Poprzednie częściZjawa - Rozdział I  Zjawa - Rozdział II  

Zjawa - Rozdział III

Leżący na miękkim podłożu mężczyzna oddychał powoli, gdy kobieca dłoń z wolna przeczesywała jego włosy. Przestrzeń zdawała się być jakaś gęstsza i senniejsza. Gdzieś wkoło rozleniwiały się promienie słoneczne tworzące złociste smugi. Wtem z jego ust poczęły wypływać słowa:

– Miałem sen… Dzień był mglisty. Powietrze przesiąknięte stęchlizną. Stałem w rozległym, opuszczonym magazynie. Przeładowywałem czarny pistolet, gdy przestrzeń przeszył głośny dźwięk syreny statku. Kolejno odciągnąłem energicznie zamek w tylne położenie i zwalniając go obróciłem się ku ustawionym w oddali celom. Przy czternastym strzale dotarło do mnie skrzypienie pordzewiałych zawiasów. Odruchowo począłem zwracać się w kierunku ów dźwięku. Nim jednak zdążyłem to zrobić, usłyszałem pogłos wystrzału i odgłos upadającego na beton ciała. Szok, który mnie ogarnął dopiero po chwili pozwolił mi odzyskać zmysły. Wtedy zorientowałem się, iż piętnasty strzał padł z mej broni. Wiedziałem, iż zrobiłem coś potwornego. Porzuciłem więc broń i rzuciłem się w bieg do umierającego osobnika. Niestety po kilku krokach coś pociągnęło mnie za nogę i rzuciło na ziemię. Byłem jednak zbyt spanikowany, aby się tym przejmować. Spróbowałem więc wstać. Niestety moje ciało było zbyt ciężkie. Począłem się więc czołgać. Zamiast jednak się zbliżać ku umierającej postaci, oddalałem się. Do ogarniającej mnie paniki poczęło dołączać się uczucie pustki, jakby wyżerające moje wnętrzności. Zupełnie jakby wszystko traciło sens. Z każdą chwilą zaczynałem zwracać większą uwagę na elementy otoczenia. Wpierw zaobserwowałem czerwone ściany, pokryte złotymi znakami. Następnie dotarło do mnie sztuczne światło licznych lamp i symfonia dźwięków otoczenia, która składała się z wrzasków, syreny alarmu, tupotu stóp i cichej muzyki lecącej nie wiadomo skąd. Zimne dreszcze przebiegły nagle po mym ciele, niby jako zapowiedź czegoś złego. Zignorowałem je jednak, gdy niespodziewanie znalazłem się przy konającej kobiecie. Była taka blada. Taka piękna. Jej cudowne blond włosy opadały kaskadami na ciemną podłogę, wymyślnie z nią kontrastując. Czarne źrenice, otoczone przez jasnozielone tęczówki, które ozdobione były charakterystycznymi ciemnymi plamkami świdrowały pustym wzrokiem. Chciałem coś powiedzieć. Chciałem, by ona coś rzekła. Mimo to panowało milczenie. Martwi głosu nie mają.

Jego opowieść, choć niezwykła, nie wywarła żadnego wrażenia ni to na otoczeniu, ni na osobie, która gładziła jego głowę. Westchnął więc przeciągle, postanawiając wrócić do drzemki, którą niedawno się delektował. Niestety uczucie pustki zaczęło rosnąć w jego piersi, by pożreć wnętrzności i stworzyć białą próżnię. To sprawiło, iż zadał sobie jedno pytanie, którego nigdy nie powinien był w takiej sytuacji formułować.

Kto przeczesuje me włosy?

Chwilę po tym rozwarł powieki, by ujrzeć fluorescencyjne gwiazdki przytwierdzone do czarnego sufitu. Ciało wierzgnęło zaś jakby chciało udowodnić sobie, iż jeszcze żyje. Efektem tego było nic innego, jak mocne uderzenie głową i kolanem w ścianę, a także syk będący manifestacją bólu. Po tym pojawiło się gardłowe jęknięcie. W jego trakcie mężczyzna zmusił swe mięśnie do ruchu, w celu posadzenia się na skraju łóżka.

– Wspaniale… – mruknął zauważywszy iż jego obie kończyny górne zdrętwiały i odmawiają współpracy.

Tak niekorzystny fakt nie zniechęcił go jednak do podniesienia się na nogi i po chwili nie tyle stał, co kroczył chwiejnym krokiem w stronę okna. Dotarłszy na miejsce, odsłonił żaluzje i wpuścił do wnętrza ostre światło, które zmusiło go do opuszczenia powiek. W tym momencie nastąpiło kolejne gardłowe jęknięcie. Poprzedziło ono cmoknięcie, jak również początek spełniania porannych potrzeb. Wpierw wizyta w łazience w celu opróżnienia pęcherza i obmycia twarzy wodą. Następnie spacer do kuchni, by zagotować wodę i przygotować kubek z dwoma, kopiastymi łyżeczkami kawy. Ostatecznie odwiedziny salonu, padnięcie na kanapę, kolejne cmoknięcie i pozwolenie organizmowi na oswojenie się z podjętym wysiłkiem. Był to dla niego niemal poranny rytuał. Wszystko odbywało się zawsze tak samo. Wszystko prócz jednego, zażycia leków. Ta niecodzienność urzeczywistniła się, gdy mężczyzna sięgnął po leżące na ławie pudełko, które wstrząśnięte nie wydało żadnego dźwięku.

– Cholera… – mruknął, wsłuchując się jednocześnie w odgłos pracującego czajnika.

– Nie jest dobrze zaczynać dzień od przekleństwa. – padła uwaga kogoś, kogo nie było w pomieszczeniu.

– Co ty nie powiesz? – bąknął w odpowiedzi, podnosząc się ciężko, po czym poszedł zalać swoją kawę.

Następnie wrócił do salonu, gdzie znalazł swój telefon i usadowiwszy się z powrotem na skórzanym meblu wybrał jedyny numer, który przyszedł mu na myśl.

– Zajęta jestem. Czego chcesz? – odezwał się po kilku sygnałach kobiecy głos.

– Mogłaby pani doktor załatwić mi receptę na leki? – zapytał, starając się być miły.

– Kiedy ty ostatnio się widziałeś ze swoim lekarzem? – zainteresowała się niepotrzebnie.

To sprawiło, iż zniechęcony do dalszej rozmowy rozłączył się i odrzucił urządzenie komunikacyjne na bok.

– Dlaczego ona w ogóle ode mnie odbiera? – przebiegło mu przez myśli, nim jego umysł zaczął gdzieś umykać.

– Dzień dobry drodzy słuchacze! – odezwał się nagle głos z radia – Witam was w ten poranek, popołudnie, wieczór, czy jakąkolwiek porę teraz mamy. Dzisiejszy temat? Utrata. Każdy z nas coś traci. Czy to jako dziecko zabawkę, czy jako dorosły pracę. Straty są dwojakie. Z niektórymi można się pogodzić, a z innymi trzeba żyć. Ale czy nie prościej byłoby umrzeć?

– Od kiedy mam radio? – zapytał sennie, tracąc z dużą szybkością świadomość.

 

Nagły i niespodziewany dźwięk wiadomości wyrwał otumanionego snem mężczyznę z nieświadomości, wywołując tym samym niemrawy jęk niezadowolenia. Jasność ekranu, gdy postanowił nań spojrzeć, zraniła zaś jego wzrok.

– Zniżka dwadzieścia procent na buty sportowe… – wymamrotał, a następnie wziął głęboki wdech, by nawet nie zastanawiać się, kiedy zapisał się na jakąś elektroniczną formę biuletynu.

Już chciał wygasić ekran i podrzemać sobie jeszcze chwilę, gdy urządzenie odezwało się ponownie, oświadczając, iż ktoś dzwoni.

– Słucham. – jego głos był równie stanowczy co zawsze, gdy odbierał połączenie.

– Jutro masz wizytę o dziewiątej. Zapisałam cię, żeby nie było jak ostatnim razem – oświadczył znajomy, damski głos.

– Jesteś kochana – odpowiedział, pragnąc się jak najszybciej rozłączyć.

– Ustawiłam ci przypomnienie w kalendarzu. Powinno się pojawić godzinę wcześniej – dodała rozmówczyni, brzmiąc jakby chciała przedłużyć rozmowę.

– Jesteś taka cudowna. Nie musiałaś… – rzekł z niezwykłą ironią, której wywoływać w swym głosie nie pragnął.

Po tych słowach zapadła chwila ciszy. Uznał ją za dobrą sposobność do rozłączenia się, jednak nagle do jego świadomości napłynęło pytanie, którego nie omieszkał zadać.

– Jak nazywał się ten radiowiec, który zmarł ostatnio w wypadku? – zapytując, usiadł na krawędzi łóżka i przetarł twarz dłonią.

– Jaki radiowiec? – odpowiedziało pytanie pełne niezrozumienia.

– Ten , który… – zaczął mówić, lecz przerwał, gdyż zasłonięte żaluzje w jego oknie wywołały jego zdziwienie – Dzwoniłem do ciebie, abyś załatwiła mi receptę, nie?

– Nie… Wyszedłeś jak zasnęłam i od tamtej pory nie dzwoniłem – odparła kobieta, przywołując sobie ostatnie wspomnienia.

– No tak… Coś mi się pomyliło – westchnął, po czym wstał i ruszył, aby wpuścić do wnętrza nieco słońca. – Jeszcze raz dziękuję. Co ja bym bez ciebie zrobił?

– Nie poszedłbyś do lekarza? – zapytała ze śmiechem.

– Zapewne – mruknął, a nie wiedząc co mógłby więcej rzec zakończył rozmowę – Zmykam. Pa.

– No pa – odparła, po czym połączenie się zakończyło.

W tym momencie detektyw odsłonił żaluzje, przy których stał. Przez jego źrenice przeleciały do wnętrza oka delikatne promienie świetlne poranka. Skonfundowany tym widokiem odwrócił się gwałtownie, by spojrzeć w pomalowany białą farbą sufit.

– Miałem dziwny sen… – mruknął do siebie, po czym podrapał się po głowie, ziewnął i skierował swe korki do salonu.

Tam otworzył okno, by nieco przewietrzyć mieszkanie i spojrzał na zewnątrz. Nie dostrzegł nikogo. Wywnioskował więc, iż wstał w tej porze, w której wszyscy już dawno wybyli do pracy, a spóźnialscy, którzy zaspali, jeszcze nie zdążyli się obudzić. Błyskawicznie znudził się tym widokiem i stwierdził, iż potrzebuje kawy. Odwrócił się więc, przeciągnął z jękiem i już miał iść do kuchni, gdy ujrzał na ławie gorący napar, parujący z jego ulubionego kubka. Zmarszczył brwi w konsternacji i zbliżył się do ów naczynia, które wydawało się być ewenementem tego poranka. Następnie złapał za ucho i nierozważnie wziął łyk.

– Wygląda jak kawa… Pachnie jak kawa… Smakuje jak kawa... – po każdym zdaniu brał kolejny łyk, aż w końcu zadał sobie pytanie – Ale czy to jest kawa?

Nie zorientowawszy się kiedy wypił wszystko. Udał się więc, aby zrobić sobie więcej, a w trakcie tego złapał swego laptopa i wcisnął przycisk, który winien go uruchomić. Dopiero po chwili zauważył, iż ten uparcie odmawia jakiejkolwiek współpracy. Dlatego też zaczął oglądać się za ładowarką, której mimo swej determinacji nie mógł nigdzie znaleźć. Poddał się po niedługich poszukiwaniach i dokończył przygotowywanie upragnionego napoju. Po tym udał się do salonu, gdzie rozsiadł się wygodnie na kanapie i sięgnął po telefon, który wcześniej na nią rzucił. Następnie wybrał numer do człowieka, który gotów był pomóc mu z każdym problemem.

– No hej. Kojarzysz tego radiowca co zginął w wypadku? – rzucił, gdy tylko połączenie zostało odebrane.

– Zyguś? – zapytał męski głos.

– Kto? – nie zrozumiał.

– No Zyguś. – rozmówca zrobił sobie przerwę na ziewnięcie – Lubiłem jego audycje. Szkoda gościa. Co z nim?

– Mógłbyś mi załatwić jego akta? – zapytał słodkim głosem, jakby mówił do swej kochanki.

– Mogę je wyciągnąć, ale będziesz musiał po nie przyjść. Za godzinę wychodzę z roboty i jadę do teściowej na obiad – oświadczył, brzmiąc jakby miał za dużo na głowie.

– Ona nie mieszka na drugim krańcu kraju? – zdziwił się detektyw, poprzedzając tym głośne siorbnięcie.

– No właśnie mieszka… – jęknął młodzieniec i przybierając normalny ton kontynuował – Ale co poradzisz? Wiesz jak to jest.

– Nie mam pojęcia i chyba nie chcę nigdy mieć – oświadczył, a następnie dodał rozłączając się – Dzięki.

Po tej rozmowie wypuścił głośno z płuc powietrze i zaczął rozmyślać.

Co tu zrobić, aby zrobić, ale się nie narobić?

Zapytanie to krążyło w jego głowie, gdy w końcu wpadł na genialny pomysł i otworzył rejestr połączeń. Błyskawicznie odnalazł odpowiedni numer i wybrawszy go zaczął wsłuchiwać się w charakterystyczne dźwięki.

– Komen… – odezwał się kobiecy głos.

– Cześć Kasiu. Mógłbym dostać numer do nowej? – nie dał jej nawet wypowiedzieć słowa.

– Dzień dobry Detektywie – rozmówczyni rozbudziła się nagle – Oczywiście.

– Dziękuję bardzo – odparł miło.

– Ma pan coś do pisania? – upewniła się, nim zaczęła podawać odpowiednie cyfry.

– Oczywiście – rzucił, panicznie szukając długopisu i kartki.

W czasie, gdy próbował je odnaleźć, usłyszał numer o który poprosił. Zbyt jednak przejęty poszukiwaniami, w ogóle go nie zapamiętał. Dlatego dopiero, gdy chwycił za jakiś ołówek i pochylił się nad ławą, rzekł:

– Przepraszam, czy mogłabyś powtórzyć? Coś przerywało – znalazł sobie wymówkę.

– Dla ciebie wszystko – rzuciła zalotnie.

– Yhym… – mruknął lekceważąco.

Na to rozmówczyni zrezygnowanym głosem, powtórzyła ciąg cyfr jeszcze raz, który został przez niego zapisany na ławie.

– Dziękuję. Jesteś niezastąpiona – pochwalił ją i momentalnie się rozłączył.

Następnie nie marnując czasu, wklepał wszystko do telefonu i wcisnął przycisk, który miał rozpocząć połączenie.

– Halo? – usłyszenie niepewnego zapytania, nieco go zirytowało.

– Dodzwoniłem się do mordercy… – stwierdził twardo, nim wziął łyk czarnego płynu ze swego kubka.

W tym momencie nastała cisza, podczas której słychać było tylko ciężkie oddechy znajdującej się po drugiej stronie połączenia damy.

– …gdyż zabiłaś mój stoicki spokój piękna Anno – dokończył rozkoszując się posmakiem w ustach – Powinniśmy się kiedyś wybrać razem na jakieś lody, czy kawę.

– Oczywiście… – odparła mu lekko drżącym głosem.

– Świetnie. To mogłabyś mi przynieść akta Zygusia z biura? Dziękuję – powiedział zbyt szybko, a następnie równie szybko się rozłączył.

Przez chwilę siedział w zawieszeniu i ciszy, pozwalając aby w jego umyśle rozkwitł pomysł wzięcia prysznica i zjedzenia śniadania.

– Ech… – westchnął, postanowiwszy w końcu wstać – Jestem okropnym człowiekiem.

 

Stuk, Stuk, Stuk. Dźwięk pukania wyrwał leżącego na ziemi mężczyznę z zadumy, zmuszając go do podniesienia się i podejścia do drzwi.

– Wejdź – rzucił otworzywszy je, a gdy stojąca po drugiej stronie osoba wkroczyła do wnętrza, dodał – Czuj się jak u siebie.

– Przyniosłam… – zaczęła brunetka, pokazując białą teczkę.

– Zdejmij buty – przerwał jej, odbierając ów przedmiot.

Po tym udał się do swego biurka, którego nie zwykł często używać. Usiadł przy nim i całkowicie ignorując swego gościa pogrążył się w studiowaniu dostarczonych akt. Zaszokowana zachowaniem swego przełożonego Anna zdjęła buty i udała się na kanapę, aby na niej zasiąść. Stwierdziła, iż będzie to dobre miejsce biorąc pod uwagę, iż prócz podłogi, łóżka i krzesła, które aktualnie było okupowane przez zaczytanego jegomościa, było jedynym do tego się nadającym.

– Może herbaty? – padło ni stąd, ni zowąd zapytanie.

– Chętnie – odparła, spodziewając się, iż inna odpowiedź nie wchodziła w grę.

Następnie zaczęła się podnosić, sądząc iż sama będzie musiała sobie ten napar przygotować. Nim jednak wstała, wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Oto bezczelny w swym zachowaniu i nie obeznany z jakąkolwiek ogładą człowiek podniósł swe zacne cztery litery, a następnie udał się do kuchni. Wtem w mieszkaniu rozległy się wyraźne dźwięki gotującej się wody. Niedługo po tym gdy ucichły. Mężczyzna wrócił do salonu i postawił gorący napar na ławie.

– Pięć minut – rzucił, po czym powrócił do swego zajęcia, tylko po to by po wypowiedzianym czasie przypomnieć – Herbata.

Mimo, iż to powiedział, podniósł się ponownie, aby wyjąć z kubka saszetkę i go jej podać.

– Dziękuję – odpowiedziała krótko wiedząc, iż nawet gdyby chciała dodać coś więcej i tak została by zignorowana.

Nie kłopotała się więc tym i po prostu zaakceptowała fakt, iż jej gospodarz zachował się poprawnie. Miast tego zaczęła się delektować napojem o smaku maliny. Skończyła go dość szybko i nie wiedząc czemu poczuła się senna. Być może powodem tego był fakt, iż ostatniego dnia siedziała do późna spisując raporty i bawiąc się w inną ciekawą papierologię. Bez względu na powód, nie była w stanie pokonać zmęczenia i tak po prostu odleciała świadomością gdzieś w eter.

 

Zmęczony czytaniem jegomość przetarł swą twarz i westchnął przeciągle. To co było w centrum jego zainteresowania, już dawno zostało przez niego przestudiowane, jednak w ferworze wyszukiwania pomniejszych informacji zgubił się gdzieś w głębinach między–sieci. Dopiero teraz poczuł jak to wpłynęło na jego organizm. Cały był zastały i obolały. Wstał więc, zbliżył się do okna i spoglądając na zewnątrz przeciągnął się z jękiem. Po tym zrobił dziesięć powolnych wdechów i wydechów. Kolejno obszedł całe mieszkanie, aby skompletować swój ubiór i coś przekąsić. Na koniec zbliżył się do wyjścia, ubrał swe buty, płaszcz, kapelusz i wyszedł z mieszkania zamykając je za sobą z charakterystycznym szczęknięciem zamka.

 

Stary autobus, który nie powinien znajdować się na drodze ze względów ekologicznych, wtoczył się z piskiem opon do zatoczki i zatrzymał, by wypuścić pasażerów. Tych zaś nie było wielu. Prawdę powiedziawszy był tylko jeden. Przyodziany w płaszcz mężczyzna, który stawiając krok na chodniku, nałożył na głowę swój kapelusz. Gdy pojazd za jego plecami odjechał z charakterystycznym akompaniamentem dźwięków, rozejrzał się w koło i określiwszy swe położenie skierował się w stronę z której dopiero co przybył. Szedł wolnym krokiem około dziesięciu minut, gdy w końcu dotarł do celu. Niestety nie był go do końca pewien. Wyciągnął więc zabrane z akt zdjęcie i przyrównał je do rzeczywistości go otaczającej. Za sobą miał gęsty las. Z prawej na lewo biegła droga. Przed nim zaś wieńczył swą obecność most rozpięty nad szeroką, aczkolwiek stosunkowo płytką rzeką. Nie było mowy o pomyłce. To na pewno było tutaj. Zadowolony więc faktem, iż się nie zgubił, schował zdjęcie do kieszeni i przekroczył ulicę, by zaraz znaleźć się nad ślamazarnie płynącą wodą. Tu zaczął się rozglądać, aż w końcu odnalazł to czego poszukiwał, choć nie było tego zbyt wiele. Jedyne co ostało się po wypadku, który miał tu miejsce, były wyraźne ślady hamowania i potężne wygięcie barierki. Nigdzie nie było widać niczego wyjątkowego. Żadnej poszlaki. Kompletnie nic. Mimo to jakieś głębokie przeczucie mówiło mu, iż coś w tym jest. Namawiało go i korciło do drążenia tego tematu tak mocno, iż mógłby zacząć odnajdywać dowody, które nie istniały. By więc tego uniknąć, oparł się o nienaruszoną cześć ogrodzenia i wziął głęboki wdech. Następnie wypuścił powoli trzymane w płucach powietrze i uspokoił się. Oczyścił swój umysł i spoglądając w będące bliżej horyzontu niż zenitu słońce, poprawił nakrycie głowy spadające mu na oczy.

– Bezsens… – mruknął do siebie, spuszczając głowę w dół.

Najwidoczniej nie przemyślał tego ruchu, albowiem jego kapelusz niechybnie zsunął się z jego czupryny i z gracją zleciał w dół, ku błyszczącej się tafli przeźroczystego płynu.

– Cholercia! – zakrzyknął i zerwał się gwałtownie do biegu.

W mig znalazł się pod mostem i wypatrzywszy element swego odzienia zaczepiony o jakiś wystający głaz, wkroczył do zimnej wody. Ostrożnymi i komicznymi do obserwacji krokami przeszedł jedną trzecią szerokości rzeki, złapał to, po co przyszedł, by kolejno wrócić się na brzeg. Tam będąc odczuł dyskomfort jaki dawały mu przemoczone buty, skarpetki i dolne części spodni.

– Przeziębię się – oświadczył samemu sobie i czym prędzej zaczął przeszukiwać swe kieszenie w poszukiwaniu telefonu.

Dopiero teraz uświadomił sobie, iż zostawił go w mieszkaniu. Niestety los nie był po jego stronie. Padł więc zrezygnowany na wysypane kamieniami podłoże i jęknął gardłowo. Kolejny autobus nie miał zjawić się zbyt szybko, a złapanie stopa na tak rzadko uczęszczanej o tej porze dnia drodze, zdawało się być nie do zrealizowania. Wyjście było wiec jedno. Należało wysuszyć swe odzienie puki jeszcze słońce nie zaszło i następnie pomyśleć o tym jak się dostać z powrotem do miasta.

– Przynajmniej nie pa… – chciał rzec, lecz wtem spojrzał ku niebu, gdzie obaczył szybujące powoli, ciężkie chmury.

Nie chcąc kusić losu, postanowił się nie odzywać, jak również przeniósł się bardziej pod łączącą dwa brzegi budowlę, gdzie deszcz nie zdołałby go dopaść. Tam spoczął i zaczął gapić się w strumień wody. Na takim czymś spędził kilkanaście minut, gdy niespodziewanie z zadumy wyrwało go wrażenie, iż ktoś za nim stoi. Odwrócił się więc gwałtownie, by ujrzeć ozdobioną graffiti ścianę. Z zafascynowaniem zaczął przypatrywać się malunkowi ponurego żniwiarza, dokonującego selekcji wśród skoszonych dusz. To dzieło musiał wykonać ktoś z niebywałym talentem. Szkoda tylko, iż zrobił to w miejscu, gdzie nikt praktycznie nie zaglądał.

– Jakież marnotrawstwo – szepnął podnosząc się i zbliżając się do malunku.

Śledził dokładnie każdy jego fragment, gdy wnet spostrzegł, iż oblicze śmierci zwrócone jest nie ku tym, którzy znajdowali się pod jej protekcją, ale gdzieś w dal. Zupełnie jakby znajdowało się tam coś godnego jej uwagi. Widząc to skierował się w odpowiednim kierunku śledząc obraz. Szybko doszedł do miejsca gdzie powierzchnia skręcała o dziewięćdziesiąt stopni, a z nią również całe dzieło. W tym miejscu widniały białe strzępy szaty. Za zakrętem zaś narysowana była postać przyodzianej w nieskazitelnie białe odzienie zjawy z cyrografem w dłoni, uciekającej przed swoim przeznaczeniem.

– Zemsta zjawy z zaświatów – przeczytał na głos napis, widniejący na zwiniętym dokumencie.

Niespodziewanie do jego uszu dotarł dźwięk chrzęszczących kamieni. Odruchowo więc dobył swej broni i wysunął się zza ściany. Osoba, którą ujrzał, pisnęła z przerażenia i upadła na podłoże. Przy tym patrzyła się na niego rozwartymi z przerażenia oczami, nie mogąc wypowiedzieć ni słowa. On zaś nie mógł się poruszyć. Zaszokowany i zalany zimnym potem, nie potrafił opuścić broni. Stał więc tak oddychając szybko i płytko. Świat zaczął mu się rozmazywać. Jego ciało stało się niebywale lekkie. W tym momencie jego umysł zaczął płatać mu figle. Nie miał do końca świadomości chwili którą przeżywał. Raz stał pod mostem, a raz w okraszonym czerwienią korytarzu. Raz docierał do niego szum wody, a raz niewyraźne krzyki. Jedyną stałą rzeczą była dziewczyna przed nim, która kuliła się na ziemi ze strachu. Wpatrując się w nią z szeroko rozwartymi oczami, czuł iż odpływa. Na raz wszystkie mięśnie zaczęły się rozluźniać. Wyprostowane ręce poczęły opadać. W tym czasie palec przyciskający z całej siły spust zaczął go zwalniać. Dopiero wyraźny dźwięk upadającej broni, zdołał wyrwać go z szoku. Otrząsnąwszy się, rozejrzał się wkoło, jakby dopiero co się obudził. Widząc swą towarzyszkę na ziemi, zerwał się błyskawicznie, aby do niej podbiec.

– Nic ci się nie stało? – zapytał spanikowany.

– Ni… nie – odrzekła mu nie mogąc się otrząsnąć.

– Co ty tu robisz? – rzucił z wyrzutem.

– Obudziłam się, a ciebie nie było – jej głos załamał się – Zabrałeś zdjęcie z akt, więc pomyślałam, że tu przyjechałeś.

– Dobrze, dobrze. Możesz wstać? – spytał, pomagając jej się podnieść.

– Tak – odrzekła, dźwignąwszy się w górę.

Nie mogła jednak do końca utrzymać się sama na nogach, a do tego wyraźnie drżała. Postanowił jej więc pomóc. W ostatniej chwili przypomniał sobie jednak o swoim pistolecie.

– Poczekaj chwilę – rzekł i odszedł od niej, by go odnaleźć.

Nie było to bardzo trudne, dlatego też w mig znalazł się on w jego dłoni. Podczas spoglądania na niego, przed jego oczami pojawiły się mroczki. Wywołane one zostały spostrzeżeniem, iż broń była zabezpieczona i gdyby nie to Anna zapewne wykrwawiałaby się teraz na śmierć. Nie chcąc o tym myśleć, czym prędzej schował ją do kabury i wrócił do swej nadal zszokowanej towarzyszki.

– Pojedziemy do domu– oświadczył wyciągając klucze z jej kieszeni – Gdzie postawiłaś samochód?

– Niedaleko – rzekła, po czym wstała i zaczęła iść z jego pomocą.

W niedługim czasie dotarli do auta, w którym detektyw usadowił Annę na miejscu pasażera, a sam zasiadł za kierownicą. Ustawiwszy sobie fotel i wszystkie lusterka, odpalił samochód i ruszył. Czekała ich dość długa podróż, której nie chciał spędzić w ciszy, ani na rozmowie. Pomyślał więc iż włączy radio.

– Dlaczego nazwałeś minie mordercą? – odezwała się niespodziewanie, oparta o szybę dziewczyna, nim zdążył to zrobić.

Nie zastanawiając się zbytnio nad naturą tego zapytania, zaczął poszukiwać w głowie odpowiedniego wspomnienia. Znalazł je stosunkowo szybko i już miał wyjaśnić o co mu chodziło, gdy nagle coś sobie uświadomił. Jego rozmówczyni dostała już od niego odpowiedź. Postanowił więc coś wymyślić, aby urozmaicić sobie życie i ukrócić rozwijającą się dysputę.

– To był test – odpowiedział spokojnie.

– Zaliczyłam? – zainteresowała się, choć w jej głosie brzmiała jedynie zimna obojętność.

Nie dostała jednak na to pytanie odpowiedzi, albowiem w tym momencie włączył radio i zamilkł na resztę podróży.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania