Zjawa - Rozdział V - część 1/2

Trzy stuknięcia niczym potrójne uderzenie w pierś, wyciągnęły zaległego na kanapie detektywa z pułapki snu.

– Jusz… – spróbował wrzasnąć niewyraźnie, uświadamiając sobie, iż jego kończyny górne są zdrętwiałe i nie może nimi poruszać.

Zirytowany tym faktem zaczął się szamotać, co tylko pogorszyło jego sytuację, zrzucając go na podłogę. W czasie, gdy borykał się z problemem, jakim było podniesienie się i przeżycie przedziwnego mrowienia niedokrwionych części ciała, odezwał się szczęk zamka i do wnętrza wkroczył osobnik w średnim wieku, który poszczycić mógł się nie tylko potężnym wąsem, ale również równie pokaźnym brzuchem.

– Nie kłopocz się. Mam klucze – rzucił, nie zwracając uwagi na sytuację gospodarza i zdjąwszy buty, udał się od razu do kuchni – Ile razy tu nie bywam, zawsze jest tak samo. Przemeblowałbyś trochę.

– Zrób mi tosta! – padło żądanie od mężczyzny, który odzyskawszy niecałkowitą sprawność fizyczną podniósł się i udał do łazienki.

Dotarłszy na miejsce spostrzegł coś niecodziennego, co nie wiadomo dlaczego nie wzbudziło w nim zdziwienia. Otóż w wannie siedział niezwykle wychudły osobnik w masce przeciwgazowej, który brał właśnie relaksacyjną kąpiel w różowym kisielu przy pachnących ananasem świecach. Ich spojrzenia na chwilę się spotkały, po czym bez żadnej większej reakcji oboje powrócili do swych zajęć. Jegomość, który dopiero wkroczył do pokoju, stanął przed lustrem i przemywszy twarz zimną, niezwykle lepką wodą, która potrzebowała chwili, aby spłynąć z jego oblicza, z jak największą naturalnością zaakceptował, iż posiada nastoletnie ciało.

– Żona postanowiła zrobić mi dietę! Że niby schudnę! – zakrzyknął człowiek, bawiący się w kuchni w małego kucharza.

– Może ma rację?! – odkrzyknął mu, wracając do salonu.

Stanąwszy na jego środku, począł przypatrywać się promieniom słoneczne, biegnącym po diamentowych nitkach i rozpryskujących się na ścianach niczym pastelowe kleksy. Traktując ten obraz jako coś codziennego, zaczął wsłuchiwać się w nieznośne tykanie zegara, którego nigdzie nie mógł dostrzec.

– Młodyś, to chudyś. Kiedyś zrozumiesz – rzekł jego gość, podchodząc do niego z jednym tostem w dłoni, a drugim w ustach.

– Ta… Wiesz, iż… – już miał coś powiedzieć, lecz nagle jego wypowiedź przerwał głos wydobywający się z radia.

– Dzień dobry panie i panowie. Mamy cudowny dzień i…

– Czemu słuchasz tego głupka? – zdenerwował się niespodziewanie rozmówca, po czym podszedł do jednej ze ścian i wsadzając palec do kontaktu spowodował grobową ciszę we wnętrzu, którą przerywały tylko odgłosy bąbli powietrza wydobywających się spod wody.

Ten dźwięk zwrócił uwagę młodzieńca, który zasłyszawszy go, momentalnie rozpoczął poszukiwania jego źródła. Znalazł je stosunkowo szybko w kącie mieszkania, gdzie w metrowym akwarium pływała wielka płaszczka z twarzą człowieka, której oczy świeciły szmaragdowym światłem.

– Chyba jest głodna. – padło spostrzeżenie, zniekształcone nieco przez ciepły, przeżuwany ser.

Postanowiwszy coś na to zaradzić gospodarz, odebrał w końcu swe śniadanie i rzucił je rybie.

– Idziemy? – zapytał po tym, a miast dostać odpowiedź, nie wiadomo jak znalazł się na oświeconej popołudniowym słońcem ulicy.

Mijając nieznanych mu ludzi i słuchając wrzasków bawiących się na chodniku dzieci, próbował nadążyć za swym otyłym towarzyszem.

– Słyszałeś o tym gościu, który sprzątnął nam kilku ludzi? – odezwał się ten nagle.

– Młody, z sygnetem, czy coś takiego. Gadają o nim w mieście. – wysapał, równając z nim krok.

– Gówno prawda. Trzydziestkę ma na karku jak nic. To co pijaczki w barach opowiadają to bajki. – padło skwitowanie pełne irytacji.

– To co z nim? – zapytał zaciekawiony.

– Mamy go sprzątnąć. – tego typu odpowiedź była spodziewana.

– Jak go znajdziemy? – wypytywał dalej.

– On znajdzie nas. Dokładnie ciebie. Będziesz robił za syna jakiegoś potentata na rynku nieruchomości. Impreza jest wieczorem, więc musimy zdążyć cię ogarnąć – oświadczył.

– No dobra… Ale dlaczego ja?

– Powtarzaj za mną. Jestem nikim. – rozmówca przystanął na chwilę, aby mu to wyperswadować.

– Ej! – żachnął się, by błyskawicznie przyznać rozmówcy rację – No w sumie racja… To co najpierw?

– Przemalujemy cię na zielono. – słowa te odbiły się echem w jego uszach, a rzeczywistość pomarszczyła się niczym tafla wody, którą przebił kamień i przerodziła się w oświetlony słabą żarówką pokój.

Rozlegał się ciągły odgłos skapującej wody. Młody mężczyzna znajdował na drewnianym krześle, do którego był przywiązany. Cierpiał katusze, przez krople wody uderzające od nie wiadomo jak długiego czasu w jeden punkt na jego głowie. Co jakiś czas przychodził do niego jakiś osobnik i w nieznanym języku zadawał mu pytania. Gdy nie odpowiadał coś niezwykle gorącego było przykładane do jego nagich stóp, wywołując niemiłosierny ból. Trwało to dla niego wieki, choć nie mógł dokładnie ocenić upływu czasu. Wtem, ku jego nadziei rozległy się wytłumione strzały i wybuchy. Gdzieś za ścianą odzywały się zniekształcone krzyki. Po chwili ktoś wpadł do wnętrza pomieszczenia, podbiegł do niego i łapiąc go za żuchwę wykrzyczał:

– Żyjesz?

Nie był w stanie odpowiedzieć. Co gorsza stracił na moment przytomność, albowiem nagle zorientował się, iż znajduje się w pionowej pozycji i ktoś pomaga mu iść.

– Trzymaj się. Już niedaleko. Zaraz zabierzemy cię do doktora. – padło oświadczenie, po którym wszystko zajęła ciemność.

Tym co ją rozproszyło było niezwykle ostre światło, zimno stołu operacyjnego i potworny ból, który przeszywał całe jego ciało. Gdzieś w tle rozbrzmiewały odgłosy odkładanych narzędzi, które zwiastowały tylko inny rodzaj bólu. Czasem pod lampą pojawiała się uśmiechnięta twarz lekarza, który dobrze wiedział, iż jego pacjent czuje dokładnie wszystko i nie może na to zareagować.

– Czyż nie ode mnie wyszło zapytanie, czy jesteś pewien? – odezwał się nagle głos, którego źródła nie dało się zlokalizować.

Po tym mężczyzna znalazł się bez przyczyny pod taflą wody, nie mogąc wezbrać oddechu. Zdeterminowany do zrobienia tego, zaczął machać rękami i nogami, aby wynurzyć się na powierzchnię. Gdy w końcu mu się udało zorientował się, iż stoi na szczycie wieżowca i ogląda panoramę pogrążonego w rozpaczy, ogniu, krwi i łzach miasta. Zdruzgotany padł na kolana i starał się zanegować to, co rysowało się przed jego oczami. Umysł jednak nie chciał uznać tego za mare senną, a co więcej wmawiał mu, iż to cóż widzi jest prawdą. Nagle gdzieś na skraju jego percepcji coś spadło wywołując ogromny rozbłysk czystego, białego światła i przeszywający, niewyobrażalnie krzywdzący pisk.

 

Zalany potem detektyw rzucił się konwulsyjnie na podłogę, uderzając łokciem o powierzchnię ławy. Oddychał szybko i płytko, czując jak serce wali mu w piersi. Oczy mimo, iż nieprzystosowane do panującej jasności, miał szeroko otwarte. Leżąc tak i powoli odzyskując kontrolę nad ciałem, której nie utracił, starał się zebrać rozbity na kawałki umysł. Nie miał pojęcia jak wpadł w taki stan i co się stało. Pamiętał tylko, iż poprzedniego dnia pił coś w barze, lecz te wspomnienia były niezwykle rozmazane. Jedyne co mu w tej sytuacji pozostawało to wstać, zrobić sobie kawę i rozeznać się w aktualnej sytuacji. Jak pomyślał, tak zrobił, choć był w tym niezwykle powolny i ostrożny. Przygotowawszy sobie upragniony napój, nie kłopotał się powrotem do salonu. Po prostu został tam gdzie był i oparłszy się o zimny blat, przetarł oczy. Zdziwiony poczuł, iż opuszki jego palców stały się mokre.

Płakałem? Pytanie przeleciało przez jego świadomość.

Szukając na nie odpowiedzi wziął łyk czarnego płynu i gdy tylko jego gorąc uderzył jego gardło, zakaszlał zwracając wszystko na podłogę. Poczuł nagle niespodziewany uścisk na szyi, który był na tyle mocny, iż uniemożliwił mu wezbranie powietrza w płuca. Czując jak twarz mu sinieje, oparł się ciężko o ścianę. Dusił się tak przez krótki moment, gdy niespodziewanie wszystko przeminęło. Oddychał ciężko i głęboko, łapiąc łapczywie tlen do płuc. Jego ręce drżały, a umysł pustoszył strach. Nie mogąc tego wytrzymać, zechciał ruszyć szybkim krokiem do salonu. Niestety zachwiał się dosyć mocno i zmuszony został do złapania się framugi. W wyniku tego nie dość, iż poczuł ogromy piekący ból w dłoni, to jeszcze ze względu na niego upadł niefortunnie. Zdenerwowany, jak również dobity, obrócił się na bok, skulił mocno i złapał zdrową ręką za nadgarstek. Wtem spojrzał na źródło swego aktualnego cierpienia i odkrył, iż całe ono pokryte było zaschniętą krwią, spod której zaczynała wypływać świeża. Na domiar złego tkwiły w nim kawałki szkła.

– Aaaa… – jęknął płaczliwie, a następnie zebrał się w sobie i starając się nie naruszyć niedużych choć licznych ran, wstał i udał się do łazienki.

Będąc tam otworzył szafkę, w której trzymał apteczkę. Z niej wydobył gazę, bandaż i jakiś antyseptyk. Kolejno stanął nad zlewem i zacisnąwszy zęby zaczął przemywać dłoń ciepłą wodą. Czuł przy tym dyskomfort, który zdawał się być niczym w porównaniu do tego, co właśnie miał zacząć robić. Zakręciwszy kran, zaczął ostrożnymi ruchami wydobywać z siebie kawałki szkła, sycząc przy tym niczym najgroźniejszy wąż. Zakończywszy ten proces, przemył wszystko jeszcze raz wodą i zastosował antyseptyk. Zadowolony z efektu, złapał za gazę, przyłożył ją sobie do krwawiącej części swego fizycznego jestestwa, a następnie zaczął pieczołowicie obwijać wszystko bandażem. Gdy skończył spojrzał na swe dzieło i zadowolony z niego wrócił do salonu. Tam bardzo szybko zabrał się za poszukiwania swego telefonu i mimo rozproszenia jakie powodowało nieznośne pieczenie ręki, udało mu się szybko odnaleźć poszukiwany przedmiot. W końcu mógł wykonać połączenie, którego potrzebował. Wybrał więc odpowiedni numer i…

– Nie zostawiaj wiadomości i tak jej nie odsłucham – odezwał się kobiecy głos, który poprzedził piknięcie.

– Cholera… – zaklął, po czym złapał swój kapelusz leżący na podłodze i założył go na głowę.

Po tym ruszył do drzwi, gdzie założył buty i nie wiadomo dlaczego, nie wiszący na wieszaku płaszcz, a następnie wyszedł, zamykając za sobą drzwi.

 

– Dzień dobry…! – ta sama kobieta co zawsze znów chciała go zaczepić, gdy tylko wszedł na komisariat.

Na swoje szczęście udało mu się opracować niezawodny sposób na uniknięcie niechcianej konfrontacji. Dzięki temu, niewzruszony niczyimi zaczepkami przesmyknął się na odpowiednie piętro gdzie panował jakiś dziwny spokój. Papiery nie latały. Nikt się na nikogo nie darł. Prawdziwie przedziwna sytuacja.

– Szefa nie ma, czy mam jakieś marzenie senne? – zaszokował się nie na żarty, próbując stwierdzić, czy to co widzi jest prawdą.

– Panie detektywie! Jak ja się cieszę, że pana widzę! – odezwał się nagle dobrze znany głos, który tym razem brzmiał niecodziennie miło.

– Szefie? Czy coś się stało? – zapytał skołowany, gdy na jego ramieniu wylądowała spocona kończyna górna.

– Nie wiem jak to się stało, ale jeszcze tu pracujemy, a Anna ma dobry humor, więc proszę cię… – tu zrobił dramatyczną pauzę i spojrzał rozmówcy prosto w oczy – Nie spierdol tego.

– Tak jest! – detektyw zareagował niezwykle energicznie, co kosztowało go nazbyt dużo wysiłku.

– I weź prysznic. Jedzie od ciebie jak od śmietnika. – dodał, po czym oddalił się do swego gabinetu.

W tym momencie jegomość w płaszczu powąchał samego siebie i z odrazą stwierdził, iż naprawdę pachnie nieświeżo. Odwrócił się więc na pięcie, aby udać się pod znajdujące się w budynku natryski, gdy jak gdyby znikąd wynurzyła się przed nim ubrana w żakiet brunetka.

– Anna… Hej! – rzucił mając świadomość, iż jest obserwowany przez wszystkich zgromadzonych.

– Hej. Jak się czujesz? – odpowiedź była miła, a osoba, która ją wypowiedziała wręcz promieniała radością.

– Dobrze… – przeciągnął ostatnią literę – A ty?

– Świetnie – odparła z uśmiechem, po czym zapytała – Co dziś będziemy robić?

– Hmm… – detektyw poważnie zaczął się zastanawiać – Przejrzymy te papiery, które wzięłaś od szanownej pani doktor.

– Papiery? – zafrasowała się Anna. – Nic nie mówiłeś, abym coś od kogoś brała.

W tym momencie rozmówca zaczął się zastanawiać jak wybrnąć z sytuacji, aby nie zostać zlinczowanym przez swego szefa.

– Wiesz… Te co cię wysłałem dając ci adres i zdjęcie kota, albowiem nie miałem tego, na którym widniała doktor – rzekł niepewnym głosem.

W tym momencie kobieta, z którą prowadził dysputę zaczerwieniła się ze wstydu i opuściła głowę. On zaś nie wiedząc jak na to zareagować machał tylko rękami w powietrzu zastanawiając się, czy ją dotknąć w celu pocieszenia, czy może jednak nie.

– Nie poszłaś? – zapytał w końcu.

– Poszłam – bąknęła w odpowiedzi.

– No i zapomniałaś ich zabrać, tak? – przeciągał słowa, sam nie wiedząc czemu.

– Myślałem, iż kazałeś mi szukać kota… – wybełkotała cicho i niezrozumiale.

– Kogo? – skonsternował się detektyw.

– Kota. Kazałeś mi szukać kota! – podniosła głos zbyt wysoko, wywołując u wszystkich światków pełen zdziwienia wzrok, który momentalnie powędrował w stronę detektywa.

– To nie tak, iż kazałem ci szukać kota. Musiałaś mnie źle zrozumieć – próbował załagodzić sytuację, choć wiedział iż może mu to się nie udać – Nie przejmuj się jednak. Zaraz pojedziemy i wszystko załatwimy…

Jak policyjny negocjator, którym nigdy nie był, albowiem się do tego nie nadawał, zbliżył zdrową dłoń do jej głowy, aby ją po niej pogłaskać. Wtedy jednak oberwał w nią niezwykle mocno i usłyszał:

– Śmierdzisz. Umyj się.

Po tych słowach Anna oddaliła się prawdopodobnie w stronę łazienki. Detektyw zaś czując, iż coś się na niego czai, czmychnął w te pędy na klatkę schodową i z niebywałą dla siebie prędkością poleciał pod prysznice.

 

Gorąca woda wylewająca się falami z wanny i rozchlapująca się na posadzce, wydawała charakterystyczne odgłosy, przywołujące na myśl podły obowiązek sprzątania. To jednakowoż nie miało wpływu na kobietę, która zanurzając się całkowicie w jej kojących objęciach, szukała odpowiedzi na pytanie, czy może być coś wspanialszego od relaksującej kąpieli, zmywającej trudy życia. Nim zdążyła na nie odpowiedzieć, zaczęło brakować jej tlenu. Wynurzyła więc i odgarniając z oblicza zmoknięte włosy, wzięła głęboki wdech. Po tym mruknęła jak kot i delikatnie oparła potylicę o brzeg wanny. Leżąc tak, spoglądała w sufit jakby widziała w nim coś magicznego. Wnet zamknęła powieki i rozpłynęła się w błogości chwili. Zatraciła poczucie czasu. Nieplanowanie, z jej ust wybrzmiały podarowane jej niegdyś wersy.

 

„Kochanie wiesz, iż jestem winny

Wszyscy to potwierdzą

Uwielbiam zbrodnię

Nie mogę temu zaprzeczyć

 

Zamknij mnie więc

Skuj w kajdany

Wyrzuć klucz

Nie pozwól nigdy wyjść

 

Wiesz jak spędzam czas

Co wtedy robię

Rozumiesz jak uwielbiam zbrodnię

I choć mógłbym kłamać

Zacząć wszystko kryć

Udawać, iż będę dobry

Kochanie wiesz…

Jestem winny

 

Tej miłości nie mogę sobie odpuścić

Do końca więc nie będę niczego żałował

Me zbrodnie to wszystko, co mam

Nie będę błagał o ich przebaczenie

 

Sprawa przeszłości jest zamknięta

To co było, nie powróci

Albowiem choćbyś chciała zapomnieć

Znasz moje zbrodnie

Wiesz, iż jestem winny”

 

Nim zdołała uświadomić, dlaczegóż wymawia te słowa, przestrzeń przeszyło trzykrotne puknięcie w drzwi. Słysząc je, zerwała się nazbyt szybko, rozchlapując duże ilości wody, która nie wiadomo kiedy zdążyła wystygnąć. Wyszedłszy kolejno z wanny, wytarła się szybko i naciągnęła na siebie pierwsze dorwane ubranie, którym okazał się lekarski kitel. Nie wiele myśląc, podreptała ku drzwiom wyjściowym. Dotarłszy do nich, spojrzała przez wizjer i widząc znajomą twarz, otworzyła je.

– Dzień dobry pani doktor – rzekł z entuzjazmem mężczyzna, w którego aparycji wyróżniała się niespotykanie biel bandaża, kontrastującego zbyt mocno z czernią ubioru – Nie przeszkadzamy?

– Nigdy… – mruknęła z ironią w głosie, czując w podświadomości lekką radość.– Wejdźcie.

Po tych słowach, odwróciła się na pięcie i nie przejmując się gośćmi, ruszyła do kuchni.

– Jak się pani doktor czuje? – zawołał jegomość z korytarza, zdejmując swój płaszcz, kapelusz i obuwie, a następnie zwrócił się ciszej do swej towarzyszki – Ściągnij proszę buty.

Ta rzuciła w niego tylko wymownym milczeniem i wykonała jego polecenie. On zaś nie otrzymawszy werbalnej odpowiedzi, ruszył do miejsca, w którym znajdowała się gospodyni. Dotarłszy tam, usadowił się na krześle, stojącym tuż przy oknie.

– Ładną mamy pogodę. Czemu nie wyjdziesz na spacer? – zapytał, odchylając lekko firankę.

– Kawa? – odpowiedziała pytaniem, ignorując jego słowa.

– Chętnie – odrzekł, po czym zwrócił głowę w stronę korytarza i podniósł głos – Anno! Napijesz się czegoś?

Niestety jego wykrzyknienie nie spotkało się z odpowiedzią, jak również z obrazem osoby, do której zostało ono skierowane. Przeniósł więc na moment swój wzrok ku sufitowi i zamyślił się.

– Sierściuch wrócił – mruknął w końcu z niechęcią.

– Co ty nie powiesz? – odbąknęła blondynka, włączając czajnik i nasypując zmieloną kawę do odpowiedniego naczynia.

Podczas tego zaczęła mu się z uwagą przyglądać, zastanawiając się, jaki znów sposób ten idiota znalazł, aby urządzić się w tak podły sposób.

– W sumie… Mógłbym się ogolić – przyznał, drapiąc swój półtoratygodniowy zarost, po czym nie darował sobie małego docinka – Byłbym prawie tak gładki jak ty dzisiaj.

Te słowa, zmusiły rozmówczynię do błyskawicznego spuszczenia wzroku na swe nogi, w celu rozwiania wątpliwości, co do swego wyglądu.

– Nowa asystentka – stwierdzenie, które padło z jej ust pobrzmiewało lekką irytacją i mocną chęcią zmiany tematu, albowiem przy tym mężczyźnie żadna kobieta, nawet ona, nie potrafiła czuć się w pełni pewnie – Przydzielili ci kogoś po tym, co stało się z poprzednią?

– Sam się zdziwiłem! – huknął z zdziwieniem i ściszając się, dodał – Podobno sama do mnie chciała…

– Jeśli miałabym zgadywać, zapierałeś się rękami i nogami, by ją oddelegowali do innego detektywa? – zapytała, zalewając zamienione w proch ziarna, po czym podając zaparzający się napój, rzekła – Młoda, piękna, naiwna. Idealna dla ciebie. Szczególnie, iż posiada konkretną… osobowość.

Wymówiwszy ostatnie słowo, pochyliła się nad swym gościem, łapiąc się wymownie za piersi i uśmiechając lubieżnie.

– To zapewne przez apetyt na słodycze – zażartowała.

– Pani doktor… – przewrócił ten oczami, łapiąc w dłonie gorące naczynie – Zazdrość to grzech. Poza tym dobrze wiersz, iż pięknem żadna tobie nie dorówna.

Zasłyszawszy to oświadczenie, blondwłosa dama zaśmiała się donośnie i odsunęła w tył, by zbliżyć się do blatu, wskoczyć na niego i bezmyślnie skrzyżować nogi.

– Dlaczego przerabiasz doniczki na kubki? – żachnął się fałszywie, starając się z całych sił skupić na czerni napoju, by nie spoglądać na atrakcyjne nogi gospodyni – Wiesz, iż one mają inne przeznaczenie, tak?

– Gdybyś mi ich tyle nie dawał, może bym tego nie robiła. – stwierdziła ta spokojnie, odgarniając niesforny, zmoknięty kosmyk włosów, który w ramach buntu, spadł na jej oblicze.

Wtem zapadła chwilowa cisza, w której dało się jedynie słyszeć mruczenie kota, którego ktoś właśnie obdarowywał przyjemnością dotyku.

– Mam coś dla ciebie. Jutro wieczorem odbywa się koncert… – zaczął, sięgając po coś do kieszeni marynarki.

W tym momencie kobieta uśmiechnęła się szeroko i klasnęła z radości.

– Kogo?! Depeche Mode?! Bruno Mars?! – nie mogła się opanować, szukając w myślach momentu, kiedy ostatnio poszła na jakikolwiek koncert.

– …muzyki klasycznej w amfiteatrze. – padły słowa, które momentalnie zgasiły jej entuzjazm.

– Och… – bąknęła tylko, spuszczając głowę nie tyle ze smutku, albowiem uwielbiała muzykę klasyczną, ale z wiedzy, iż koncert ten był jedynie przykrywką do zebrania ważnych person z miasta.

– Mam dwa bilety, z których zapewne nie skorzystam, więc jeśli zechcesz możesz zabrać ze sobą jakiegoś… kogoś – oznajmił, odkładając białą kopertę z zawartością na parapet.

Następnie westchnął i dobył z kieszeni paczkę papierosów. Wstrząsnąwszy nią, złapał jednego czerwienią ust. W tym samym czasie sięgnął po zapalniczkę i otworzywszy ją zgrabnym ruchem nadgarstka, użył kciuka, by stworzyć niewielki płomień.

– Ej, ej, ej, ej, ej! – podnieciła się niespodziewanie gospodyni i zeskakując z blatu. Następne zbliżyła się do niego i wyrwała mu wypełniony benzyną przedmiot – Co ty sobie wyobrażasz?

Zdezorientowany mężczyzna wzniósł tylko ręce w zdziwieniu i zapytał:

– Zapalić nie można?

– Nie. Nie można – postawiła sprawę jasno.

– Co ci się nagle zmieniło? – pojawiło się w odpowiedzi prychnięcie – W ciąży jesteś, czy co?

Zadawszy to pytanie, uśmiechnął się na myśl, jak nierealna taka sytuacja by była, po czym skierował wzrok na kobietę. Wtem zobaczył jednoznaczne spojrzenie, jakim go obdarowała.

– Nie… – zaśmiał się jednokrotnie i żałośnie, a następnie zapytał, pozwalając swemu głosowi załamać się delikatnie – Kto jest ojcem?

– Domyśl się panie Detektywie – rozległa się odpowiedź z nutką pretensji.

W tym momencie tkwiący miedzy wargami papieros wyślizgnął się i upadł mu na uda. Na obliczu zarysowało mu się zaś zmieszanie, a w oczach pokazał się strach. W przestrzeni wypełnionej zapachem świeżo zaparzonej kawy i pomrukiwaniem kota, pojawiło się ogromne napięcie, które gdyby trwało tylko chwile dłużej udusiłoby osoby w niej zawarte, rozrywając im przy tym serca. Na szczęście, czy też nieszczęście nastąpiła diametralna zmiana nastroju, gdy blondwłosa wybuchła niepohamowanym śmiechem, rozluźniając atmosferę.

– To… – zaszokowany tym, co się właśnie stało, nie potrafił wydukać z siebie ni słowa.

– Żartowałam – rzuciła, podnosząc leżący na jego nogach papieros i odpalając go.

– No tak… – przyznał, śmiejąc się niepewnie.

Nie potrafił dokończyć zdania, próbując się otrząsnąć z podłości, której właśnie doświadczył.

– Ach… Dość już tego dobrego – postanowiła, wypuszczając dym z płuc i stukając o beżową kopertę, leżącą na blacie – Po coś tu przyszedłeś.

– Tak… – mruknął zbyt cicho, przecierając swe blade oblicze – Tak. Dzięki.

– Skóra, z której uszyto ubrania, należała do innych ofiar. Nasz zmarły odszedł z tego świata za sprawą zawału, niedługo przed tym jak został powieszony – oświadczyła poważniejąc.

– Zawał? – zdziwił się rozmówca, ogarnąwszy się ostatecznie.

– Yhym. Ofiara zmarła śmiercią naturalną, jeśli mogę to tak określić, biorąc pod uwagę co stało się z jego ciałem. Poza tym na skórze znaleźliśmy wypaloną literę Z.

– Nasz Z? Intrygujące… – mruknął, a następnie rzucił niesmaczny żart – Cóż… Przynajmniej skóra była naturalna.

– Musiałeś? – rozmówczyni zdenerwowała się i rzuciła tlącego się papierosa do zlewu – Nie mogłeś sobie choć raz podarować? Jak możesz nabijać się z tak tragicznych rzeczy? Nie możesz choć czasami zachować powagi?

– Śmiech działa jak morfina. Zabiera cierpienie – wymawiając te słowa, podniósł się i ruszył w stronę wyjścia, zabierając po drodze przeznaczoną dla niego kopertę – Jeszcze raz dziękuję za raport i kawę.

Zakończywszy swą wypowiedź i dotarłszy do swych rzeczy, ubrał błyskawicznie swe buty, złapał płaszcz i kapelusz, a następnie wyszedł, nawet się nie pożegnawszy.

– Och! – dziewczyna głaskająca rudego kota, obudziła się nagle i w pośpiechu zaczęła zakładać buty.

– Anna – stwierdziła Złotowłosa, jakby nie mając świadomości, iż osoba, którą widzi, cały czas była w jej mieszkaniu.

– Hej. Masz miłego kota – odpowiedziała, gotowa do wyjścia.

– Jak się czujesz? – zapytała, uświadomiwszy sobie co wcześniej o niej mówiła.

– Bardzo dobrze. Czemu pytasz? – zainteresowała się.

– Cóż… – westchnęła, przypominając sobie ich ostatnią rozmowę.

– Och… Tak. – zasmuciła się, po czym dodała niespodziewanie – Jak pani sobie z nim radzi?

To zapytanie wywołało u blondwłosej gromki śmiech, po którym nastał niebywały spokój.

– Ja… On jest jak dziecko, które zostało zmuszone by dorosnąć. Nie potra… Nie chce uwierzyć w to jacy ludzie i świat są naprawdę. Ja po prostu… Staram się przyjąć jego punkt widzenia. Choć mi to nie wychodzi – powiedziawszy to uśmiechnęła się lekko i dała sobie chwilę, aby pomyśleć nad następnym zdaniem. – Widzę w nim coś wyjątkowego, co mimo wszystkich jego wad, nie pozwala mi go opuścić. Zgaduję, iż to nazywają miłością.

Wypowiedziawszy to ugryzła się w język, czując się nieco głupio. Anna zaś widząc to, przekroczyła próg drzwi wyjściowych, odwróciła w jej stronę i dygnąwszy lekko rzekła:

– Do widzenia.

Po tym zaczęła zbiegać po schodach, wywołując niosące się w przestrzeni odgłosy kroków, które całkowicie przykrywały echo tych wywołanych wcześniej przez jej towarzysza.

– Do widzenia – odpowiedziała blondwłosa dama, zamykając wejście do mieszkania.

Po tym przeczesała swe włosy i odetchnęła głęboko oparłszy się o drzwi.

– Może trochę przesadziłam… – szepnęła w zastanowieniu.

Jej myśli zostały jednakowoż szybko odegnane, przez wypełnioną ziemią doniczkę wielkości kubka i przyczepioną do niej, złożoną kartkę, które zalegały na szafce, stojące niedaleko. Skonsternowana tym znaleziskiem, zbliżyła się do niego. Sięgnęła po kawałek papieru, rozłożyła go i przeczytała zawartość:

 

„Dla Złotowłosej

Zaopiekuj się tym tulipanem.

Obdarzony twą miłością, z pewnością wyrośnie i zakwitnie.”

 

Wymawiając wszystko na głos, nie mogła powstrzymać uśmiechu wypełzającego na jej oblicze, który uzewnętrzniał przyjemne ciepło, jakie zaczęło ją wypełniać.

– Nie musiałeś… – westchnęła, łapiąc w dłonie doniczkę, by zanieść ją w odpowiednie miejsce.

 

– Co Ci tak zeszło? – warknął wyraźnie podenerwowany detektyw – Babskie pogaduchy?

Jego zaczepce nic nie odpowiedziało. Ubrana w żakiet brunetka minęła go tylko, podeszła do auta i otworzywszy je, wsiadła do wnętrza. Podążył więc za nią i syknął, uderzając się w zabandażowaną dłoń. W tym momencie nastałaby standardowa cisza, aczkolwiek zdarzyło się coś niespodziewanego.

– Kim ona dla ciebie jest? – zapytała młoda dziewczyna, uruchamiając silnik.

– Martynka? – westchnął z zamyśleniem opierając głowę o szybę – Kimś, kto lubi tulipany. Kto szkodzi samemu sobie i brzmi czasami wrednie, jednakowoż w tym tkwi jej urok. Ktoś, do kogo mogę uciec, gdy upadam i życie traci sens.

– Yhym… – rozmówczyni wydała z siebie nie do końca zadowolony dźwięk, kończąc tym samym krótką wymianę zdań i umożliwiając milczeniu, na rozlanie się w przestrzeni.

– Niczym wspomnienie dawnej miłości, która nigdy nie zdołała rozkwitnąć… – dodał niezwykle cicho, głosem przepełnionym melancholią, pozwalając sobie na jeszcze chwilę odpoczynku od rzeczywistości.

W końcu jednak zebrał się w sobie, włączył radio, z którego zaczęły sączyć się przyjemne dźwięki i spoglądając na godzinę, oświadczył:

– Jedź na targ. Zdążymy jeszcze kupić pomarańcze.

Jego polecenie spotkało się ze zdziwionym spojrzeniem. Nie mając ochoty jej nic wyjaśniać, zaczął więc machać rękami pokazując jej, aby jechała. Ta zaś przerzuciła tylko oczami i ruszyła z piskiem opon, irytując go tym.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania