

 

*

 

Szpital Biełuka położony był na obrzeżach miasta. Za nim ciągnęły się tylko pola uprawne, lasy i łąki, a środkiem biegła szosa na Warszawę. Kilka minut po dwudziestej, w pobliżu trzypiętrowego, modernistycznego gmachu zatrzymał się czarny Fiat 508 - automobil Szmurłowskiego. Wysiadając, badacz omiótł wzrokiem fasadę budynku. Białe mury, duże, szerokie i przestrzenne okna, w których paliły się światła, nasunęły mu myśl, że budynek ten jest najzwyklejszym miejscem na świecie, gdzie wszystko da się rozplanować i zmierzyć. Jego nowoczesna, uporządkowana forma zdawała się przeczyć atmosferze niesamowitości, która tak mocno biła od listu Biełuka. „Może poczciwy lekarz mimo wszystko padł ofiarą halucynacji”, zastanawiał się Szmurłowski. Dziarskim krokiem ruszył w stronę wejścia, idąc szeroką aleją z dwóch stron obsadzoną rzędami wysokich sosen.

– Dobry wieczór, doktorze Szmurłowski. Liczyłem, że pan się zjawi – usłyszał za sobą, gdy był na pierwszym piętrze, rozglądając się za gabinetem dyrektora. Z sali niespodzianie wyłonił się Biełuk we własnej osobie. Szmurłowski poznał go od razu. Wystarczyło przelotne spojrzenie, by uznał, że jego dawny znajomy postarzał się. Lekarzowi brakowało niewiele do pięćdziesiątki, ale wyglądał na znacznie starszego. Był szczupły, miał zmęczoną twarz o ostrych rysach, bardzo bladą, jakby nie spał od dłuższego czasu. Znać było jednak po nim, że cieszy się z wizyty gościa. Zaprosił go do siebie i już po chwili siedzieli w cichym, schludnym gabinecie pogrążeni w rozmowie, jak gdyby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zniknął cały ten mur niechęci i wzajemnych nieporozumień, który dzielił ich od lat.

Gdy szli później korytarzem szpitalnym, Biełuk zatrzymał jedną z pielęgniarek i wydał polecenie:

– Proszę znaleźć Rweckiego, niech przyjdzie do sali numer 60.

Udali się schodami na drugie piętro. Sala, której szukali, znajdowała się na końcu długiego korytarza. Weszli do środka. Wewnątrz był rząd łóżek, ale tylko jedno zostało zajęte. Zofia Szczechowicz, drobna, pomarszczona staruszka, leżała na plecach i cicho chrapała. Jej ręka i nogi były przypięte pasami do łóżka.

– Śpi spokojna jak anioł. – Uśmiechnął się Szmurłowski. – Kiedy przechodziła ostatni atak?

– Dziś rano. – Biełuk podszedł do okna i delikatnie je uchylił. Do środka wpadł przyjemny wietrzyk, niosąc ze sobą zapach sosen z alei szpitalnej. – Ale jedynie bredziła od rzeczy. Nie działo się nic podobnego do tego, cośmy wczoraj widzieli.

– W takim razie poczekajmy, aż się pacjentka obudzi. Jak rozumiem, napis za panem jest świadectwem fenomenu, który opisał pan w liście? – Szmurłowski wskazał palcem na duży napis „Ratuj mnie!” na ścianie za plecami dyrektora.

– Tak właśnie jest – potwierdził Biełuk. – Gdyby nie to, byłbym przekonany, że padłem ofiarą halucynacji. Lecz, jak mi Bóg miły, widziałem litery samoistnie ryjące się w tym miejscu, w doskonałym świetle… jestem pewny, że bez naszej fizycznej ingerencji.

Gdy dyrektor przestał mówić, do sali wszedł młody, dwudziestoparoletni mężczyzna. Był barczysty i silny, ale kiedy spojrzał na śpiącą kobietę znać było, że odczuwa strach.

– Pan dyrektor mnie wzywał – powiedział cicho, zerkając ukradkiem na pacjentkę.

– Rwecki, co z wami? Ręce wam drżą. – Biełuk patrzył nań z dezaprobatą. – Boicie się staruszki?

– Nie staruszki się boję, ale tego diabelstwa, które w niej siedzi – odparł urażony pracownik i przeżegnał się.

– Panie Rwecki. Czy byłby pan łaskaw opisać zdarzenie, tak jak wyglądało z pana perspektywy? – zapytał Szmurłowski.

– Ta kobieta… kiedy pan dyrektor tłumaczył jej, że jest w szpitalu i być może zostanie tu dłużej… bo ona myślała, że tylko na badania i niedługo wróci do domu… – Rwecki mówił szybko i jąkał się. – Więc zaczęła paplać coś, tak dziwnie. Nie mogliśmy tego pojąć. Miała głos, jak gdyby mówił mężczyzna. Wielem już widział szaleńców, ale dreszcz mnie wtedy przeszedł. Usiadła i nagle uczułem taki ból, ogromny, jakby mnie kto żelazem przypalał pod obojczykiem. O, tutaj. – Mężczyzna rozpiął białą koszulę pod kołnierzykiem i rozchylił ją. Na skórze miał szeroką, purpurową plamę. – Bolało tak mocno, że upadłem. I wtedy dyrektor kazał mi patrzeć na ścianę. Odwróciłem się i widziałem, przysięgam na moją matkę, że tak było… widziałem jak napis sam się ryje w ścianie. Mówię panu, to jest wszeteczne diabelstwo, prawdziwy znak diabelski.

– Dyrektor wspomniał, że ujrzał pan kształt wyłaniający się z ciała pacjentki. Co to pańskim zdaniem mogło być?

– Pan dyrektor tego nie dostrzegł, ale ręczę, że gdyby patrzał z tego samego miejsca na przestrzeń między nami, też by to zobaczył.

– Dobrze więc, zatem co dokładnie pan widział? – indagował dalej Szmurłowski.

– Ona wyciągnęła kikut ręki w moją stronę, mierzyła nim we mnie. I wtedy zaczął się tworzyć z przodu szary kształt, zarys. Widziałem jego granice, choć przypominały cień i trzeba było wytężyć wzrok. Taka półprzezroczysta ręka, ale z uformowanymi palcami. Wysunęła się z jej ciała. – Zatrzymał się na chwilę i wziął głęboki wdech, sięgając ręką do kieszeni. – To coś dotknęło mnie. Szarpnęło tak bardzo, że aż się przewróciłem. Zaraz znikło i już nic nie widziałem. Ale to na pewno była ręka, tylko taka uformowana z powietrza. Przez ułamek sekundy miałem wrażenie, że ręka ta trzyma ostrze czy szpikulec. Tak było, panowie. – Szmurłowski spojrzał uważnie na Rweckiego. Wzburzenie i zabobonny strach pielęgniarza wskazywały, że jego relacja jest prawdziwa i zdarzenie odcisnęło na nim swoiste piętno.

– Rwecki, a co tam trzymacie w ręku? – zainteresował się jego przełożony.

Pracownik powoli rozchylił dłoń, którą uprzednio sięgał do kieszeni. Jak się okazało, ściskał w niej medalik ze świętym Benedyktem. Postać świętego dzierżyła krzyż w prawej, uniesionej ręce i księgę w lewej. Rwecki nabożnie ucałował medalik i schował go z powrotem do kieszeni. Biełuk i Szmurłowski spojrzeli na siebie porozumiewawczo, następnie odezwał się dyrektor:

– Możecie już odejść, Rwecki. – Mężczyzna skinął głową i wyszedł na korytarz, ale Biełuk zatrzymał go jeszcze i dodał łagodnie: – Przydzielę was na inne piętro, żebyście nie musieli tu zbyt często zaglądać.

Zostali sami. Po niespełna pięciu minutach pacjentka się przebudziła. Otworzyła oczy i zerknęła na mężczyzn. Chciała się podnieść, ale skrępowana pasami zabezpieczającymi, nie mogła się poruszyć.

– Gdzie jestem? – zapytała.

– Pani Zofio, wczoraj to wyjaśniałem – odrzekł Biełuk. – Już pani zapomniała?

– Nic nie wiem, nie pamiętam.

Leżała tak przez dłuższą chwilę, przepytywana przez nich dla lepszego wybadania jej stanu psychicznego. Biełuk skonstatował, że kobieta jest w gorszej kondycji psychicznej niż w momencie przyjęcia do szpitala. Myślała, że ciągle jest w domu, ale nie mogła przypomnieć sobie nawet imienia bratanicy, u której mieszkała. Po kilku minutach bezowocnej rozmowy do sali weszła pielęgniarka, niosąc posiłek na tacy. Staruszka była zdezorientowana, ale spokojna, odpięła więc pasy i pomogła jej usiąść na łóżku. Pacjentka powoli jadła zupę, a w międzyczasie Szmurłowski i Biełuk stanęli z boku, chcąc na osobności rozważyć kolejne kroki, które winni podjąć.

– Wygląda na to, że dzisiaj nie wydobędziemy z niej żadnej pożytecznej informacji, ale niech pan jeszcze zaczeka. Zobaczymy, jak będzie się zachowywała po kolacji – zachęcał dyrektor.

– Dobrze, zatem poczekajmy.

Patrzyli na kobietę, która powoli przechylała talerz z zupą kartoflaną, aby wybrać zeń resztę jedzenia.

– Co pan sądzi o cieniu czy też kształcie, który widział Rwecki? – Biełuk przerwał przedłużającą się ciszę. – Przyznaję, że to dla mnie zupełnie niezrozumiałe.

– Dla pana jest niezrozumiałe – roześmiał się dobrodusznie Szmurłowski – bo nie wierzy pan w ręce eteryczne.

– A cóż to są ręce eteryczne? Pierwsze słyszę.

– Bez wątpienia najlepiej objaśniłby to panu profesor Watraszewski, mój kolega z warszawskiego Towarzystwa Psycho-Fizycznego, który kilkakrotnie obserwował proces wyłaniania się kończyn eterycznych na seansach mediumicznych. Otóż były to twory nietrwałe, niepozostawiające fizycznych śladów poza formami zrobionymi w rozgrzanej parafinie lub odciskami w glinie. Nadto widoczne były tylko w półmroku. Jeśli zaś moje domysły są słuszne i Rwecki był świadkiem podobnego zjawiska w dobrym oświetleniu, ta przemiła staruszka może mieć czasowo wprawdzie, lecz nadzwyczaj rozwinięte zdolności medianimiczne.

– Mówi pan zagadkami, a ja nadal nie rozumiem istoty rzeczy – niecierpliwił się Biełuk.

– Zacznijmy od tego, że fenomen znany jest od tysięcy lat. Oglądali go wtajemniczeni kapłani starożytnego Egiptu, gnostycy w późnym antyku, a także nowożytni uczeni parający się okultyzmem, jak John Dee czy Paracelsus. Zdarza się, że wywołują go na seansach teozofowie i spirytualiści, ale potrzeba do tego wyjątkowo uzdolnionych mediów. Chociaż trudno o pewne warunki obserwacji, zebrane świadectwa pozwalają wnioskować, że przynajmniej część relacji na ten temat jest prawdziwa. Wszyscy ci ludzie od wieków oglądali to samo, mianowicie zjawisko wyłaniania się z medium pogrążonego w transie jego drugiej, fluidycznej postaci, która w zwykłych warunkach pozostaje ściśle złączona z organizmem. Porównać ją można do widma, zjawy czy sobowtóra. Tworzywem takiej materializacji jest substancja, którą parapsycholodzy zwą ektoplazmą. Wiadomo, że jest ona nietrwała, ale bardzo plastyczna i może przybierać przeróżne kształty, a czasami nawet powodować spektakularne zjawiska telekinetyczne.

– Trudno w to wszystko uwierzyć. Myśli pan, że część istoty duchowej pacjentki wyłoniła się z niej, zraniła mego pracownika, wyryła litery na ścianie i wróciła na swoje miejsce? Zaczynam już wątpić w to wszystko.

– Cóż, to pan był tu wczoraj, nie ja – odciął się Szmurłowski. – Jeśli pan nie wierzy w świadectwo własnych zmysłów, niepotrzebnie tracimy nasz cenny czas. Tymczasem powiem panu coś jeszcze. Jeżeli rzecz przedstawia się zgodnie z moimi przypuszczeniami, Zofia Szczechowicz najwyraźniej chwilowo zmaterializowała swą rękę eteryczną, a pan Rwecki widział to, a nawet boleśnie odczuł. Mimo iż od dawna kobieta nie posiada lewej ręki, jej eteryczna forma może ciągle egzystować w innej sferze czy też na innym planie otaczającej nas rzeczywistości.

– Doprawdy, to niesamowite, co pan mówi. Jeśli tak jest, zjawisko opisane przez pana rzuca nowe światło na psychologiczne aspekty bólu fantomowego w amputowanych kończynach… choć jako lekarz jestem pewny, że pochodzenie tego ostatniego jest organiczne i powiązane z wrażeniem zarejestrowanym w tkankach mózgu.

– Jedno chyba nie wyklucza drugiego – rozważał głośno Szmurłowski. – Inwalida może odczuwać bóle nogi lub ręki, a jej eteryczny, subtelny kształt nadal istnieje, mimo że chirurg odjął materię, która go wypełniała.

Rozmowę niespodzianie przerwał huk tacy upadającej na podłogę i krzyk pielęgniarki, dobiegający od łóżka pacjentki.

– Uwaga! – krzyknął Biełuk i pociągnął ze sobą Szmurłowskiego. Talerz rzucony przez niewidzialną siłę śmignął dosłownie centymetr obok głowy badacza i uderzył w okno, tłukąc je i rozsypując wokół kawałki szkła. Przerażona pielęgniarka z płaczem wybiegła z sali. Mężczyźni potrzebowali trochę czasu, aby uspokoić pacjentkę i ponownie zabezpieczyć ją pasami. Gdy opanowali sytuację, kobieta znów leżała bezczynnie, nie stawiając oporu, jakby nic się nie stało. Nadal nie pamiętała o zdarzeniach, do których doszło po jej rozstaniu z bratanicą. Miała świadomość swej osobowości, ale na pytania odpowiadała zdawkowo, niechętnie, plątając się w rozmowie. Nie dowiedzieli się od niej niczego wartościowego i w końcu dali za wygraną.

– Zastanawiam się, do czego odnieść napis na ścianie – powiedział Szmurłowski, kiedy opuszczali salę. – Ciągle tego nie wiemy. Myślę, że powinienem zamienić parę słów z bratanicą pacjentki.

– Dobry pomysł – przytaknął Biełuk. – Zatelefonuję do niej i pokrótce objaśnię, jak się sprawa przedstawia. Mam nadzieję, że zgodzi się z panem spotkać.

 

-----------------

* Akademia Humanistyczna w Dłutowie, założona w 1918 r.

** Metapsychika – dyscyplina badająca zjawiska mechaniczne lub psychiczne, które mogłyby zostać wywołane przez istoty inteligentne, bądź mające swoje podłoże w nieznanych zdolnościach umysłu ludzkiego. Obecnie nazwa zastąpiona przez parapsychologię.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 8

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Canulas pół roku temu
    Przeczytane.
    Świadomy, dobrze uformowany styl. Widoczny "risercz" i dobre rozpracowanie tematu z zachowaniem adekwatnych realiów. Tekst ciekawy, zmyślnie poprowadzony.
    Bardzo dobrze zogniskowana treść.
    Nie nudzi, a wciąga.
    Można dopieścić pod kątem dookreśleń, bo czasem wiadomo, kto i co, ale to bardziej czepialstwo niż zarzut.
    Sztywne pięć.
    Bardzo dobry, ciekawie napisany tekst.
  • spirytysta pół roku temu
    Bardzo dziękuję i cieszę się, że Ci się spodobało :)
  • Canulas pół roku temu
    Limit, to dwa tekstu na dobę. Przekroczyłeś(aś?) i dlatego druga część trafiła od razu na półkę.
  • Agnieszka Gu 3 miesiące temu
    Witam,
    Ładnie zbudowane zdania. Ciekawa fabuła. Wyczuwalna dbałość o detale. Bogate, świadomie użyte słownictwo.
    Kawał fajnego, ciekawego opowiadania.
    Pozdrawiam
  • nimfetka 3 miesiące temu
    Materiał opracowałeś rzeczywiście celująco. Bohaterowie są przekonywujący, dorze rozpisani, i jestem w stanie uwierzyć w ich doświadczenie i wiedzę. Językiem metascjentystycznym operujesz wyśmienicie.
    Na razie tyle. Ogromna piątka.
    Jak odnajdę się w czasie to dokończę, bo dzieło bardzo niedocenione, a żal.
    Pozdrawiam.
  • nimfetka 3 miesiące temu
    dobrze*
  • Karawan 3 miesiące temu
    zobaczyłem wyraźnie, jak ten papier przede mną i pióro trzymane w ręce, głębokie rysy żłobione na białej powierzchni, układające się w litery i słowa. - co ten papier robi i to pióro ? gdzieś czasownik zniknął był ;)
    Opowieść jakbym się w latach cofnął i znów oglądał fotografie i filmiki z seansów gdzie z ektoplazmy tworzyły się nie tylko ręce ale i całe postaci. Zabrakło mi mody z czasów Skłodowskiej i detali; lampy już elektrycznej, ale z kloszem szklanym jeszcze od naftowej wziętym, kamizelek u panów i specyficznych kapeluszy u pań. Ta konstatacja świadczy, że tekst tworzy nastrój. A to z kolei jest chyba istotą pisania. Dziękuję ;)
  • Ritha 2 miesiące temu
    Witam :)
    Ładny opis na początku, klimatyczny.

    Oks, wątpliwości najpierw:
    "Mówił, że pilne. - Młoda kobieta" - dłuższa kreseczka
    "pięć lat, inwalidka (w wyniku urazu sprzed lat amputowana" - 2 x "lat" dość blisko, można napisać "w wyniku dawnego urazu", ale być może się czepiam ;)

    Hm, wiesz jakie mam skojarzenie, Poirot, to otoczenie, pukanie do drzwi, list, jakoś tak mi się skojarzyło ;)
    Sporo medycznych określeń, brzmi profesjonalnie.

    "(tak, tego samego, którego wydawcę określiłem niegdyś mianem głupca, czego dziś bardzo żałuję)" - spoko wstawka, cały list jest dość oficjalny, a ta informacja w nawiasie dodaję trochę humoru

    Ogólnie jest bardzo dobrze, nie ma błędów, czuć staranność i to, ze masz jakąś wizję. Czepię się jednak, oczywiście subiektywnie, na przykładzie poniżej:

    "Gdy szli później korytarzem szpitalnym, Biełuk zatrzymał jedną z pielęgniarek i wydał polecenie:
    - Proszę znaleźć Rweckiego, niech przyjdzie do sali numer 60" - jest bardzo szczegółowo, powolnie, dynamiki w zasadzie brak (a jej przede wszystkim poszukuję, narkotycznie wręcz), ale rozumiem, że w takim klimacie jest opowiadanie i to akceptuję, nie jest nudnie, po prostu powolnie

    "Szmurłowski wskazał palcem na duży napis „Ratuj mnie!” na ścianie za plecami dyrektora" - ok, jest smaczek, zaciekawiam się coraz bardziej
    I zaraz potem bardzo dobry opis tego, co działo się z pacjentką i wokół.

    "który kilkakrotnie obserwował proces wyłaniania się kończyn eterycznych na seansach mediumicznych" - ok, kolejna rzecz, zrobiłeś reaserch, porządny reaserch, brawo

    Ok, czyli reasumując - starannie, estetycznie, bez błędów, z dobrym pomysłem i, pomimo powolnej narracji, absolutnie nie nudne. Zaciekawia, widać reaserch (jest nawet przypis) i pomysł. Zasłużone 5.
    Pozdrawiam :)
  • Agnieszka Gu 2 miesiące temu
    Ritha,
    Sorki, że się tak wtrynię, ale mnie również to opowiadanie, akcja, klimacik, skojarzyło się z filmami o Detektywie Herkulesie Poirot :))
    Ciekawe :))
  • Ritha 2 miesiące temu
    Agnieszka Gu haha, widzisz, czyli coć w tym jest, jakiś wspólny mianownik, ten klimat :)
  • Ritha 2 miesiące temu
    coś*
  • Agnieszka Gu 2 miesiące temu
    Taaa film zacny :)
    I to opowiadanie też mi się takim widzi...
    Ale póki co, obaczymy co będzie dalej :)
  • Ritha 2 miesiące temu
    Agnieszka Gu w zasadzie nigdy nie widziałam filmów, ale czytałam Christie :)
  • Agnieszka Gu 2 miesiące temu
    Ritha Rozumiem, ja i tego i tego zaznałam, po trosze ;))
    Choć w kierunku ekranizacji częściej jednak oko zapuszczałam ;))
  • Margerita 2 miesiące temu
    Tekst mi się bardzo podobał a co do Christie to ją uwielbiam
  • Enchanteuse 2 miesiące temu
    Witaj Nuncjuszu.

    Z science fiction mi nie po drodze. Zazwyczaj omijam tę tematykę. Tutaj jednak nie sposób docenić gracji, z jaką autor porusza się po tym polu.
    Jak na początek opowiadania, tekst bardzo ciekawy - zachęca do sięgnięcia po więcej. Mamy małe starcie tytanów: doktora Szmurłowskiego i dr Biełuka. Obaj to naukowcy, którzy, wzorem artystów, całkowicie zatracają się w dziedzinach im bliskich. Lecz to tylko lekko namalowane tło.
    Ważniejsze jest, to, co dzieje się na scenie. A tam pojawia się nowa postać - pani Zofia. Wydawałoby się, że to zwykła, schorowana staruszka. A tak naprawdę można o nie wiele powiedzieć, ale na pewno nie to, że jest przeciętna.
    Podoba mi się pomysł z fluidalną postacią. Ciekawe, ile z tego to science, a ile fiction.

    Pozdrawiam ciepło.
  • Nuncjusz 2 miesiące temu
    Hmmm Nuncjuszu? XDDD
  • Ritha 2 miesiące temu
    Nuncjuszu? :D
  • Enchanteuse 2 miesiące temu
    O Jezzu xDD
    Chyba muszę zacząć spać dłużej niż te 4, 5 h
  • Enchanteuse 2 miesiące temu
    * Spirytysto, nie Nuncjuszu.
    Pojęcia nie mam, skąd mi się to wzięło.
  • Ritha 2 miesiące temu
    Z marzeń sennych widocznie ;D
  • spirytysta 2 miesiące temu
    Duch Nuncjusza czasami zjawia się w swojej fluidycznej postaci i wprowadza zamieszanie :)
  • Enchanteuse 2 miesiące temu
    spirytysta podoba mi się to wytłumaczenie :)
  • Elorence 2 miesiące temu
    Porównując te dwa teksty, które zostały nominowane do POGROMU, uważam, że "Fuzel" jest lepszy.
    Może chodzi o sam fakt, że jest bardziej przystępniejszy dla czytelnika. Tutaj, trzeba się bardzo skupić, aby nic nam nie umknęło i żeby dobrze zrozumieć tekst.
    Plus za wiedzę, no i zdobywanie jej na własną rękę. Fajnie czyta się takie science fiction z prawdziwego zdarzenia :)
    Umiejętności pisarskie masz rozwinięte na bardzo wysokim poziomie. Szkoda, że Twoje teksty są niezbyt czytane na tym portalu. Może po akcji POGROMU coś się zmieni na lepsze! Trzymam kciuki :)

    Nie za wiele mam już do napisania, bo jednak jestem fanką poprzedniego tekstu :)
    Pozdrawiam!
  • spirytysta 2 miesiące temu
    dzięki :)
  • betti 2 miesiące temu
    Witam.

    Wciągająca historia. Tekst naprawdę o czymś, zatrzymuje, zmusza do myślenia. Tutaj szczegółowe opisy są jak najbardziej na miejscu, bo niezwykle przydatne dla czytelnika, jako laika sztuki medycznej.
    Wejście w strefę parapsychologii, to jak wejście do lustra - straszne i zarazem pasjonujące.

    Będę śledziła kolejne publikacje, bo obudziłeś moją ciekawość... poczułam się jak w pokoju Emily Rose.

    Pozdrawiam.
  • Adam T 2 miesiące temu
    Witaj. Czas na POGROOM.

    „Swego czasu kolegowali się, ale ich drogi rozeszły się, kiedy na łamach „Przeglądu Gnozeologicznego” spierali się o status parapsychologii.” – aż trzy „się”, ciut dużo w jednym zdaniu.
    W kilku miejscach brakowało przecinków, ale najzwyczajniej w świecie dałem się porwać tekstowi, a potem uznałem, że nie warto do tych drobiazgów (czyli paru przecinków) wracać.
    Czytając teksty innych, podświadomie wyłapuję byczki, błądki i wielbłądki, kosztem nieraz samej akcji czy historii. U Ciebie mam odwrotnie. Wpadam w akcję czy historię, na byczki, błądki i wielbłądki nie bacząc wcale. W czym tkwi ten fenomen?
    Zacząłeś (tu) bardzo klasycznie i statycznie. Opis gabinetu i jego właściciela wprowadza od razu w odpowiedni nastrój opowieści, która dzieje się na początku ubiegłego wieku (czas do takiej historii idealny).
    Spotkałem się już z „zaleceniami” różnej maści juzerów, aby opisy wplatać w akcję, sprawiać, by „żyły” i, co chyba najważniejsze, nie nużyły. Ale słowo „zalecenia” nie bez powodu wziąłem w cudzysłów. W opowieści, która rozgrywa się na początku poprzedniego stulecia takie opisy pasują mi idealnie, tak jak napisałem na początku, wprowadzają w ten „zamierzchły” nastrój, w świat, który jeszcze nie pędził na oślep, byle szybciej.
    Druga rzecz – list. Dobrze byłoby go w ogóle jakoś wyróżnić, nie ma tu kursywy, więc chociaż cudzysłowem, ale to także drobiazg. Bo ten list czyta się jednym tchem i nie tylko za sprawą dziwnych, opisywanych w nim zjawisk. Sam jego język, pełen ogłady i estymy dla adresata tak dziś obcej dla wielu, przyzwyczajonych do obcesowości SMS-ów, jest wart zauważenia, jeśli nie pochwalenia.
    Potem mamy spotkanie dwóch naukowców, dobre podwaliny teoretyczne (tu chylę czoła przed wiedzą, jaką prezentujesz, terminologią; to sprawia, że tekst zaczyna żyć w umyśle czytelnika, nie jest tylko zlepkiem zdań, jest czymś prawie „namacalnym”).
    Same opisywane zjawiska (eteryczna ręka) przykuwają uwagę (moją przykuły natychmiast), a dołączając do tego elegancję i wprawę, z jakimi piszesz, powstaje tekst bardzo dobry i wciągający. Tak przynajmniej uważam. Aż żal, że tak skromnie pod nim z komentarzami, ale z drugiej strony dwie osoby dały linki do Twoich tekstów w ramach Pogromu, więc trochę tłumniej się zrobiło. Wrażeń poprzedników jeszcze nie czytałem, żeby się niechcący nie zasugerować czyimś zdaniem, ja w każdym razie uważam, że piszesz bardzo dobrze, i aż szkoda, że mało tak skromnie udzielasz się na forum. Twoje umiejętności pomogłyby niejednemu.
    Pozdrawiam ;)
  • Agnieszka Gu 2 miesiące temu
    hej, dzieki za sygnałek... :)) podlecę jak przestanę maltretować opowieść pani/pana Nożyczki ;)) teraz zaznaczam komentarzem coby mi nie umknelo ;))

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania