Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Kraina zniewolonych, dom przestraszonych – Tom I – Rozdział 5

Nowy Jork, Okupowane Stany Zjednoczone, rok 1946

Choć minęły już dwa pierwsze tygodnie września, Miasto, Które Nigdy nie Śpi wciąż cieszyło się w miarę ciepłą pogodą, pomimo przelotnych dreszczów i ochłodzeń w po zachodzie Słońca. Kolaborujący nowojorczycy kontynuowali swoje codzienne życia jak gdyby nigdy nic, w ogóle nie przejmując się, że ich rodacy na zachodzie kraju są prześladowani i mordowani przez okupantów, w których oni widzieli najlepsze, co spotkało Amerykę. Podobnie małe dzieci, które bawiły się i biegały na ulicach, unikając „strasznych panów w dziwnych mundurach” jak to opisywały hitlerowców małe dzieci, bawiącę się w chowanego pośród ruin wciąż odbudowywanego Manhattanu.

Generał Wolff siedział w swoim apartamencie, który dostał po zastąpieniu Erwina Rommla i słuchał wiadomości z frontów Zachodniego Wybrzeża z dużą satysfakcją, pijąc przy tym Whisky. Wieści o opanowaniu Kalifornii oraz znaczącym postępie w Oregonie i stanie Waszyngton szybko się rozchodziły i każdy żołnierz Wehrmachtu i komandos SS zdawał sobie sprawę, że zachodnie stany USA są już praktycznie podbite. Wciąż jednak miał to niepokojące wrażenie, że to jeszcze nie koniec. Jakaś jego część zdawała sobie sprawę, że niedobitki mogły uciec i zaszyć się w jakichś odludnych miejscach, gdzie mogły się przegrupować i prowadzić prawdziwą wojnę partyzancką. Wolff zaczął się przez to zastanawiać czy właśnie w Nowym Jorku nie ma jakiegoś ruchu oporu…

Jego myśli przerwał jednak jeden z esesmanów pilnujących apartamentu. Wszedł do środka i wykonał pozdrowienie partyjne.

— Czego chcecie, żołnierzu? Jestem zajęty… – westchnął generał i wyłączył radio, spoglądając na młodego żołnierza.

— Herr Wolff, proszę wybaczyć, ale przybył Generalfeldmarschall Heinrich Himmler! – oznajmił esesman.

— Was?! Ale jak to?! – spytał zszokowany Wolff. — Dowódca grupy armii inwazyjnych pojawia się u mnie, a ja nic nie wiem?! Co to ma być?! – zagrzmiał oburzony.

— Z całym szacunkiem, Herr Wolff, ale jesteśmy równie zaskoczeni co pan. Mam go wpuścić czy polecić aby przyszedł później?

Wolff tylko otarł dłonią czoło i jęknął cicho jakby chciał powiedzieć „I co ja mam z tymi ludźmi zrobić…”

— Nein, wpuść go… – zdecydował w końcu generał. Esesman tak też uczynił. Po chwili przed nim stał człowiek, który kierował wszystkimi hitlerowcami w Ameryce. Choć jego pozornie nieśmiała twarz i okrągłe okulary nie wzbudzały wrażenie, czarny mundur i trupia czaszka na czapce oficerskiej pozwalały przypuszczać, że ten człowiek to ktoś, z kim nie ma żartów… ktoś, kogo okrucieństwu dorównuje tylko charyzma i ambicje. Takim właśnie człowiekiem był Heinrich Himmler – były Reichsfuhrer SS, a obecnie dowódca grupy armii, która dokonała inwazji na Stany Zjednoczone.

— Paul Wolff… nie sądziłem, że skierują cię tutaj… – powiedział pogodnie Himmler i usiadł na fotelu naprzeciwko biurka generała.

— Ciebie też miło znów widzieć, Heinrich… – odpowiedział generał nalewając swojemu gościowi whisky do szklanki. — A ty ciągle tutaj czy znowu tutaj? Myślałem, że po ogłoszeniu oficjalnej kapitulacji wróciłeś do Germanii świętować swój sukces…

— Nein, nie mogłem wrócić. Tak samo jak nie mogłem pojawić się na przemowie Goeringa. Ten cały Hoover z RBI poprosił o spotkanie w celu przekazania mi informacji o działaniach partyzantów na terenie Stanów Zjednoczonych… oraz pewne wskazówki na temat zarządzania tymi terenami.

Ostatnie słowa zdziwiły Wolffa najbardziej. Sądził, że skoro umieszczono w Ameryce marionetkowego prezydenta, Goering nie będzie sobie zaprzątał głowy wyborem zarządcy tych ziem.

— Ale jak to?! Myślałem, że to Lindbergh będzie podejmował najważniejsze decyzje dotyczące Stanów Zjednoczonych! – powiedział zdziwiony i skołowany.

Himmler pokręcił głową i uśmiechnął się.

— Paul, jeśli uważasz, że Goering ufa temu naiwnemu lotnikowi to chyba propaganda wyolbrzymia twoją inteligencję! Nein, oczywiście, że to będzie moja rola! Lindbergh jest tylko po to, żeby ci głupi Jankesi myśleli, że to prezydent wciąż ma władzę w kraju! A prawda jest taka, że to ja steruję nim jak marionetką. Teraz rozumiesz?

— Ja… – odpowiedział generał, będąc pod pełnym wrażeniem. — Mogłem się domyślić, że to tak będzie wyglądać. Więc rozumiem, że obecnie jesteś Reichsprotektorem? Szybko awansujesz… – zaśmiał się serdecznie.

— Jestem ambitnym człowiekiem, to nie powinno cię dziwić! – również parsknął śmiechem Himmler. — W każdym razie, chciałem cię poinformować, że musisz przygotować swoich ludzi do ochrony naszych nowych ziem. Od jutra zaczynam amerykańską czystkę. – oznajmił.

— Masz na myśli…?

— Ja. Całkowite usunięcie podludzi z terenów Stanów Zjednoczonych. Żydzi, murzyni, dewianci seksualni, obłąkani und so weiter. Jeszcze dziś wydam rozkaz budowy obozów koncentracyjnych.

— Sehr gut, ale… co, jeśli pozostali Amerykanie będą oburzeni tym faktem? – spytał przejęty Wolff.

— To bardzo proste… nigdy się nie dowiedzą… Poleciłem budowę tego typu obozów na terenach odludnych und miasteczkach, które zyskają status… zamkniętych und niedostępnych dla cywili… – odparł Himmler, uśmiechając się. — Jest jednak jeszcze jedna sprawa dotycząca czystki amerykańskiej, a mianowicie zniszczenie wszystkich patriotycznych symboli Ameryki. Wszystkiego, przez co na ten kraj mówi się „Land of the Free”. Mówimy tu o Górze Rushmore, Pomniku Waszyngtona, Posągu Lincolna w jego Mauzoleum…

— Statule Wolności? – przerwał mu generał.

— Z tym jest mały problem… Goering wciąż nie może zdecydować czy ją zniszczyć czy przebudować według naszej wizji und nazwać „Statuą Porządku”. W tej kwestii jeszcze czekamy na finalną decyzję, ale reszta zostanie zniszczona w nadchodzących dniach. – wyjaśnił mu jego gość. — I zanim powiesz „że Amerykanie też się na to nie zgodzą”, nie przejmuj się. Wystarczy odpowiednia przemowa, a ci głupcy będą utożsamiać te symbole z wadliwym systemem, przez który dopadł ich kryzys und zginęło tylu ich rodaków w niesłusznej wojnie z nami! – dodał śmiejąc się złowrogo.

Paul był pod wrażeniem logiki Himmlera, chociaż odczuwał, że to wszystko tylko łatwo brzmi, a egzekucja tego planu będzie trudniejsza. Postanowił jednak zmienić temat.

— A tak poza tym to nie tęsknisz czasami za rolą szefa SS? – zapytał przyjaźnie.

— Czasami… ale cieszę się, że Heydrich świetnie sobie radzi. W Europie nie ma żadnych wieści o pojawianiu się ruchu oporu i innych wichrzycieli. Co za szczęście, że ten zamach w 1942 roku się nie powiódł. Tysiącletnia Rzesza straciłaby wielkiego człowieka! Może nawet następcę Goeringa… – pomyślał na głos Himmler.

— Myślisz, że Reinhard zostanie fuhrerem po Hermanie? – zapytał zaciekawiony Wolff.

— Ja, a przynajmniej wierzę, że ma największe szanse z nas wszystkich. – odparł Himmler i skończył pić swoją Whisky. — No cóż, Paul, ja już będę się powoli zbierał. Mam wieczorem spotkanie z Lindberghiem w sprawie Ostatecznego Rozwiązania w Ameryce. Pozdrów swojego syna ode mnie! Słyszałem, że wrócił z Armii Karnej Dirlewangera…

— Das ist prawda, wrócił niedawno, chociaż słyszałem, że znowu rozrabia. Słowo daję, tym razem nie będę go bronił przed kolejną zsyłką! – odpowiedział zły generał.

— Nie będziesz musiał… – zaśmiał się Himmler, udając się w stronę wyjścia. — Goering jasno dał mi do zrozumienia, że to ja decyduję o tym co się dzieje w Stanach. I jeśli chcesz znać moje zdanie, twój syn oraz ty… możecie robić w tym kraju co chcecie. – dokończył odpowiedź i wyszedł, pozostawiając zaskoczonego Paula samego, który wrócił do swojego biurka i włączył ponownie radio, gdzie leciała niemiecka muzyka. Ostatnie dwa zdania wypowiedziane przez Himmlera sprawiły, że czuł… zadowolenie.

 

„Możemy robić co chcemy, hmm? To bardzo dobrze wiedzieć!”

 

W tym samym czasie, San Francisco, Kalifornia…

Gdyby ktoś powiedział kilka lat wcześniej Thornhillowi, Wallace’owi i Elwoodowi, że kiedyś będą próbowali uciekać cywilnym samochodem z ruin San Francisco i wozić przy tym jeńca w bagażniku, ci wyśmialiby taką osobę. A jednak robili dokładnie to. William manewrował pomiędzy gruzami miasta, wrakami i stosami martwych ciał, jednocześnie unikając pocisków karabinów bądź artylerii. Czuł się jakby miał zaraz oberwać zabłąkanym nabojem i zginąć, a jednak pędził ulicami w stronę granicy miasta, gdzie miałby się przegrupować z resztą swoich towarzyszy broni. Siedzący obok Wallace i dochodzący do siebie po bijatyce z angielskim esesmanem Elwood z niepokojem patrzyli na wydarzenia w mieście i próbowali nie panikować.

— Cholera, robi się gorąco! Jest coraz gorzej! To wygląda dokładnie jak walki z Japońcami o Guadalcanal! – krzyczał Wallace i próbował ostrzeliwać piechurów niemieckich z podręcznego pistoletu.

— Siedź cicho i strzelaj dalej! Wydostanę nas stąd! – odpowiedział mu Thornhill i wziął gwałtowny skręt w prawo. — Okej, o ile dobrze pamiętam, najszybciej będzie jak pojedziemy tędy! – myślał na głos i rozglądał się za niebezpieczeństwami na drodze. Kiedy już byli na ostatniej prostej i ruszyli w kierunku granicy miasta, wtedy owe niebezpieczeństwo w postaci czołgu typu „Tygrys” dosłownie wyjechało im na ulicę przez zrujnowany budynek i stanęło im na drodze. Wszyscy w samochodzie patrzyli na niemiecki czołg z mieszanką przerażenia i rezygnacji. Czuli, że zbliża się ich koniec.

— Tutaj chyba kończą się nasze żywota… było nam razem fajnie… – powiedział Thornhill patrząc jak wieżyczka Tygrysa obraca się w ich stronę. Snajper z Big Red One instynktownie zaczął cofać samochodem z nadzieją, że uda im się uciec przed pewną zgubą. Było jednak za późno. Tygrys obrócił wieżę do końca, wycelował i…

BUM!

Niemiecki czołg eksplodował i stanął w płomieniach. Jego załoga desperacko próbowała się wydostać na zewnątrz i uniknąć spalenia żywcem. Amerykanie w samochodzie byli zdziwieni, gdy nagle obok nich podjechał amerykański Sherman, na którym siedział znany Thornhillowi osobnik…

— Sierżant Rodgers?! – spytał z uśmiechem, zauważając starego znajomego operującego cekaemem na wieży czołgu.

— We własnej osobie! – zaśmiał się starszy żołnierz. — No dalej! Uciekajcie z San Francisco! Dogonię was jak trochę tu posprzątam z reszty czołgów! O rany, jak mi brakowało akcji na prawdziwym froncie!

Nie minęło pięć sekund, a Thornhill minął wrak Tygrysa i popędził samochodem w stronę granicy miasta. Elwood i Wallace po raz ostatni spojrzeli na panoramę San Francisco.

— Stary… to przykry widok… – westchnął Marine.

— Dokładnie. A pomyśl ile zajmie odbudowa … – przytaknął mu snajper ze Screaming Eagles.

— Musicie być takimi pesymistami? – spytał Thornhill, nie mogąc ich słuchać. — Gorzej niż ten Howard od Moore’a! Dlaczego nie popatrzycie jaki ten kraj jest piękny, nie licząc okupacji? Dlaczego nie docenicie, że Rodgers ocalił nasze dupska od pewnej śmierci, hmm?

 

Godzinę później, przedmieścia San Francisco…

Kapral Moore siedział przy rozpalonym przez siebie ognisku na wzgórzu koło lasu i westchnął sfrustrowany. Takiego obrotu spraw się nie spodziewał. Bitwa o San Francisco została przegrana, Tysiącletnia Rzesza może już definitywnie triumfować, a on sam nie wiedział co dalej robić. Patriotyczne ego nakłaniało do walki, ale czy dalsza partyzantka miała sens? Przecież Niemcy niszczyli każdy możliwy opór z taką łatwością… Otrząsnął się jednak z tych pesymistycznych myśli, przypominając sobie widok Goeringa przed Białym Domem i jego przemowę do zdradzieckich kolaborantów, którzy uwierzyli w jego czułe słówka. Mimo wszystko, wciąż nie mógł uwierzyć, że hitlerowcom udało się wygrać wojnę. Najpierw anektowali coraz to kolejne tereny w Europie za zgodą Francuzów i Brytyjczyków, a potem poszli na wojnę, w której nikt nie mógł im dać rady. Zastanawiał się też czy sprawy potoczyłyby się inaczej, gdyby Ameryką rządził ktoś, kto mógłby wyciągnąć kraj z kryzysu gospodarczego i przygotować go odpowiednio. Rządzący w latach 1937-1945 Huey Long oraz przejmujący po nim prezydenturę od tamtego momentu aż do kapitulacji Thomas Dewey nie zrobili nic, żeby załagodzić sytuację. No, może poza wysłaniem Amerykanów do Normandii na pewną śmierć… Gdyby tylko Stanami Zjednoczonymi rządził ktoś kompetentny… jak ten obiecujący polityk, który zmarł na polio w 1921 roku i którego imienia oraz nazwiska Jack nie potrafił sobie przypomnieć…

 

„Mam tylko nadzieję, że reszta dotrze w bezpieczne miejsce…”

 

Jego rozmyślania przerwał jednak odgłos rozmowy kilku osób zbliżających się do niego. Moore od razu padł na ziemię i wycelował w nich z karabinu na wypadek, gdyby byli to kolaboranci. Jakież było jednak jego zdziwienie i zadowolenie, gdy okazało się, że to jego koledzy z Dywizji Powietrznodesantowej oraz Marines.

— Howard?! Cowbell?! Butler?! Marines?! Chłopaki, dobrze was widzieć! – powiedział zadowolony, wychodząc zza krzaków. — A gdzie Elwood i reszta?

— Rozdzieliliśmy się po tym jak natknęliśmy się na oddział szkopów. Elwood pewnie wciąż próbuje uciec z Thornhillem i tym kolesiem z Marines. – wyjaśnił Butler.

— Wiedziałem! Pewnie już nie żyją! To nasz koniec! KONIEC, POWIADAM! – panikował Howard.

— HOWARD! – skarcił go Cowbell i uderzył w kark. — Skończ z tym swoim negatywnym myśleniem! Spokojnie, reszta na pewno się odnajdzie. – uspokoił i przeładował swój karabin BAR. Można powiedzieć, że wywołał wilka z lasu, ponieważ po chwili Amerykanie usłyszeli warkot silnika i pojawiły się zguby. Elwood, Wallace i Thornhill wysiedli z czarnego samochodu i zanim przyszli się przywitać, podeszli do bagażnika.

— Hej, panienki! – powiedział William śmiejąc się. — Chodźcie, pokażę wam coś! – dodał, po czym otworzył bagażnik, w środku którego leżał nieprzytomny i związany esesman. Zaskoczenie zebranych było ogromne.

— Po co zabrałeś tą szkopską gnidę? – spytał Moore. — Jeśli szukałeś jeńca, trzeba było szukać oficera, a nie zwykłego żołnierza. Ale dobra, dawaj go, przywiążemy go do drzewa. Kto wie, może coś nam powie… – westchnął i po chwili Cowbell postąpił według jego rozkazu. Żołnierze rozbili małe ognisko, żeby odpocząć i przemyśleć dalsze działania. Cowbell stał na czatach i pilnował czy nikt się nie zbliża. Panowała dość ponura atmosfera, co nie było dziwne. W końcu bitwa, która miała odwrócić los tej okupacji przeistoczyła się w bitwę nie do wygrania.

— I co będzie dalej? – spytał Connors, siadając przy ognisku.

— Wygląda na to, że będziemy musieli walczyć z ukrycia… jak prawdziwi partyzanci… – westchnął Moore. — Znajdziemy jakieś cywilne ubranie, wtopimy się w tłum… wiecie o co mi chodzi? Może w ten sposób uda się odbić nasz kraj…

— Cóż, ja innego wyjścia nie widzę… – powiedział zrezygnowany Stevenson. — Jakby co, zawsze możemy wyciągnąć informację od naszego gościa. Na pewno będzie wiedział o działaniach Niemców w regionie…

Rozmowę przerwał Cowbell, który przybiegł do zebranych uradowany.

— Chłopaki! Słuchajcie, przyjechał jakiś koleś w Shermanie. – oznajmił z uśmiechem.

Wszyscy żołnierze w obozie poderwali się do góry i udali w stronę opisaną przez ich towarzysza broni. Faktycznie, przed zakrętem prowadzącym w stronę obozu stał amerykański czołg, a operatorem cekaemu na wieżyczce był nie kto inny jak sierżant zaopatrzeniowy Rodgers.

— No witam, młodzieży! Wskakujcie, jedziemy do Nevady! Dostałem informacje, że mieszkańcy miasteczka o nazwie Goldfield chcą zorganizować ruch oporu! Myślę, że to dobre miejsce na kontynuację walki z tymi sukinsynami! – oznajmił patrząc na młodszych żołnierzy.

— No proszę… a akurat rozmawialiśmy o walce partyzanckiej… – zaśmiał się Moore i odwrócił w stronę reszty swoich kompanów. — Panowie, zwińcie szybko obóz, weźcie naszego gościa z SS i wskakujcie na Shermana! – rozkazał.

— Gościa z SS? – zapytał zdziwiony Rodgers.

— Długa historia, opowiem ją w drodze. – odrzekł krótko spadochroniarz.

Tymczasem reszta żołnierzy zaczęła powoli się pakować. Nastroje nie były już takie ponure. Panowała za to… niepewność.

— Trochę mnie martwi, że nie ma reszty naszych… – powiedział zmartwiony Howard, niosąc torbę ze swoim śpiworem i innymi niezbędnymi rzeczami.

— Możemy mieć tylko nadzieję, że gdzieś uciekli… – pocieszył go Butler. — Spokojnie, przeżyjemy… zawsze się nam udawało przeżyć… jak będziemy głodni możemy zjeść Cowbell’a. Ma najwięcej mięsa… – zażartował na rozluźnienie atmosfery.

— Słyszałem! – powiedział Cowbell gasząc ognisko i przerzucając przez ramię wciąż nieprzytomnego esesmana. — Ciekaw jestem co zobaczymy w tym miasteczku…

— Na pewno nie będzie gorsze niż to, które zostawiliśmy za sobą… – wtrącił się Stevenson. — Ale jeśli są tam partyzanci tak jak my, być może będzie dobrze. Szkoda tylko tych, co nie zdołali uciec z San Francisco… Mam nadzieję, że chociaż generałowie MacArthur i Patton zdołali się ewakuować. Ich umiejętności przywódcze są potrzebne Ameryce…

Dalsza rozmowa została przerwana, ponieważ żołnierze skończyli się pakować i po powrocie do czołgu, załadowali się na niego razem ze swoim jeńcem i odjechali na zachód w stronę stanu Nevada z nadzieją, że ich walka nie jest jeszcze przegrana. Owszem, Niemcy pewnie już do tej pory zajęli całe Zachodnie Wybrzeże, ale wojna partyzancka to zupełnie inna bajka i Moore czuł, że w takim konflikcie okupant nie będzie miał szans. Nagle jednak usłyszeli ciche jęki. To mogło oznaczać tylko jedno…

— Szlag… gdzie ja jestem? – spytał Bridge i nagle zauważył, że jest związany i jedzie na na jakimś pojeździe. — Co się dzieje?! Dlaczego jestem związany?!

— Ooo, nasza śpiąca królewna już wstała! Dobrze… a teraz siedź cicho, zdrajco! – warknął Elwood.

— Zdrajco? – zwrócił uwagę Moore.

— Ten skunks jest Anglikiem. Musi być z jednej z tych ochotniczych dywizji SS. – wyjaśnił Teksańczyk.

— Wszystko jedno! Na miejscu powie nam wszystko! Dopilnuję tego… – wtrącił się Connors i patrzył na drogę przed nimi. Bridge już siedział cicho i zastanawiał się co go czeka…

 

W tym samym czasie, Nowy Jork, Okupowane Stany Zjednoczone

Felix leżał na łóżku w jakimś mieszkaniu na południu Manhattanu i westchnął zadowolony. Tak cudownego seksu nie miał od bardzo dawna. Nadal nie mógł uwierzyć, że amerykańskie kobiety tak przyciąga mundur SS. Jego łóżkowa partnerka z nieukrywaną ekscytacją oddała mu się. Przeciągnął się na łóżku i stęknął, gdy nagle usłyszał pukanie do drzwi.

— Kto tam?! – spytał zawiedziony wyrwaniem ze stanu błogości po stosunku i wstał z łóżka, żeby zacząć się ubierać.

— Felix! To ja! Dieter! Ja już skończyłem, ale to teraz nieważne. Słuchaj, jesteś potrzebny! Dostaliśmy rozkazy od samego Himmlera und twojego ojca! – odpowiedział niższy rangą esesman. Młody Wolff tylko jęknął i skończył się ubierać. Jego kochanka wciąż leżała w łóżku i patrzyła na niego z uśmiechem.

— Och, już mnie opuszczasz? Tak dobrze mi z tobą było, mój żołnierzu… – powiedziała uwodzicielsko i patrzyła na niego.

— Wybacz, mein leben, obowiązki wzywają. Zostawiłem ci konserwę ze swoich racji żywnościowych na stole, żebyś nie była głodna. Guten appetit! – odparł Felix, po czym wziął swój karabin StG44 i wyszedł z pokoju do swojego przyjaciela, który również był gotowy. — No to co z tymi rozkazami? – spytał zakładając hełm na głowę.

— Mamy się stawić w punkcie Newport w nowojorskiej dzielnicy Jersey City. Podobno mają nas przydzielić do walk z jankeskim ruchem oporu. – wyjaśnił Dieter.

— W końcu… trochę mi już ten urlop zaczynał nudzić… – zaśmiał się syn generała. — Jak myślisz, gdzie nas przydzielą? Do Chicago, gdzie walczylibyśmy z tą całą mafią Ancelottiego? Czy może do Kalifornii?

— W Kalifornii walki już ustają podobno… Ale kto wie! – odpowiedział Dieter, po czym oboje zaczęli schodzić po schodach w stronę wyjścia z budynku. — Aaa… jak było, jeśli mogę spytać? – zapytał zaciekawiony.

— Z tą amerykańską dziwką? Wunderbar! – odparł pewnie Felix. — Penetrowanie kobiet jest o wiele łatwiejsze kiedy nie stawiają oporu jak te suki z Polski podczas powstania w Warschau lub na Froncie Wschodnim i Syberyjskim! – dodał i znów parsknął śmiechem ku zszokowaniu młodego Falcka.

— Felix, ty… gwałciłeś kobiety na wojnie? – spytał niepewnie i popatrzył na swojego kompana.

— Ja… und nie widzę w tym nic dziwnego. Jeśli to wróg walczący przeciwko tobie, możesz od niego wyciągnąć cenne informacje takim… przesłuchaniem. Dirlewanger tak nam tłumaczył w Armii Karnej und z doświadczenia wiem, że to prawda. – odpowiedział Wolff głosem nadzwyczaj spokojnym. — No i zaspokajasz potrzebę na cipę, która towarzyszy ci odkąd tylko trafiłeś do wojska, więc…

— Rozumiem… – przerwał mu Dieter. — Ja jednak nie mógłbym zrobić tego wbrew woli partnerki. Co innego tak jak teraz, kiedy ona też tego chce…

Ku jego zaskoczeniu, Felix zachichotał.

— Oj, Dieter… mein freund, jak mało wiesz o wojsku und wojnie. Ale nie martw się, trafiłeś do mnie und ja cię wszystkiego nauczę. Ani się obejrzysz, a sam Reichsfuhrer Heydrich będzie się tobą zachwycał! – powiedział z uśmiechem Wolff i położył Dieterowi przyjacielsko rękę na ramieniu, gdy oboje doszli do posterunku wojskowego na zabarykadowanej ulicy, gdzie znajdowała się ciężarówka marki Opel, na której załadowanych było kilku esesmanów, a kierowca stał przy drzwiach pojazdu.

— Do Newport w Jersey City? – spytał kierowca, powoli wsiadając do niego.

— Jawohl! – odpowiedzieli Wolff i Falck.

— Gut… to wsiadajcie na pakę! Tamci chłopcy też jadą, a jako, że moja jednostka nie otrzymała jeszcze żadnych rozkazów, podwiozę was! – dał znać i odpalił Opla. Obydwaj esesmani tylko wymienili spojrzenia i wsiedli z tyłu do ciężarówki. Po chwili kierowca ruszył z żołnierzami na pace do wschodniej części miasta.

— Wojna nie jest taka zła, kiedy jest się po zwycięskiej stronie… – stwierdził Dieter, gdy przejeżdżali przez lekko zniszczony, ale nie podziurawiony Most Waszyngtona.

— To prawda… wiem najlepiej ze wszystkich! – zaśmiał się Felix czyszcząc swoją broń i wspominając swoje wcześniejsze lata na Froncie Brytyjskim i pobycie w Armii Karnej Dirlewangera.

 

„Gdybyś tylko wiedział z kim się przyjaźnisz, Dieter…”

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Pontàrú 2 miesiące temu
    "Jego myśli przerwał jednak jeden z esesmanów pilnujących jego apartamentu" - jego jego

    "Dobrze, o ile dobrze pamiętam, najszybciej będzie jak pojedziemy tędy!" - dobrze dobrze

    "wtedy ów niebezpieczeństwo" - wydaje mi się że "owo niebezpieczeństwo". Niebezpieczeństwo jest rzeczownikiem rodzaju nijakiego w mianowniku więc będzie owo.

    "przed skrętem prowadzącym w stronę obozu" - brzmi jakby coś palili. Takiego skręta, o! Lepiej "przed zakrętem prowadzącym do obozu."

    Tyle się doszukałem. Niewielkie błędy więc nie będę zmniejszał oceny i daję 5. Więcej uwag nein.
    Pozdrawiam
  • TheRebelliousOne 2 miesiące temu
    Już poprawiłem te błędy, dziękuję za ich wychwycenie. Wiesz, trochę cieszy mnie fakt, że ostatnio tylko "techniczna" część moich opowiadań jest do poprawy, a nie ich treść. :P

    Pozdrawiam ciepło i dziękuję za ocenę :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania