Córka mroku 6
Lodowe Szpony i Srebrne Sidła
Wanora ściągnęła wodze, a jej koń, nienaturalnie silny wierzchowiec o czarnych ślepiach, stanął dęba. Spojrzała na zasypaną jaskinię. Wibracja magii wciąż drżała w mroźnym powietrzu, a z głębi dobiegał stłumiony kwik zwierząt.
– Pani, ktoś tam jest – odezwał się jeden z jeźdźców, oblizując kły. – Czuję bicie serca. Gorące, ludzkie. Pozwól nam rozkopać te głazy, pożywimy się przed drogą.
Wanora prychnęła z pogardą, nie zsiadając z konia.
– Nie marnujcie czasu na kopanie w gruzie. Skoro sami się pogrzebali, niech tam zgniją. Śmierć głodowa w ciemnościach to gorszy los niż przegryzienie gardła. To tylko żałosne robactwo, które nie potrafi nawet utrzymać stropu nad głową. Ruszamy na północ. Do siedlisk Vilkundów.
Giron, potężny wojownik wysłany przez królową Arię, zrównał się z nią. Wanora myślała, że ruszył za nią z żądzy mordu, nieświadoma, że jest jej cieniem i strażnikiem.
– Księżniczko, posłuchaj głosu rozsądku – powiedział Giron niskim, spokojnym tonem. – Atak na enklawę to szaleństwo, jeśli pójdziemy traktem. Ragnar może i zabrał wojowników, ale zostawił straże. Musimy ich zaskoczyć. Proponuję drogę przez Lodowe Szpony.
– Szpony? – Wanora zmrużyła oczy. – To pola lodowe, nikt tamtędy nie przejdzie, musielibyśmy je obejść. To strata trzech dni!
– To jedyna droga, która pozwoli nam uniknąć zasadzek – kontynuował Giron. – Przejdziemy przez szczyty, spadniemy na nich jak mróz. Unikniemy wykrycia.
Wampiry z oddziału podniosły szmer sprzeciwu. Byli młodzi, głodni i wściekli.
– Trzy dni bez walki?! – krzyknął jeden z nich. – Chcemy krwi teraz! Vilkundzi to tylko jedzenie, po co się przed nimi chować?!
Wanora spojrzała na swoje dłonie – białe, silne, drżące z nienawiści.
– Giron ma rację co do zaskoczenia – powiedziała, uciszając oddział gestem dłoni. – Ale nie będę zwlekać. Wytłuczemy to robactwo co do jednego, bez wyjątków. Kobiety, starcy, dzieci... wszystko, co nosi krew Ragnara, musi spłynąć do lodu. Ruszamy!
Tymczasem wiele mil dalej, dym z setek ognisk mieszał się z szarą mgłą. Ragnar Bezbrody siedział na pniu powalonego drzewa, ostrząc topór osełką. Dźwięk metalu o kamień był rytmiczny i hipnotyzujący.
Z bieli wyłonił się skaut w skórze białego niedźwiedzia. Szedł bezszelestnie, niemal stapiając się z otoczeniem.
– Gdzie jarl? – zapytał jednego z wojowników.
– Tam. Dwa ogniska dalej – weteran wskazał palcem, nie odrywając wzroku od pieczonego mięsa. – Nadchodzą?
Zwiadowca nie odpowiedział. Podszedł do Ragnara i schylił się, szepcząc mu prosto do ucha:
– Nadchodzą, jarlu. Dokładnie tak, jak przewidziałeś.
Ragnar przestał ostrzyć. Spojrzał na skauta swoimi zimnymi, jasnymi oczami.
– Ilu?
– Dwudziestu konnych.
– Tylko? – Ragnar uniósł brew. – Może to tylko zwiad? Może Bunhold zdołał ich ostrzec?
– Mamy szpiegów w Łzie Potępionych, panie – odparł cicho skaut. – Żaden inny oddział nie wyruszył. Loża Dwudziestu zamknęła bramy. To tylko ona... Córka Mroku i jej garstka szaleńców.
Ragnar wybuchnął krótkim, szczekliwym śmiechem, który bardziej przypominał warkot psa. Wstał, a jego potężna sylwetka rzuciła długi cień na śnieg.
– Dobrze więc! Skoro księżniczka tak bardzo pragnie odwiedzić moich ludzi, przygotujmy jej królewskie powitanie. Zapolujmy na te krwiopijcze bękarty!
Odwrócił się do swoich dowódców i ryknął:
– GASIĆ OGNISKA! Nie chcę ani smużki dymu! Przygotować srebro! Pociągnąć groty bełtów pyłem! Dzisiaj dowiemy się, jak smakuje krew, która nigdy nie stygnie!
W obozie Vilkundów zapadła mordercza cisza. Wojownicy z wprawą zawodowych rzeźników zaczęli wyciągać srebrzone ostrza, które w blasku dogasających węgli lśniły złowieszczym, bladym światłem. Ragnar uśmiechnął się do siebie, dotykając blizny na policzku.
– Czekam na ciebie, mała wampirzyco – mruknął pod nosem. – Przywieźliście mi śmierć, a dostaniecie zagładę lub pęta.
Komentarze (5)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania