WIEŚĆ SPOZA GROBU (rozdział 1)

Opowiadanie przygodowe z elementami "weird fiction" i delikatną nutką "dieselpunku" :). Miłej lektury :)

 

I.

 

Doktor Julian Szmurłowski siedział w swoim gabinecie przy Magnoliowej 4, pochylony nad stertą papierów i notatek. Ciepły powiew wiosny wpadał przez otwarte okno wychodzące na podwórze, a zbliżający się zmierzch tchnął w pomieszczenie nastrój romantycznego spokoju. Różowe promienie zachodzącego słońca rzucały urokliwe refleksy na stare, ciężkie meble i kilka egzotycznych dracen, na które uczony lubił patrzeć w wolnych chwilach. W gabinecie znajdowały się liczne pamiątki z jego podróży do Grecji i Włoch, ale najpiękniejsze było popiersie młodej kobiety, przywiezione z Francji. Rzeźbę podarował mu profesor Charles Richet w 1927 roku, kiedy bawił w Paryżu na zjeździe metapsychików.

Szmurłowski właśnie kończył pisać entuzjastyczną recenzję książki niemieckiego biologa Hansa Driescha o filozoficznych implikacjach teorii neowitalizmu. Był mężczyzną średniego wzrostu i przeciętnej postury, o przystojnej pociągłej twarzy i łagodnych, brązowych oczach. W lutym skończył czterdzieści trzy lata, ale wyglądał na młodszego.

Naukowiec podniósł się z fotela, aby włączyć światło elektryczne. Zamierzał zostać w pracy dłużej, gdyż zobowiązał się oddać tekst w terminie. Wtem rozległo się pukanie do drzwi.

– Proszę wejść – rzekł uprzejmie.

W drzwiach stanęła Helena, jego sekretarka.

– Goniec przyniósł to dla pana przed chwilą. Mówił, że pilne. - Młoda kobieta w okularach trzymała w ręku niedużą, szarą kopertę.

– Dziękuję, moja droga. – Szmurłowski wziął korespondencję i wrócił na miejsce, szukając nożyka do papieru pod stosem materiałów. – Już późno. Idź do domu dziecko, ja mam coś jeszcze do zrobienia.

Zdziwił się bardzo, gdy przeczytał nazwisko na kopercie. Nadawcą był A.F. Biełuk, szanowany lekarz z Krakowa, obecnie dyrektor dużego zakładu szpitalnego w Dłutowie. Swego czasu kolegowali się, ale ich drogi się rozeszły, kiedy na łamach „Przeglądu Gnozeologicznego” spierali się o status parapsychologii. Biełuk był sceptykiem i na każdym kroku zwalczał „szalbierzy” i „ignorantów”, jak bez ogródek nazywał badaczy mediumizmu. Co więcej, krytykował nawet zwykłych terapeutów zajmujących się praktykowaniem hipnozy leczniczej.

– Do widzenia – powiedziała sekretarka. Uśmiechnęła się, widząc że naukowiec myślami jest gdzieś daleko i cicho zamknęła za sobą drzwi pracowni; on tymczasem niecierpliwie otwierał kopertę i dopiero oddalające się stukanie pantofli na schodach przypomniało mu o niej.

List napisany był drobnym, ale wyraźnym pismem, i brzmiał następująco:

 

Dłutowo, 15 kwietnia 1935 r.

 

Szanowny Panie Doktorze,

 

Piszę do Pana, aby omówić dwie ściśle powiązane ze sobą kwestie; szczególnie druga może zainteresować Pana jako filozofa i badacza zjawisk parapsychicznych, dostarczając interesującego materiału do przestudiowania.

Pierwsze niech będzie moje przyznanie się do błędu i przeprosiny, które składam niniejszym na Pana ręce. Myliłem się bowiem bardzo, gdy przed laty ogłosiłem swoje – napastliwe w tonie – artykuły, a Pan padł ofiarą mej polemicznej zapalczywości. Druga zaś kwestia dotyczy najdziwniejszego zdarzenia, jakie widziałem w swoim życiu (a widziałem niemało, bo jak Pan zapewne pamięta, w czasie Wielkiej Wojny byłem lekarzem frontowym w CK Armii).

Nie sądzę, aby rzucił Pan już w niepamięć nasze zatargi dotyczące interpretacji niektórych przypadków klinicznych czy moje wątpliwości odnośnie stosowania hipnozy jako metody leczniczej. Na swoją obronę zaznaczę jedynie, że tamta krytyka wyrażała li tylko me najszczersze przekonania i troskę o dobro pacjentów – histeryków i neurotyków. Czynniki te do niedawna nie pozwalały mi uwierzyć w nic, co wykraczałoby poza znane nam zjawiska przyrody. Do wczoraj jeszcze gorąco wierzyłem, że fenomeny psychiczne redukują się do biologii, biologiczne zaś do chemii i fizyki. Ubolewam, że anatomo-patologiczny kierunek, któremu schlebiałem przez lata, nie pozwalał mi dostrzec w Panu nowatora, który w istocie pragnie uzupełnić naukę, a nie ją podważyć. Tu tylko leżało źródło mych prób skłonienia środowiska do odmówienia Panu, jako doktorowi filozofii, a nie medycyny, prawa do pomagania ludziom. Raz jeszcze przepraszam i nieśmiało liczę, że dawna animozja przerodzi się w sympatię, gdy tylko zakomunikuję Panu moje doświadczenie.

Ad meritum. Wczoraj przed południem przyjąłem do naszego zakładu nową pacjentkę - panią Zofię Szczechowicz. Urodzona w Kaliszu, wdowa, po śmierci męża przeprowadziła się do Dłutowa. Bezdzietna, siedemdziesiąt pięć lat, inwalidka (w wyniku urazu sprzed lat amputowana lewa ręka na wysokości kłykcia łokciowego). Koszty utrzymania zobowiązała się pokryć jej bratanica, panna Eliza Muszczyńska. P. Eliza powiadomiła mnie, że dziwne zachowanie, zaniki pamięci i urojenia, które nasiliły się w ostatnich tygodniach u ciotki, uniemożliwiają dalszą opiekę domową. Wobec faktu, że p. Muszczyńska jest jej najbliższą rodziną i widząc zły stan psychiczny staruszki, zdecydowałem o przyjęciu kobiety na oddział jeszcze tego samego dnia.

A teraz o zjawisku, którego świadkami byłem ja i Adolf Rwecki (pielęgniarz). Do zdarzenia doszło wczoraj ok. godz. 20-tej w oddzielnej sali, gdzie tymczasowo umieściliśmy pacjentkę, stwierdziwszy u niej demencję starczą średniego stopnia i omamy wzrokowo-słuchowe. Rwecki właśnie uspokajał ją, a ja objaśniałem obecne położenie, gdyż nie w pełni zdawała sobie sprawę z sytuacji, w której się znajdowała (mam zasadę, że zawsze staram się osobiście zapoznać z moimi nowymi podopiecznymi). W pewnym momencie usiadła na łóżku i weszła w odmienny stan świadomości, który zdążyliśmy już raz zaobserwować, gdy przed paroma godzinami żegnaliśmy jej bratanicę. W owym stanie twarz jej przybrała zupełnie nietypowy grymas, tworząc wrażenie, jakoby zmieniły jej się rysy (wrażenie wynikające z anormalnego napięcia mięśni twarzy). Tak jak wcześniej, mówiła głosem zmienionym, chrapliwym, zdania urywane i pozbawione sensu. Na fizjognomii znać było przerażenie, jak u człowieka będącego w bezpośrednim zagrożeniu życia. O ile jednak za pierwszym razem pacjentka rychło uspokoiła się i wróciła do względnej przytomności umysłu, teraz doświadczała swych przeżyć znacznie intensywniej. Jej ciało drżało, ale oczy, nieruchome jak u trupa, wpatrywały się sztywno w ścianę naprzeciw łóżka. Po chwili wyciągnęła kikut ręki w stronę Rweckiego, który stał dokładnie między nią a ścianą. Osobliwa to była scena. Niemal równocześnie Rwecki ujrzał podłużny cień (ja go nie dostrzegłem, gdyż skupiłem się na twarzy pacjentki, zaciętej i zarazem pełnej trwogi) wyłaniający się z jej ciała i uczuł ogromny ból. Upadł na podłogę, a wtedy kobieta poczęła kreślić w powietrzu znaki, poruszając kikutem. I choć znajdowała się o przeszło trzy metry od ściany, zobaczyłem wyraźnie, jak ten papier przede mną i pióro, które trzymam w ręce, głębokie rysy żłobione na białej powierzchni, układające się w litery i słowa.

Jestem świadom istnienia wielu relacji o telekinezie, uchodzących w Pana środowisku za wiarygodne. Wszystkie tego rodzaju historie uważałem za wyssane z palca bądź wynikłe z błędnie interpretowanych obserwacji niekompetentnych badaczy. Domniemania, jakoby istniała jakaś energia psychiczna, zdolna wyłaniać się z organizmu niezależnie od pośrednictwa mięśni i nerwów, budziły we mnie najgorętszy sprzeciw. Lecz to, cośmy z Rweckim widzieli w doskonałym świetle lamp elektrycznych, podważa moje dotychczasowe przekonania. Dlaczego do Pana piszę? Skoro już wiem, że takie fenomeny istnieją, gdyż sam byłem świadkiem jednego z nich, pragnę nie tylko pomóc mej pacjentce, ale jednocześnie zrozumieć to, co widziałem. Pragnę zarazem, aby wsparł mnie znawca w dziedzinie zjawisk parapsychicznych. Wiem skądinąd, że Pańskie długoletnie zaangażowanie w prace Polskiego Towarzystwa Badań Psychicznych, udział Pański w kolegium redakcyjnym „Zagadnień Metapsychicznych” (tak, tego samego, którego wydawcę określiłem niegdyś mianem głupca, czego dziś bardzo żałuję), a także kontakty międzynarodowe z naukowcami, którzy zajmują się tą dyscypliną we Francji, Niemczech i Anglii, czynią z Pana najwłaściwszą osobę, do której mogę się zwrócić. Jeśli istnieje możliwość wyprowadzenia mojej pacjentki z patologicznych stanów psychicznych, nie mogę nie skorzystać z okazji, by prosić Pana o pomoc, w zamian zaś ofiaruję studium niezwykłego przypadku i zajmujący materiał spostrzeżeniowy, który może pozwoli określić istotę telekinezy, a nawet włączyć tę wiedzę do kanonu uznanych nauk przyrodniczych.

 

Z serdecznymi pozdrowieniami,

 

Lek. med. Adam F. Biełuk

Dyrektor Zakładu Opiekuńczo-Leczniczego,

ul. Legionów Polskich 7, Dłutowo

 

 

- A to ci dopiero! - powiedział do siebie Szmurłowski, odłożywszy list na biurko. – Biełuk nawróconym parapsychologiem! Koniec świata… Muszę koniecznie zobaczyć tę jego pacjentkę.

Uczony był tak zaaferowany treścią wiadomości, że zupełnie zapomniał o recenzji monografii Driescha. Zostawił biurko w nieładzie i schował list do kieszeni, po czym prędko włożył płaszcz i kapelusz. Wychodząc z gabinetu, chciał bezzwłocznie zająć się sprawą.

 

*

 

Szpital Biełuka położony był na obrzeżach miasta. Za nim ciągnęły się tylko pola uprawne, lasy i łąki, spowite już mrokiem nocy. Kilka minut po dwudziestej w pobliżu trzypiętrowego, modernistycznego gmachu zatrzymał się automobil Szmurłowskiego - czarny Fiat 508. Wysiadając, badacz pomiótł wzrokiem po fasadzie budynku. Białe mury, duże, szerokie i przestrzenne okna, w których paliły się światła, nasunęły mu myśl, że budynek ten jest najzwyklejszym miejscem na świecie, gdzie wszystko da się rozplanować i zmierzyć. Jego nowoczesna, uporządkowana forma zdawała się przeczyć atmosferze niesamowitości, która tak mocno biła od listu Biełuka. „Może poczciwy lekarz mimo wszystko padł ofiarą halucynacji”, zastanawiał się Szmurłowski. Dziarskim krokiem ruszył w stronę wejścia, idąc szeroką aleją z dwóch stron obsadzoną rzędami wysokich sosen.

 

- Dobry wieczór, doktorze Szmurłowski. Liczyłem, że pan się zjawi – usłyszał za sobą, gdy był już na pierwszym piętrze, rozglądając się za gabinetem dyrektora. Z jednej z sal niespodzianie wyłonił się Biełuk we własnej osobie. Szmurłowski poznał go od razu. Wystarczyło przelotne spojrzenie, by uznał, że jego dawny znajomy postarzał się. Brakowało mu niewiele do pięćdziesiątki, ale wyglądał na znacznie więcej. Lekarz był szczupły, miał zmęczoną twarz o ostrych rysach, bardzo bladą, jakby nie spał od dłuższego czasu. Znać było jednak po nim, że bardzo się cieszy z wizyty Szmurłowskiego. Zaprosił go do siebie i już po chwili siedzieli w cichym, schludnym gabinecie pogrążeni w rozmowie, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zniknął cały ten mur niechęci i wzajemnych nieporozumień, który dzielił ich od lat.

Gdy szli później korytarzem szpitalnym, Biełuk zatrzymał jedną z pielęgniarek i wydał jej polecenie:

- Proszę znaleźć Rweckiego, niech przyjdzie do sali numer 60.

Udali się schodami na drugie piętro. Sala, której szukali, znajdowała się na końcu długiego korytarza. Weszli do pomieszczenia. Wewnątrz rozmieszczono dwa rzędy łóżek, ale tylko jedno było zajęte. Zofia Szczechowicz, drobna, pomarszczona staruszka, leżała na plecach i cicho chrapała. Jej ręka i nogi były przypięte pasami do łóżka.

– Śpi spokojna jak anioł. – Uśmiechnął się Szmurłowski. – Kiedy przechodziła ostatni atak?

– Dziś rano. – Biełuk podszedł do okna i delikatnie je uchylił. Do środka wpadł ciepły wietrzyk, niosąc ze sobą zapach sosen z alei szpitalnej. – Ale jedynie bredziła od rzeczy. Nie działo się nic podobnego do tego, co widzieliśmy wczoraj.

– W takim razie poczekajmy, aż się pacjentka obudzi. Jak rozumiem, napis za panem to właśnie świadectwo fenomenu, który opisał pan w liście? – Szmurłowski wskazał palcem na duży napis „Ratuj mnie!” na ścianie za plecami dyrektora.

– Tak właśnie jest – potwierdził Biełuk. – Gdyby nie to, byłbym przekonany, że padłem ofiarą halucynacji. Lecz, jak mi Bóg miły, widziałem litery samoistnie ryjące się w tym miejscu, w doskonałym świetle… jestem pewny, że bez fizycznej ingerencji nikogo z nas.

Gdy dyrektor kończył mówić, do sali wszedł młody, dwudziesto-paroletni mężczyzna. Był barczysty i silny, ale kiedy spojrzał na śpiącą kobietę widać było, że odczuwa strach.

– Pan dyrektor mnie wzywał – powiedział cicho, zerkając ukradkiem na pacjentkę.

– Rwecki, co z wami? Ręce wam drżą. – Biełuk patrzył na niego z dezaprobatą. – Boicie się staruszki?

– Nie staruszki się boję, ale tego diabelstwa, które w niej siedzi – odparł urażony pracownik i przeżegnał się.

– Panie Rwecki. Czy byłby pan łaskaw opisać mi zdarzenie, tak jak wyglądało z pana perspektywy? – zapytał Szmurłowski.

– Ta kobieta… ona… kiedy pan dyrektor tłumaczył jej, że jest w szpitalu i być może zostanie tu dłużej… bo ona myślała, że tylko na badania i niedługo wróci do domu… – Rwecki mówił szybko i jąkał się. – Więc ona zaczęła paplać coś, tak dziwnie. Nie mogliśmy tego pojąć. Ale to był głos, jak gdyby mówił mężczyzna. Wielem już widział szaleńców, ale dreszcz mnie wtedy przeszedł. Ona usiadła. Potem uczułem taki ból, ogromny, jakby mnie kto żelazem przypalał pod obojczykiem. O, tutaj. – Mężczyzna rozpiął białą koszulę pod kołnierzykiem i rozchylił ją. Na skórze miał szeroką, purpurową plamę. – Bolało tak mocno, że upadłem. I wtedy dyrektor kazał mi patrzeć na ścianę. Odwróciłem się i widziałem, przysięgam na moją matkę, że tak było… widziałem jak napis sam się ryje w ścianie. Mówię panu, to jest wszeteczne diabelstwo, prawdziwy znak diabelski.

– Dyrektor wspomniał, że widział pan kształt wyłaniający się z ciała pacjentki. Co to pańskim zdaniem mogło być?

– Pan dyrektor tego nie dostrzegł, ale ręczę, że gdyby patrzył z tego samego miejsca na przestrzeń między nami, też by to zobaczył.

– Dobrze więc, zatem co dokładnie pan widział? – indagował dalej Szmurłowski.

– Ona wysunęła kikut ręki w moją stronę, mierzyła nim we mnie. I wtedy zaczął się tworzyć z przodu taki szary zarys. Widziałem jego granice, choć przypominały cień i trzeba było wytężyć wzrok. Taka półprzezroczysta ręka, ale z uformowanymi palcami. Wysunęła się z jej ciała, z tego miejsca. – Zatrzymał się na chwilę i wziął głęboki wdech, sięgając ręką do kieszeni. – To coś dotknęło mnie. Szarpnęło tak bardzo, że aż się przewróciłem z bólu. Zaraz znikło i już nic nie widziałem. Ale to na pewno była ręka, tylko taka uformowana z powietrza. Przez ułamek sekundy miałem wrażenie, że ręka ta trzyma ostrze czy szpikulec. Tak było, panowie. – Szmurłowski spojrzał uważnie na Rweckiego. Wzburzenie i zabobonny strach pielęgniarza wskazywały, że jego relacja jest prawdziwa, a zdarzenie odcisnęło na nim swoiste piętno.

– Rwecki, a co tam trzymacie w ręku? – zainteresował się jego przełożony.

Pracownik powoli rozchylił dłoń, którą uprzednio sięgał do kieszeni. Jak się okazało, ściskał w niej medalik ze świętym Benedyktem. Postać świętego dzierżyła krzyż w prawej, uniesionej ręce i księgę w lewej. Rwecki nabożnie ucałował medalik i schował go z powrotem do kieszeni. Biełuk i Szmurłowski spojrzeli na siebie porozumiewawczo, następnie odezwał się dyrektor:

– Możecie już odejść, Rwecki. – Mężczyzna skinął głową i wyszedł na korytarz, ale Biełuk zatrzymał go jeszcze i dodał łagodnie: – Przydzielę was na inne piętro, żebyście nie musieli tu zbyt często zaglądać.

Zostali sami. Po niespełna pięciu minutach pacjentka się przebudziła. Otworzyła oczy i spojrzała na nich. Chciała się podnieść, ale skrępowana pasami zabezpieczającymi, nie mogła się poruszyć.

– Gdzie jestem? – zapytała.

– Pani Zofio, wczoraj to wyjaśniałem – odezwał się Biełuk. – Już pani zapomniała?

– Nic nie wiem, nie pamiętam.

Leżała tak przez dłuższą chwilę, przepytywana przez nich dla lepszego wybadania jej stanu psychicznego. Bieluk skonstatował, że kobieta jest w gorszej kondycji umysłu niż w momencie przyjęcia do szpitala. Myślała, że ciągle znajduje się w domu, nie mogąc przypomnieć sobie czegoś więcej, nawet tego, ile ma lat i jakie imię nosi bratanica, u której mieszkała. Po kilku minutach bezowocnej rozmowy do sali weszła pielęgniarka, niosąc posiłek na tacy. Staruszka była spokojna, odpięła więc pasy i pomogła jej usiąść na łóżku. Pacjentka z apetytem zaczęła jeść zupę, a w międzyczasie Szmurłowski i Biełuk stanęli z boku, chcąc na osobności rozważyć kolejne kroki, które winni podjąć.

– Wygląda na to, że dzisiaj nie wydobędziemy z niej żadnej pożytecznej informacji, ale niech pan jeszcze zaczeka. Zobaczymy, jak będzie się zachowywała po kolacji – zachęcał dyrektor.

– Dobrze, zatem poczekajmy.

Patrzyli na kobietę, która powoli przechylała talerz z zupą kartoflaną, aby wybrać zeń resztę jedzenia.

– Co pan sądzi o cieniu czy też kształcie, który widział Rwecki? – Biełuk przerwał przedłużającą się ciszę. – Przyznaję, że to dla mnie zupełnie niezrozumiałe.

– Dla pana jest niezrozumiałe – roześmiał się dobrodusznie Szmurłowski – bo nie wierzy pan w ręce eteryczne.

– A cóż to są ręce eteryczne? Pierwsze słyszę.

– Bez wątpienia najlepiej objaśniłby to panu profesor Watraszewski, mój kolega z warszawskiego Towarzystwa Psycho-Fizycznego, który kilkakrotnie obserwował proces wyłaniania się kończyn eterycznych na seansach mediumicznych. Otóż były to twory nietrwałe, niepozostawiające fizycznych śladów poza formami zrobionymi w rozgrzanej parafinie lub odciskami w glinie. Nadto widoczne były tylko w półmroku. Jeśli zaś moje domysły są słuszne i Rwecki był świadkiem podobnego zjawiska w dobrym oświetleniu, ta przemiła staruszka może mieć rozwinięte zdolności medianimiczne.

– Mówi pan zagadkami, a ja nadal nie rozumiem istoty rzeczy – niecierpliwił się Biełuk.

– Zacznijmy od tego, że fenomen znany jest od tysięcy lat. Oglądali go wtajemniczeni kapłani starożytnego Egiptu, gnostycy w późnym antyku, a także nowożytni uczeni parający się okultyzmem, jak John Dee czy Paracelsus. Czasami wywołują go na seansach materializacyjnych współcześni nam teozofowie i spirytualiści, ale potrzeba do tego wyjątkowo uzdolnionych mediów. Chociaż bardzo trudno o pewne warunki obserwacji, zebrane świadectwa pozwalają wnioskować, że przynajmniej część tych relacji jest prawdziwa. Wszyscy ci ludzie od wieków oglądali to samo, mianowicie zjawisko wyłaniania się z medium pogrążonego w transie jego drugiej, duchowej postaci, która za życia jest ściśle złączona z organizmem ludzkim. Porównać ją można do widma, zjawy czy sobowtóra. Niektórzy widzieli podobne kształty w pobliżu nagrobków lub w domach niedawno zmarłych osób, co sugeruje, że śmierć jest definitywnym rozłączeniem postaci eterycznej człowieka od jego ciała fizycznego. W wyjątkowych wypadkach może więc dochodzić do częściowej lub całkowitej materializacji ciała eterycznego. Tworzywem takiej materializacji jest substancja, którą parapsycholodzy zwykli nazywać ektoplazmą. Wiadomo, że jest ona nietrwała, ale bardzo plastyczna i może przybierać przeróżne kształty, a nawet, w wyjątkowych wypadkach, powodować spektakularne zjawiska telekinetyczne.

– Trudno w to wszystko uwierzyć. Myśli pan, że część „istoty duchowej” pacjentki wyłoniła się z niej, zraniła mego pracownika, wyryła litery na ścianie i wróciła na swoje miejsce? Zaczynam już wątpić w to wszystko.

– Cóż, to pan był tu wczoraj, nie ja – odciął się Szmurłowski. – Jeśli pan nie wierzy w świadectwo własnych zmysłów, niepotrzebnie tracimy nasz cenny czas. Tymczasem powiem panu coś jeszcze. Jeśli rzecz przedstawia się zgodnie z moimi przypuszczeniami, Zofia Szczechowicz najwyraźniej chwilowo zmaterializowała swą rękę eteryczną, a pan Rwecki widział to, a nawet boleśnie odczuł. Mimo iż od wielu lat kobieta nie posiada lewej ręki, jej eteryczna forma może ciągle egzystować w innej sferze czy też na innym planie otaczającej nas rzeczywistości.

– Doprawdy, to niesamowite, co pan mówi. Jeśli tak jest, zjawisko opisane przez pana rzuca nowe światło na psychologiczne aspekty bólu fantomowego w amputowanych kończynach… choć jako lekarz jestem pewny, że pochodzenie tego ostatniego jest organiczne i powiązane z wrażeniem zarejestrowanym w tkankach mózgu.

– Jedno chyba nie wyklucza drugiego – rozważał głośno Szmurłowski. – Być może inwalida odczuwa bóle w nodze lub ręce, a jej eteryczny, subtelny kształt nadal istnieje, choć chirurg odjął materię, która go wypełniała.

Nagle przy łóżku chorej rozległ się krzyk pielęgniarki i huk tacy upadającej na podłogę.

– Uwaga! – krzyknął Biełuk i pociągnął ze sobą Szmurłowskiego. Talerz rzucony przez niewidzialną siłę śmignął dosłownie centymetr obok głowy badacza i uderzył w okno, tłukąc je i rozsypując wokół kawałki szkła. Przerażona pielęgniarka z płaczem wybiegła z sali. Mężczyźni potrzebowali trochę czasu, aby uspokoić pacjentkę i ponownie zabezpieczyć ją pasami. Gdy opanowali sytuację, znów leżała bezczynnie, nie stawiając oporu. Nadal nie pamiętała o zdarzeniach, do których doszło po jej rozstaniu z bratanicą. Miała świadomość swej osobowości, ale na pytania odpowiadała zdawkowo, niechętnie, plątając się w rozmowie. Nie dowiedzieli się od niej niczego wartościowego. W końcu Szmurłowski odezwał się do swego towarzysza:

– Zastanawiam się, do czego odnieść napis na ścianie. Ciągle tego nie wiemy. Myślę, że powinienem zamienić parę słów z bratanicą pacjentki.

– Dobry pomysł – przytaknął Biełuk. – Zatelefonuję do niej i pokrótce objaśnię, jak się sprawa przedstawia. Mam nadzieję, że zgodzi się z panem spotkać.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Canulas 3 miesiące temu
    Przeczytane.
    Świadomy, dobrze uformowany styl. Widoczny "risercz" i dobre rozpracowanie tematu z zachowaniem adekwatnych realiów. Tekst ciekawy, zmyślnie poprowadzony.
    Bardzo dobrze zogniskowana treść.
    Nie nudzi, a wciąga.
    Można dopieścić pod kątem dookreśleń, bo czasem wiadomo, kto i co, ale to bardziej czepialstwo niż zarzut.
    Sztywne pięć.
    Bardzo dobry, ciekawie napisany tekst.
  • spirytysta 3 miesiące temu
    Bardzo dziękuję i cieszę się, że Ci się spodobało :)
  • Canulas 3 miesiące temu
    Limit, to dwa tekstu na dobę. Przekroczyłeś(aś?) i dlatego druga część trafiła od razu na półkę.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania