Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Kraina zniewolonych, dom przestraszonych – Tom I – Rozdział 4

(Cześć! Na początek parę „ogłoszeń parafialnych”, a właściwie własnych przemyśleń… Otóż przeglądałem poprzednie rozdziały tego opowiadania i czytałem komentarze niektórych osób. Nie będę wytykał palcami o kogo chodzi, bo po pierwsze: czytając komentarze łatwo się domyślić kto dał mi do myślenia, a po drugie: te osoby mają trochę racji. Czuję, że trochę popłynąłem z usprawiedliwieniem zwycięstwa Niemców w tej wojnie i nie jestem usatysfakcjonowany z niektórymi rozdziałami, a zwłaszcza drugą częścią prologu. Martwi mnie to, ponieważ planuje kiedyś wydać swoje opowiadania w formie książkowej i chciałbym, żeby były jak najlepsze. Stąd mój niepokój. Dlatego chciałem oznajmić, że druga część prologu zostanie prawdopodobnie usunięta i napisana od nowa uwzględniając uwagi komentujących. Also, prawdopodobnie nazwę te części prologu po prostu rozdziałami, a normalny prolog dopiszę kiedyś tam. Wiem, pogmatwane to wszystko, ale wciąż jestem zielony jako pisarz. Kto wie, może przebuduję cały początek opowiadania… Co myślicie o takim rozwiązaniu? Jakbyście mogli napisać w komentarzach, byłbym bardzo wdzięczny. No, tyle ode mnie. Miłej lektury!)

----------------------------------------------------------------------------------------------------------

Lotnisko polowe, północna Francja, rok 1941

Po wypowiedzeniu wojny Tysiącletniej Rzeszy przez Wielką Brytanię i Francję, hitlerowcy po kapitulacji tych drugich nie tylko zaczęli odbudowywać podbite tereny według wizji Fuhrera, ale także wznosić bazy wojskowe, które mogłyby przydać się w walce z państwem Winstona Churchilla. Jedna z nich została wzniesiona w mieście Calais znajdującym się w północnej części Francji… a raczej tym, co z niego pozostało. Większość budynków została zrównana z ziemią, a nieliczne były w takim stanie, że wystarczyło kichnąć, aby się zawaliły do końca. Oprócz tego na granicach Calais znajdowały się odstraszające ruch oporu i wścibskich cywili masowe groby złożone ze zmasakrowanych i zbezczeszczonych ciał mieszkańców. Wszystko to było efektem krwawej zbrodni przeprowadzonej na Francuzach przez hitlerowców za coś, czego ci nie mogli wybaczyć państwu należącemu do aliantów. Francuskie miasto było wręcz symbolem nazistowskiego okrucieństwa…

Felix Wolff siedział na skrzyni z amunicją i rozglądał się dookoła, czyszcząc swój pistolet maszynowy MP40. W całej bazie panował pośpiech i duże poruszenie. Niektórzy jego towarzysze broni podobnie jak on sam sprawdzali swoje uzbrojenie, bądź przygotowywali się fizycznie, robiąc pompki, brzuszki lub pajacyki pod okiem dowódców swoich jednostek. Inni próbowali się zrelaksować grając w karty lub wymieniając się opowieściami z frontu bądź przygód we francuskich burdelach, gdzie kolaborantki z chęcią oddawały się „nadludziom”. Dużo się działo w niemieckiej bazie, a młody Wolff przyglądał się temu i starał się nie myśleć zbyt intensywnie o nadchodzących dniach. Już wystarczyło, że jego ojciec w listach upominał go o zbyt „lekkim” podejściu do tej wojny.

— Hej… musisz być synem generała Wolffa… – odezwał się nieśmiało młody i szczupły chłopak w mundurze esesmana i twarzy tak przyjaznej, że gdyby nie wspomniany mundur, nikt nie odgadłby profesji tego młodzieńca. Stał nieśmiało przed Felixem i patrzył na niego jak na jakiegoś bohatera. — Dieter Falck! – przedstawił się i wyciągnął lekko drżącą rękę. Jego bojaźliwa postawa trochę rozbawiła Felixa.

— Felix Wolff… – odpowiedział z uśmiechem i podał chłopakowi rękę, przyglądając się jego umundurowaniu. — Jesteś świeżym rekrutem SS i wiele nie widziałeś, co?

— Ja, to prawda. – przyznał Dieter. — Dwa tygodnie temu ukończyłem treningi w ośrodku szkoleniowym w Bawarii und teraz wysłano mnie tutaj. Brak doświadczenia nadrabiam jednak determinacją! Moja rodzina straciła wszystko przez ten przeklęty Traktat Wersalski und chcę się zemścić na Francuzach und Anglikach za to! – opowiadał z entuzjazmem.

— Wielu z nas ucierpiało przez ten cholerny traktat. Ale spokojnie, jeśli Anglicy radzą sobie na lądzie równie fatalnie co w powietrzu przeciw naszym lotnikom, dostaniesz swoją zemstę wyjątkowo szybko… – zaśmiał się młody Wolff. — Więc to ty masz lądować ze mną w Londynie? Nie obraź się, ale… nie wyglądasz na żołnierza…

Ku jego zaskoczeniu, chłopak kiwnął twierdząco głową.

— Wiem o tym, herr Wolff, ale…

— Bitte, mów mi Felix… Herr Wolff to mój ojciec… – przerwał mu Felix.

— Ach, ja, przepraszam… chciałem powiedzieć, że zdaję sobie z tego sprawę. Instruktorzy w akademii SS mówili mi dokładnie to samo… ale kiedy zobaczyli moją celność na strzelnicy, traktowali mnie poważniej.

— Jesteś dobrym strzelcem powiadasz? – spytał zaciekawiony Wolff.

— Ja, dzięki mojemu ojcu. Mein vater dorobił się swego majątku jako myśliwy i próbował mnie nauczyć zawodu. Wiesz, stara gadka o odziedziczaniu czegoś po ojcu, rodzinna tradycja und so weiter…

Felix zaśmiał się. Wiedział doskonale o czym mówił Falck. Jego ojciec również oczekiwał, że zostanie generałem tak jak on.

— Rozumiem cię doskonale, młody… – poklepał go po ramieniu młody Wolff. — Więc to twoja pierwsza operacja… i od razu dostałeś takie ważne zadanie! Desant na Londyn, zdobycie stolicy jednego z największych imperiów na świecie... musisz odczuwać duży stres, co?

— Nie masz nawet pojęcia jak duży… nigdy wcześniej nie strzelałem do żołnierzy alianckich. Mam nadzieję, że nie zawaham się przed oddaniem strzałów!

— Przypomnij sobie ile straciłeś przez tych herbatopijców, a zapomnisz o wszelkim strachu. Pamiętaj, esesman nie czuje strachu tylko wstręt do wroga und rządzę jego krwi! – powiedział wychowawczym głosem Felix. — Ale rozumiem twój strach. Ja też byłem przerażony, kiedy wysłano mnie do Dunkierki w celu powstrzymania ewakuacji wojsk alianckich… A kiedy zabiłem pierwszego żołnierza… chyba był Anglikiem… zwymiotowałem. Miał w sobie tyle dziur po nabojach… nigdy czegoś takiego nie widziałem. Ale kiedy przypomniałem sobie o krzywdach jakie jego kraj wyrządził naszemu, od razu mi przeszło! Tobie radzę robić to samo: kiedy wylądujesz, nie patrz na nich jak na ludzi tylko jak na sukinsynów, którzy wyrządzili tobie, twojej rodzinie und Rzeszy straszną krzywdę, rozumiesz?

— Jawohl… – wykrztusił z siebie Falck, będąc pod wrażeniem przemowy Wolffa. — Naprawdę jesteś synem generała, Felix! Przemawiasz prawie tak fantastycznie jak sam Fuhrer! – pochwalił go.

— No, nie powiedziałbym… – odparł syn generała, próbując powstrzymać się przed zarumienieniem. — Tak czy inaczej, wiadomo coś o reszcie naszej jednostki? Ilu nas ma być łącznie? – spytał ponownie rozglądając się po bazie.

— Ilu ludzi w naszej jednostce? Prawdopodobnie czternastu plus dowódca. Swoją drogą, kto będzie naszym dowódcą?

— Prawdziwa legenda wśród żołnierzy… – odpowiedział Felix, gdy nagle usłyszał wołanie jednego ze spadochroniarzy o przybyciu dowódcy i zbiórce w centrum bazy. Wolff i Falck od razu udali się w pożądane miejsce i stanęli w szeregu wraz z innymi komandosami SS i spadochroniarzami. Gdy dowódca w końcu się pojawił, Felix wytrzeszczył oczy i stał jak wryty, nie mogąc się poruszyć ani wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Oto przed nim stanął legendarny człowiek, o którego dokonaniach na froncie holenderskim i francuskim można było napisać opowieści… człowiek, który był prawdziwym wzorem dla Wehrmachtu i SS… człowiek, który na pewno jeszcze nie skończył pisać swojej historii w tej wojnie…

— Otto Skorzeny… – powiedział Felix cicho, ale cały świat stanął dla niego w miejscu, kiedy dowódca stanął nagle przed nim i patrzył mu prosto w oczy.

— Felix… Felix… – mówił do niego z uśmiechem. Jego głos odbijał się echem, a młody Woff poczuł jak obraz przed jego oczami staje się czarny…

 

Nowy Jork, okupowane Stany Zjednoczone, rok 1946 …

— Felix! Felix! Wstawaj! – wołał go tajemniczy osobnik i zaczął potrząsać jego ciałem. Młody Wolff zasnął na kanapie w jednym z nowojorskich hoteli, które okupanci przekształcili w swoje tymczasowe koszary. Esesman obudził się ziewając i spojrzał przed siebie. Tajemniczym osobnikiem okazał się być jego dawny przyjaciel z SS, którego nie widział od czasów okupacji Anglii.

— Falck! Ty mały schweinhundzie! – zaśmiał się syn generała i poderwał się na równe nogi, po czym uścisnął dłoń Dietera. — Dobrze móc zobaczyć znajomą gębę tutaj! W Armii Karnej Dirlewangera czułem się kompletnie… zagubiony…

— Ja, wiem o czym mówisz… – odpowiedział Dieter drapiąc się po głowie. — Ja też nie spotkałem jak dotąd nikogo z Frontu Brytyjskiego. Ani Wagnera, ani Becka ani tego tępaka Schustera! Albo wysłali ich na zachód albo do Chicago do walki z tamtejszą mafią. Mam nadzieję, że chociaż ten mięśniak Werner żyje. Zawsze lubiłem słuchać jego dowcipów…

— Werner na pewno żyje! Przeżył walki w dawnym Stalingradzie to i w Ameryce nie zginie! Wiesz co, mam pomysł… przejdźmy się po Nowym Jorku, pogadamy sobie, może znajdziemy jakieś jankeskie dziewczyny do zabawy za trochę żywności, co? Co ty na to? – zachęcił go Felix i sam zaczął marzyć o amerykańskich kobietach. Oprócz chętnie kolaborujących z hitlerowcami kobiet były też te zdesperowane, które były gotowe zrobić wszystko za jedzenie lub wodę dla siebie lub swoich dzieci bądź innych członków rodziny. Esesman uważał tą sytuację za bardzo komiczną, gdyż kiedy stacjonował w Polsce pod Dirlewangerem i likwidował tamtejszą partyzantkę, spotykało go to samo i bardzo chętnie korzystał z usług Polek. Ba, nawet sam dowódca Armii Karnej zachęcał do brania w tym udziału. Ilość kobiet, z którymi się kochał… lub gwałcił jak na przykład podczas Powstania Warszawskiego… była nie do policzenia. Tak samo jak liczba bękartów, które prawdopodobnie wychodziły z tych biednych kobiet… Felix lubił wracać do tych wspomnień.

— Dobry pomysł! Chętnie popatrzę jak trwają pracę odbudowy Nowego Jorku! – odpowiedział podekscytowany Falck, po czym obydwaj żołnierze opuścili hotel i szli powoli ulicami miasta, które choć było zrujnowane w dużym stopniu, jeńcy i schwytani obywatele ciężko pracowali przy usuwaniu zniszczeń, będąc nadzorowanymi przez esesmanów gotowych do rozstrzelania amerykanów, gdyby zaczęli się obijać. Ten widok przypominał mu ruiny miast dawnego Związku Radzieckiego, które to zostały zdobyte po ciężkich walkach. Moskwa i dawny Stalingrad ucierpiały najbardziej. Tam właśnie toczyły się jedne z najkrwawszych walk nie tylko na Froncie Wschodnim, ale też całej Drugiej Wojny Światowej, a straty po stronie bolszewików dorównywały stratom Niemieckim. Ostatecznie jednak miasta zostały zdobyte dzięki geniuszowi taktycznemu generała Friedricha Paulusa. W uznaniu jego zasług, Goering zmienił nazwę Stalingrad na Paulusburg.

— Ciekawe jak tam spotkanie mojego ojca z Himmlerem… – powiedział na głos swoje myśli Felix.

— Twój vater spotkał się z Heinrichem Himmlerem? Myślałem, że były Reichfuhrer wrócił do Europy, żeby nadzorować porządek w dawnej Francji! – odezwał się zdziwiony Dieter.

— Mein vater też tak myślał, ale jednak coś zatrzymało tego okularnika. Nie wiem co to takiego, oboje nic nie wspominali, ale myślę, że chodzi o… – chciał mu wyjaśnić syn generała, jednak nie dokończył, bo zauważył dziwną scenę: jakiś mężczyzna w cywilnym ubraniu klęczał związany przed trzema piechurami Wehrmachtu. Najbardziej jednak zaskoczył go mężczyzna klęczący obok… ubrany w ten sam mundur co ci trzej! Obydwaj uwięzieni byli przerażeni i cichutko płakali. Zaciekawieni esesmani podeszli do tego małego zgromadzenia, z nadzieją że dowiedzą się o co tutaj chodzi.

— Co się tutaj dzieje? – spytał Falck. — Rozumiem, że jest jakiś powód aresztowania tego cywila… ale dlaczego obok niego klęczy podobnie związany żołnierz? Zdrada?

— Nein, sierżancie, już wszystko tłumaczę! – odezwał się jeden z trzech żołnierzy stojących obok związanych. Był najwyższy rangą, sądząc po naszywkach. — Ten cywil tutaj włamał się magazynu ze skonfiskowaną bronią w celu jej kradzieży i zabił strażnika pilnującego ów magazynu. Mieliśmy wymierzyć osobiście karę śmierci, jaka grozi za tego typu przestępstwa przeciw Rzeszy! – wyjaśnił.

— Gut… ale kim jest ten szeregowiec koło niego? – wtrącił się Felix i zmierzył związanego badawczym wzrokiem.

— Das ist żołnierz, którego wysłaliśmy w celu aresztowania tego mężczyzny… Problem w tym, że wykonując swój rozkaz, zamordował jego żonę und córkę, mimo że obie kobiety nie stawiały oporu. Troje ludzi zginęło, bo te dwa zwierzęta nie potrafiły się kontrolować! – ciągnął dalej piechur i wyciągnął pistolet. — Aresztowałem go und teraz zamierzam wykonać egzekucję…

Ku jego zdziwieniu, Wolff położył mu rękę na ramieniu, uśmiechnął się i zaczął sięgać po oręż żołnierza .

— Nein, proszę mi pozwolić… dawno tego nie robiłem… – powiedział przekonującym tonem głosu i położył dłoń na jego pistolecie. Żołnierz tylko się uśmiechnął i oddał mu broń, patrząc na obu związanych mężczyzn, którzy zaczęli krzyczeć i błagać o litość.

— Nie! Proszę, nie rób tego! Obiecuję to odpokutować! Wyślijcie mnie do ciężkich prac, do więzienia, cokolwiek! Tylko nie zabijajcie mnie! – krzyczał przez łzy cywil. Jego błagania jednak tylko rozbawiły Wolffa, który zaczął się okrutnie śmiać, wycelował pistolet w jego głowę i posłał mu kulkę, zabijając go na miejscu. Mężczyzna upadł, ale mimo to, Wolff strzelił drugi raz… i kolejny… i kolejny… i nie przestawał, dopóki nie opróżnił magazynka do końca. Falck i reszta przyglądali się temu wszystkiemu z mieszanką lęku, ale też i podziwu. Najwyższy rangą żołnierz Wehrmachtu zrobił krok w stronę Felixa.

— Wow, sierżancie Wolff… zaprawdę jest pan wzorem… – nie zdołał dokończyć, ponieważ syn generała uderzył go w głowę pistoletem. Siła ciosu była tak duża, że zwaliła żołnierza z nóg na kolana, a fakt, że nie miał na sobie hełmu tylko pogorszył sprawę. Felix jednak się nie zatrzymał i zadał mu kolejny cios, a potem jeszcze jeden i następny. Uderzenia padały raz za razem, aż w końcu piechur padł na ziemię i próbował powoli podnieść trzęsącą się rękę na znak zatrzymania linczu, ale nawet wtedy Wolff tłukł go po głowie pistoletem niemiłosiernie, który robił się coraz bardziej czerwony. W końcu przestał i spojrzał na ciało żołnierza z odrazą i gniewem.

— Mięczak… słabeusz… świętoszek cholerny… właśnie tacy ludzie są wrogami Tysiącletniej Rzeszy… – wycharczał. — Są wrogami… wszystkiego, w co wierzymy… to właśnie takie świnie chciały zabić Goeringa w Wilczym Szańcu… słabeusze bez charakteru… – ciągnął dalej i spojrzał na pozostałych dwóch żołnierzy, którzy nie mogli uwierzyć w to, co właśnie zobaczyli i byli sparaliżowani ze strachu. Zrozumieli jednak, że jeśli nie załagodzą sytuacji, spotka ich to samo…

— Tak między nami, sierżancie Wolff… – zaczął jeden z nich. — To my byliśmy…eee… przeciwni tej egzekucji! Prawda, Helmut? – spojrzał na swojego kolegę.

— Ja, ja! – przytaknął mu drżącym głosem drugi żołnierz. — Nie chcieliśmy tego robić, ale wie sierżant, kwestia rangi…

Felix przekazał im przesiąkniętego krwią Lugera (1) i uśmiechnął się jak gdyby nigdy nic.

— Wiem! Dlatego nie podzielicie losu tego tchórza. Tylko puśćcie wolno waszego towarzysza broni. Jestem pewien, że nie zrobił nic złego…

Związany piechur Wehrmachtu patrzył na to wszystko i próbował zrozumieć co się właśnie stało. Odetchnął jednak z ulgą i kiedy go rozwiązano, pokłonił się Wolffowi i odszedł w kierunku jednej z nowojorskich jadłodajni. Felix spojrzał na Falcka i kiwnięciem głową dał mu sygnał, żeby kontynuowali spacer. Tak też uczynili.

— Widzę… że nie wyszedłeś z formy, Felix… – pochwalił go jego przyjaciel, choć było po nim widać, że to wydarzenie wstrząsnęło nim równie mocno.

— Oczywiście, że nie! – zaśmiał się Wolff. — Generał Dirlewanger o to zadbał. Gdybyś widział co robiliśmy z powstańcami w Warschau und bolszewickimi partyzantami na froncie syberyjskim… to, co widziałeś… takie rzeczy były tam normą! – dodał zadowolony z siebie, przez co Dieter dostał gęsiej skórki na samą myśl, że takie okrucieństwo mogło być codziennością. Choć był esesmanem, nigdy nie był świadkiem czegoś takiego. Cóż, przynajmniej kiedy nie było przy nim Felixa. Kiedy na niego patrzył, wciąż miał przed oczami wydarzenia w Liverpoolu pięć lat temu, które doprowadziły do zesłania Wolffa do Armii Karnej Dirlewangera.

— Wolę… nie wiedzieć… po prostu będę się domyślał. – odparł niepewnie Dieter i poprawił hełm na głowie.

— Nie muszę ci opowiadać… – powiedział nagle Felix mrocznym głosem i spojrzał na przyjaciela z niepokojącym uśmiechem. — Jankesi na zachodzie też tego doświadczą… i razem to zobaczymy…

 

W tym samym czasie, San Francisco, Kalifornia…

Walki w mieście wciąż trwały. Uzbrojeni cywile wspierani przez kalifornijską Gwardię Narodową oraz resztki wojsk generałów MacArthura i Pattona stawiały twardy opór hitlerowcom z Wehrmachtu i SS. Choć najeźdźca miał przewagę w postaci przeszkolenia, uzbrojenia i zaopatrzenia, Amerykanie nie dawali za wygraną i zażarcie bronili swojego domu, który był dla nich ostatnim bastionem demokratycznych Stanów Zjednoczonych, pomimo oficjalnej kapitulacji po zrzuceniu dwóch bomb atomowych parę miesięcy temu. Każdy budynek był zniszczony w różnym stopniu, a na ulicach leżały ciała żołnierzy obu stron bitwy oraz płonące wraki czołgów i zestrzelonych samolotów. Obywatele amerykańscy jednak nie myśleli nawet o poddaniu się. Ich partyzancki sposób walki okazywał się w miarę skuteczny. Niemcy nigdy nie mogli być całkowicie pewni, że zaraz nie zostaną ostrzelani, a wzrastająca u nich paranoja sprawiała, że często wpadali w panikę, popełniali błędy i stawali się łatwymi celami dla strzelców wyborowych w oknach. Często też ogień był wymieniany między budynkami znajdującymi się na tej samej ulicy. Walka toczyła się o każdy skrawek ziemi.

Żołnierze Screaming Eagles i Marines jechali na złamanie karku w stronę Golden Gate Park, gdzie ponoć reszta partyzantów ścierała się z siłami nazistowskimi, które odłączyły się od reszty sił inwazyjnych. Była to fantastyczna wiadomość, ponieważ ludzie w Ameryce (oraz prawdopodobnie na całym świecie) mogli uwierzyć, że hitlerowców DA SIĘ pokonać.

— Daleko jeszcze?! Te wybuchy nie napawają mnie optymizmem! – odezwał się nagle Howard i rozglądał po krajobrazie pełnym eksplozji i samolotów.

— Daruj sobie to negatywne myślenie, pesymisto! – odpowiedział mu Thornhill. — Już niedaleko, a ty lepiej wypatruj czołgów, bo jak w jakiś wjedziemy przez twoje gapiostwo, osobiście będę cię używał jako żywej tarczy! – dodał groźnie, na co niektórzy w półciężarówce zaśmiali się cicho.

— O ile mnie pamięć nie myli Golden Gate Park powinno być za następnym zakrętem! – oznajmił Moore, podczas ostrzeliwania Niemców w zniszczonych budynkach. — Stevenson, jedź trochę szybciej! Amunicja mi się kończy! – zawołał do sanitariusza Marines.

— Sam spróbuj jechać szybko po ludzkich ciałach i kraterach w ulicach! – odwarknął Stevenson i wziął ostry zakręt, po czym Cowbell zaczął ostrzeliwać niemiecką barykadę ustawioną przed nimi. Niemcy zdążyli się już porządnie okopać w mieście i działało to na niekorzyść Amerykanów.

— To pewnie straż broniąca sił w Golden Gate Park! – stwierdził Connors. — Dobrze, im więcej ich tu wytłuczemy, tym mniej ich będzie na miejscu! – dodał zadowolony zabijając jednego z piechurów Wehrmachtu. Gdy już wszyscy Niemcy przy barykadzie leżeli podziurawieni, Stevenson przejechał przez nią bezproblemowo i ruszył dalej w kierunku celu. Po dziesięciu minutach w końcu znaleźli się przed Golden Gate Park i zdali sobie sprawę, że raporty z radia nie były przesadzone. Choć brakowało pojazdów, cały teren był jedną wielką mordownią przypominającą walki pozycyjne rodem z Pierwszej Wojny Światowej. Niewiele myśląc, Stevenson zatrzymał transportowiec, a wszyscy pasażerowie wysiedli, zajmując pozycje na solidnymi osłonami.

— Orzełku! Daj mi osłonę ogniową, żebym mógł znaleźć z wieśniakiem dobrą pozycję! – zawołał Thornhill do Moore’a, mając na oku lekko zniszczony budynek, z którego ogień snajperski mógłby zrobić największe szkody Niemcom.

— Przy takiej strzelaninie?! Oszalałeś do reszty! – krzyknął Moore. — Ale dobra, tylko nie będę cię ciągnąć za osłonę jak oberwiesz! Szykuj się!

Na te słowa, Thornhill i Wallace szykowali się do sprintu w stronę upatrzonego budynku. Moore zaś przekazał reszcie co mają robić. Connors wypatrywał szansy do rozpoczęcia ognia osłonowego.

— Gotowi?! OKEJ, TERAZ! JAZDA, JAZDA, JAZDA!!! – ryknął i nagle wszyscy ukryci zaczęli strzelać w stronę Niemców, którzy nie w ogóle nie spodziewali się ognia z flanki, przez co niektórzy padli martwi trafieni przez zabłąkane kule. Thornhill i Wallace w tym czasie zaczęli biec w stronę upatrzonego budynku. Biegli ile sił w nogach... Czuli, że w każdej chwili mogą zostać postrzeleni i ich udział w walce o niepodległość Stanów Zjednoczonych zakończy się w tym momencie. Tak się jednak nie stało. Nie dziś. Udało im się dobiec do budynku, który dla nich był chyba oddalony na kilometry.

— Udało… się… zasuwaliśmy jak… jak… – próbował powiedzieć Wallace.

— To jeszcze nie koniec, wieśniaku… musimy znaleźć… dobre okna… i stamtąd osłaniać naszych… rutynowa operacja – Przypomniał mu Thornhill i poprawił hełm na głowie. — Dalej, ruszaj się! – popędził go i oboje zaczęli wspinać się po schodach. W tym samym czasie, pozostali członkowie ich małej „jednostki powoli zaczęli przesuwać się do przodu i wypierać okupantów spod Golden Gate Park. Wiedzieli, że najeźdźcy nie mają gdzie się wycofać z powodu faktu, że reszta ich sił skapitulowała przed innymi partyzantami. Ta myśl motywowała ich do dalszego szturmu.

— Tak jest, panowie! Wycofują się! Nie przestawajcie szturmować! Ani kroku w tył! – powiedział triumfalnie Connors, widząc jak Wehrmacht i wspierające go oddziały SS powoli opuszczali swoje pozycje, zostawiając swoich wykrwawiających się towarzyszy broni na pastwę losu. Wśród przypartych do muru był między innymi angielski dywizjon SS Oswald Mosley, którego dowódca z niepokojem obserwował pole bitwy i straty po swojej stronie.

— Bridge! Naprawdę mamy ich tu zostawić?! – spytał jeden z esesmanów o angielskim akcencie.

— Nie wiem jak ty, ale ja nie chcę umierać za jakieś jankeskie miasto! Nie dziś! Już wystarczy, że Szkopy zmuszają nas do walki! – odpowiedział dowódca angielskich komandosów SS. — Gdzie są czołgi, tak swoją drogą?! Przecież jesteśmy dywizją PANCERNĄ! – zagrzmiał.

— Są odcięte! Amerykanie stawiają twardy opór! Sierżant Walker mówi, że musimy jakoś wytrzymać dopóki nie przyjadą! – odpowiedział niski esesman z radiostacją.

— Wytrzymać… co za kutas… – burknął Bridge. — Trzeba było olać propozycję tego szkopskiego okularnika i dalej siedzieć w londyńskim pierdlu… No dobra! Mamy się utrzymać to utrzymajmy się! Hunter, daj nam ogień zapo… Hunter? Gdzie jest Hunter, do cholery?!

— Jankeski snajper przestrzelił mu łeb, tam leży! – odparł jeden z komandosów.

— Kurwa! – krzyknął Bridge. — No dobra, jestem otwarty na propozycję!

— Czekaj! – zawołał go ten od radiostacji. — Walker coś nadaje…mhm…tak… to fantastycznie! Byle szybko, bo Jankesi nas tu niszczą! – mówił euforycznie i zwrócił się do reszty. — Walkerowi i reszcie udało się przedrzeć! Jadą tutaj! Nadlatuje też wsparcie w postaci kilku dywizjonów spadochronowych pod osłoną myśliwców!

Bridge odetchnął z ulgą.

— Wreszcie jakaś dobra wiadomość… – powiedział sfrustrowany, po czym rozejrzał się zza swojej osłony. — Słuchajcie, spróbuję znaleźć tego odważnego Jankesa ze snajperką! Osłaniajcie mnie, gdy będę biegł w stronę tamtych budynków, jasne?! Tak? Dobrze! Uwaga… TERAZ! – rozkazał i zaczął biec w poszukiwaniu snajpera. Wallace znajdujący się wewnątrz był zdziwiony nagłym zatrzymaniem się najeźdźców i ich powrotem do ostrej defensywy. Nie spodziewał się tego.

— Hej, Thornhill… dlaczego szkopy się zatrzymały? – spytał zaniepokojony strzelec wyborowy Marines, strzelając ze swojego karabinu snajperskiego w stronę hitlerowców.

— Żebyśmy mogli ich wykończyć, wieśniaku! Nie myśl za dużo tylko strzelaj! – opowiedział William, zabijając kolejnego nieprzyjaciela. — Chryste, jak mi to wszystko przypomina ewakuację Chicago… Ta sama mordownia! – powiedział do siebie.

— Tak, teraz są jak kurczaki w zagrodzie! Nie ma mowy o ucieczce! – zaśmiał się Marine, ale gdy zauważył to, co zbliżało się do Golden Gate Park, przestał. — Nie… tylko nie to! – krzyknął przerażony.

— Wieśniaku, co się dzieje?! – spytał zaniepokojony Thornhill.

— Jedzie tu co najmniej dwadzieścia czołgów! – odpowiedział Wallace. William popatrzył we wskazanym przez towarzysza broni kierunku. Faktycznie, cała wataha nazistowskich jednostek pancernych pędziła z odsieczą na pole bitwy.

Były żołnierz z Big Red One nie wiedział co powiedzieć. Doskonale zdawał sobie sprawę, że ani on ani jego kumple na dole nie mają szans z esesmanami wspieranymi przez czołgi. Zastanawiał się czy jego przyjaciele też to zauważyli. Krzyk Moore’a był wystarczającą odpowiedzią.

— CHOLERA!!! Czy oni zawsze muszą mieć jakieś niespodzianki?! – krzyknął wściekły spadochroniarz Screaming Eagles i uderzył łokciem w murek, który był jego osłoną.

— Wiedziałem! Po prostu wiedziałem! Już po nas! Jesteśmy trupami! TRUPAMI, POWIADAM! – panikował kucający koło niego Howard.

— Zamknij się i szykuj do ucieczki! – upomniał go Moore, po czym zwrócił się do swoich podkomendnych, którzy siedzieli za pobliskimi osłonami. — Panowie, to nie ma sensu! San Francisco upadło! Możemy tylko uciec w głąb kraju i kontynuować partyzantkę w cieniu! Elwood, biegnij do Wallace’a i Thornhilla i przekaż im, żeby uciekli jak najdalej na wschód miasta! – wydał rozkaz jednemu ze spadochroniarzy.

— Robi się, Moore! – odpowiedział żołnierz i zaczął biec w stronę zrujnowanego budynku.

— Dobra, słuchajcie… bez względu na wszystko, musimy się ewakuować z miasta! Rozproszyć się i udać na wschodnią granicę… tam się spotkamy i obmyślimy dalszą strategię! Wiem, stamtąd atakują nas Szkopy, ale trzeba tam się przedostać za wszelką cenę! Po cichu, robiąc zadymę, mam to gdzieś! Kierunek wschód! – ciągnął dalej najwyższy rangą Screaming Eagle.

— A co z cywilami? – spytał Cowbell. — Zabrać ich ze sobą?

Moore chwilę pomyślał i opuścił głowę.

— Nie… tylko nasza mała jednostka… możemy tylko mieć nadzieję, że reszta tutaj pośle jak najwięcej Szkopów do piachu albo jakimś cudem ewakuuje się na własną rękę… – powiedział smutno. Jego słowa wywołały szok i niedowierzanie wśród kompanów, jednak nikt nie śmiał się sprzeciwić Moore’owi odkąd jego umiejętności dowódcze ocaliły ich podczas tego feralnego D-Day’u. Rozkaz mógł im się nie podobać, ale skoro Moore nie widzi alternatyw, to znaczy że ich po prostu nie ma.

— Tak jest! – krzyknęli wszyscy i po chwili zaczęli szybkim tempem szukać drogi ucieczki na własną rękę w ramach zasady „Every Man for Himself”. W tym samym czasie Elwood zbliżał się do budynku, z którego obydwaj snajperzy zapewniali wsparcie ogniowe. Wciąż słyszał odgłosy ich strzałów, jednak musiał ich poinformować o planie Moore’a. Ledwie jednak wszedł do budynku, gdy nagle ktoś zaatakował go, rzucając się na niego z góry przez dziurę w suficie. Tym kimś był angielski esesman Bridge. Leżał teraz i próbował uderzyć Elwooda.

— Mam cię! To twój koniec, śmieciu! – krzyknął triumfalnie i chciał uderzyć Amerykanina, jednak ten zablokował jego cios jedną ręką, drugą sam go uderzył, strącając go z siebie. Gdy już nie miał ciężaru nad sobą, wstał gotowy do rękoczynów z Anglikiem.

— Ty zawszony zdrajco! Jak mogłeś zdradzić własny kraj?! Właśnie przez takich jak ty szkopy wygrały w Europie! – spytał południowym akcentem Elwood, łapiąc Bridge’a za mundur i próbując go uderzyć. Ten go jednak odepchnął i szykował do walki.

— Mój kraj miał mnie gdzieś! – odwarknął angielski komandos SS. — Tysiącletnia Rzesza mnie tak nie potraktowała! – dodał i rzucił się w stronę Elwooda. Obaj żołnierze rozpoczęli brutalną walkę wręcz. Pięści kolidowały z ich twarzami raz za razem i odczuwali każde uderzenie, ale ponieważ Bridge był wyższy i lepiej zbudowany, zadawał większe obrażenia młodemu chłopakowi z wsi na południu USA. Po 5 minutach zażartego mordobicia Bridge chwycił mocno pobitego Elwooda i rzucił nim o ścianę. Amerykanin wpadł na nią z dużym impetem i osunął się na ziemię poobijany. Anglik spojrzał na niego zadowolony, choć również obolały.

— Całkiem nieźle, Yankee Doodle… – wycharczał, wycierając krew z twarzy i podchodząc bliżej. — Ale to Rzesza jest zwycię…! – próbował powiedzieć, ale nie dokończył, ponieważ nagle ktoś uderzył go kolbą karabinu w głowę i pozbawić przytomności. Był to Thornhill. Zaalarmowany odgłosami rękoczynów zszedł z Wallace’em na dół i gdy zobaczył, że Elwood ma zostać wykończony, ruszył mu na pomoc.

— Pieprzony zdrajca… – powiedział z pogardą William i podszedł do Elwooda. — Wszystko w porządku, kowboju? – spytał z uśmiechem, kucając przed nim.

— Dzieki… za pomoc… – jęknął z bólu Elwood. — Moore… wschodnia granica… ewakuować się… – próbował powiedzieć. Na szczęście Thornhill nie był idiotą i rozumiał co Teksańczyk usiłuje mu przekazać.

— Jest aż tak źle, co? – westchnął snajper z dawnej Big Red One. — No dobrze, spieprzamy stąd… Wieśniaku! Weź kowboja na ramiona i szukaj nam pojazdu! Ja biorę Anglika i idę z tobą! Ruchy! – popędził go i podszedł do nieprzytomnego Bridge’a. Zawiesił na sobie swój karabin snajperski i wziął esesmana, przerzucając go sobie przez ramię. Obaj strzelcy wyborowi wyszli i zaczęli rozglądać się za jakimś pojazdem, którym mogliby uciec…

— Robi się coraz gorzej… – powiedział ponuro Wallace.

— Hej! Tutaj! Do tego LaSalle’a! – zawołał go nagle Thornhill i oboje udali się w stronę czarnego i lekko poobijanego LaSalle’a V8. Otworzyli szybko drzwi, wrzucili Elwooda na tylne siedzenie, Bridge’a do bagażnika, po czym sami wsiedli i siedzący za kierownicą William go odpalić. — No dalej… dalej, skarbie… TAK! Udało się! – krzyknął uradowany i ruszył.

— No dobrze… może nie jest AŻ TAK źle… – mruknął Wallace.

 

W tym samym czasie, Fort Baker, San Francisco…

Generałowie Patton i MacArthur pospiesznie wsiadali do Jeepa, który ruszył jak tylko znaleźli się w środku. Obydwaj byli w przykrych nastrojach.

— Nie mogę uwierzyć, że te sukinsyny nas pobiły! Nawet z zorganizowaniem wszystkiego… wzięciu połowy sił inwazyjnych do niewoli… – mówił wściekły George. — Jak to możliwe, że straciliśmy tych jeńców?!

— Bardzo prosto… – odparł krótko Douglas. — Przybyło wsparcie, odbiło ich i kontynuowało szturm. Chociaż rozumiem twój gniew. Też myślałem, że mamy chociaż CIEŃ szans… a tymczasem… Kalifornia upadła…

— Przynajmniej zadaliśmy im ogromne straty… Te szkopskie mendy będą się nas bały, kiedy zejdziemy do podziemia i stworzymy prawdziwy ruch oporu. Cóż, moja wizja walki z nimi się nie sprawdziła, więc pora uciec się do mniej tradycyjnych dla nas metod… – powiedział Patton i poprawił hełm na głowie. — Jak myślisz, George… czy Eisenhower i Bradley też dostają baty? Nie mogliśmy złapać z nimi kontaktu od początku mobilizacji San Francisco! Nie znoszę ich obu, ale nawet im nie życzę tego gówna, w jakim my siedzimy!

MacArthur spojrzał na swojego „kolegę” po fachu i westchnął, poprawiając okulary przeciwsłoneczne.

— Mam cholerną nadzieję, że nie… – odpowiedział Pattonowi. —Jeśli Patch i Stillwell naprawdę nie żyją, Omar i Ike są naszymi jedynymi sojusznikami w tej nierównej walce…

 

1) Luger - niemiecki pistolet.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • Heldeus miesiąc temu
    Co tu mogę powiedzieć? Dobra robota? Prawdziwe arcydzieło? Czy może po prostu: ok? Szczerz nie wiem. Wiem za to, że czytało mi się Twoją opowieść płynie i zrozumiale. Jestem pod naprawdę wielkim wrażeniem Twojego talentu i już nie mogę doczekać się, kiedy opublikujesz ciąg dalszy tej historii.
    Pozdrawiam i życzę miłego dnia
  • TheRebelliousOne miesiąc temu
    Dziękuję za miły komentarz :) Czy arcydzieło to ja nie wiem... w poprzednich rozdziałach wytknięto mi pewne "głupoty" historyczne, jakie popełniłem i przyznałem tym osobom rację. Mimo wszystko, cieszę się, że to opowiadanie jest tak ciepło odbierane, zwłaszcza że nad światem w tym opowiadaniu pracowałem od paru lat (!!!) i chciałem w końcu podzielić się tym, co udało mi się stworzyć do tej pory. Kolejne rozdziały staram się wrzucać co tydzień.

    Pozdrawiam ciepło i zachęcam do przeczytania innych moich opowiadań :)
  • Heldeus miesiąc temu
    Z miłą chęcią przeczytam je wszystkie.
    W tworzeniu swoich opowieść mnie również zajęło kilka ładnych lat, aby wykreować pewien świat oraz jego historie i bohaterów. Dlatego doskonale wiem jak to jest. Nigdy nie miałem talentu do pisania(który dostrzegam w Twoich pracach), Ja ten brak staram się nadrobić swoją ciężką i wytrwałą pracą.
    Kończąc już swoją przemowę, pragnę powiedzieć, że trzymam kciuki nad kolejnymi opowiadaniami Twojego autorstwa.
  • Clariosis miesiąc temu
    No i jestem! 😊
    Nawiązując do notki odautorskiej - spokojnie, każdy tekst da się poprawić. Fajnie też, że aspirujesz do drukowania swoich opowiadań, ja już jedną książkę wydrukowałam osobiście i jestem z tego bardzo zadowolona. ^^ Tobie też osobiście poleciłabym przez drukowaniem znaleźć redaktorów, którzy ładnie by tekst poprawili - ja wydrukowałam przed redakcją Filozofa, a teraz dopiero będę to nadrabiać, więc się bajzel narobił lekki... no ale wyprostuję to, od czegoś trzeba zacząć. Nic nie jest idealne. :)

    Co do samej treści - odczułam, że ten odcinek jest nieco mniej dynamiczny od poprzedniego, choć niby więcej się dzieje. Może to dlatego, że w pewnych momentach podczas czytania napotykałam trudności ze zrozumieniem, co się w danej chwili dzieje. Np. nie byłam pewna, kogo tak naprawdę Felix tłucze tym karabinem, póki w następnej linijce tego nie podkreślono, co nieco wytrąciło mnie z rytmu. Jakoś nie załapałam kim jest "główny dowódca". Później gdy doszło do walki to też trochę trudności miałam ze zrozumieniem, co we wcześniejszych rozdziałach nie miało miejsca. Może spróbuj za jakiś czas dopisać jeszcze trochę linijek, albo tak to pooddzielać, by było czytelniejsze? Bo sama fabuła wychodzi naprawdę dobrze, szczególnie to, że tak naprawdę w ostatniej chwili bohaterowie zostali zaskoczeni i musieli się wycofać, choć z takim entuzjazmem przygotowywali się do tej chwili. Jazda bez trzymanki, bez uproszczenia - bardzo ładnie. Często frustruje mnie, że w tylu książkach czy serialach bohaterom idzie tak prosto, bez niespodzianek, a napięcie budowane jest nie realnym zagrożeniem, a środkami stylistycznymi (taki problem miałam między innymi w Wiedźminie, gdzie sceny poboczne wojny były świetnie opisane, kiedy główny wątek był po prostu taki "meh". A to źle!!) U Ciebie tego nie odczułam, jak już to przeżyłam wraz z bohaterami klęskę, bo naprawdę, nie ma nic gorszego niż walczyć do upadłego za coś co znaczy tak wiele, a ostatecznie musieć przyznać, że nie można zwyciężyć. Ale zostaje jeszcze odrobina wiary na lepsze jutro...
    Pięć.
  • TheRebelliousOne miesiąc temu
    Witam ponownie :)

    Hmm... chyba mnie przekonałaś, choć jak teraz nad tym myślę, gdybym chciał przebudować tą jedną część, miałoby to wpływ na resztę opowiadania, więc... nie wiem. Z jednej strony chcę, żeby było ono jak najlepsze, ale z drugiej, jeśli miałbym przebudowywać CAŁE opowiadanie...hmm...

    Dziwne... mi się wydaje, że wyraźnie podkreśliłem, że Felix pobił pistoletem na śmierć tego żołnierza, który aresztował cywila i swojego towarzysza broni, którego wysłał w celu aresztowania tego pierwszego... Ale skoro muszę to uprościć, okej, spróbuję :P Tak samo z dowódcą we śnie Felixa. Esesman wypowiedział jego imię i nazwisko: Otto Skorzeny :) Swoją drogą, jak Ci się spodobała ta mała dawka brutalności? Zrobiła wrażenie chociaż trochę? ;)

    Sceny walk również ciężkie do zrozumienia? Hmm, jakbyś mogła podać jakieś przykłady, przyjrzałbym im się i zobaczył co się da zrobić :)

    Wiadomo, u mnie nie ma tak lekko dla głównych bohaterów. Muszą trochę pocierpieć i poprzegrywać, bo inaczej jaki by to miało sens?

    Dziękuję za ocenę i pozdrawiam ciepło. O, i zapraszam na kolejny rozdział "Tylko on, ona i motocykl" :)
  • Clariosis miesiąc temu
    TheRebelliousOne
    Wiadomo, że znawcom historii może trochę wadzić wszystko, z drugiej strony trzeba wziąć poprawkę na to, że jest to alternatywna wersja naszego świata no i przede wszystkim fikcja. Zrób jednak jak czujesz - jeżeli masz poprawiać na siłę, byleby było bardziej "wiarygodnie historycznie", to lepiej tego nie rób, bo zaszkodzisz opowiadaniu. Jednak jeżeli czujesz motywacje wewnątrz, by jednak pozmieniać, to zrób to.

    Czasem tak jest, że autor sądzi, że jest czysto i dobrze, kiedy czytelnik się głowi, co właśnie przeczytał. Czasem też zależy od czytelnika...
    Hm, jeżeli chodzi o jakieś wielkie wrażenie, to nie odczułam nic takiego. :) Ale nie zrozum mnie źle, chodzi o to, że podobne rzeczy piszę plus po takim człowieku jest to do przewidzenia. Bardziej niż pobicie na śmierć przerażający jest tok myślenia Felixa, który do tego doprowadził.
    Przykłady... przyznam szczerze, trudno jest mi teraz je tak prosto wskazać, ale np. z jakiegoś powodu przejście od Niemców do naszych bohaterów zdało mi się jakieś dziwnie złączone, że choć skojarzyłam co się dzieje, to przejście było zbyt niewidoczne:
    "Bridge odetchnął z ulgą.

    — Wreszcie jakaś dobra wiadomość… – powiedział sfrustrowany, po czym rozejrzał się zza swojej osłony. — Słuchajcie, spróbuję znaleźć tego odważnego Jankesa ze snajperką! Osłaniajcie mnie, gdy będę biegł w stronę tamtych budynków, jasne?! Tak? Dobrze! Uwaga… TERAZ! – rozkazał i zaczął biec w poszukiwaniu snajpera.

    — Hej, Thornhill… dlaczego szkopy się zatrzymały? – spytał zaniepokojony Wallace, strzelając ze swojego karabinu snajperskiego."
    O tutaj.

    Pewnie, jutro zacznę czytać. :)
  • TheRebelliousOne miesiąc temu
    Clariosis
    Już spróbuję to jakoś poprawić. Ślicznie dziękuję za odpowiedź w tej sprawie :) Mówisz, że nie odczułaś większego wrażenia... hmm... okej, zobaczę czy uda mi się Ciebie zaskoczyć w przyszłości :D

    Sorki za spam z tymi odpowiedziami, ale naprawdę boli mnie to, że ta strona nie ma opcji pisania na PW :P
  • Pontàrú 2 tygodnie temu
    Podoba mi się wplatanie niemieckiego do tekstu. Jedno zastrzeżenie - na początku tej części masz strasznie dużo "und". Może można to jakoś zastąoić?

    Co do fabuły to widać że idzie naprzód a co do stylu to zdecydowanie widać że ci się ulepsza. W porównaniu do pierwszych opowiadań jest znacznie lepiej.
    Ode mnie 5
  • TheRebelliousOne 2 tygodnie temu
    Niby mogę zastąpił niemieckie "i", ale wtedy byłoby dziwnie jak raz pisałbym po polsku, a raz po angielsku, nie sądzisz? :P

    Tak, cały czas się uczę i cieszę się, że to zauważasz, bo wtedy wiem, że robię kroki we właściwą stronę :)

    Dziękuję za ocenę i pozdrawiam ciepło :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania