Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Kraina zniewolonych, dom przestraszonych – Tom I – Rozdział 3

Lotnisko LaGuardia Airport, Stany Zjednoczone, rok 1946…

 

Jednym z nielicznych obiektów w Nowym Jorku, które nie uległy całkowitemu zniszczeniu i były w pełni użyteczne po uprzątnięciu niewielkich ilości gruzu był port lotniczy LaGuardia Airport. Nie było takiego tygodnia, żeby chociaż trzy samoloty typu Junkers Ju 52 nie lądowały na nim. Lotnisko to było w miarę możliwości omijane przy nalotach ze względu na fakt, że Niemcy chcieli je wykorzystać do dalszych podbojów Stanów Zjednoczonych, a budowa prowizorycznych baz lotnictwa niemieckiego w mieście i na jego obrzeżach była czymś, co uznali za stratę czasu i zasobów ludzkich potrzebnych do walki z Amerykanami. Tak właśnie lotnisko LaGuardia Airport stało się głównym miejscem lądowania nie tylko wsparcia dla sił inwazyjnych w postaci żołnierzy, broni, amunicji i prowiantu, ale także niezbędnymi do życia zapasami dla wciąż dotkniętych kryzysem gospodarczym Amerykanów, którzy w końcu mogli się nacieszyć do pewnego stopnia odbudowaną infrastrukturą, działającą wodą w kuchniach i łazienkach, prądem dostępnym przez całą dobę oraz żywnością, o której w czasie kryzysu mogli tylko pomarzyć. Oczywiście tego typu luksusy dostępne były tylko dla tej części amerykańskiego społeczeństwa, która zgodziła się podporządkować okupantowi.

Generał Wolff patrzył w niebo i niecierpliwością wyczekiwał lądowania kolejnego z takich samolotów transportowych. Rano otrzymał informację, że jego syn przyleci do Nowego Jorku razem z innymi żołnierzami Wehrmachtu i komandosami SS, którzy mieli pilnować porządku na wschodzie i zaprowadzić go na zachodzie Stanów Zjednoczonych. Można powiedzieć „w samą porę”, bo wojska Tysiącletniej Rzeszy małymi krokami rozpoczynały inwazję na Zachodnie Wybrzeże i dowodzący grupą wojsk inwazyjno-okupacyjnych Heinrich Himmler uważał, że Amerykanie nie oddadzą ostatnie „względnie” wolnego bastionu swojego kraju bez walki. Poza tym, bardzo tęsknił za swoim synem jak każdy kochający ojciec. Nie widział go od upadku Londynu podczas Kampanii Brytyjskiej na początku 1941 roku, kiedy to osobiście gratulował jemu i innym komandosom SS zdobycia Buckingham Palace i zetknięcia flagi Rzeszy na jego dachu.

Nie musiał już dłużej czekać, gdyż w jego polu widzenia znalazł się samolot, który szykował się do lądowania. Biedny Wolff tak się zamyślił o swoim synu, że nie zwrócił uwagi na dźwięk silników. Z uśmiechem patrzył jak maszyna ląduje na ziemi, kołuje, żeby nie tamować ruchu, zatrzymuje się i wyłącza silniki. Wózek z drabiną podjechał do wyjścia z samolotu, z którego zaczęli wychodzić żołnierze Wehrmachtu, Esesmani oraz właśnie syn generała. Oboje od razu się wypatrzyli i po podejściu do siebie mocno się uścisnęli.

— Vater! Tak się cieszę, że cię widzę! Tak bardzo za tobą tęskniłem! – powiedział uradowany komandos.

— Wiem, Felix, wiem… ja też się o ciebie martwiłem, ale nie róbmy scen tutaj… Chodź, pojedziemy do centrum miasta i tam mi wszystko opowiesz! – odpowiedział generał.

— Gut! Ale najpierw zobacz co mam… – dodał z dumą młodzieniec i nagle wyjął ze swojej walizki wielki sztandar Związku Radzieckiego. Był dosyć brudny, ale jednak nie był w żadnym stopniu porwany. — Zdjąłem go z koszar bolszewickich partyzantów niedaleko granicy Syberii z Uralem!

— Wunderbar! Naprawdę jestem z ciebie dumny, synu… Ale chodźmy już, pokażę ci swoją siedzibę w Nowym Jorku! – odparł generał Wolff, po czym oboje opuścili lotnisko i udali się do jego oficerskiego Mercedesa. — Do hotelu Castle! – oznajmił szoferowi i samochód ruszył w stronę wskazanego celu. Obydwaj pasażerowie opowiadali o swoich przeżyciach wyraźnie zadowoleni z faktu, że mogli spotkać się po tylu latach. Generał z dumą słuchaj jak jego syn opowiadał o swoich heroicznych potyczkach z radzieckimi partyzantami oraz o warunkach, w jakich musiał walczyć. Niepokoiła go jednak ta część opowieści, w której był dowódca Armii Karnej Oskar Dirlewanger. Owszem, słyszał, że ten zdegenerowany psychopata gwałci i zabija wszystko co się rusza, ale myślał, że to wyolbrzymione plotki. Niestety, kiedy jego syn opowiedział mu o nastoletniej dziewczynie z sowieckiej partyzantki, którą Oskar brutalnie rozdziewiczył, a potem zatłukł na śmierć kolbą karabinu, nie miał już najmniejszych wątpliwości, że ten człowiek był potworem. Wolffowie nie byli święci i sami mieli parę aktów brutalności i sadyzmu na koncie, ale nigdy nic na taką skalę. Ale czy na pewno? W końcu nie dało się wymazać z historii pewnej okrutnej zbrodni, w którą oboje byli wplątani i z której egzekwowania oboje... czerpali radość.

— Nie rozmawiajmy już o nim, bo zaraz zwymiotuję… – próbował zakończyć temat generał.

— Przepraszam, ojcze… – powiedział cicho młody esesman. — A wiesz może gdzie mnie mają skierować? Słyszałem, że planowana jest ofensywa na Zachodnie Wybrzeże Ameryki!

— Ja, to prawda… Chociaż pewnie ciebie poślą do Chicago, żeby zrobić porządek z okupującą miasto mafią Ancellottiego. Ciekaw jestem jak sobie radzą nasi chłopcy na zachodzie...

— Chciałbym tam pomóc naszym siłom. Jeśli to prawda, że Jankesi będą walczyć do ostatniego obywatela, zanosi się na legendarną bitwę na miarę Stalingra… to znaczy Paulusburga! Brakowało mi takich emocji odkąd ja i mój dawny oddział byliśmy desantowani pod Buckingham Palace w 1941.

— Chwileczkę… więc to było planowane? Nie było żadnej awarii? – spytał generał.

— Nein. Otto Skorzeny… nasz dowódca... Chciał utrzeć nosa generałowi Studentowi. Ale opowiem ci o tym kiedy indziej, ja?

— No dobrze, synu. Tylko obiecaj mi coś, dobrze?

— Jasne, ojcze! Co takiego?

— Nie rób więcej takich głupstw jak to rozstrzelanie dzieci w Liverpoolu. Dlaczego w ogóle zrobiłeś coś takiego?! Nie pomyślałeś o konsekwencjach?! To mogło dać Tommy’m pretekst do buntu jak Polakom w Warschau w 1944!

— Wiem, ojcze… ale te bachory nie chciały przestać płakać, a ja tego strasznie nienawidzę! Już wolałbym codziennie słyszeć strzały i wybuchy niż ryki smarkaczy!

— Nieważne! Po prostu… powstrzymaj się przed takim okrucieństwem… albo jak masz kogoś brutalnie potraktować, nie rób tego przy świadkach! Okupacja wygląda trochę inaczej niż faktyczna wojna! – upomniał syna ojciec, podczas gdy ich samochód dojeżdżał do prowizorycznego sztabu Wolffa.

 

W tym samym czasie, San Francisco, Kalifornia…

 

Moore, Connors, Thornhill i reszta biegli najszybciej jak mogli przez miasto. Musieli jak najszybciej dostać się do generałów Pattona i MacArthura, żeby powiadomić ich o zbliżających się jednostkach. W międzyczasie ogłaszali to wszystkim napotkanym żołnierzom i cywilom, których mijali na ulicy. Sytuacja w mieście była napięta. Ludzie wiedzieli, że czeka ich krwawa bitwa, ale nie mogli się poddać. Ich porażka będzie ostatecznym upadkiem Stanów Zjednoczonych, jakie znali. Ogólnokrajowa kapitulacja już i tak wzbudziła u wielu Amerykanów rozpacz, jednak dzięki charyzmie Pattona i MacArthura nikt nawet nie myślał o dezercji lub kolaboracji z okupantem i szykował się do ostatecznej bitwy. Wszyscy obywatele zbierali się na ulicach i żegnali się być może po raz ostatni… ze swoimi przyjaciółmi… sąsiadami… dziećmi… mężami i żonami oraz resztą rodziny podczas zbrojenia się i szykowania do konfrontacji.

— Ten widok jest dobijający… – powiedział niski i szczupły żołnierz w mundurze Screaming Eagles, trzymając w reku swój nieodłączny pistolet maszynowy Thompson.

— Nie myśl o tym, Howard… twoje morale na tym ucierpi. A morale jest potrzebne do zabijania Szkopów! – zwrócił mu uwagę wysoki i umięśniony członek tej samej dywizji, patrząc na trzymany przez niego karabin BAR 1918.

— Cowbell! Howard! Uciszcie się, jesteśmy na miejscu! – upomniał ich Moore, podczas gdy wszyscy podchodzili do wartowników. — Mamy ważną wiadomość dla generałów! – oznajmił, po czym zostali wpuszczeni. W środku czekali na nich Patton i MacArthur, którzy z niepokojem słuchali raportu żołnierzy. Choć wiedzieli, że prędzej czy później dojdzie do walki z okupantem, myśl ta nie pokrzepiała ich serc.

— Ale skoro Szkopy dotarły już tutaj… to gdzie są Stillwell i Patch?! – spytał MacArthur i przypomniał sobie o komunikacie tego pierwszego, który został przerwany przez ostrzał artyleryjski. Czy to… możliwe, że jeden z pocisków okazał się dla niego zabójczy?

— Ich obecny status jest nieznany. Nie odzywali się od wielu dni. Przykro mi, Douglas… ale musimy być świadomi, że te sukinsyny ich dopadły i zabiły… – odpowiedział mu Patton z lekkim współczuciem w głosie. — Ale na opłakiwanie ich przyjdzie czas. Teraz musimy się skupić na zmobilizowaniu wszystkich do walki! Szeregowy! – zawołał nagle młodego żołnierza przy stacji radiowej. — Szykujcie transmisję! Musimy nadać ważny komunikat! – oznajmił mu i wstał z biurka.

— Tak jest, sir! – odpowiedział żołnierz przy radiu.

— Żołnierze, dziękujemy za przekazanie tych ważnych wieści. Teraz idźcie wspomóc obronę miasta. ODMASZEROWAĆ! – rozkazał im MacArthur, po czym Thornhill, Moore i reszta opuścili budynek. Patton tymczasem przygotowywał się do swojej przemowy, którą kierował do każdego Amerykanina w mieście. Po chwili głos generała był słyszany w całym San Francisco.

 

„ Drodzy Amerykanie! Już za chwilę zaczniecie najważniejszy i największy moment w waszych życiach. Niemcy pomimo utraty wielu pojazdów i żołnierzy, dotarli pod nasze miasto, które jest prawdopodobnie ostatnim bastionem wolnego kraju, jaki wszyscy znamy i z którego jesteśmy dumni. Naszym zadaniem jest powstrzymanie tych sukinsynów przed jego zdobyciem i wymordowanie ich wszystkich! Naprzód przeciwko szwabskiej hordzie! Przygotowujcie się do walki! Przygotowujcie się do odparcia najeźdźcy! Bądźcie gotowi do walki za wszystko, o co walczyli nasi Ojcowie Założyciele! Nie liczcie dni… nie liczcie naboi… liczcie tylko Niemców, których zabiliście! Zniszczyć najeźdźcę- to jest wasz życiowy cel! Nie miejcie dla nich litości, bo jeśli oni zwyciężą, też wam jej nie okażą! Nie wahajcie się, nie dajcie im zmówić modlitwy! Zabijajcie bez mrugnięcia okiem! Walczcie do ostatniego pocisku, a gdy się skończą, bijcie ich aż przestaną oddychać! ŚMIERĆ NAZISTOWSKIEMU NAJEŹDŹCY!!!”

 

Pół godziny później…

 

Całe miasto było uzbrojone i postawione w stan najwyższej gotowości. Przemowa Pattona jeszcze pobrzmiewała niektórym Amerykanom w uszach. Ulice roiły się od umocnień z karabinami maszynowymi, a snajperzy czyhali w oknach domów i wysokich budynków. Czołgi i artyleria były pochowane w ciasnych uliczkach, a na moście Golden Gate samoloty czekały do startu, żeby zmierzyć się z maszynami Luftwaffe, które wzbudzały strach swoją nowoczesnością. Nikt nie patrzył na płeć czy kolor skóry. Każdy Amerykanin w San Francisco był gotowy walczyć ramię w ramię i odeprzeć zagrożenie z Europy. Wallace i Thornhill siedzący na dachu budynku komisariatu policji nie byli wyjątkiem. Oboje wypatrywali wroga ze swoich karabinów snajperskich.

— Stary, jak Szkopy dostaną kilka kul ode mnie i nie będą wiedzieć o co chodzi, będą biegać po ulicach jak stado bezgłowych kurczaków! – zaśmiał się Marine i czyścił lunetę swojego karabinu.

— Tylko się nie przestrasz jak zobaczysz czołgi, wieśniaku… – powiedział mu złośliwie Thornhill. — Te bestie potrafią rozwalić cały taki budynek jednym strzałem.

— To nie napawa mnie optymizmem… – stwierdził Wallace. — Tak przy okazji to gdzie reszta naszych ludzi?

— Poszli pomagać tam na dole ustawiać miejsca zasadzek. Tylko tak mamy jakiekolwiek szanse z tymi sukinkotami. – wyjaśnił Thornhill i nagle uśmiechnął się. — O wilku mowa… – dodał cicho. I miał rację. Zauważył, że do miasta wjeżdżają przynajmniej dwie dywizje pancerne złożone z czołgów o różnych rozmiarach oraz trzy zmotoryzowane, w których żołnierze piechoty byli przewożeni pojazdami półgąsienicowymi i ciężarówkami. Niemcy wjeżdżali do miasta bez żadnego oporu, nie wiedząc co na nich czeka. — I co, wieśniaku? Co o tym myślisz? – spytał.

— Ja… n-nie wiem… jestem zbyt przerażony, żeby myśleć racjonalnie… boję się jak koń po usłyszeniu kilku strzałów z rewolweru… – odparł niepewnie Wallace. — Co robimy, sierżancie?

— Poczekajmy aż nabiorą pewności siebie. Wtedy oddamy pierwsze strzały. Idź na drugą stronę dachu i wypatruj czy nie ma ich więcej. Ta strona jest moja! – rozkazał Thornhill. Marine tylko kiwnął głową i udał się na drugi koniec budynku zgodnie z rozkazem. Niemcy powoli wkroczyli do miasta. Dowódca jednego z największych czołgów otworzył właz, żeby się rozejrzeć.

— Myślcie o Jankesach co chcecie, ale miasta to mają piękne! – powiedział śmiejąc się.

— Do naszej Germanii im jednak daleko! – wtrącił się dowódca innego, mniejszego czołgu i wyciągnął lornetkę. — Rozejrzyjmy się… Hej! – krzyknął w stronę transportowanych żołnierzy. — Wysiadka i zbadać teren! Jak znajdziecie jakichś cywilów, rozbroić i zabrać na ciężarówki!

— JAWOHL! – odpowiedzieli żołnierze Wehrmachtu i ich wsparcia w postaci esesmanów, po czym zaczęli masowo opuszczać pojazdy.

— Gdzie są Anglicy? Gdzie jest dywizja SS Oswald Mosley? – spytał dowódca większych czołgów.

— Tutaj, sir! – odezwał się wysoki blondyn z angielskim akcentem i w mundurze SS z brytyjską naszywką, który siedział na jednym z mniejszych czołgów razem z innymi żołnierzami w identycznych mundurach.

— Gut… Bridge! Ty und twoi ludzie jesteście na szpicy. Idźcie tymi ulicami und wypatrujcie Jankesów. Jak znajdziecie kogoś z bronią, strzelać bez rozkazu! Postarajcie się też wziąć tylu jeńców, ilu tylko zdołacie! – rozkazał czołgista.

— Jawohl… – odpowiedział niechętnie Anglik i razem ze swoimi ludźmi zsiedli z czołgu. Tymczasem Thornhill celował ze swojego karabinu do niczego niespodziewających się najeźdźców.

— No i kogo tu odstrzelić pierwszego? Ten dowodzi najmocniejszymi czołgami… ale tamten wygląda na wyższego rangą… No i ci esesmani… jak ja ich nienawidzę… Ach, te decyzje… – myślał na głos i popatrzył jeszcze raz na dowódcę większych czołgów. — Ale ten właściwie wygląda na największego dupka… No dobra. Powiedz "auf wiedersehen", nadczłowieczku… – dodał i pociągnął za spust. Kula poleciała przecinając powietrze i trafiła niczego niespodziewającego się Niemca prosto w głowę. Śmierć była natychmiastowa. Strzał Thornhilla od razu otworzył Puszkę Pandory, gdyż nagle z wielu okien Amerykanie otworzyli ogień w nazistowskie siły inwazyjne, które wpadły w panikę. Piechota zaczęła padać jak muchy i biegała we wszystkie strony. Nim dowódca mniejszych czołgów zdołał się schować, Thornhill ustrzelił również jego. Pocisk przebił mu głowę na wylot.

— No, największe kupy gnoju z głowy! Oby Moore i reszta na dole dawała sobie radę równie dobrze! – powiedział do siebie, zabijając kolejnego żołnierza.

 

W tym samym czasie…

 

Moore, Connors i ich ludzie schowali się za jednym z domów i ostrzeliwali niemieckie pozycje z ogromną intensywnością. Wiedzieli, że im więcej Niemców zabiją zanim zdążą się okopać, tym lepiej. Taktyka przynosiła efekty, bo zaskoczona piechota nieprzyjaciela nie stanowiła takiego zagrożenia. Kiedy jednak czołgiści się „obudzili”, trzeba było się wycofać, żeby nie zostać rozerwanym przez wielkokalibrowe pociski.

— Ha! Na cudzej ziemi już nie są tacy mocni! – powiedział uradowany Cowbell, przeładowując swojego BAR-a. Mężczyzna ten czerpał ogromną radość z zabijania Niemców. Już podczas desantu Screaming Eagles w 1944 roku dał się poznać jako bezlitosny zabójca.

— Dokładnie! Szkopy na amerykańskiej ziemi będą zagubione jak miastowy na wsi! – przyznał mu rację inny członek formacji spadochronowej o głosie zalatującym południowym akcentem.

— Amen, Elwood! – poklepał go po plecach Howard. — Nie było tak źle jak myślałem…

— Teraz widzisz, że nie warto być pesymistą, kurduplu! – zaśmiał się Stevenson podczas opatrywania rannego w ramię Connorsa.

— Dobra, dzięki, stary… – powiedział mu z uśmiechem opatrzony Marine. — Ta część planu wyszła idealnie. Co dalej? – spytał Moore’a.

— Zmieniamy pozycję i atakujemy z niej ponownie! O ile dobrze pamiętam, w kościele na zachód stąd jest zapas amunicji. Uzupełnimy ją i spróbujemy ich zajść od tyłu. Kto wie, może znajdziemy też jakąś Bazookę na te cholerne bestie na gąsienicach! – odparł dowódca Dywizji Powietrznodesantowej i zaczął prowadzić resztę swoich ludzi w stronę miejsca z zaopatrzeniem. Po drodze mijali innych amerykańskich żołnierzy i cywilów, którzy patrzyli na nich z mieszanką szoku i podziwu. Ze strategicznego punktu widzenia było to coś dobrego, ponieważ taki widok dawał wiarę w szansę na zwycięstwo. Niektórzy z mijanych ludzi składali podziękowania i pytali o możliwość pomocy, jednak Moore i reszta chcieli tylko dostać się do tego kościoła… Ich plany jednak pokrzyżował nieprzyjemny hałas, który dochodził z nieba. Jakby syrena zwiastująca spadnięcie czegoś.

— STUKA! KRYĆ SIĘ!!! – krzyknął Howard i wszyscy rozbiegli się po ulicy i upadli na ziemię. Niemiecki samolot pikował w dół robiąc coraz większy hałas i ostrzeliwując wszystko, co było na dole. Niektórzy cywile nie zdołali uciec i zostali podziurawieni. Samolot po swojej salwie przestał opadać i poleciał z powrotem w stronę chmur, co uciszyło ten nieprzyjemny hałas.

— Co to było, do cholery?! – spytał Connors wstając. — Skąd się wziął ten pieprzony hałas?!

— Szkopy umieszczają je w bombowcach jako element psychologiczny… – wyjaśnił Howard, patrząc na ludzi opłakujących zabitych przez ogień z samolotu. — Więc jednak mają samoloty… Oby nasi zestrzelili parę z tych bestii…

Moore tylko patrzył na to wszystko i warknął wściekle. Wiedział, że wojna to okrucieństwo, ale nienawidził śmierci niewinnych cywilów. Przypomniał sobie jednak, że w tej chwili żaden Amerykanin nie jest cywilem… ale czy to naprawdę poprawiało nastrój?

— Dobra, ludzie! Wstawać i idziemy do tego kościoła zanim przylecą jego koledzy! – zawołał w końcu, po czym ludzie jego i Connorsa w końcu dotarli do celu. Kościół był pusty, nie licząc tylko kilku skrzyń z napisem „amunicja”. Żołnierze od razu udali się w ich stronę i zaczęli uzupełniać swoje braki.

Tymczasem Wallace i Thornhill biegli ulicami, żeby zmienić budynek, z którego mogliby dalej ostrzeliwać Niemców. Najeźdźca zdążył niestety rozproszyć się już po mieście i wkrótce nie było takiej dzielnicy San Francisco, w której nie słychać było strzałów, wybuchów i krzyków.

— Dalej, biegnij, wieśniaku! W każdej chwili na ulicę może wyjechać czołg! – popędzał Wallace’a Thornhill.

— Sir, proszę mnie nie stresować dodatkowo! Już teraz serce mi wali jak pistolet maszynowy! – odparł Wallace i biegł za nim.

— Mów mi Thornhill, młody! To swoje „sir” zachowaj dla generałów i innych sztywniaków! – upomniał go sierżant, gdy oboje wchodzili do hotelu, który pełnił funkcję składu broni partyzantów. — Ciekawe jak ta kobieta od okrążenia świata sobie poradzi…

— Mówisz o Amelii Earhart?! – spytał Wallace. — Moim zdaniem, nie poradzi sobie w walce ze Szkopami! Miejsce kobiety w czasie wojny jest w szpitalu polowym, nie w samolocie!

— Nie bądź wieśniakiem, wieśniaku! Ta kobieta wie co robi! No i jest dosyć piękna… – zaśmiał się Thornhill. — Czy jak zestrzeli jakiegoś asa Luftwaffe, też będziesz na nią narzekał?

Odpowiedzi nie otrzymał, ponieważ Wallace’owi odebrało mowę na widok jadącego ulicami czołgu E-75, który stał dosłownie pięć metrów od nich i na szczęście nie zauważył dwójki Amerykanów. Thornhill również go zauważył i ledwie się powstrzymał przed wydaniem z siebie zduszonego okrzyku. Niemiecka broń pancerna naprawdę budziła przerażenie. Wielkie potężne czołgi z działami, które mogły zamienić w zgliszcza każdy budynek. Niewiele myśląc, Marine wspiął się na wieżyczkę czołgu.

— Co ty wyprawiasz, wieśniaku?! – spytał zszokowany sierżant. Marine zaś tylko otworzył właz i wrzucił do środka granat, po czym obaj mężczyźni uciekli w głąb budynku, aby uchronić się przed eksplozją. Czołg wybuchł tworząc wielką kulę ognia i niszcząc całe wejście do hotelu.

— Eksplodował jak sztuczne ognie w święto niepodległości! – powiedział z dumą Wallace.

— A podobno to ja jestem świrem… – westchnął Thornhill. — No chodź już, bohaterze, musimy wejść na dach i kontynuować osieracanie Niemców!

Nie minęło pięć minut, a obaj panowie zaczęli wspinać się po schodach hotelu.

W tym samym czasie, Moore i reszta opuścili już kościół uzbrojeni po zęby i skierowali się na zachodnią część miasta. Dostali bowiem przez radio informację, że niemieckie jednostki pancerne w zastraszającym tempie poruszają się przez miasto i zamierzają zepchnąć opór na plaże. Bitwa trwała w najlepsze. Wiele drapaczy chmur zostało zrównanych z ziemią, a na ulicach znajdowały się stosy ciał żołnierzy amerykańskich, niemieckich oraz zniszczonych pojazdów obu stron. Ale były też i dobre informacje: okazało się, że niektóre części niemieckiego wojska zostały otoczone przez Amerykanów i zmuszone do poddania się. To oznaczało nie tylko duży przyrost morale, ale też więcej uzbrojenia.

Członkowie Screaming Eagles oraz Marines jednak byli skupieni na obecnym zadaniu, jakim było dotarcie do Golden Gate Park, gdzie trwały najbardziej intensywne walki.

— Musi być jakiś sposób szybkiego dotarcia tam! – powiedział wściekły Howard, gdy nagle jego uwagę przykuł bezpański pojazd półgąsienicowy M3 Half-Track z zamontowanym na dachu karabinem. — Hej, może ten gruchot jeszcze działa?! – spytał.

— Sprawdźmy! – odparł Moore i wszyscy skierowali się w stronę półciężarówki. Kapral Screaming Eagles po cichu błagał los, aby pojazd działał… i jego modły zostały wysłuchane. — Tak! Działa i przy odrobinie szczęścia starczy nam paliwa na dotarcie. Szybko wsiadać! – krzyknął uradowany. — Stevenson, Ty prowadzisz! Butler, ty obsadzasz karabin, reszta na miejsce dla pasażerów! Będzie trochę ciasno, ale to najlepsze, co mamy!

Żołnierze wykonali rozkaz i po chwili wszyscy znaleźli się w pojeździe. Sanitariusz Marines ruszył bez chwili namysłu i zaczął jechać uliczkami i uważając na niemieckie czołgi. Na szczęście nie było ich wiele, a Butler z wielką chęcią ostrzeliwał wszystkich piechurów Wehrmachtu i komandosów SS, jakich napotkał. Ciężko było się skoncentrować na zadaniu przez te niekończące się strzały i wybuchy.

—Spokojnie, panowie! Myślcie pozytywnie! Coś czuję, że jak będziemy u celu, dobijemy już najeźdźców do końca! – powiedział optymistycznie Elwood, gdy nagle dwóch żołnierzy stanęło na drodze transportera, żeby go zatrzymać. To byli Amerykanie.

— Hej! To Thornhill i Wallace! – krzyknął Moore, zaś Stevenson zatrzymał się. — Wsiadajcie szybko, chłopaki! Szkopy szturmują Golden Gate Park! – dodał członek Screaming Eagle.

— Spokojnie, chłopaki! – odpowiedział z uśmiechem snajper z dawnej Big Red One po wejściu do pojazdu. — Niemcy może i posunęli się naprzód, ale są odcięci od reszty wojska… wiecie, tej reszty, która właśnie się poddała naszemu ruchowi oporu! Sam widziałem przez lunetę karabinu jak oddają broń otoczeni przez wraki swoich pojazdów! – dodał, na co wszyscy w półciężarówce zaczęli wiwatować pomimo ciągłych wybuchów.

— Więc jednak mamy szansę! Takie wiadomości to mogę słyszeć zawsze! – zaśmiał się Moore.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (7)

  • Johnny2x4 4 miesiące temu
    Good work, men. Wszystko jest na swoim miejscu. A fabuła ciekawa. Czekam na więcej :)
    P.S Nieśmiało zapraszam do siebie
  • TheRebelliousOne 4 miesiące temu
    Dzięki za wizytę i ocenę. Cieszę się, że moja twórczość Ci się podoba :) Funfact: do tej fabuły zainspirowała mnie książka pod tytułem "Człowiek z Wysokiego Zamku" oraz dosyć średni serial o tym samym tytule.

    Pozdrawiam ciepło :)
  • Clariosis 4 miesiące temu
    Ha, kolejny odcinek! x)
    Dodałeś już jakiś czas temu, ale teraz dopiero przychodzę z komentarzem. Trzyma poziom względem poprzednich części, dużo się dzieje, a jednak trzyma się to przysłowiowej kupy. Zachowanie bohaterów jak najbardziej na plus. Chciałabym zobaczyć, jak wybucha czołg, bo pewnie serio widowisko to musi być co nie miara. ;)
    Pięć i czekam na dalsze części, ale się nie spiesz.
  • TheRebelliousOne 4 miesiące temu
    Widziałem kiedyś jak wybucha atrapa czołgu. Było mi smutno, bo to był bardzo ładny czołg, nawet jeśli nieprawdziwy... :( Cieszę się, że rozdział Ci się podoba. Bałem się, że te sceny walk w mieście zostały źle opisane (czytaj: za mało emocjonująco), ale skoro Ci się spodobało, mogę myśleć pozytywnie. Tylko ostrzegam: lepiej przygotuj się mentalnie na kolejne rozdziały, bo wyjątkowo zdradzę, że okrucieństwo hitlerowców będzie pokazywane w sposób... niepoprawny politycznie, że się tak wyrażę! >:D A w międzyczasie zachęcam do przeczytanie kolejnego rozdziału "Tylko on, ona i motocykl", który przesłałem wczoraj!

    Pozdrawiam ciepło :)
  • Clariosis 4 miesiące temu
    TheRebelliousOne
    O kurde, no to się nieźle zapowiada. Ja też mam zamiar w jednej książce napisać coś iście "niepoprawnego", ale coś, co powinno zostać powiedziane, szczególnie, że dość mocno dręczy to mój umysł. ;)
    Uważam, że sceny wyszły jak najbardziej emocjonująco, może ciut za mało dynamiki, ale są to naprawdę szczegóły, tekst trzyma poziom. Zobaczymy, jak mocno wstrząśnie mną kolejny rozdział. ;)
    A właśnie widziałam, że wrzuciłeś! Teraz jednak nie mam ochoty na czytanie czegokolwiek, ale może jutro poczytam, albo dziś wieczorem i na pewno wystawię jakiś komentarz. :) Teraz zakasam rękawki bo muszę w angielskim Filozofie zapis dialogów poprawić i brać się za pisanie reszty, ale na pewno przeczytam, bo czekałam na nowy rozdział. :)
  • Pontàrú 3 miesiące temu
    Ładne opisy. Moim zdaniem ten tekst wypadł nawet lepiej niż poprzednie. Co prawda tematyka wojenna mnie aż tak nie jara ale to się czyta fajnie.
    5
  • TheRebelliousOne 3 miesiące temu
    Cieszę się, że tekst Ci się podoba, mimo że wojny to nie Twój konik... no, chyba, że GWIEZDNE :D No i tak, wciąż się uczę pisać opowiadania i takie komentarze jak Twój pokazują, że chyba idzie mi coraz lepiej. Miło :) Opisy? To jest coś, co chcę "wymasterować" w swoich opowiadaniach, że się tak wyrażę. Mam nadzieję, że kolejne rozdziały również Ci się spodobają, zwłaszcza że zaczną się pojawiać dosyć... drastyczne sceny! :D

    Pozdrawiam ciepło :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania