Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Zjawa - Rozdział VI

Leżący na podłodze upadłej w połowie katedry detektyw jęknął boleśnie. Na powiekach czuł niemiłosierne promienie słońca, któremu udało się wyjść spoza chmur. Spróbował się ruszyć, jednak okazało się, iż jego ciało jest zdrętwiałe. Westchnął więc tylko i powoli zaczął otwierać oczy. Wpierw jego źrenice były zbyt szeroko rozwarte, co wywołało nieprzyjemne uczucie i chęć opuszczenia powiek, jednak szybko przyzwyczaiły się do panujących warunków. Dzięki temu mógł dostrzec stary, zrujnowany sufit, na którym widniały jeszcze fragmenty malowidła, którego przekaz został wypaczony przez ogień, który niegdyś zrujnował ten budynek. W końcu odzyskał władzę w ciele i z wolna zaczął się podnosić. Gdy już wstał, uczuł okropne mdłości wywołane zapewne przez pusty żołądek, który ścisnął się niemiłosiernie.

– Wytrzymaj jeszcze trochę – powiedział do niego, gładząc go przez skórę, warstwę mięśni i powięzi.

Po tym zaczął iść małymi kroczkami, by dotrzeć do auta i opuścić miasto. Chciał to zrobić, albowiem dostał to po co tu przyjechał. Pomysł, na który nie wiedzieć czemu, nie mógł wpaść. W celu jego realizacji musiał jednak wrócić i wstąpić na chwilę na komisariat. Rozpoczął więc realizację tego powrotu, a podczas niego ciągle miał z tyłu głowy niski głos nucący nie do końca melodycznie zestawione słowa.

 

„Gdybym urodził się

Inteligentniejszy i…

Piękniejszy

Będąc zdrowym i nienaruszalnym

 

Gdybym żył

W krainie idealnych

Harmonijnym świecie

Będąc grzecznym i kochanym

 

Gdybym

Zgłębiał wiedzę

Odkrywał rzeczywistości

Tajemnice

Miast chłonąć głupotę i zabawę

 

Gdybym zamiast

Gnębić ciało słodkościami

Fałszem, odrzuceniem, smutkiem

Doskonalił je przykładnie

 

Gdybym wierzył

W Boga Twego

Jedynego

Przyjął wszystkie sakramenty

I bez lęku żył

 

Gdybym

Zwiedził więcej świata

Zamiast stać w miejscu

Pobłąkał się po jego

Różnorodności

 

Gdybym został

Kochankiem zmysłowym

Mężem dobrym

Ojcem godnym dziecka

 

Czy cokolwiek bym zmienił?

Miałbym inne myśli?

Skończyłbym szczęśliwszy?

I choćby odrobinę…

Spokojniejszy?

 

Gdybym oddał duszę

Napotkanemu nieznajomemu

Za dar tworzenia i zrozumienia

 

Gdybym pakt podpisał

Krwią mą własną

Dając opętać się zła naturze

Został orędownikiem

Sił nieczystych

 

Gdybym zapomniał

O fałszu, który słyszę

W szumie istnienia

Strachu, który czuję

W przedsennych chwilach

 

Chciałbym wiedzieć

Czy umarłbym szczęśliwszy?

Nie myślał o dręczącym mnie

Niebycie?

Czy byłbym choćby odrobinę…

Spokojniejszy?”

 

Na parterze budynku panował naturalny spokój. Może ktoś krzyczał, a ktoś inny się wyrywał, lecz nie zdarzały się większe ekscesy. Życie płynęło sobie swym naturalnym torem, póki do wnętrza nie wtargnął detektyw w czarnym płaczu. Sposób w jaki wkroczył do środka był tak obsceniczny, iż niektórzy z funkcjonariuszy odruchowo sięgnęli po broń. Całe poruszenie trwało jednak minutę lub dwie, gdyż gdy tylko wszyscy uświadomili sobie, kto wszedł odpuścili sobie i wrócili do swej codzienności.

– Dzień do… – kobieta, która zawsze pragnęła detektywa zaczepić, wydawała się być niezwykle zrezygnowana, dlatego odpuściła nawet kończenie zdania, mając w głowie rozwój wydarzeń.

– Hej Kasiu. Mam prośbę – odezwał się niespodziewanie, stając przy jej boku – Mogę szybko skorzystać z twojego komputera?

– T… tak. – zdziwiona rozmówczyni nie mogła wydusić z siebie więcej słów.

– Dziękuję – odparł, po czym nachylił się przy jej biurku, zalogował się do bazy i zaczął przeglądać archiwa.

Co chwila wciskał przycisk myszki i otwierał pliki. Czasem postukał w klawisze na klawiaturze. Rzadko coś przewinął w dół. W końcu po jakiś siedmiu minutach odnalazł to, czego chciał.

– Wierzbowa dwadzieścia cztery przez trzy – mruknął do siebie zadowolony, po czym wyłączył wszystko, wylogował się i wyszedł z komisariatu.

Będąc już na zewnątrz zreflektował się jednak i powrócił do wnętrza.

– Dziękuję Kasiu! Wynagrodzę ci to jakoś! – zakrzyknął machając ręką jak głupek, po czym definitywnie opuścił budynek.

Stanąwszy przed swym autem uczul niezwykle mocne mdłości. Zrezygnował więc z niego jako środka transportu i zaczął iść w stronę przystanku autobusowego.

 

Słońce chyliło się już do pocałunku z horyzontem, gdy detektyw dotarł do odpowiedniego budynku, będącego domem wielorodzinnym. Nie marnując czasu wszedł do niego i natychmiast został zatrzymany.

– Dobry wieczór – rzucił ku niemu ochroniarz siedzący w swym niewielkim kantorku.

– Dobry – odparł, a następnie pokazując odznakę, rzekł – Potrzebuję wejść do mieszkania numer trzy. Właściciel jest martwy, więc raczej nie będzie się sprzeciwiał.

Rozmówca popatrzył na niego spode łba, ale podniósł się ze stęknięciem, wziął pęk kluczy leżący na biurku, wyszedł ze swego pokoiku i zaczął wspinać się po schodach.

– Idzie pan? – zapytał oschle, dając do zrozumienia, iż to co się dzieje mu się nie podoba.

Detektyw ruszył za nim, aby go nie drażnić i tak znalazł się w mieszkaniu Zygmunta. Wpierw stanął w niewielkim przedsionku, który służył jako przejście między różnymi pomieszczeniami. Następnie udał się do pokoju, który był tak zaśmiecony przeróżnymi rzeczami, iż wydawał się służyć jako gabinet. Co ciekawe nie było to mylne założenie. Upewniwszy się więc w nim zaczął wszystko pobieżnie obrzucać wzrokiem. Pośród ogromu informacji jego największe zainteresowanie wzbudziła ściana, na której wisiało wiele zdjęć i notatek. Zbliżywszy się i zbadawszy ją, z przerażeniem odkrył dwie rzeczy. Pierwszą był to, iż znajdował się w mieszkaniu człowieka, który potrafił tak przenieść swój tok myślenia na rzeczywistość, iż nawet idiota by wszystko zrozumiał. Drugą zaś to, iż osobnik ten posiadał on nim tak rozległą wiedzę, jakiej nawet on sam nie miał. Jedyne czego nie pojmował to, dlaczego Zygmunt go śledził, a także skąd znał jego przeszłość, która na widocznych na ścianie skrawkach informacji, nie rysowała się na sielankową i piękną. Podczas wczytywania się w coraz to ciekawsze fragmenty swego dawnego ja, wszystkie jego sny zaczynały nabierać sensu. Przy tym umysł zaczynał odkopywać fragmenty wspomnień i łączyć je w logiczną całość. Mimo, iż fascynowało to detektywa, to równocześnie przyprawiało go o nieziemski ból głowy. Z tego powodu postanowił usiąść przy znajdującym się przy oknie biurku i zrobić sobie przerwę. Czyniąc to, dostrzegł niewielki dyktafon, który z ciekawości złapał w dłoń i uruchomił.

– Cholera! Znalazłem! Znalazłem Zjawę! Nie wiem jak cudem żyje, ale znalazłem! Dobra. Spokojnie. Oddychaj. Oddychaj. Taka korupcja. Mafia na najwyższych szczeblach władzy. Oni są wszędzie. To będzie kapitalny materiał. Tylko… – słowa przestały nagle płynąć i dało się słyszeć dobijanie do drzwi.

Nie było jednak to zwykłe dobijanie, a bardziej uderzanie w nie jakby ktoś chciał się przez nie przebić.

– Szlag… – rzucił jeszcze głos radiowca, po czym nagranie się zakończyło.

– Kim jest Zjawa Zygmuncie? – zapytał łapiąc się za obolałą głowę. – Kim jestem ja?

Jego myśli kipiały teraz od tysięcy pytań. Mętlik ten rujnował każdą próbę skupienia się, jaką podejmował. Na domiar złego jakieś poruszenie dochodzące z klatki schodowej dotarło do jego uszu. Poirytowany podniósł się, by iść pomóc je wyjaśnić, gdy ni stąd, ni zowąd usłyszał strzał. Reakcja jego ciała była błyskawicznie. Nawet nie zauważył kiedy schronił się za ścianą i sięgnął po broń. Problem był taki, iż nie miał przy sobie swojego pistoletu.

– Cholera… – zaklął bezgłośnie, zastanawiając się gdzie mógł go zostawić.

Sytuacja nie rozwijała się w korzystnym kierunku, a czas na podjęcie jakiejkolwiek decyzji umykał z każdą sekundą.

– Co zrobisz? – zapytał głos radiowca, który rozległ się niby z dyktafonu, co nie mogło się wydarzyć, albowiem urządzenie to powinno być wyłączone.

W odpowiedzi spojrzał na okno i bez zastanowienia postanowił przez nie wyskoczyć. Podszedł więc do niego, otworzył, stanął na framugę i wybrawszy miejsce lądowania skoczył. Niestety w momencie, w którym użył swych mięśni, padł strzał, który wyraźnie zmienił trajektorię jego upadku. Spadł więc bez gracji obciążając zbytnio lewy staw skokowy górny, co poskutkowało okropnym bólem w jego okolicy. Na domiar złego bok zaczął go niebywale piec, a mokra od potu koszula, zaczęła przesiąkać gęstszym płynem. Na szczęście adrenalina krążąca w jego układzie krwionośnym pomogła mu się podnieść i zacząć uciekać. Biegł przez ulicę przeklinając fakt, iż o tej godzinie nie było tu żywej duszy. Nie mając innego wyboru, wyciągnął telefon z kieszeni i już chciał dzwonić po pomoc, gdy nagle okazało się, iż urządzenie pozbawione było energii. Przeklinając ten stan rzeczy, postanowił więc wbiec do sklepu, który widział po drodze, gdy zmierzał do mieszkania i z niego skontaktować się z centralą. Miejsce to, z niewyjaśnionego powodu, okazało się być zamknięte. Zrezygnowanie ukłuło nagle jego myśli.

– Żartujesz chyba… – wysapał, a nie chcąc narażać się na marnotrawstwo pobudzenia organizmu i na niebezpieczeństwo bycia złapanym, pobiegł w stronę przystanku.

Na jego szczęście jakiś autobus akurat z niego odjeżdżał. Pomachał więc ręką kierowcy, a te zatrzymał się i otworzył mu drzwi. Po tym pojazd ruszył, a zagrożenie zdawało się zmaleć.

Czując niebywałe zmęczenie i ból, które zaczęły go dopadać, podszedł do prowadzącego autobus osobnika, a następnie pokazując swą odznakę poprosił o telefon. Gdy tylko go otrzymał, wykręcił szybko numer alarmowy i usłyszawszy słowa dyspozytora wyrzucił z siebie najistotniejsze informacje.

– Wierzbowa dwadzieścia cztery. Dwa strzały. Dwóch, trzech ludzi. Prawdopodobnie jedna ofiara śmiertelna.

– Wysyłam patrol – odparł głos z słuchawki, rozpoznając detektywa – Jak z tobą?

– Bez broni. Ranny. Uciekłem. Jadę autobusem – odrzekł mu dysząc, w celu uzupełnienia niedoborów tlenu.

– Wysłać karetkę? – padło zapytanie.

– Dam sobie radę. Niech się pośpieszą – oświadczył, po czym rozłączył się.

Następnie oddał telefon przerażonemu kierowcy, który zaczął powątpiewać w swe bezpieczeństwo.

– Proszę się niczym nie martwić. Wszystko jest pod kontrolą – rzekł do niego, siadając na fotelu i łapiąc się za krwawiący bok – Jedzie pan gdzieś w okolice szpitala?

Zaszokowany kierowca zapomniał języka w gębie. Coś wymamrotał, ale detektyw nie zdołał go zrozumieć.

– Proszę się zatrzymać – rzekł, a gdy polecenie zostało wykonane, przycisnął odpowiedni przycisk i po otwarciu się drzwi, wysiadł z pojazdu.

Po tym zaczął iść ku celowi, który sobie założył w myślach. Robiąc to uniósł zmokniętą koszulę, by zobaczyć, czy rana którą otrzymał, była jedynie draśnięciem, czy stanowiła zagrożenie dla jego życia. Stwierdziwszy, iż nie jest źle, uśmiechnął się z ulgą, opuścił koszulę i zaczął uciskać ranę. Nagle jednak uczuł okropne zmęczenie, które dzięki dręczącemu go głodowi i podjętemu wysiłkowi, było niezwykle trudne do przezwyciężenia. Mimo to walczył z nim i szedł powoli, rozglądając się przy okazji za jakąś taksówką. Szczęśliwie odnalazł jedną. Zbliżył się więc do taksówkarza i pokazując odznakę zażyczył sobie jechać do szpitala. Ten widząc w jakim jest stanie, od razu usiadł za kierownicą i gdy tylko detektyw wsiadł, odjechał z piskiem opon.

 

Okrutne szczypanie w boku i zimno prosektoryjnego stołu, utrzymywało bladego mężczyznę przy świadomości, gdy blondwłosa kobieta operowała w milczeniu jego bok. Oprócz okazjonalnych stęknięć, dźwięków odkładanych i podnoszonych narzędzi, w przestrzeni panowała cisza. Ewidentnie żadna z osób nie czerpała przyjemności z tej sytuacji.

– Jeśli człowiek traci wspomnienia, to jego dusza odchodzi pozostawiając puste ciało? – odezwał się nagle detektyw, przez zaciśnięte zęby.

Niestety jego zapytanie pozostało bez odpowiedzi, sugerując tym samym, iż jego towarzyszka nie ma ochoty na rozmowę.

– Czasami boję się, iż gdybym przypomniał sobie przeszłość, straciłbym cię – wyznał z zamyśleniem.

Znów odpowiedziało mu milczenie. Mimo to nadal chciał wywołać jakąkolwiek reakcję u stojącej nad nim kobiety.

– Niedorzeczność, prawda? To nie ma żadnego sensu – mówił, krzywiąc się co chwila z bólu.

– Już – rzuciła kobieta, a następnie odeszła od stołu zdejmując rękawiczki.

Po tym jak je wyrzuciła, skierowała się do biurka stojącego w sali i usiadła przy nim. Kolejno schowała twarz w dłoniach i westchnęła cicho. W tym momencie detektyw zgramolił się na podłogę i niepewnym krokiem zbliżył się do niej, aby ją przytulić.

– Dziękuję – rzekł cicho, a zauważywszy, iż Złotowłosa nie jest zadowolona z jego bliskości, odsunął się.

Nie wiedząc co zrobić, zaczął iść w stronę wyjścia. Stanąwszy przy nim, odwrócił się jeszcze, aby spojrzeć w jej stronę.

– Hej… – wyszeptał, a następnie opuścił pomieszczenie.

Wychodząc, miał wrażenie, iż słyszy łkanie, lecz nie zebrał się w sobie, by wrócić. Choć wpadł na tak pomysł, miał wrażenie, iż tylko pogorszyłby sprawę. Odszedł więc powolnym krokiem ku windzie, znajdującej się na końcu korytarza. Przycisnął odpowiedni przycisk i po otwarciu się przejścia, wkroczył do niej i kolejnym przyciskiem zażyczył sobie jechać na parter. Wraz z tym i znikającym obrazem pustego korytarza, rozpoczął drogę powrotną do domu.

 

W mieszkaniu odezwał się trzask drzwi, który poprzedził wyraźny szczęk zamka. Po tym zdjęty z ciała płaszcz zawisnął na wieszaku razem z kapeluszem, który w toku tego co się wydarzyło zdołał jakimś cudem utrzymać się przy detektywie. Po tym znużony jegomość, który sam nie wiedział jak pokonał tyle schodów w tak krótkim czasie, podszedł do skórzanej kanapy i usiadł na niej ciężko.

– Mam dość życia… – westchnął, spoglądając na ławę przed sobą.

Wnet dostrzegł buteleczkę z wyraźnym napisem „Delirium”. Sięgnął więc po nią i wydobył dwie różowe pigułki, które połknął bez zawahania. Po tym rozłożył się wygodnie i odchylił głowę do tyłu, opierając ją na oparciu. Szybko zaczął uczuwać otępienie ogarniające jego zmysły. Uśmiechnął się więc lekko i pozwolił sobie odpłynąć. Tym razem nic go nie ostrzegło. Nie było żadnego głosu, który odradziłby mu wzięcie tego leku. Była cisza i pustka. Dwie rzeczy, które życie nauczyło go cenić ponad wszystko.

 

Zatłoczone wnętrze podrzędnego lokalu wypełnione było dymem palonego tytoniu i ostrym zapachem alkoholu. Duże wiatraki wiszące u płowego stropu powoli mieliły ogarnięte nikomu niewadzącą stagnacją powietrze jakby chcąc zagęścić je jeszcze bardziej. Jedyną pozytywną rzeczą tego nieznośnie skwarnego dnia był panujący w pomieszczeniu cień i seksowna, skąpo ubrana, młoda dziewczyna stojąca za barem.

– Co podać? – zapytała wesołym głosem, zupełnie nie pasującym do otaczającego ją zmęczenia.

– Whisky z lodem – odpowiedział znużony mężczyzna, starający się odwzajemnić entuzjazm młodej damy za pomocą lekkiego uśmiechu.

Niestety nie wychodziło mu to w ogóle. Westchnął więc tylko i spoglądając na to jak uwija się z tworzeniem jego napoju zmarszczył lekko brwi.

– Czy my się nie znamy? – zapytał z całkowitym przekonaniem, iż gdzieś już ją widział.

W odpowiedzi usłyszał tylko radosny śmiech, po którym padło oświadczenie.

– Jeśli chcesz mnie poderwać, musisz się bardziej postarać.

– Mam tego świadomość, aczkolwiek pytam poważnie. Mam nieodparte wrażenie, iż gdzieś cię już widziałem – rzekł, spoglądając podającej mu drinka kobiecie w oczy.

Ta zaś nachyliła się nad nim, ukazując swój biust i sprawdzając, czy jego wzrok będzie na niego umykał zaczęła mówić.

– Nie wyglądasz na takiego, który chodzi po barach, czy klubach. W ogóle chyba niezbyt lubisz tego rodzaju zabawy. Ubranie masz jak jakiś korpo–szczur.

– Praca mnie zmusiła do takiego ubioru. – wszedł jej w zdanie.

– Ach tak… Wątpię – odrzekła, po czym odwróciła się do niego plecami, eksponując swój nagi odcinek lędźwiowy grzbietu, który idealną linią przechodził w zakryte naprawdę krótkim spodenkami pośladki.

– Mógłbym przynajmniej poznać imię? – zapytał sam nie wiedząc dlaczego.

– Mógłbyś, ale nie zasłużyłeś. Na razie będę dla ciebie zwykłą barmanką – odrzekła, po czym udając się do innych klientów, całkowicie go zignorowała.

Uśmiechnął się na te słowa pod nosem i spojrzał na postawiony przed nim napój. W tym momencie przypomniał sobie dlaczego go zamówił i co tu takiego robi. Zrzedła więc mu mina i zawiesił głowę z bezradności. Dzisiejszy dzień nie należał do jego ulubionych, aczkolwiek nie mógł na to nic poradzić. Ten fakt nie umknął barmance, która albo była dobrym obserwatorem, albo po prostu jej wcześniejszy rozmówca zbytnio jej się spodobał. Poczuła wiec chęć podejścia i zagadania, jednak w tym momencie do wnętrza wtoczył się starszy facet o zbyt rozległej tuszy, który swymi lekkimi, jak na kogoś z „genetyczną wadą w kierunku tycia”, krokami zbliżył się do osobnika ze spuszczoną głową. Stanąwszy przy nim zabrał jego drinka, a następnie wypił go jednym haustem.

– Dobra młody. Zbieramy się – oświadczył ku niezadowoleniu odbiorcy jego słów.

– Kiedy to się skończy? – jęknął ten w odpowiedzi, staczając się z swego siedziska.

– Jeszcze tylko dwa miejsca i mamy z głowy – odparł, po czym oboje opuścili lokal.

Młodszy z dwójki odwrócił jeszcze głowę, nim przestąpił próg drzwi i jego spojrzenie spotkało się z tym barmanki. Rzucił wiec jej jeszcze nieudolny uśmiech na pożegnanie i zniknął.

 

W ogniu strzałów, przekleństw i wybuchów młody jegomość schowany za jakimś wózkiem widłowym, zakrzyknął do swego starszego towarzysza, który przemieścił się zza swojej osłony, ku niemu.

– Kurwa mać! To miała być normalna wymiana! Jak to się do cholery mogło spierdolić?!

– Jeszcze pytasz?! – odkrzyknął ten do niego, rzucając granat, a po wybuchu dodał – Kotek musiał wszystko spierdolić! Kurwa dobrze, iż go wyciągnęliśmy z tego bajzlu!

– I co nam z tego?! Amunicji już nie mam! Musimy spadać! – rozmowa toczyła się bez większego stresu.

– Masz dymnego?! – padło pytanie.

– Przecież wiesz, iż nie noszę granatów! – odkrzyknął mu i nagle pod ich nogi wtoczył się jakiś pocisk ręczny z zapalnikiem służący do oślepiania ludzi.

– Tylko dobrze to rzućcie, bo więcej nie mam! – odezwał się ich towarzysz, schowany za inną osłoną.

– Ty! – wykrzyknął młody, po czym potarł jednym palcem wskazującym o drugi, śmiejąc się podle.

Starszy jegomość przewrócił na to oczami, wziął granat w dłoń i krzyknął:

– Na trzy! Raz! Dw…! – nie zdążył dokończyć, a przedmiot z jego dłoni poleciał już w kierunku przeciwników.

W tym momencie wszyscy wybiegli z budynku, wsiedli do aut i zaczęli się ulatniać. Nie minęło pięć minut, gdy miejsce całkowicie opustoszało. Jak się okazało nawet przeciwnicy wykorzystali moment, by się wycofać. Jedyne co pozostało to kilka trupów i młodzieniec ubrany na czarno, który zamiast wsiąść do auta pobiegł za stojący w pobliżu magazyn. Tam oparł się o jego ścianę i zsunął się powoli do kucnięcia.

– Ech… – westchnął głęboko wiedząc, iż szef nie będzie zadowolony z rozwoju sytuacji.

Po tym zaczął rozmyślać co zrobić, aby wszystko odkręcić. Niestety stan zamyślenia, w którym się znajdował, został przerwany przez kroki, które usłyszał zza winklem. Wyciągnął wiec w tę stronę pistolet i w jednej chwili znalazł się w sytuacji, w której on celował do kogoś i ktoś do niego.

– Hej kochanie – odezwała się dobrze znana mu kobieta.

– Hej, Widzę, iż porzuciłaś pracę w barach na rzecz czegoś bardziej ekscytującego – odezwał się do niej, opuszczając broń.

– Wiesz jak to jest w tym biznesie. Robisz tam gdzie lepiej płacą – odparła, chowając swój pistolet, po czym kucnęła obok niego – Może mam na ciebie zlecenie. Nie powinieneś opuszczać tak szybko broni.

– Gdybyś miała na mnie zlecenie, już bym nie żył. Poza tym... Skończyła mi się amunicja. – odparł, a po chwili milczenia, której pozwolił trwać, zapytał – Spierdoliło się, nie?

– Po kiego wzięliście tego idiotę ze sobą? Gdyby nie on, wszystko poszłoby gładko – odrzekła mu sfrustrowana.

– Szef mówi, my robimy. Kazał, to wzięliśmy – mruknął zrezygnowany, po czym znów spytał – Zjesz coś?

– Mam ochotę na chińszczyznę – przyznała, rozmarzając się.

– Jesteśmy w Japonii – przypomniał jej.

– Ah.. No to sushi, czy ramen? – zaczęła się zastanawiać.

– Jak tak bardzo chcesz coś z chińskimi korzeniami, to idziemy na ramen – odparł, podnosząc się i chowając broń do kabury.

Po tym wyciągnął rękę, aby pomóc jej stanąć na nogi i oboje udali się niezbyt szybkim spacerem w stronę miasta.

 

– Ale się najadłam! – podniosła zadowolony głos dziewczyna.

– No… Od dawna tak nie ucztowałem – przyznał jej towarzysz, kończąc swoją porcję.

– No to zdrówko! – rzekła, unosząc naczynie wypełnione alkoholem.

– Nie piję. Wiesz przecież – oświadczył po raz niezliczony.

– Nie rozumiem cię. Znasz nasze życie. Nikt nie kończy na emeryturze. W każdej chwili mogą cię sprzątnąć, a ty odmawiasz sobie przyjemności życia – żachnęła się jak zawsze, gdy wychodził ten temat.

– Póki co chcę pozostać u szczytu swych fizycznych i psychicznych możliwości. Dlatego unikam trucia się. Może kiedyś… Jeśli dożyję tej emerytury. –odparł, na co jego rozmówczyni skrzywiła się i wychyliła setkę.

Powtórzyła tą czynność tyle razy, aż w końcu stwierdziła, iż jest wystarczająco pijana. Wtedy zażądała, by zostać odprowadzoną do hotelu.

– Tylko nie licz na upojną noc – ostrzegła go, śmiejąc się radośnie, po czym oboje zapłacili i ruszyli w odpowiednim kierunku.

Spacerowali powoli przez miasto nie odzywając się do siebie, gdy nagle z ust dziewczyny padły słowa.

– Nie chcę cię zabijać.

– Nawet jeśli będziesz musiała? – zapytał, obejmując ją ręką, aby ustabilizować jej chód.

– Nawet wtedy – przyznała, przytulając się do niego.

– Czy to miłość? – rzucił pół żartem.

– Może… – odrzekła mu cicho, a po chwili zapytała zmartwiona– Nie znienawidzisz mnie? Gdy dostanę na ciebie zlecenie.

– Pokocham cię jeszcze mocniej – odparł przyciskając ją do siebie i całując w czubek głowy.

Po tym oboje szli już w milczeniu mijając tysiące neonów i dużą zbiorowość ludzi, oddających się przyjemnościom nocnego życia. Moment ten był niezwykle cudowny i przepełniony dobrymi emocjami.

Wszystko co piękne musi się jednak kiedyś skończyć i tak bez żadnego ostrzeżenia zarówno dziewczyna, jak wszyscy ludzie w koło zniknęli. Wysokie wieżowce otulone blaskiem reklam spłowiały zaś, aby utracić swój blask i rozmyć się w eterze. W taki sposób jedno z piękniejszych urojeń detektywa skończyło się, pozostawiając go otępionego i ze łzami w oczach na jakiejś ulicy jego własnego miasta, na którą sam nie wiedział jak dotarł. Oszołomiony rozejrzał się wkoło zastanawiając się, kiedy wyszedł z mieszkania i czy nadal panuje ta sama noc. Niestety myśli były zbyt ciężkie dla jego lekkiej głowy, co sprawiało, iż w ogóle się go nie trzymały. Jedyne do czego zdołał dojść to, to iż musi powrócić do domu i położyć się do spania. Z tym postanowieniem skręcił w pobliskie uliczki między budynkami, mając nadzieję na skrócenie sobie drogi. Idąc nimi beztrosko i nie przejmując się jakimkolwiek zagrożeniem, usłyszał ciężkie sapanie faceta, wymieszane z niewyraźnymi kobiecymi słowami, które zdawały się składać w odmowę. Chciał to zignorować, jednak wrażenie, iż skądś zna ten głos, skierowało go ku źródłu odgłosów. Skręcił więc w jakiś zaułek i ujrzał scenę, której się nie spodziewał. Jakiś zaćpany facet starał się dobrać do pijanej Anny, której za pewne dosypał coś do drinka.

– No dawaj… To będzie niezły odlot – szeptał obmacując jej ciało, gdy ona starała się go od siebie odepchnąć, ale ze względu na osłabione mięśnie nie mogła tego zrobić.

– Anna? – zaszokowany detektyw nie wiedział co powiedzieć.

Na to zapytanie dziewczyna, spojrzała na niego szeroko rozwartymi źrenicami. Po tym spróbowała coś powiedzieć, ale słowa nie wydobyły się z jej ust. W tym samym momencie zauważył go delikwent, który posłał mu spojrzenie sugerujące, aby spadał. Ocknąwszy się w tym momencie, zbliżył nieznajomego i uderzył go w skroń. Cios ten był na tyle silny, iż rzucił przeciwnika na pobliską ścianę. Detektyw dopadł do niego błyskawicznie i przytrzymawszy go lewą ręką, zaczął posyłać ciosy na jego twarz. W końcu cofnął się o krok, aby z impetem przywalić mu w prawy górny kwadrant brzucha, po czym wykorzystując pęd, którego jeszcze nie wytracił uderzył go w szczękę, podrzucając nieco do góry. Następnie, nim jego przeciwnik upadł, zdążył go złapać i uderzyć nim jeszcze raz o ścianę. Po tym rzucił go na ziemię i stwierdziwszy jego niezdolność do dalszej walki, zabrał jego telefon i zadzwonił po pogotowie. Szybko uzyskał połączenie i zaczął podawać niezbędne informacje. W trakcie tego odwrócił się w stronę Anny, aby sprawdzić jej stan i ku swojemu zaszokowaniu uczuł dwie rzeczy. Jedną było wpadnięcie w niego dziewczyny, a drugą zimne ostrze wbijające się w jego brzuch.

– Ania, nie Anna – usłyszał niewyraźne słowa, po których dziewczyna osunęła się na ziemie, gdyż podane jej narkotyki osiągnęły swój szczytowy efekt. On zaś cofnął się o dwa kroki, oparł o ścianę, by zsunąć się po niej, czując jak nogi się pod nim uginają. Nawet nie zauważył kiedy upuścił telefon i zaczął trzymać się za miejsce, w którym tkwił nóż.

– To mi się śni? – wymamrotał, odczuwając ogarniające go z każdą chwilą, coraz większe zimno i starając się utrzymać przy świadomości, przynajmniej do przyjazdu karetki.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania