Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Zjawa - Rozdział IV

Skoczne nuty walca panoszyły się po mieszkaniu jak jego właścicielka. Czyniły to ku niezadowoleniu sąsiadów i rudego kota, który nazbyt zdegustowany zachowaniem swego człowieka, postanowił opuścić pomieszczenie przez uchylone okno. Nikt nie wiedział, jak ten kocur mógł się przecisnąć przez tak niewielką szczelinę przy swojej tuszy i nie próbował się tego dowiedzieć. Ta zagadka zdawała się być jednym z sekretów wszechświata, który odkryty, doprowadziłby do totalnej anihilacji wszechrzeczy. Za to zdenerwowany sąsiad z piętra niżej z wielką zaciekłością bił od kilu minut w sufit, wykrzykując przekleństwa. Niestety jedyne co osiągał to tylko większy hałas, raniący jego uszy. Wnikało to z tego, iż blondwłosa kobieta przygotowująca w tanecznym transie śniadanie, zwiększała głośność muzyki, gdy tylko usłyszała coś innego prócz niej. Wnet jednak piosenka się skończyła i cały zabawowy nastrój gdzieś uleciał. Zatrzymała więc odtwarzanie, a następnie złapawszy przygotowaną kanapkę, ruszyła do okna, aby pogapić się na ludzi, spacerujących główną ulicą.

– Pani Martyno! Czy pani musi być tak głośno?! – zakrzyknął wspomniany wcześniej sąsiad, wychylając się przez swój oszklony otwór w ścianie.

– To pan krzyczy! – odparła, biorąc kęs swego śniadania i uśmiechając się do niego szeroko.

Na to jej rozmówca machnął dłonią z rezygnacją i wrócił do swych zajęć. Ona zaś, zaczęła wypatrywać ciekawych wydarzeń. Chyba był to jej szczęśliwy dzień, albowiem momentalnie dostrzegła zrezygnowaną brunetkę ze zdjęciem, zaczepiającą ludzi na około.

– Hmm… – mruknęła i niezwłocznie pobiegła do wyjścia, założyła jakieś buty, a następnie wyszła na zewnątrz.

W kilka chwil znalazła się przy osobie, która zwróciła jej uwagę.

– Czego pani szuka? – zapytała jak gdyby nic.

– Kota… – westchnęła zrezygnowana nieznajoma.

– Zgubiła pani kota? – zdziwiła się.

– Nie. To kot klientki – rzekła brunetka, rozglądając się wkoło, a następnie pokazała zdjęcie trzymane w dłoniach zdjęcie i dodała – Szef kazał mi go poszukać. Mówił, iż to…

– To mój kot – przerwała jej nagle głosem, bynajmniej nie wyrażającym radości.

– Przecież to niemożliwe. Mój… – dziewczyna chciała się odezwać, lecz znów jej przerwano.

– Wiem kto jest twoim szefem – poinformowała, czytając podpis znajdujący się na rewersie fotografii, po czym rzekła miło – Zapraszam na śniadanie.

– Ale ja… – rozległa się próba zaprzeczenia, która zakończyła się fiaskiem, albowiem kobieta złapana została pod rękę i wręcz siłą zaciągnięta do stojącej obok kamienicy.

 

– Aha… – zajadająca się kakaowymi ciasteczkami dziewczyna, wyrzuciła z siebie dźwięk przepełniony poczuciem zrozumienia.

– To już któryś raz… Jakby nie mógł sam do mnie przyjść, tylko wysyła ludzi z tym zdjęciem. Ech… – westchnęła gospodyni, po czym przetarła twarz dłonią i zapytała – To, co on ci zrobił?

Na te słowa, brunetka przestała w zastraszającym tempie pochłaniać słodycze i przełknęła przeżuty kęs z wyraźnym trudem. Zupełnie jakby nagle zaschło jej w ustach.

– Kto? – zapytała głupkowato, chcąc uniknąć odpowiedzi.

– Nie udawaj. Ten facet potrafi skrzywdzić człowieka – westchnęła zrezygnowana. – Uwierz mi. Zdążyłam go poznać.

– Nic. Tylko… To w sumie była moja wina – zaczęła się na powrót wykręcać, wciskając na siłę ciastka do buzi.

– Mów! – padł rozkaz, któremu nie dało się odmówić.

– On był za ścianą i myślał, że jest sam. Ja szłam w jego stronę i on wtedy wyskoczył i… – podczas tłumaczeń jej składnia się popsuła – Wycelował we mnie.

– Co zrobił?! – wybuchła momentalnie.

– Wyc…

– Dobrze słyszałam! Ja go chyba zabiję! – złość, która ją opanowała była nie do zduszenia.

Szczęście, iż obiektu jej wściekłości nie było w pobliżu, albowiem cierpiałby teraz niebywałe katusze, które niechybnie zakończyłyby się śmiercią.

– Jak tylko go spotkam, to rzucę go na stół, przeczyszczę żyły formaliną i wypreparuję jego bezduszne serce! – cisnęła przez zęby, nie mogąc się opanować.

Nie minęło jednak wiele czasu, nim ku zaskoczeniu siedzącej z rozwartymi oczami Anny, uspokoiła się i przeczesała włosy, wypuszczając powoli powietrze z płuc.

– Ja już sobie z nim pogadam – podsumowała, a następnie zwróciła się do swej rozmówczyni – A ty dziewczyno, zamiast słuchać tego idioty, powinnaś wyjść na miasto się rozerwać, rozumiesz?

Ta na potwierdzenie pokiwała głową i jeszcze z pełną buzią rzuciła:

– To ja już pójdę…

– Przepraszam za moje zachowanie, ale ten facet… Ech… Szkoda gadać – zaczęła się tłumaczyć, a następnie dodała – Idź już, idź. Pewnie masz coś do zrobienia. Ja się z delikwentem policzę, nie musisz się tym przejmować.

– Dziękuję – bąknęła brunetka.

– Podziękujesz mi kiedy indziej – odrzekła, po czym obie kobiety wstały i wymieniwszy się jeszcze kilkoma słowami, rozstały się.

Gdy drzwi zamknęły się, Złotowłosa wyciągnęła z kieszeni swój telefon i z litanią niewybrednych przekleństw wybrała odpowiedni numer.

– Odbierz, odbierz, odbierz! – rzucała, choć wiedziała iż to i tak nic nie da.

Ku jej niezadowoleniu połączenie nie zostało odebrane. Wrzasnęła wiec gardłowo i jęknęła:

– A miałam taki dobry dzień…

 

Spokój i milczenie pacjentów siedzących o poranku w szpitalnym korytarzu zdawałyby się być ewenementem w takiej instytucji, tym bardziej biorąc pod uwagę do jakiego specjalisty wszyscy oczekiwali. Oczywiście na co dzień nie brak tu było głośnych osobników, którym choroba uniemożliwiała zahamowanie ekspresji swoich myśli, czy emocji. Jednak tego dnia znajdowali się tu głownie tacy, którzy opanowani przez okrutne schorzenie, skrywali wszystko w swym wnętrzu. Do tego dochodził jeszcze prosty fakt, iż doktor lubił z rana skupiać swe psychiczne siły na pracy, a nie walce z irytującymi dźwiękami gwałcącymi jego uszy.

Ta atmosfera była czymś bardzo dobrym dla detektywa, który mimo, iż z zewnątrz wyglądał na wielce wyciszonego, we wnętrzu był na skraju załamania. Siedział na plastikowym krzesełku z kapeluszem na głowie i dłońmi w kieszeniach swego płaszcza, walcząc ze sobą, aby nie zapalić papierosa. Mimo, iż od kiedy się obudził, wypalił ich z sześć, wciąż dręczyła go pokusa sięgnięcia po kolejnego. Aby więc zająć czymś innym swe myśli, wyciągnął z kieszeni telefon i odczytał z niego czas.

Ósma czterdzieści pięć… Oświadczył sobie w myślach, po czym przygryzł wargę.

Czas płynął dla niego na tyle powoli, iż zaczął się zastanawiać, czy to nie jakiś spisek losu, iż każde jego cierpienie musiało się dłużyć. W końcu drzwi do gabinetu otworzyły się, ukazując postać znerwicowanej pacjentki, która omiotła wszystkich wzrokiem podejrzenia, a następnie pośpiesznym krokiem skierowała się ku wyjściu. Zaraz za nią na korytarzu pojawił się doktor w białym kitlu, który zamknąwszy za sobą przejście, miał rozpocząć krótką przerwę. W tym momencie dostrzegł jednak detektywa, którego widok niezwykle go zdziwił.

– Już pan jest? – zaskoczenie w jego głosie było na tyle mocne, iż zdołało się przebić przez jego wywołany zapewne zmęczeniem, monotonny ton.

– Zaczekam – odrzekł z lekkim uśmiechem, przypominając sobie o zdjęciu nakrycia głowy.

– Proszę ze mną – rzucił, nie zważając na słowa swego pacjenta.

Po tym ruszył na tyle wolnym krokiem, aby jego rozmówca mógł spokojnie wstać i go dogonić.

– Jak się pan czuje? – odezwał się, gdy zrównali krok.

– Kiepsko doktorze. Mam takie momenty, iż jestem całkowicie padnięty i momentalnie zasypiam. Czasem też robię coś i o tym zapominam. Mam też ostatnio bardzo realne sny… – zaczął opowiadać.

– O czym?

– O mnie. Tylko jestem w nich o wiele młodszy. Spotykam w nich ludzi, których mam wrażenie, iż znam i… Nie wiem jak to powiedzieć, ale gdy się budzę, mam wrażenie, iż to moje wspomnienia – wyjaśniając, nie czuł przekonania co do swoich słów.

– Yhym… – mruknął tylko w odpowiedzi – Coś jeszcze?

– Odnoszę wrażenie, jakby otaczająca mnie rzeczywistość była sztuką teatralną, w której niby gram jakąś rolę, ale nie jestem w niej na tyle istotny, aby jakiekolwiek me czyny wywarły na niej wrażenie. Niektóre rzeczy mi się nie zgadzają. Są… takie sztuczne. Do tego dochodzi poczucie, iż jestem uwięziony. Nie wiem… Ostatnio też niemal zastrzeliłem swoją partnerkę i jestem tym przerażony. Głownie dlatego, iż zrobiłem to jakby odruchowo. Kontrolę nad sobą odzyskałem dopiero po chwili.

– Ale nic jej się nie stało? – w głosie lekarza brak było jakiegokolwiek przejęcia.

– Nie… – rzucił rozemocjonowany, chcąc przejść do dalszego objaśniania swego stanu, gdy nagle zostało mu przerwane.

– Zaczekaj chwilę – polecił rozmówca.

Po tym wkroczył do apteki, do której podczas rozmowy dotarli i w kilka chwil wybrał z niej odpowiedni lek. Zrobiwszy to, wrócił do detektywa i razem z nim ruszył do znajdującej się nieopodal windy.

– Bierze pan leki jak zalecałem? – zapytał, gdy drzwi za nimi się zamknęły.

– Nie jestem pewien… – rzucił z poczuciem winy. – Wydaje mi się, iż czasami zapominam.

– Dobrze – mruknął bardziej do siebie, niż do niego, a następnie wysiadł z windy, gdy ta zatrzymała się i otworzyła.

W taki oto sposób znalazł się na poziomie minus pierwszym, gdzie o tej godzinie nikt się nie wałęsał. Rozejrzał się jednak dla pewności i kolejno ruszył w prawo. Jego pacjent, choć nie rozumiał tego zachowania, nie omieszkał za nim podążyć. W końcu oboje dotarli do stojącego samotnie automatu ze słodyczami. W tym momencie lekarz zaczął grzebać po kieszeniach, szukając drobnych.

– Masz może dwa pięćdziesiąt? – zwrócił się do detektywa, nie znalazłszy żadnych pieniędzy.

– Chyba nie… – mruknął ten, lecz po przeszukaniu połów swego płaszcza, podał mu żądaną kwotę.

– Dziękuję – rzucił, a następnie nakarmił maszynę monetami i wybrał odpowiedni numer.

Na to urządzenie wypluło dla niego różowe pudełko z szeleszczącą zawartością.

– Wiśniowe – oświadczył, pokazując swój zakup rozmówcy – Moje ulubione.

Po tym ruszył z powrotem ku windzie. Detektyw, który nie dość, iż nie wiedział jak na to zareagować, to jeszcze martwił się coraz bardziej o swoją psychikę, podążył za nim. Obserwował dokładnie jego plecy i ruchy rąk, słysząc charakterystyczny szelest drażetek. W końcu, gdy oboje dotarli do celu, lekarz odwrócił się do niego i podał mu pudełko z jego lekami.

– Powinny wystarczyć – oświadczył, uśmiechając się.

– Wystarczyć? – w pytaniu brak było zrozumienia.

– Jadę na urlop – oznajmił, wsiadając do windy, której drzwi się właśnie otworzyły – Bardzo długi urlop. W tym czasie radzę panu unikać szpitali i pod żadnym pozorem nie zażywać nic, prócz tego co panu dałem.

Zdezorientowany mężczyzna zechciał go o coś zapytać, ale żadne dobre pytanie nie mogło mu się uformować w głowie. Dodatkowo drzwi windy, które się właśnie zamknęły, uniemożliwiły mu kontynuowanie rozmowy. Stał więc osłupiały z lekami w dłoni, zastanawiając się nad tym cóż się właśnie wydarzyło.

– A ty tu skąd?! – znajomy głos pobudził jego świadomość.

Momentalnie obrócił się więc ku jego źródłu, gdzie dostrzegł znajomego ratownika, który z uśmiechem kroczył w jego stronę.

– A ty? – odrzekł, gdy przywitał się z nim uściskiem dłoni.

– To jedyny automat w tym szpitalu, gdzie są gumy cynamonowe – odpowiedział wskazując na maszynę, przy której chwilę temu detektyw się znajdował.

– Aha…

– To? – rozmówca ponowił pytanie – Co tu robisz?

– Jedziesz może gdzieś w okolice szpitala na Górce? – zapytał, ignorując jego słowa.

– Masz niebywałe szczęście! – rzucił z radosnym śmiechem – Za jakąś godzinkę przewozimy tam pacjenta.

– To zabiorę się z wami – oświadczył, nie dopuszczając możliwości sprzeciwu.

– Oczywiście panie Detektywie – odrzekł ratownik, a następnie oddalił się w stronę automatu dodając – Tylko najpierw kupię sobie gumy.

 

Nienawistny wzrok staruszków okupujących każdą możliwą powierzchnię, przeznaczoną do siedzenia, był tym czego sfrustrowany detektyw potrzebował, aby ugruntować się w przekonaniu, iż każdy, niezależnie od wieku, czy statusu może być zwykłą szują. Oczywiście wiedział, iż myśląc tak przesadza, aczkolwiek fakt, iż jego współpracownica nie odbierała telefonu i musiał przez to siedzieć w tym miejscu sam, sprawiał iż ignorował ten mały szczegół.

– Do widzenia panie doktorze – rozległ się głos staruszki, która właśnie opuściła gabinet.

To był znak, iż pora stać się wrednym i wepchnąć się w kolejkę. Tak też więc zrobił i w mgnieniu oka, znalazł się w niedużym pokoju, zamykając za sobą drzwi, zza których padały niewybredne komentarze odnośnie tego, jak go rodzice nie wychowali.

– Dzień dobry doktorze – odezwał się i jak gdyby nigdy nic podszedł do biurka, przy którym usiadł.

– Dzień dobry – westchnął rozmówca, bezmyślnie okazując swe zmęczenie – Był pan umówiony?

– Nie, ale moi ludzie dzwonili do doktora ostatnio – tu osobnik w kitlu zrobił zdziwioną minę, więc detektyw okazał mu swą odznakę i szybko wyjaśnił – W sprawie pana Leśnika.

– Aaa…! Oczywiście! Proszę wybaczyć. Mam ostatnio straszne urwanie głowy – jegomość pobudził się nagle – Pan Leśnik. Zaraz, zaraz. Już pamiętam. Poczciwy staruszek, aczkolwiek małomówny. Prowadzę go od dłuższego czasu. Jego stan, nie był ostatnimi czasy zbyt dobry, jednak myślę, iż to tylko niewielkie odchylenie od normy. Wie pan. Starość. Serce już nie takie samo…

– Jak często pacjent pojawiał się na wizyty? – zapytał, dopiero teraz przypominając sobie o należności ściągnięcia kapelusza.

– Hmm… Raz na miesiąc, może dwa? Choć ostatnio się nie pojawił. Próbowałem się nawet do niego dodzwonić, ale nie odbierał – przyznał lekarz.

– Wie pan może, czy ktoś go przywoził? Jakiś wnuczek, sąsiad, opiekunka?

– Tego panu nie… – zaczął, jednak szybko się zreflektował – A wie pan, iż nawet wiem? Raz na jakiś czas zdarzyło się panu Leśnikowi ponarzekać na styl jazdy swego taksówkarza. Zakładam więc, iż to był jego transport.

– Dobrze… – mruknął spoglądając jak rozmówca, prócz odpowiadania na jego pytania, wypełnia jakieś papiery – A tak, był sam?

– Sam? – lekarz znów nie zrozumiał.

– Na wizycie. Nie było z nim nikogo?

– Nie, nie. Zawsze przychodził sam na wizyty. W domu miał bodajże jakąś opiekunkę. Wiem, ponieważ, gdy wypisywałem zalecenia, czy leki pan Leśnik wspominał, iż nie on będzie to wykupywał, więc nie muszę pisać wyraźnie – odparł, lekko się zaśmiawszy.

– Dużo pan doktor wie o swoich pacjentach – rzucił z uznaniem w głosie.

– Proszę pana. Z tymi starcami spędzam więcej czasu, niż ze swoją własną rodziną – przyznał z lekkim smutkiem, ale też radością w głosie.

– Bardzo dziękuję za pana czas i odpowiedzi. Nim pójdę miałbym jeszcze jedno pytanie. Kto oprócz pana, miał dostęp do historii medycznej pacjenta?

– Hmm… Praktycznie wszyscy pracownicy, którzy jakkolwiek uczestniczyli w terapii pana Leśnika – mówiąc to, skończył zapisywanie czegoś na kartkach papieru.

– A spoza kadry szpitalnej? Czy ma pan pomysł, kto mógłbym mieć do tego dostęp? – detektyw drążył dalej.

– No wie pan… To zależy. – lekarz odchylił się w swoim fotelu.

– Chodzi mi o pełną kartotekę – sprecyzował.

– Hmm… Studenci?

Szybka odpowiedź mimo, iż nie została dobrze przemyślana trafiła do świadomości drapiącego bez przyczyny swój kapelusz jegomościa. Chwilę się nad nią zastanowiwszy, postanowił, iż to może być jakiś trop. Poza tym nie chciał zajmować swemu rozmówcy więcej czasu, czując iż oczekujący za ścianą staruszkowie, zlinczują go tym mocniej im dłużej tu zostanie.

– Czy mógłbym dostać listę tych studentów? – zapytał więc.

– Myślę, iż tak, ale musi iść pan z tym do sekretariatu – odpowiedział doktor, po czym orientując się, iż detektyw chce już wyjść, dodał – A teraz muszę pana przeprosić, ale mam pacjentów do przyjęcia.

– Oczywiście. Jeszcze raz panu dziękuję. Przy okazji życzę miłego dnia i nieomylności – mówiąc to wstał i podszedł do drzwi.

Gdy je otworzył, z korytarza usłyszał gwar westchnięć i cmoknięć nienawiści. Nie chcąc wdawać się w jakiekolwiek dysputy, wyszedł szybko i skierował się tam, gdzie zostało mu to polecone.

 

Ten sam duszący zapach papierosów. Ten sam gwar rozmawiających ludzi i w końcu ta sama kobieta, w jednym z okienek, która po prostu nie mogła sobie nigdy odpuścić.

– Dzień dobry – odezwał się jej miły głos.

– Dzień dobry – mruknął detektyw i czym prędzej podbiegł do schodów, a następnie wskoczył na pierwszy stopień, by w niedługim czasie znaleźć się dwa piętra wyżej.

Tym razem mu się udało. Nie musiał przystawać i prowadzić jakiejś głupiej rozmowy na temat tego, jakie to jego życie jest denne, a także nie był zmuszony do odmawiania propozycji pójścia na randkę.

– Cóż za okropna kobieta… – rzucił pod nosem sfrustrowany, a następnie wkroczył do przepełnionego pracownikami pomieszczenia, w którym nikomu nie chciało się zbytnio wykonywać zaleconych obowiązków.

Od razu rozpoczął poszukiwania wzrokiem swojej podwładnej. Nie odnalazłszy jej, miał zacząć o nią rozpytywać, gdy nagle donośny głos, którego nie dało się nie posłuchać odezwał się:

– Witamy pana detektywa w miejscu pracy. W końcu postanowił nas pan odwiedzić? – zapytał ironicznie, po czym nie dając szansy na odpowiedź dodał oschle – Do mojego gabinetu. W podskokach.

Na te słowa detektyw, wkładając dłonie w kieszenie swego ulubionego płaszcza, zaczął odbijać się od podłogi niczym gumowa piłeczka i tak ku uciesze współpracowników, dotarł tak gdzie mu kazano. Tam zasiadł na krześle, zdjął z głowy kapelusz i zapytał:

– Widział szef Annę? – jego głos, choć z nutką irytacji, brzmiał niezwykle niewinnie.

– Właśnie o tym chciałem z tobą porozmawiać – odrzekł rozmówca, który rozsiadł się w swym fotelu, a następnie poluzował i tak już poluzowany krawat.

– Czyli szef też nie wie. Wspaniale. Teraz będę musiał sam latać po uniwerku i przesłuchiwać tych patałachów – mruknął, drapiąc się po brodzie.

– Co ty znowu zrobiłeś? – padło pytanie, ignorujące jego wcześniejsze słowa.

– Ja zrobiłem?! – emocje więzły górę nad rozumem – Czy szef ma jakiś problem?! Do cholery jasnej, od razu ja coś zrobiłem! Sama tu przylazła! Sama zgodziła się na pracę ze mną i sama jak debil skradała się, zamiast zawołać, czy coś! Boże! Jaki skończony idiota tak robi?! Gdyby nie to, iż broń była zabezpieczona, bym ją zastrzelił!

Po jego wywodzie zapadła grobowa cisza, podczas której zdążył się uspokoić i uświadomić sobie w co właśnie się wpakował.

–O cholera… – przyznał, spoglądając na siniejącą ze wściekłości twarz rozmówcy.

– Czy tobie do końca odbiło?! Celujesz do ludzi… Nie! Do swojej własnej współpracownicy celujesz z broni?! I to nie pierwszy raz! Czy ja mam cię zawiesić?! Tego właśnie chcesz?! Nosz kurwa mać! – swe ostanie wykrzyknienie podkreślił uderzeniem w stół.

Znów zapanowało milczenie, które zakłócały jedynie ciężkie oddechy wąsacza za biurkiem.

– Znajdź ją i błagaj na kolanach o przebaczenie. Spraw, aby do nas wróciła i nie wyciągała żadnych konsekwencji – mówił, starając się ponownie nie wybuchnąć.

– Konsekwencji? – zaśmiał się detektyw – Jakie konsekwencje ona niby może wyciągnąć?

– Czy ty możesz choć raz nie odpierdalać jakiejś maniany? – zdenerwowany mężczyzna zaczął masować swe skronie, co nie było dobrym znakiem – Wiesz czemu ona z tobą pracuje?

– Ponieważ tak ją przydzieliłeś? – zapytał głupkowato.

– Ponieważ, gdybyś choć trochę przejmował się tym co się tutaj dzieje, wiedziałbyś iż ta niepozorna dziewczyna jest tu z polecenia rządowego i jedno jej słowo, a wszyscy, mówię ci wszyscy, wylecimy na zbity pysk! – głos rozmówcy znów się podniósł, choć nie tak wysoko jak wcześniej.

– Aaa… To wiele wyjaśnia – rzucił beztrosko.

Nie wiedząc czemu, zdenerwowanie jego szefa sprawiło, iż zeszła z niego cała para i opuściły go wszelakie czarne myśli. Widocznie musiał dostać porządną reprymendę, aby powrócił mu zdrowy rozsądek.

– Jeśli już rozumiesz, to… Won mi stąd szukać tej kobiety! – wrzasnął, wskazując palcem na drzwi, a spoglądając w tym samym kierunku dodał – A wy nieroby wracać do roboty, a nie podsłuchiwać! Co to jest?! Przedszkole?!

Nagle po jego słowach odezwał się wielki rumor, który dotarł przez ściany do pomieszczenia.

– Co ty tu jeszcze robisz? – padło pytanie skierowane do detektywa.

Ten zaś rozumiejąc swą sytuację, wstał migiem z krzesła i czym prędzej opuścił nie tylko gabinet, ale i cały budynek.

 

– Ech… – rozsiadły na ławce mężczyzna westchnął głęboko – Chyba się zauroczyłem.

Ten dzień nie należał do najlepszych. Każdy był jakiś podenerwowany. W powietrzu unosiło się duszące napięcie, które zrodziło się nie wiadomo z czego. Było źle i nie dało się temu zaprzeczyć. Najgorszym było jednak to, iż wyczerpany detektyw coraz bardziej tracił zmysły. Powodem wydawała się być jego protegowana, a przynajmniej na nią postanowił zrzucić winę. Jak to się stało, iż zaczął się nią tak przejmować? Skąd wzięło się to uczucie przyprawiające go o mdłości? Czemu jego serce zaczęło bić szybciej? Dlaczego ona budziła w nim takie emocje? Czemu tak strasznie mu kogoś przypominała? Mętlik w głowie i pytania bez odpowiedzi, były czymś, czego szczerze nienawidził. Miał tego wszystkiego dość. Pragnienie spokoju ogarniało go tak mocno, iż pomysł sięgnięcia po broń i strzelenia sobie w głowę, zaczynał wydawać się niezwykle dobrą opcją.

– Cholero mała… Rujnujesz mnie! – rzucił w przestrzeń zdenerwowanym tonem, zwracając na moment uwagę przechodniów.

Po tym, nie mogąc opanować męczącego pobudzenia, które ogarniało jego ciało i umysł, poderwał się gwałtownie i ruszył do ogromnego budynku, który znajdował się przed nim. Wkroczył do niego, zwracając na siebie uwagę niezliczonej ilości studentów, którzy właśnie wychodzili z wykładów lub na nie zmierzali. Uczynił to swym wyglądem, który szczerze powiedziawszy do codziennych nie należał, albowiem kto nosi płaszcz w tak upalny dzień? Również wyraźny zapach alkoholu otaczający go niczym mistyczna aura, powodował grymasy niezadowolenia na obliczach tych, którzy choć na moment się do niego zbliżyli.

– Pan Adrian? – zapytał, podszedłszy do grupki młodych osobników, rozmawiających z niezwykłym ożywieniem o jakimś zaliczeniu.

– Nie. Piotr jestem. Dlaczego szuka pan niejakiego Adriana? – odpowiedział mu ten, którego zaczepił tonem dającym do zrozumienia, iż bycie miłym to wyłącznie zasługa kultury osobistej.

– Mam kilka pytań – mruknął na tyle wyraźnie, aby został usłyszany, pokazując jednocześnie swą odznakę.

– Mogę wiedzieć odnośnie czego? – padło kolejne pytanie.

– Nie. – odpowiedź była krótka, zwięzła i przepełniona chłodem.

– Pana Adriana dzisiaj nie ma – stwierdził student, jakby chcąc oddać zachowanie detektywa.

– Dobrze… – wydał z siebie, sięgnąwszy do kieszeni i wyciągnąwszy z niej kartkę – A pani Magdalena, Julia, Justyna, albo… Katarzyna?

– Nie znam ludzi. – padła odpowiedź.

– To ja – odezwała się nagle jedna z dziewczyn – Czego pan chce?

– Pani Magdalena, Julia, Justyna, czy Katarzyna? – mężczyzna zechciał potwierdzić jej tożsamość.

– Tak… – rzuciła ta zmęczonym głosem, jakby chciała sobie już iść.

– Zadam pani kilka pytań, a pani mi na nie odpowie. Jeśli nie będzie pani współpracować zabiorę panią na cztery osiem. Z góry dziękuję – przedstawił błyskawicznie sytuacje, po czym bez zbędnych ceregieli zaczął przesłuchanie – Robiła pani praktyki na kardiologii w szpitalu imienia ffff… tym na Górce, tak?

– Tak – westchnęła przeciągle.

– Co było pani zajęciem?

– Siedziałam. Słuchałam staruszków. Nosiłam papiery. Wypełniałam papiery. Szłam do domu. – odpowiedź była niezwykle zdawkowa, aczkolwiek zawierała odpowiednią ilość informacji.

– Czy kiedykolwiek zdarzyło się pani przekazać konkretne informacje o konkretnym pacjencie osobie postronnej? – zapytał, wiedząc już jaka padnie odpowiedź.

– Nie. Mogę już iść? – zmęczony głos kobiety przyprawiał go o lekki ból skroni.

– Zezwalam. To tyle. Gdyby pani sobie coś przypomniała, proszę zgłosić się do komisariatu i powiedzieć, iż to do mnie. Teraz zaś przepraszam. – rzekł, a następnie oddalił się w celu przesłuchania innych osób z posiadanej przez siebie listy.

Wszystko nie zajęło mu zbyt wiele czasu, albowiem mimo bardziej lub mniej rozbudowanych odpowiedzi, wszyscy mówili to samo. Już po niedługiej chwili, zorientował się, iż takim sposobem nic nie osiągnie. Czuł, iż błądzi bez celu szukając odpowiedzi, której nie ma. Dodatkowo z tyłu głowy, ciągle rozmyślał o swojej współpracownicy, której powinien szukać, lecz nawet nie wiedział gdzie mógłby zacząć. W końcu znał ją ile? Dwa, trzy dni. To jakby w ogóle jej nie poznał.

– Ech… – westchnął chyba po raz setny tego dnia.

Miał już wszystkiego serdecznie dość. Słońce chyliło się ku upadkowi prawie tak samo jak on. Z tą jednak różnicą, iż ono miało rano powstać, a jego los nie był z góry określony. Teraz pozostawało mu się chyba jedynie poddać i znaleźć jakiegoś informatora, aby ten za odpowiednią opłatą rzucił mu jakąś wskazówką. Gdzie zaś znaleźć kogoś, kto coś wie i chętnie się tym dzieli za niewielką cenę? Odpowiedź na to pytanie musiała zaczekać, albowiem nagle zaczepił go młody chłopak.

– Przepraszam. Pan mnie chyba szukał. – głos rozmówcy nie cechował się przekonaniem, czy siłą.

– Pan Adrian? – zapytał zrezygnowany.

– Tak.

– Dobrze… – westchnął i poklepał kawałek murka, na którym siedział – Proszę zasiąść.

– Postoję – zdecydował student.

– To… Robił pan praktyki na kardiologii na Górce? – rzucił, przecierając swą twarz ręką.

– Tak.

– Co pan tam robił? – kolejne pytanie również zostało zniekształcone przez rękę smarującą oblicze.

– No… rozmawiałem z pacjentami, nosiłem papiery, czasem…

– Dobra, dobra. Wiem. – przerwał mu i zeskoczywszy na chodnik, zdał ostatnie zapytanie – Czy zdążyło się panu przekazać dokładne informacje o konkretnym pacjencie osobie postronnej?

– Nie – rozległa się niepewna odpowiedź.

– Dziękuję. Jeśli coś by pan sobie przypomniał, to proszę się zgłosić na komisariat. Opisać mnie jednym słowem i będą wiedzieli o kogo chodzi. Do widzenia – skwitował całą rozmowę i machnąwszy niedbale ręką, oddalił się nierównym krokiem.

 

Okropny zapach denaturatu unoszący się wraz z gęstym dymem papierosowym mieszany był pod sufitem przez dające z siebie wszystko wiatraki. Wszędzie odzywały się głosy rozmawiających ludzi. Niektórzy bawili się dobrze, inni jeszcze lepiej. W tym miejscu rzadko pojawiał się smutek, czy przybicie. Oczywiście taka para często przestępowała próg lokalu, aczkolwiek szybko zmieniała swe nastawienie, pod wpływem lejącego się beczkami alkoholu i społeczności, która w swej zabawie wydawała się niemal zawieszona poza czasem.

– To co zawsze? – padło retoryczne pytanie od barmana, kiedy tylko detektyw zbliżył się do baru.

Jeszcze nie zdążył odpowiedzieć, a przed nim stał już jego ulubiony drink.

– Na koszt firmy – rzucił z szerokim uśmiechem obsługujący go jegomość.

– Znam to twoje na koszt firmy. Pierwsze mi postawisz. Na drugie dasz zniżkę, a gdy się rozkręcę zostawię tu całą wypłatę – mruknął ofensywnie.

– Właśnie tak. – padła szczera i przepełniona śmiechem odpowiedź.

– Nie dzisiaj. Mam trochę roboty – rzekł przybity.

– Rozumiem – przyznał i poszedł zając się innym klientem.

Po niedługim czasie wrócił jednak i zaciekawiony zadał pytanie, zaczynając z nieznanego powodu wycierać czyste szklanki:

– Na pewno masz robotę? Wyglądasz jakby cię kobieta zostawiła.

– Nawet nie wspominaj. Jak można być takim idiotą?!– jęknął nie wiedząc, czy ma się śmiać, czy płakać.

– Oj… Nie martw się chłopie. Łyknij sobie i posłuchaj rady swojego ulubionego barmana. – mówiąc to odstawił na moment szklanki i poklepał go pokrzepiająco po ramieniu.

– Jest was tu trzech i to ciebie najbardziej nie trawię – przyznał okrutnym tonem.

– Pierdol się – odparł z nienaruszonym uśmiechem.

– Spierdalaj – dostał odpowiedź, której również towarzyszyła, może nie czysta, ale nadal biel zębów.

– To słuchaj. Kobiety to kompletne pół–mózgi, ale jeżeli chcesz zaliczyć, musisz grać według ich zasad – głos rozmówcy stał się niebywale poważny.

W tym momencie detektyw zastygł z otwartymi ustami, spoglądając w błękitne oczy blondyna, który do niego mówił. Nie mogąc ułożyć sobie w głowie tego co usłyszał i tego o czym myślał, schował twarz w dłoniach i westchnął głęboko.

– O czym ty do mnie…? – bąknął pod nosem.

– Oj nie załamuj się. Jak to mówią? Tego kwiatu pełno światu, czy jakoś tak? Jak nie ta, to inna – pocieszał go barman.

– Mogę ci zadać pytanie? – odezwał się niespodziewanie.

– Wal! – rozległo się tylko wykrzyknienie, które brzmiało jakby przyjmowanie wyzwania na pojedynek.

– Czy ty kiedykolwiek w swoim życiu kochałeś jakąś kobietę, która była spoza twojej rodziny? – jego głos nie brzmiał zbyt żartobliwie.

W tym momencie rozmówca spoważniał i zmarszczył brwi. Słowa, które usłyszał choć nie były niczym nadzwyczajnym, przypomniały mu o tym jednym momencie, gdy wydawało mu się, iż jest szczęśliwy.

– Miłość, to tylko złe uzależnienie – rzucił z grymasem zniesmaczenia.

Po tym zniechęcił się do jakiejkolwiek konwersacji, więc odwrócił się plecami i zaczął czyścić czyste naczynia.

– Twoje zdrowie przyjacielu! – wrzasnął odziany w płaszcz jegomość, po czym stuknął wyraźnie mocno szklanką o blat.

Na ten dźwięk barman odwrócił się ze wściekłością, iż ktoś niszczy mienie lokalu. Już chciał zacząć krzyczeć, ale jedyne co zobaczył to naczynie, pod którym leżało sto złotych i oddalającego się w stronę jednego ze stolików osobnika.

– Szpaner… – mruknął, zabierając banknot i powrócił do swej pracy.

Cudownie. Pies na baby za barem, który prócz urody nie ma za grosz inicjatywy do zbierania informacji. Nikogo istotnego pośród tego tłumu pijaków. Jak ja do cholery mam kogokolwiek znaleźć w miejscu gdzie nikt nic nie wie? Czy cały świat zwrócił się przeciwko mnie? Boże, cóżem ci uczynił, iż pokarałeś mnie pracą z kobietą?! Mówił sobie w myślach, idąc wolnym krokiem miedzy stolikami i wypatrując spod swego kapelusza, którego zawsze zapominał ściągnąć, osoby nadającej się do wypytania. Choć jego nerwy były ostatnimi czasy tak zszargane, iż miał wątpliwości, czy to, co kłębiło mu się w głowie na pewno było wytworem jego wyobraźni.

Wtem, całkowicie niespodziewanie, dostrzegł w najdalszym kącie kończącego się pijaczka, którego ktoś wpuścił do wnętrza i upił dla zabawy. Ta upodlona istota spadła mu niejako z nieba, albowiem jako, iż większość swego zapitego życia spędzała na ulicy, widziała i słyszała wiele rzeczy. Już więc zadowolony przyśpieszył kroku, pokrzepiając się w duchu, iż los się w końcu do niego uśmiechnął, gdy niespodziewanie jego wrażliwy słuch został podrażniony przez bardzo niefortunne słowa.

– Mówię ci! Zrobili tam taką rozróbę, że ja nie mogę! Wszystko poszło z dymem. Cały majątek mojego teścia! I kto?! Kto się pytam, odda mu jego całe życie, które stracił przez tych strzelających się debili?! Nikt! Nikt mówię ci! A ta zjebana psiarnia, przekupczyki pierdolone, nic nie robią! Bo co?! Prowadzą śledztwo?! Gówno nie śledztwo! Jak zajmuje się tym ten debilny detektyw, to nigdy winnego nie znajdą! To jest ku...! – mężczyzna w pijanym szale, wykrzykujący swe żale nie zdołał dokończyć.

Powodem takiego stanu rzeczy, była prawie pusta szklanka, która rozbiła się na jego głowie. Dostawszy od niej i od podążającej za nią dłoni niezwykle duży impet, poleciał na podłogę z wielkim hukiem. Gdy tylko rozległ się ten dźwięk jego dwaj towarzysze poderwali się i na moment zastygli, analizując sytuację. Detektyw zaś nie czekając na niekorzystny rozwój sytuacji zaserwował bliżej stojącemu lewy prosty na nos i usłyszawszy zadowalający chrzęst odwrócił się, by zorientować się co wyprawia drugi z oponentów. Ku swemu niezadowoleniu spostrzegł tylko, iż ten zamiast pomagać swemu znajomemu, zaczął na niego szarżować. Uchylił się więc niedbale i jakimś cudem uniknął uderzenia. Niestety sprawiło to, iż atakujący zwalił się na niego swym cielskiem i rzucił go tym samym na znajdujący się niedaleko stolik. W wyniku tego oboje przeturlali się przez ów mebel, rozbijając coś po drodze, a także wprawiając w oburzenie pobliskich klientów. Odzyskawszy kontrolę nad swym ciałem, detektyw poderwał się na równe nogi i zbadał sytuację. Facet obok podnosił się właśnie z stęknięciem z podłogi. Jego kumple zaś szli już w jego stronę, jeden podciągając cieknącą z nosa krew, a drugi lekko rzucając głową w bok, chcąc pozbyć się bólu. W tej sytuacji można było zrobić tylko jedno, a mianowicie uciekać. Tego pojedynku, nie dało się wygrać z takiej pozycji. Nie dając więc żadnej szansy na dorwanie go, rzucił się w tył. Niestety, ku swemu zdziwieniu uderzył w coś i nim się spostrzegł, wisiał koło dwóch centymetrów nad ziemią dusząc się w idealne założonym chwycie. Próbował jeszcze wierzgać i uderzać, jednak to nic nie dawało. Wiedział już, iż porażka, którą właśnie miał doświadczyć, będzie niezwykle bolesna, albowiem gdy tylko trójka mężczyzn zbliżyła się do niego, zaczęła go bez ceregieli okładać. Tak skatowaliby go, gdyby z zewnątrz nie odezwał się odgłos policyjnej syreny.

– Witam panów! – znajomy detektywowi głos odezwał się z wejścia.

W tej chwili poczuł jak trzymający go uścisk, rozluźnia się, a on sam upada na zalaną piwem podłogę.

– Panie władzo. – ton mężczyzny, który wcześniej klął policję jak szewc, zmienił się nie do poznania.

– Jak wieczór mija? – padło pytanie, które z wierzchu wydawało się miłym i naturalnym.

– Spokojnie. Siedzimy sobie i pijemy. Nic się takiego nie dzieje. Prawda chłopaki? – rozmówca zaczął szukać poparcia u swoich znajomych.

– Tak – odpowiedzieli tamci, niemal w tej samej chwili.

– Widzę, widzę… – rzucił przedstawiciel władzy, rozglądając się po zdemolowanym wnętrzu i następnie wskazawszy leżącego na ziemi osobnika zapytał – A ten?

– Nie znam człowieka. Już tu taki przyszedł, a my tylko wstaliśmy mu pomóc, bo strasznie się przewracał – odrzekł drżącym głosem jeden z jegomościów.

– Bójka była! – zakrzyknął nagle z najdalszego kąta pijaczek, który jakimś cudem wyrwał się ze snu.

– Świadek twierdzi inaczej – rzucił policjant niemal naiwnym głosem, a gdy nikt mu nie odpowiedział dodał – Dobrze panowie. Zapraszam do radiowozu. Koleżanka sprawdzi wasze papiery i zada kilka pytań.

Na jego słowa brak było reakcji, więc zniecierpliwiony zawołał swą współpracownicę, która gdy tylko wkroczyła do wnętrza, zachęciła panów do podążenia za nią. Następnie spojrzał na leżącego na ziemi osobnika i w jednej chwili jego mina zrzedła.

– Czy ciebie do końca popierdoliło? – szepnął do niego, pomagając mu wstać, po czym nie mówiąc ani słowa, wyprowadził go na zewnątrz.

Po tym podszedł z nim do ławki, na której go usadowił i rzekł:

– Nigdzie się nie ruszaj.

W odpowiedzi otrzymał tylko niezgrabne machniecie głową. Następnie podszedł do swej towarzyszki, która wprowadziła już trójkę mężczyzn do radiowozu, ale sama jeszcze nie zdążyła wsiąść.

– Postrasz ich trochę i wypuść do domu – powiedział do niej, tak aby nikt inny tego nie usłyszał, a gdy ta mu przytaknęła, wrócił do detektywa.

Usadowił się obok niego, wyciągnął z kieszeni chusteczkę i podał mu, aby wytarł swoją twarz, po której spływało trochę krwi, łez i innych substancji. Po tym wypuścił ciężko powietrze z płuc okazując swe niezadowolenie.

– Zawieszą cię – odezwał się po chwili.

– Nie sądzę… – padła niewyraźna odpowiedź.

– Co ci odwaliło? – zapytał, sięgając po coś do kieszeni.

– Nie mam pojęcia. – przyznał, spoglądając na swojego towarzysza, który trzymał już w ustach papierosa, którego miał odpalić.

Błyskawicznie mu go zabrał, wsadził do swoich ust i wyciągnąwszy z kieszeni zapalniczkę zapalił.

– Lepiej powiedz mi co robisz na kolejnej nocce i od kiedy zacząłeś palić – rzucił, wypuszczając z ust dym.

– To nie… – zaczął, lecz szybko mu przerwano.

– O co poszło?

– Nie pamiętam nawet – mówiąc to, schował twarz w dłonie.

– No już, już. – detektyw poklepał go po plecach – Mów. Wysłucham.

– Teściu trafił do szpitala i wszyscy się spięli. Ja rzuciłem o kilka słów za dużo i… tak jakoś wyszło – rzekł krótko, acz emocjonalnie.

– Na pewno wszystko się wyprostuje. Wrócisz do domu i pogodzisz się z żoną. Będzie dobrze. Mówię ci. Ta kobieta naprawdę cię kocha i ci… – kolejna wypowiedź została przerwana.

– Nie da się. Pojechała do koleżanki. – te słowa nie oznaczały nic dobrego.

– Tej koleżanki? – zechciał się upewnić.

– Gdy się kłóciliśmy rzuciłem coś o rozwodzie – rzekł rozmówca ignorując pytanie i wyciągając oblicze z rąk.

Na to jego jegomość w płaszczu syknął tylko boleśnie i spojrzał w niebo. Nie wiedząc co dalej ma zrobić, dźwignął się ciężko, podpierając się na plecach swego przyjaciela.

– Miłość przetrwa wszystko – rzucił nic nie znaczący slogan, po czym kuśtykając ruszył w stronę swojego domu.

Teraz chciał się tylko położyć w swym łóżku i zasnąć na miesiąc, albo dłużej. Pragnął by wszystkie problemy odeszły w zapomnienie, gdy on będzie oddawał się przyjemnemu marazmowi. Wiedział jednak, iż coś takiego nie miało szansy zaistnieć.

 

Szczęk przekręcanego mechanizmu zamka rozbrzmiał dumnie, zaraz po brutalnym trzasku drzwi. Następnie dźwięk upadającego na podłogę płaszcza, któremu brakło dosłownie milimetrów, aby zawisnąć na wieszaku, uczynił przestrzeń nad wyraz zmęczoną. Kolejne przyszło skrzypienie skórzanej kanapy, na której usiadł ciężko umierający w swojej percepcji detektyw.

– Aaa… – gardłowe jęknięcie wydobyło się z jego ust na znak cierpienia.

Po wszystkim zapadła cisza. Przerażający bezdźwięk, który wbijał się w umysł niczym rozżarzone igły. Aby nie pozwolić mu się panoszyć, mężczyzna pochylił się w przód i spojrzał na ławę przed sobą. Dostrzegł tam nieduże, plastikowe naczynie, na którym prócz kilkudziesięciu małych literek, widniał napis „Delirium”. Sięgnął po nie ociężale, wyciągnął dwie białe pigułki i połknął bez zawahania.

– Jesteś pewien? – zapytał nagle jakiś nieokreślony głos, który dochodził jak gdyby ze wszystkich kierunków.

– Czego? – rzucił, czując jak jego mięśnie twarzy powoli zaczynają zastygać w bezruchu.

– Rzeczywistości. – padła odpowiedź, której towarzyszył pełen zmartwienia ton.

Chciał coś odrzec na te słowa, lecz wszystkie jego mięśnie odmówiły mu posłuszeństwa. Czuł jak przestrzeń wokół niego się zapada, a on sam pogrąża się w zimnej ciemności. Nawet nie wiedząc kiedy stracił świadomość, a jego bezwładne ciało osunęło się, tracąc z głowy kapelusz.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania