Cień Areny - AKT I, rozdział 7.
Rozdział 7
Ktoś szarpnął Michała za ramię. Gwałtownie usiadł na pryczy, jeszcze nie rozróżniając cieni od ludzi.
— Wstawać! Alarm bojowy! — padł ostry głos nad uchem, a chwilę później cała sala
rozbrzmiała wrzaskiem i szuraniem butów.
W korytarzu rozbłysły jarzeniówki. Wchodzący żołnierze nie tracili czasu – budzili, rzucali rozkazy, niektórzy pomagali młodym chłopakom zbierać rzeczy.
— Piętnaście minut! Tyle macie. Pełne wyposażenie. Zbiórka na placu!
Igor zeskoczył z góry z plecakiem w ręku, zaspany, ale już skupiony.
— Co jest, Radi? To nie szkolenie?
— Raczej nie — rzucił Michał, zakładając szybko buty. — Za dużo krzyku.
Na placu formowano kolumny, rozdawano dodatkową amunicję, sprawdzano dokumenty. Nie było wyjaśnień. Tylko rozkazy.
W ciężarówce trzeszczały resory, gdy kolejni młodzi żołnierze wskakiwali na pakę. Michał i Igor usiedli obok siebie, ściśnięci pomiędzy plecakami i hełmami. Przez chwilę słychać było tylko silnik i szum nocnego powietrza.
Dopiero po kilkunastu minutach ktoś przesunął się wzdłuż burt i stanął przy nich — starszy, doświadczony podoficer z dwudniowym zarostem i zmęczonym spojrzeniem.
— Słuchać uważnie — powiedział cicho, ale stanowczo. — Miało być inaczej, wiem. Ale wróg wyprowadził pierwszy cios. Wszyscy spodziewali się uderzenia z południowego wschodu, od granicy z Ukrainą. I tam poszło większość naszych sił.
Przerwał na moment. W pojeździe zapanowała cisza.
— Ale Rosjanie przepchnęli część armii przez Białoruś i uderzyli wprost przez Terespol. Weszli szerokim pasem. Już mijają Białą Podlaską. Kierunek: Warszawa.
Zaszumiało. Kilku chłopaków zbladło.
— Dlatego jedziemy — dodał twardo. — Wszystkie rezerwy są rzucane na wschód od
stolicy. Macie być gotowi. To już nie szkolenie.
Zawiesił głos, po czym przeszedł dalej wzdłuż paki.
— Od teraz jesteście żołnierzami. Nie zapomnijcie, po co tu jesteście.
Michał spojrzał na Igora. Ten zacisnął szczęki, ale nie odezwał się ani słowem.
Jechali dalej w noc — w stronę wojny.
Po kilku godzinach jazdy ciężarówka zatrzymała się w pobliżu prowizorycznego punktu
zrzutowego. Wokół panował kontrolowany chaos – w ciemności majaczyły namioty, stanowiska dowodzenia, skrzynie z amunicją, kuchnie polowe i grupy ludzi w mundurach przemieszczające się w pośpiechu między pozycjami.
Zaraz po wysiadce każdy z chłopaków otrzymał broń — klasyczne karabinki Beryl, niektóre wyraźnie zużyte. Do tego trzy magazynki, pas, manierka i podręczny pakiet medyczny. Michał trzymał swoją broń w dłoniach z ostrożnym respektem, ważąc ją jak coś nie do końca realnego. Dopiero gdy poczuł chłód metalu, do końca dotarło do niego, że to się dzieje naprawdę.
— Co, Michał? Zawsze chciałeś wyglądać jak z gier wojennych? — zagadnął Igor
półgłosem, próbując ukryć własny niepokój za żartem.
— Jakoś w grach nie trzęsły mi się ręce — mruknął Michał i zaraz dodał: — Ale damy radę.
Zaraz potem sierżant z obsługi technicznej zwołał ich na prowizoryczny plac ćwiczebny.
— Uwaga, chłopcy! Wiem, że macie być tylko zapleczem, zaopatrzeniem i tak dalej. Ale to nie znaczy, że nie będziecie walczyć. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, będziecie podawać skrzynki z amunicją i naprawiać sprzęt. Ale jeśli coś się posypie — a może się posypać — to musicie być gotowi. Na walkę, na kontakt z wrogiem, na chaos. Więc robimy szybkie przypomnienie.
Rozpoczęło się intensywne powtórzenie podstaw: pozycje strzeleckie, rzut granatem
ćwiczebnym, poruszanie się w drużynie, reakcje na ostrzał, sygnały ręczne, procedury wycofania. Wszystko to robione szybko, bez komentarzy, bez złudzeń.
Nie było czasu na pytania.
Nie było miejsca na błąd.
Michał chłonął każdy ruch, każdą komendę. Nie myślał już o powrocie w glorii. Myślał o tym, jak nie dać się zabić.
Szkolenie z bronią trwało niespełna godzinę, ale dla wielu młodych chłopaków okazało się granicą wytrzymałości psychicznej. W miarę jak sierżant przechodził do bardziej dosadnych instrukcji, atmosfera stawała się coraz gęstsza. Padły komendy, które wybrzmiewały brutalnie dosłownie: „Jeśli nie on, to ty.”, „Nie patrz na rany — patrz na cel.”, „Nie panikuj, bo przez panikę giną całe drużyny.”
Kilku chłopaków z tyłu szeregu nie wytrzymało — jeden z nich po prostu upadł na kolana i rozpłakał się jak dziecko. Inny odwrócił się i rzygał za skrzynią z amunicją. Igor stanął jak wryty. Twarz miał kredowobiałą, drżące dłonie zaciskał kurczowo na karabinie. Cicho, ledwo słyszalnie, szeptał słowa modlitwy pod nosem.
Michał czuł, jak jego ciało także zaczyna reagować: ciężar broni w dłoniach, zimny pot na karku, spięte ramiona. Czuł, że jest blisko pęknięcia — że jeśli teraz dopuści do głosu lęk, może się rozlecieć. Dlatego zaczął wizualizować sobie ewentualną walkę. Powtarzał w głowie: „Oddychaj. Mierz. Działaj.”
Zastanowił się, czy dziadek byłby z niego dumny. Może. Może powiedziałby, że teraz
nadszedł czas, by wykorzystać to wszystko, czego się nauczył.
Pomyślał o Dawidzie. Co on by zrobił? Zapewne ruszyłby jako pierwszy. I pewnie też
zginąłby pierwszy.
Wtedy w ciszy rozległ się wrzask:
— Wstawać! Do pojazdów! Ruszamy natychmiast! — ryknął dowódca, przerywając ciąg myśli Radeckiego niczym cios w brzuch.
Chłopcy rzucili się do pakowania — plecaki, broń, hełmy. Szeregi zbite ciasno. Nikt już się nie śmiał. Nikt nie rzucał żartów.
Nadszedł moment, którego nikt nie chciał, ale każdy się spodziewał.
Nad ranem, ledwo świtało, a oni już byli na miejscu. Las był gęsty, pachniał mokrą ziemią i świeżo zerwanymi gałęziami. Grupa młodych żołnierzy, których ledwie kilka dni temu przyjęto do służby, teraz miała zatrzymać zbliżającą się machinę wojenną. Zadanie było jasne: zająć pozycje obronne i wytrzymać do czasu, aż dojadą posiłki — oddziały pancerne, które według przewidywań mogły być na miejscu dopiero za dobę.
— Macie spowolnić marsz wroga! — grzmiał dowódca, wskazując sektory do obsadzenia. — Nie chodzi o wygraną. Chodzi o czas. Każda minuta, którą im odbierzecie, to szansa dla Warszawy.
Michał skinął głową, przyjmując rozkaz. Ruszył razem z Igorem w stronę wyznaczonego odcinka — prosty okop zabezpieczony prowizorycznym workiem z piaskiem, kilka karabinów, dwie skrzynki amunicji. Serce waliło mu w piersi jak oszalałe, ale nogi były pewne, ruchy zdecydowane. Wiedział, co ma robić. Prawie.
Właśnie miał przyklęknąć za osłoną i przygotować się do obserwacji terenu, gdy obok
pojawił się oficer z czerwoną opaską na ramieniu.
— Ty! Radecki, tak? — spytał krótko.
— Jestem.
— Zgłosić się do stanowiska moździerza. Potrzebny ktoś, kto zna się na
mechanice i nie panikuje. — powiedział i nie czekając na reakcję odszedł.
Michał spojrzał na Igora. Ten tylko skinął głową, ściskając broń. Oboje wiedzieli, że nie
mają wyboru. Michał zawahał się przez ułamek sekundy, ale ruszył za oficerem. Może to los. Może to przypadek. A może coś więcej.
Dotarł na stanowisko moździerza — maskowany punkt za lekkim wzniesieniem,
prowizorycznie zabezpieczony. Czekał tam starszy operator, zniszczony doświadczeniem, z
szorstkim głosem i papierosem w kąciku ust. Radecki zajął miejsce obok niego, przeładowując skrzynki z amunicją, pomagając ustawiać kąty ostrzału.
Gdy pierwsze pociski spadły w lesie, gdy huk eksplozji przebił się przez poranny chłód, a w oddali rozległy się krzyki i odgłosy zmechanizowanej kolumny przeciwnika — Radecki wiedział, że Igor i reszta piechoty są już pod ogniem. Modlił się, by chociaż część z nich zdążyła się schronić. Ale wkrótce nadeszły meldunki: linia frontu została przełamana. Większość oddziałów pierwszej fali została rozniesiona przez przewagę Rosjan — zarówno lądową, jak i powietrzną.
Radecki, wciąż przy moździerzu, słyszał wezwania do odwrotu przez radio.
— Zwijamy się! — krzyknął operator. — Mamy rozkaz wycofania!
Chwycił najpotrzebniejsze rzeczy i pociągnął Michała za sobą w gęstwinę. Las znów stał się azylem. Znów był schronieniem.
Tym razem jednak — zamiast liści — pachniało prochem i śmiercią.
Wszystko ucichło tak nagle, jak się zaczęło. Echo wystrzałów i wybuchów stopniowo
ustępowało miejsca złowieszczej ciszy — tej, która przychodzi po bitwie, zanim zjawi się śmierć w całej swojej okazałości. Spod drzew i ruin słychać było tylko jęki rannych i szelest kroków sanitariuszy przemierzających pobojowisko.
Michał szedł między porozrzucanymi szczątkami okopów i porzuconym sprzętem, niosąc skrzynkę z opatrunkami. Oczy miał suche, choć gardło ściśnięte, jakby ktoś trzymał na nim niewidzialną pięść. Nie było czasu na emocje, nie teraz. Jego zadaniem było pomóc w szukaniu tych, którzy jeszcze oddychali. Tych, których da się poskładać, zatamować krew, przewieźć dalej.
W którymś momencie zatrzymał się.
Znał tę sylwetkę.
Ręka Michała drgnęła. Skrzynka z opatrunkami zsunęła się z barku i z łoskotem spadła w błoto.
Leżał twarzą do ziemi, częściowo przywalony zniszczonym workiem z piaskiem. Kiedy
sanitariusz obok odwrócił ciało, Michał nawet nie drgnął. Patrzył na twarz Igora, pobladłą, z
wyrazem zdziwienia zastygłym w oczach. Krew przesiąkła przez mundur, głęboka rana w boku nie dawała złudzeń. Ktoś próbował go opatrzyć — na rękawie wciąż wisiał poszarpany bandaż — ale już nie zdążył.
Radecki patrzył. Tylko tyle. Nie myślał. Nie czuł. Tylko patrzył.
Wspomnienie uderzyło nagle, jakby ktoś wrzucił mu je pod powieki. Tydzień temu —
zaledwie tydzień — Igor usiadł obok niego w pociągu.
— Też na wschód? — zagadnął wtedy, uśmiechnięty, z plecakiem przewieszonym przez
ramię. Wtedy Michał nie miał ochoty na rozmowę. Ale Igor nie dał się zbyć. I tak już został — jakby od początku wiedział, że będą trzymać się razem.
To nie był żaden film wojenny. Nie było w tym żadnej chwały. Igor nie dostał nawet szansy na bohaterstwo. Miał marzenia. Brata. Miał historię, która właśnie skończyła się w tym błocie.
— Ej, młody! — rozległ się za nim głos. — Co tak, kurwa, stoisz? Myślisz, że to koniec? Bierz się do roboty, jeszcze nie jeden taki leży dalej!
Michał nie odpowiedział. Zacisnął zęby, skinął głową i schylił się po skrzynkę.
Wrócił do pracy.
Z każdą minutą robiło się goręcej — nie od ognia, lecz od zapachu śmierci i ciężaru ciał. Michał miał już oblepione błotem ręce, na rękawach przyschniętą krew, a na języku metaliczny posmak, którego nie potrafił się pozbyć. Raz po raz nosił worki, pomagał układać ciała w cieniu rozbitych ciężarówek lub osłaniał twarze poległych czymkolwiek, co znalazł pod ręką.
Nie było czasu na rozpacz. Każda przerwa oznaczała, że ktoś inny musiał podnieść za ciebie trupa.
Zegar przestał istnieć. Istniało tylko zadanie.
Tylko gdzieś pod skórą, jak powoli narastający ścisk w klatce piersiowej, czuł rosnące
zwątpienie. Takie, którego nie umiał nazwać, ale które pulsowało w nim z każdą kolejną twarzą pozbawioną życia, z każdym sztywnym ramieniem wciąganym do worka.
Gdy na moment usiadł na krawędzi wozu opancerzonego, by złapać oddech, spojrzał gdzieś w dal — i nagle nie był już pewien.
Nie był pewien, po co tu przyjechał.
Nie był pewien, co właściwie chciał udowodnić.
Jeszcze kilka dni temu marzył o powrocie w glorii zwycięstwa, z medalem na piersi, z
historiami, które będą opowiadać kolejne pokolenia. Przecież miał być jednym z tych, którzy
przetrwają, którzy będą mieć szczęście. Miał plan. Miał przecież spryt i hart ducha. A jednak… Igor też miał plan. Igor był pełen zapału.
A teraz nie żył.
I oto Michał siedział tu, mokry od potu, błota i cudzej krwi, próbując nie myśleć o tym, że jego decyzja — ta podjęta w tajemnicy, odważna, męska — może nie była ani odważna, ani mądra.
Może była tylko młodzieńczym złudzeniem.
Zupełnie nie wiedział, co powinien dalej robić. Nie znał odpowiedzi na pytania, które nawet nie zdążyły jeszcze paść. Ale wiedział jedno — musiał iść dalej.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania