Czy raki są dobre? - 3

Następnego dnia kupiłem „Baśnie Andersena”. Gdy chłopcy nieco zziajani weszli po szkole, wręczyłem książkę Noelowi.

- Będziesz mógł czytać bajki Bartusiowi.

- Super, księdzu! – uściskał mnie. – Już mi się trochę nudziło… hczoraj dha razy opowiadałem o Śpiącej Królehnie i trzy razy o Czerhonym Kapturku… bo nie znam hięcej bajek – dodał, smutniejąc.

Podjechaliśmy pod hospicjum. Przed drzwiami do pokoju Łukasza i Bartusia stała zapłakana kobieta. Weszliśmy dyskretnie do środka. Noel podbiegł do łóżka Bartusia, wołając od drzwi:

- Mam książkę z bajkami!

Nagle zatrzymał się jak wryty. Łóżko Bartusia było zaścielone, przykryte zieloną folią.

- Gdzie jest Bartuś? – zapytał zdziwiony.

Do pokoju weszła zapłakana kobieta.

- To wy jesteście Noel i Leon? – zapytała chłopców.

- No tak… - wyszeptał Noel. – Proszę pani, gdzie jest Bartuś? Przyjechałem poczytać mu bajki – pokazał książkę.

Kobieta buchnęła płaczem. Chłopcy stali bez ruchu, nic nie rozumiejąc.

- Chodźcie do mnie, moje słoneczka – klęknęła i wyciągnęła ręce do chłopców.

Podeszli niepewnie. Złapała ich, przytuliła i obsypała blond główki pocałunkami.

- Moje kochane słoneczka! Jak wam mogę podziękować?

- Nam? – zdziwił się Leon. – My pani nie znamy…

- Jestem mamą Bartusia. Gdy przyjechałam wczoraj wieczorem do niego, zaraz po pracy, z przejęciem opowiadał mi o chłopcu, który mu opowiadał bajeczki. I pokazał mi, jak wyglądał – wyjęła z torebki breloczki i podała im. – To wasze.

- Nie – zaprzeczył Leon. – To jest Noela, a tamten jest mój.

Zamienili się z bratem breloczkami.

- Przepraszam – wyszeptała. – Nie odróżniam was.

- To proste – rzucił Leon z zadowoleniem. – Mamy oczy na odhrót – Wskazał na swoje oczy.

- Faktycznie, Bartuś mówił, że Noel ma kolorowe oczy. Niezbyt wiedziałam, o czym mówi – wyszeptała. – Bartuś ledwo mówił, od dawna był bardzo ciężko chory i nie miał sił nawet by mówić. Ale dzięki Wam był bardzo szczęśliwy.

- Ale gdzie on jest? – wtrącił Noel – Miałem mu poczytać bajkę!

- Nie żyje – rzucił Łukasz.

Kobieta buchnęła płaczem. Noelowi też pociekły łzy z oczu. Po chwili szlochał i Leon.

- Jak to? – wyłkał Noel. – Tak szybko?

- On już chorował od dwóch lat – westchnęła mama Bartusia przez łzy. – Większość swego życia spędził w szpitalu, a na końcu tu leżał tu, w hospicjum… Wczoraj wieczorem ledwo dał rady wyszeptać, abym dała mu Wasze figurki do rączki. Taki był szczęśliwy, że Noel opowiadał mu bajki… Dawno nie widziałam go tak szczęśliwego. I zasnął szczęśliwy… Po raz ostatni… - rozpłakała się.

Noel płacząc wybiegł z pokoju. Leon zerwał się i pobiegł za nim. Mama Bartusia podziękowała mi przez łzy raz jeszcze i po cichu wyszła. Zostałem sam z Łukaszem. Spojrzeliśmy na siebie.

- Bartuś był wczoraj szczęśliwy. – odezwał się po chwili. - Nawet nie płakał z bólu wieczorem, jak zawsze. Dziękuję, że ksiądz tu przyjechał z chłopakami.

Usiadłem przy nim na łóżku i pogłaskałem go po głowie.

- A mogę mieć jeszcze do księdza prośbę? – spojrzał na mnie. – Wyspowiada mnie ksiądz?

Po spowiedzi poszedłem do maciupkiej kaplicy w hospicjum, aby przynieść Łukaszowi Komunię świętą. Gdy wracałem po Komunii, natknąłem się na korytarzu na Leona.

- Noel siedzi h kiblu za kiblem i beczy – powiadomił mnie bez ogródek. – Pójdę do Łukasza, może ułożymy jakieś LEGO?

- Idź – powiedziałem. – Jemu też jest ciężko. Poukładaj z nim klocki, niech nie myśli ciągle o Bartusiu.

Skierowałem swe kroki do toalety. Ostatnia kabina była otwarta. Na samym końcu w rogu siedział skulony Noel i płakał. Gdy usłyszał moje kroki, podniósł głowę.

- Idź… sobie… księdzu… ja… chcę… być… sam… - wyłkał.

Siadłem w milczeniu na podłodze po drugiej stronie sedesu i czekałem.

Po kilku minutach Noelowi skończyły się łzy. Zaczerwienionymi oczyma spojrzał na mnie.

- Dziękuję, że zostałeś, księdzu. – wyszeptał. – Tak mi smutno… Mogę się przytulić?

Wziąłem go na ręce. Wtulił się. Zaniosłem do pokoju Łukasza. Leon klęczał przy łóżku Łukasza. Łukasz leżał odsunięty na krawędź łóżka. Na wolnej przestrzeni na prześcieradle leżały rozsypane klocki. Łukasz pokazywał Leonowi, które klocki ma łączyć, a Leon sprawnie składał kolejne fragmenty.

- O, jesteś – podniósł głowę Leon. – Chodź do nas.

Noel bez słowa dosiadł się do brata. Zaczęli montować klocki.

Gdy wracaliśmy do domu, Noel się zapytał:

- Księdzu, a można by coś zrobić, aby Łukasz hyzdrowiał?

- Noelu, to nie takie proste – odparłem. – Był już leczony w szpitalu onkologicznym. Bez skutku. Teraz jest w hospicjum.

- I czeka na śmierć? – Leon jak zawsze był konkretny do bólu.

- Jak możesz tak móhić! – wrzasnął Noel zalewając się łzami.

- No co? – wzruszył ramionami Leon.

- Niestety, obawiam się, że tak jest. To brutalne, ale prawdziwe – wtrąciłem się. – Leczenie w szpitalu nie przynosiło efektów. Silne leki bardziej szkodziły Łukaszowi niż mu pomagały. Najlepsze, co możemy zrobić, to pomóc mu spędzić jak najlepiej, jak najszczęśliwiej jego ostatnie dni…

- A modlitha? Bóg istnieje! – wykrzyknął Leon. – Jak się pomodlimy, to Łukasz hyzdrowieje! Księdzu!

- Leon, to nie takie proste – westchnąłem. - Posłuchajcie, Pan Bóg nie jest automatem z kawą…

- Automatem z kahą? – parsknął śmiechem.

- Gdy mam ochotę na kawę, to podchodzę w szkole do automatu, wrzucam trzy złote i automat robi mi kawę. Pan Bóg tak nie działa. Nie wystarczy, że zmówię „Ojcze nasz” czy nawet wiele różnych i skomplikowanych modlitw, a Pan Bóg wszystko zrobi. Czasem spełnia to, o co prosimy, ale nie zawsze…

- Ale spróbohać możemy? – spytał się Leon.

Dojechaliśmy pod dom.

- Księdzu, to przygotuj jakąś skuteczną modlithę na jutro. Może być trudna! – poprosił Leon wysiadając.

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania